Ku­pi­łem dzi­siaj ten ze­szyt. Będę w nim pi­sać. Jak wy­pi­szę ten, ku­pię so­bie dru­gi. Ale naj­pierw mu­szę ten wy­pi­sać. Jesz­cze nie wiem, o czym będę pi­sać, ale wiem na pew­no, że nie będę pi­sać o tym, co było. Po­sta­ram się, żeby to wszyst­ko dla mnie prze­pa­dło. Czas mi w tym po­mo­że i ro­zu­mo­wa­nie. Po­sta­ram się w tym moim pi­sa­niu nie wy­róż­niać nie­któ­rych, pew­nych słów. Na ra­zie przy­najm­niej. Przez ja­kiś czas. Po­tem, jak się tro­chę wy­goi, to będę mógł. Cho­ciaż to nie­do­brze, przy­szło mi na myśl. To tak wy­glą­da, jak­bym się bał tych słów, że one mi będą pa­mięć pod­pa­lać. Pod­kła­dać pod nią ogień. Żeby się tam­te ciem­ne spra­wy zno­wu roz­świe­tli­ły na moją zgu­bę. Na mój ko­niec może tym ra­zem. Bo może nie wy­trzy­mam tym ra­zem. Nie po­wstrzy­mam żar­li­wo­ści i pój­dę tam do nich, pój­dę z tym ogniem i pod­pa­lę ten dom prze­klę­ty raz na za­wsze wła­sną gło­wą, wła­sny­mi wło­sa­mi ja­sny­mi. Więc nie będę omi­jać tych słów. Nie będę się ich bać. Tak bę­dzie le­piej. Tak bę­dzie bar­dzo do­brze. Bo to mnie uspa­ka­ja też. W tym wiel­kim gnie­wie, że oni będą wy­ma­wiać moje imię cza­sa­mi w róż­nych roz­mo­wach oka­zyj­nych. A to nic nie jest zu­peł­nie, wi­dzę te­raz, to jak oni dla mnie prze­pa­dli, to ja dla nich tak samo i moje imię w ich ustach, to bę­dzie ta­kie samo mar­twe sło­wo, jak każ­de inne. W ich ustach. Jak mi jest do­brze, że na to wpa­dłem, że to so­bie wy­ro­zu­mo­wa­łem w gło­wie. Będę pi­sał w tym ze­szy­cie wszyst­kie moje my­śli. To zna­czy te, któ­re będę pa­mię­tać, bo wszyst­kich na pew­no nie dam rady, bar­dzo dużo uciek­nie, ale jak tyl­ko zno­wu przy­le­cą, to kil­ka z nich, jed­ną cho­ciaż po­sta­ram się zła­pać i na­pi­sać, bo wszyst­kich na pew­no nie dam rady, ja­sne, za dużo ich jest, a nie­któ­re jesz­cze są ta­kie zwiew­ne, że jak tyl­ko się chce je za­pa­mię­tać, to ta sama chęć już jest dla nich jak po­wiew, a one są prze­cież jak puch. Ale przede wszyst­kim będę pi­sać to, co się bę­dzie te­raz ze mną dzia­ło. I to, jak już mó­wi­łem, co się bę­dzie w mo­jej gło­wie dzia­ło.

Dzi­siaj w nocy dzia­ło się ze mną nie­do­brze. Jesz­cze nie było nocy, wie­czór był jesz­cze, sze­dłem wol­no.

Przy­szedł. Sie­dział chło­pak koło dziew­czy­ny na ław­ce i wi­dzia­łem, że nie bar­dzo wie, co po­wie­dzieć. Sie­dzie­li tak chwi­lę. Po­tem ten chło­pak od­wią­zał so­bie sznu­ro­wa­dła u bu­tów. Po chwi­li zno­wu się schy­lił i za­wią­zał z po­wro­tem. Mę­czył się chło­pak.

Lu­dzie so­bie wy­my­śli­li wszyst­ko, że mu­szą ro­bić to, co ro­bią i wie­rzą w to głę­bo­ko i świę­cie i na­wet im do gło­wy nie przyj­dzie, że może by le­piej było coś in­ne­go za­cząć ro­bić. Nie. Za­czę­li ro­bić buty – ro­bią buty. A może by­ło­by się na co in­ne­go prze­rzu­cić. Trze­ba szu­kać. To jest szczę­ście rzad­kie, że ktoś robi coś ta­kie­go i na­praw­dę [tekst urwa­ny].

Na Wiel­ka­noc rano o szó­stej re­zu­rek­cja. Na Wiel­ka­noc rano wkła­da się świę­co­ne jaj­ko do mied­ni­cy, gdzie się wszy­scy myją, nor­mal­nie, jak co dzień.

Mó­wie­nie do ra­dia: „A co wy tu nam sra­cie” itd.

Ru­mia­ny taki był, krwi­sty chło­pak, gro­mad­ny w so­bie. Wszy­scy się py­ta­li, co on je.

Opo­wia­da­nie o tym, jak się do­wie­dzia­łem o śmier­ci mło­dej dziew­czy­ny albo mło­de­go chło­pa­ka, i jak wra­ca­łem od tej śmier­ci jej ży­ciem do jej mło­dziut­kich lat stop­nio­wo. To może być na­wet więk­sze opo­wia­da­nie lub po­wieść.

Zno­wu nie za­uwa­ży­łem, jak się zro­bi­ło zie­lo­no. Za­wsze so­bie mó­wię, no tego roku będę do­brze uwa­żał, ale zno­wu nie za­uwa­ży­łem. Dwa dni temu jesz­cze było sza­ro, a dzi­siaj pa­trzę: zie­lo­no. To tak jest, jak jadę w po­cią­gu i jest po­po­łu­dnie i mó­wię so­bie, no, będę do­brze uwa­żał, kie­dy za­pad­nie ciem­ność. I jadę, i pa­trzę, i na­gle wi­dzę, że już jest mrok za oknem.

1-1_jpg

Lech Ro­jek, Eu­ge­niusz Stę­pow­ski, Edward Sta­chu­ra, Jan Sta­chu­ra, Da­ma­zy Bed­nar­ski. Alek­san­drów Ku­jaw­ski, oko­ło 1955 roku

Pi­szę. Póki jesz­cze mogę, to pi­szę. Bo kie­dyś i to nie jest tak da­le­ko, kie­dyś, wiem, usią­dę albo po­ło­żę się i już żad­na siła mnie nie ru­szy [bo ska­mie­nię się]. I to nie jest tak da­le­ko.

Była pod­wyż­ka. Sie­dzia­łem na stoł­ku w jed­nym ba­rze i obok ten czło­wiek, co pił, za­py­tał mnie na­raz, czy już wi­dzia­łem nowe pięć­dzie­siąt­ki. Ja mó­wię, że nie, to on wy­jął bank­not z kie­sze­ni i po­ka­zał mi stó­wę.

O kry­ty­kach

Bar­dzo rzad­ko spo­ty­ka­łem tam mą­drych lu­dzi. Cza­sa­mi. Ra­czej bar­dzo rzad­ko. Je­den na sto. Spo­ty­ka­łem tam tyl­ko sa­mych naj­mą­drzej­szych. Co je­den, to był naj­mą­drzej­szy i wszyst­ko wie­dział naj­le­piej, co i jak, a tam­ten to głu­pi, tam­ten, to zu­peł­ne dno, a ten, ten to owszem, nie po­wiem, ale nie wiem. Więc mu­siał mnie na to śmiech w du­chu opa­no­wać, jak to sły­sza­łem po ko­lei albo czy­ta­łem szki­ce i ese­je. Mu­siał mnie na to wszyst­ko śmiech ogar­niać, cho­ciaż zda­ję so­bie do­brze [spra­wę], że sam nie je­stem wca­le bar­dzo mą­dry i w więk­szo­ści nie mo­głem oce­niać słusz­nie i na­uko­wo. Ale cho­dzi o sam fakt. Więc wy­cho­dzi­ło na to, że bar­dzo czę­sto śmia­łem się z mą­drzej­szych od sie­bie. Tak wy­cho­dzi­ło.

Ko­per­ta z kwi­ta­mi za świa­tło, a na niej: „Ręce precz od Ko­rei”. I wszy­scy byli strasz­nie cie­ka­wi, co tam jest. A tam były zwy­kłe kwi­ty.

Ten w sa­mo­cho­dzie, co je­chał i sta­nął, bo szła zgrab­na dziew­czy­na chod­ni­kiem i obej­rzał ją z tyłu, po­tem pod­je­chał ka­wa­łek przed nią i obej­rzał ją z przo­du, ale coś mu się nie po­do­ba­ła i po­je­chał. Ona to za­uwa­ży­ła. I ja to za­uwa­ży­łem. Nie wi­dzia­łem, żeby ktoś jesz­cze. Jak­by wy­szedł i za­czął coś do niej mó­wić, a ona by się obu­rzy­ła praw­dzi­wie, to bym pod­szedł i go trza­snął, skur­wy­sy­na.

Ta sprzą­tacz­ka na dwor­cu w Byd­gosz­czy, któ­ra śpie­wa­ła Czar­ny Ali­ba­ba2 jak Gorz­kie żale i jed­na pani ją spy­ta­ła, czy nie wie, czy pod­sta­wio­ny jest już ja­kiś tam po­ciąg, o ona:

– Wie pani, że on lubi już stać.

Ale za­do­wo­lo­ny, jak­by go kto na sto koni wsa­dził.

Ma­chia­vel­li: Wład­ca nie musi mieć cnót, tyl­ko po­zo­ry cnót. Musi mieć na­tu­rę lisa i lwa. Musi wy­mor­do­wać cały ród po­przed­nich ksią­żąt3.

Trzy­mał rękę nad gło­wą, jak fla­gę.

Jak dwóch ga­iło dwie dziew­czy­ny w tram­wa­ju, ale one były jak­by głu­che i w koń­cu mu­sie­li wy­siąść i je­den stał na stop­niu przy wy­sia­da­niu i mówi:

– Prze­pra­szam. Bu­enos Aires.

In­ży­nier! A nic nie [ro­zu­mie]. Ro­bie ja san­ki nor­mal­ne w ro­bo­cie, tzn. pod­czas ro­bo­ty i przy­cho­dzi in­ży­nier, i pyta mnie się, co ja ro­bię. A ja mó­wię, że pil­ne zbro­je­nie, bo po­trze­bu­ją tam. On po­pa­trzył i po­szedł. No wiel­ki pan in­ży­nier. Nie po­znał, że ja ro­bię so­bie san­ki, a nie ja­kieś tam zbro­je­nie. Wy­rzu­cić ta­kie­go, to by zgi­nął, bo ani gło­wą nie umie pra­co­wać, ani do zwy­kłej ro­bo­ty by się nie nada­wał. Zro­bi­ły­by mu się obie lewe ręce.

– Nie wiesz, gdzie jest Fra­nek?

– Wi­dzia­łem, jak czte­rech Ży­dów nio­sło go na drą­gach do lasu.

1-2_jpg

– Do­bra, ale nie wi­dzia­łeś go.

– Nie.

Moż­na mieć jed­ne­go przy­ja­cie­la i dru­gie­go przy­ja­cie­la, ale ci przy­ja­cie­le nie mu­szą do sie­bie pa­so­wać, to zna­czy uwa­żać się też za przy­ja­ciół.

No­si­łem tro­chę pięk­ny ze­ga­rek „Nel­son” z trze­ma wska­zów­ka­mi i z ka­len­da­rzem, któ­ry po­ka­zy­wał, jaki jest dzień mie­sią­ca. Ale mi prze­szka­dza­ło, że coś mi ści­ska rękę i go sprze­da­łem.

Na dwor­cu PKS po­sze­dłem się od­lać i stał tam au­to­bus bez kół, wy­bla­kły, sta­ry już na pew­no nie­zmier­nie, sama góra tyl­ko, ale miał wszyst­kie szy­by i pa­trzę, a za szy­bą pięk­ny brą­zo­wy i fio­le­to­wy mo­tyl cho­dzi i bije skrzy­dła­mi o szy­bę. Nie mógł wyjść. Ob­sze­dłem do­oko­ła au­to­bus, żeby zo­ba­czyć, któ­rę­dy on się tam do­stał i była rze­czy­wi­ście z dru­giej stro­ny jed­na szy­ba wy­bi­ta. Nie było in­nej rady i in­nej moż­li­wo­ści, tyl­ko tam wejść. Wsze­dłem ja­koś i wzią­łem go le­ciut­ko za skrzy­dła i wy­pu­ści­łem w po­wie­trze. Po­tem wy­sze­dłem i po­sze­dłem też w po­wie­trze, swo­ją dro­gą.

W ko­lej­ce po mię­so.

– Ja tyl­ko 30 deko.

– A ja to co? Sa­mo­chód?

– Ja z pra­cy.

– A ja co? Z ba­le­tu?

Kil­ku mło­dych gów­nia­rzy roz­ma­wia­ło pod oknem w cie­niu drzew. Roz­ma­wia­li o tym, jak do­brze jest za gra­ni­cą, jak tam moż­na pręd­ko, bły­ska­wicz­nie ka­rie­rę zro­bić, że jak tam się skoń­czy szko­łę ak­tor­ską, to nie tak, jak u nas. Ale to tyl­ko bo­ga­ci mają do­stęp – po­wie­dział je­den nie­śmia­ło. Weź tego Ro­ber­ti­no Lo­ret­ti4, syn­pro­ste­go czło­wie­ka i co? Co ty tu wsta­wiasz? A za do­la­ra, wiesz, ile tam moż­na ku­pić, moż­na żyć i żyć. Po­my­śla­łem, ech, gów­nia­rze. Nie chcia­łem wy­chy­lać się z okna i po­wie­dzieć, że za do­la­ra, to mo­żesz się naj­wy­żej… bo nie miesz­ka­łem we wła­snym domu i nie chcia­łem awan­tu­ry wy­wo­ły­wać.

Dzie­ci się ba­wią w domu i za­da­ją so­bie róż­ne za­da­nia i jak ktoś zro­bi coś nie tak albo nie zro­bi w ogó­le, to musi wejść pod stół i krzy­czeć trzy razy: je­stem głu­pia, je­stem głu­pia, je­stem głu­pia.

Jed­na mat­ka bar­dzo brud­no pro­wa­dzi­ła dom i dziec­ku się zro­bił koł­tun na gło­wie. Zle­pi­ło się wszyst­ko, stward­nia­ło, jak sko­ru­pa, do le­ka­rza. Le­karz mówi: in­nej rady na to nie ma, tyl­ko ściąć. Ona mówi, że nie da ściąć, bo jak się utnie dziec­ku koł­tun, to umrze. Taki prze­sąd. Ale le­karz był mą­dry, bo już raz tak miał. I mówi do niej tak: to praw­da, ale niech pani weź­mie jaj­ko i jak ja będę ob­ci­nał, to pani stłu­cze je i bę­dzie prze­le­wać ze sko­rup­ki do sko­rup­ki. Wte­dy nie umrze. I tyl­ko tak dało radę. Na głu­po­tę nie za­wsze po­ma­ga mą­drość. Na głu­po­tę czę­sto po­ma­ga głu­po­ta.

Nor­wid.

„Są prze­cież mia­sta dla snu jed­ne­go za­kła­da­ne – by­wa­ły wy­gry­wa­ne dla snu lub prze­gry­wa­ne bi­twy”5.

„Za­iste, smut­ny jest ten świat, aż do śmier­ci”6.

O po­etach pi­sa­rzach i tej ca­łej ban­dzie.

My­ślę, że oni to są tak, jak nie­wdzięcz­ne kro­wy na pa­stwi­sku. Zże­ra­ją pa­stwi­sko, ale wdzięcz­no­ści dla nie­go nie mają. Tak oni ko­rzy­sta­ją z tego ży­cia, bo prze­cież pi­szą o nim, ale żeby tro­chę sza­cun­ku dla nie­go, to nie. Nie mó­wię, że ko­rzy­sta­ją też w ten spo­sób, że sami prze­cież żyją. Nie mó­wię tego, bo tak jak oni żyję, to śmiech wiel­ki wy­bu­cha na sali.

– Pa­nie, po­pi­łem so­bie tro­chę. Nie gnie­wa się pan. Ko­cham lu­dzi, cho­le­ra. Przed woj­ną słu­ży­łem w szko­le pod­cho­rą­żych w Cie­szy­nie. Ko­cham lu­dzi.

Ze sło­wa musi pa­ro­wać (w po­ezji i nie tyl­ko).

Dwie ko­bie­ty się spo­tka­ły, sta­re zna­jo­me.

– No i jak tam? Jak pani się po­wo­dzi?

– Ano do­brze. Nie mogę na­rze­kać.

– To dzię­ki Bogu. A mnie to tak na dwa razy7.

Bo krew na ra­zie jesz­cze mi się nie zmę­czy­ła nig­dy.

Mó­wił, ale ja­koś do tyłu (O Łom­nic­kim w Ar­tu­ro Ui)8.

Nie­któ­rzy to tak cho­dzą, jak­by się sami nie­śli pod pa­chą.

Jak je­den chło­pak, ośmio­let­ni może, po­je­chał na ko­lo­nie pierw­szy raz w ży­ciu i miał 70 zł, któ­re mu dali oj­ciec i mat­ka i ukra­dli mu tę wa­lu­tę, to on na­pi­sał do domu tak: Tu mówi Ko­mo­row­ski Jan. Przy­ślij­cie mi 70 zł. Tu mówi Ko­mo­row­ski Jan.

Albo się po­my­li­łeś, albo je­steś po­my­lo­ny.

W mia­stach jak je­stem, w wiel­kim mie­ście szcze­gól­nie, to tak jak­by czło­wiek nie cho­dził po zie­mi. Uli­ce bru­ko­wa­ne, chod­ni­ki, be­to­ny, as­fal­ty, tak że cza­sem po traw­ni­kach cho­dzę, jak nikt nie wi­dzi, żeby czuć grunt pod no­ga­mi. Nie mogę się od tego po­wstrzy­mać, cho­ciaż wiem, że nie wol­no i że jak­by każ­dy tak cho­dził, to mia­sto by bar­dzo pod­upa­dło w swo­jej pięk­no­ści. Bar­dzo się nie­raz dzi­wię lu­dziom mia­sto­wym, jak oni mogą całe dnie, całe lata po as­fal­cie, po be­to­nach, po tych sztucz­nych ka­mie­niach. Ja bym chy­ba od tego zwa­rio­wał, jak­bym mu­siał… Czy oni nie mają nig­dy chę­ci, pra­gnie­nia po zwy­kłej, pro­stej zie­mi po­cho­dzić. Jak ich sto­py mogą żyć bez soku? Ich sto­py prze­sta­ją chy­ba żyć. Ro­bią się zim­ne i nie­czu­łe, ich sto­py. Po­my­śla­ło mi się w tej chwi­li, że tu jest na pew­no ja­kieś wy­tłu­ma­cze­nie za­cho­wa­nia się lu­dzi mia­sto­wych. Tego ich chło­du i nie­czu­ło­ści. Bo prze­cież jest róż­ni­ca mię­dzy czło­wie­kiem z mia­sta a czło­wie­kiem z pól. Nie cho­dzi o ubiór ani o wy­ra­ża­nie się, bo to [wi­docz­ne] pod nim, ale o za­cho­wa­nie się. O za­cho­wa­nie się do dru­gie­go czło­wie­ka. Miesz­ka­łem i pra­co­wa­łem u lu­dzi wiej­skich nie raz, nie dwa i nie pięć­dzie­siąt razy. Miesz­ka­łem tak samo, nie mniej u lu­dzi mia­sto­wych. Więc mó­wię na tych licz­nych pod­sta­wach. Z ludź­mi wiej­ski­mi było mi le­piej, le­piej mi się z nimi żyło niż z ludź­mi z mia­sta. Lu­dzie z mia­sta nie mają otwar­to­ści, za­cho­wy­wa­li za­wsze, jak to się mówi, dy­stans tak zwa­ny, na­wet jak się dłu­go zna­ją. Lu­dzie ze wsi, jak już raz czło­wie­ka roz­po­zna­ją, że jest pra­co­wi­ty i nie jest fał­szy­wy, to go lu­bią i sza­nu­ją. Lu­dzie z mia­sta zwra­ca­ją uwa­gę na bar­dzo wie­le śmiesz­nych rze­czy, a nie na czło­wie­czeń­stwo, naj­waż­niej­sze spra­wy. Dla nich jed­na z naj­waż­niej­szych rze­czy np. to czy ktoś jest dow­cip­ny, czy nie.

Made in cha­ra­szo.

Za­uwa­ży­łem, że dużo le­piej mi się pi­sze, jak na krze­śle sie­dzę czy na ta­bo­re­cie ja­kimś twar­dym, niż jak w fo­te­lu je­stem za­pad­nię­ty. W fo­te­lu mogę się da­wać po­no­sić, ale jest tam za do­brze chy­ba. Tak że jak kie­dyś będę mógł wy­bie­rać może, fo­tel czy krze­sło zwy­kłe, to wy­bio­rę to dru­gie, dla do­bra wła­sne­go i do­bra wszyst­kich.

Ku­pi­łem sześć lo­sów na lo­te­rii książ­ko­wej na uli­cy i nic nie wy­gra­łem. Od­wi­ja­łem każ­dy po­wo­lut­ku i za każ­dym ra­zem nic. Pani, co sprze­da­wa­ła, po­wie­dzia­ła przy koń­cu: Co, nic? Ja mó­wię – nic. Wie pan, że to aż świń­stwo, po­wie­dzia­ła. Lo­te­ria jest lo­te­rią, a może na­wet czymś wię­cej, a może na­wet wszyst­ko jest tyl­ko lo­te­rią (ale ja na to nie cze­ka­jąc).

Co za­uwa­ży­łem? Że jak je­stem w po­ko­ju ja­kimś, w czte­rech ścia­nach, pi­sząc i my­śląc strasz­li­wie, to je­śli jest jesz­cze ktoś je­den w po­ko­ju, to mi prze­szka­dza, ale jak przy­cho­dzi ktoś dru­gi, jest już tro­chę le­piej, a jak jest wie­le osób, a ja mam swój kąt, to mogą oni so­bie być swo­bod­nie, byle mnie nie ru­sza­li. Dla­te­go chy­ba tak mi jest do­brze na dwor­cach w nocy pi­sać, tych wiel­kich po­cze­kal­niach, gdzie jest bar­dzo dużo osób prze­cież, ale każ­dy je­den ma wła­sne utra­pie­nia, swój wła­sny los i jak zwy­czaj­ny każ­dy je­den, pije her­ba­tę i ci­cho sie­dzi, a w ca­ło­ści oni się wza­jem­nie ni­we­czą, a jak bym był sam i był­by jesz­cze je­den tyl­ko, to on by mnie ma­gne­ty­zo­wał i my­śli moje mu­sia­ły­by być nim tro­chę za­prząt­nię­te: kto to jest? Co on tu robi? Cze­ka na ko­goś, czy co? Dla­cze­go nie idzie so­bie gdzie in­dziej, gdzie są tań­ce np., mu­zy­ka i gwar?

Sły­szę nie­raz przy obie­dzie do­mo­wym np., jak go­spo­dy­ni na­le­wa zupę go­ścio­wi albo na­kła­da mu kar­to­fle na ta­lerz i na­kła­da dużo, bo może chce np., żeby się gość najadł do­brze. To gość od­po­wia­da czę­sto: dzię­ku­ję pani, to za dużo, sta­now­czo za dużo. Więc mnie się bar­dzo nie po­do­ba to sło­wo „sta­now­czo” przy tej oka­zji. Sło­wo „sta­now­czo” jest moc­ne i twar­de sło­wo, trze­ba je uży­wać nie w [ta­kich?] bła­host­kach prze­ko­ma­rza­ją­cych. Tak my­ślę. Sta­now­czo.

Za­ci­śnię­te usta. Od­dy­cha­łem no­sem. Ostro [ka­li­ko­fał?] ten od wietrz­nych or­ga­nów. Dmu­cha­ło po­tęż­nie. Nikt mnie jesz­cze tak dłu­go i fan­ta­stycz­nie nie bił po mor­dzie. Trzesz­cza­ły sta­re ko­ści drzew, pisz­cza­ły furt­ki (sia­ła noc ką­ko­le) te­le­ko­ta­ła w mó­zgu, jak w roz­trzę­sio­nym po wy­bo­jach dy­li­wo­zie. Wy­szli­śmy za ob­ręb ko­lej­nej cia­snej wio­ski i na sze­ro­ką rów­ni­nę. Tak mó­wię tyl­ko, bo wy­szli­śmy już od daw­na poza wszel­ki ob­ręb i mo­gła tak samo na nas li­czyć zie­mia, jak i nie­bo, ogień, jak i woda, ży­cie, jak i śmierć. I tyl­ko ze zwy­kłej cie­ka­wo­ści za­pa­li­łem ga­ze­tę, żeby zo­ba­czyć, co pi­sze na przy­bi­tej do drze­wa desz­czuł­ce. Pi­sa­ło, tak jak­bym zgadł: „Do cmen­ta­rza”. Ale jed­nak dreszcz mnie prze­szedł i lek­ko za­chwia­łem się. Gdy­by był dzień, czy­jeś przy­pad­ko­we by­stre oko mo­gło­by to za­uwa­żyć. [Ale nie, gdy­by był dzień, wra­że­nia ta­kie­go, tej mocy, by nie było i sam bym?] się nie za­chwiał. Rów­no­wa­ga w dzień nie­po­rów­na­nie więk­sza. Moż­na się oprzeć o świa­tło, o sło­necz­ne pro­mie­nie. Ale tak jest w dzień.

Był Wy­ścig Po­ko­ju i lu­dzi szła na sta­dion nie­zli­czo­ność. Je­cha­łem tram­wa­jem, któ­ry też je­chał nie­nor­mal­nie, tyl­ko ja­ki­miś krę­ty­mi tra­sa­mi. Sta­łem z tyłu na po­mo­ście, bli­sko do­syć kon­duk­to­ra i albo nie wiem, albo wy­raź­nie sły­sza­łem, jak kon­duk­tor po­wie­dział jak­by do sie­bie, pa­trząc na uli­cę: By­dło. Do ko­ścio­ła by to po­szło. Nic nie po­wie­dzia­łem, cho­ciaż cały by­łem drżą­cy od tej znie­wa­gi, ale nie wiem, może prze­sły­sza­łem się, czy co.

Dwa przy­stan­ki póź­niej na­tych­miast mogę po­wtó­rzyć z całą pew­no­ścią to, co usły­sza­łem. Tram­waj sta­nął i za­czę­ła z nie­go wy­ła­zić ja­kaś ko­bie­ta i sto­jąc na stop­niu, od­wró­ci­ła się w stro­nę kon­duk­to­ra i po­wie­dzia­ła:

– A niech cię szlag tra­fi. Wozi czło­wie­ka w kół­ko, tu, tam, że do pra­cy nie moż­na do­je­chać.

– Kto nas do­ce­ni Sted, kie­dy wszy­scy śpią – po­wie­dział na­gle Wi­tek9.

– No tak. Masz ra­cję – od­po­wie­dzia­łem wol­no po chwi­li.

I jesz­cze po chwi­li po­wie­dzia­łem:

– A kie­dy się obu­dzą, to my już bę­dzie­my spa­li.

Cza­sem, kie­dy coś mó­wię, po­ja­wia mi się po­mię­dzy sło­wa­mi myśl o śmier­ci. Może to być ozna­ką róż­nych rze­czy albo wręcz ni­cze­go, ale może to też być ozna­ką, że to, co mó­wię, jest coś zna­czą­ce, to zna­czy, że to jest coś, co mo­gło­by być po­wie­dzia­ne w chwi­li śmier­ci. To zna­czy coś, co mo­gło­by sta­nąć w ob­li­czu śmier­ci, je­śli ona sama, ma­gni­fi­cen­cja, na te sło­wa się po­ja­wi. I cza­sa­mi ro­bię też tak, że kie­dy chcę coś mó­wić, a ma to być waż­ne dla mnie, to nie cze­kam, czy po­ja­wi się myśl o śmier­ci, czy nie, ale sam ją przy­wo­łu­ję, żeby mó­wić tak, jak­bym mó­wił w ob­li­czu śmier­ci. Tak jak­by to mia­ły być jed­ne z ostat­nich mo­ich słów.

Sta­ną­łem. Sta­ną­łem i słu­cha­łem, jak sze­lesz­czą su­che tra­wy.

W rze­ce ja­kaś ko­bie­ta myła krze­sło i ta­bo­re­ty.

Na da­chach do­mów spo­koj­nie rósł mech i kwi­tły (ro­śli­ny ja­kieś) ziel­ska i kwiat­ki. Tu ni­żej, po bru­ku uli­cy su­nę­ły sa­mo­cho­dy i ter­ko­ta­ły chłop­skie wozy na jar­mark. Był pią­tek.

Fa­cet je­chał na ośle, a dru­gie­go obok pro­wa­dził. Pa­dał deszcz i fa­cet je­chał pod pa­ra­so­lem. Nie wiem, któ­re­mu z osłów było le­piej.

Na ta­ra­sie ka­wiar­ni sie­dział ja­kiś fa­cet, pi­jąc piwo. Przy no­dze sie­dzia­ła mu wa­liz­ka, czar­na, sza­ro­czar­na. Le­żał na niej mę­ski pa­ra­sol. Fa­cet po­pi­jał piwo i pa­lił pa­pie­ro­sa. Nie wiem, skąd przy­je­chał i do­kąd je­chał, bo na pew­no to mia­sto było dla nie­go tyl­ko eta­pem. Tak jak zresz­tą i dla mnie.

Wiel­kie Lese-Krka 33 km od Lju­blia­ny w Sło­we­nii10. Na brze­gu rze­ki sie­dzia­ła sta­rusz­ka cała w czer­ni, pę­dząc bim­ber. Ła­ma­ła drew­ka i pod­kła­da­ła do ognia pod ma­szyn­kę. Alem­bik był pięk­ny. Gór­na część z czer­wo­nej, pięk­nej, czy­stej mie­dzi. Dwie rury szły lek­ko w dół do chłod­ni­cy, prze­bi­ja­jąc na wy­lot, to zna­czy na­peł­nio­nej wodą me­ta­lo­wej becz­ki – tak zwa­nej naf­tó­wy – jak to się mówi. Z dru­giej stro­ny ka­pał z rur do sa­gan­ka kro­pla po kro­pli sa­mo­gon.

W Ka­te­drze w Za­grze­biu. Mo­dli­łem się. Mo­dli­łem się do Boga. Żeby był. Żeby był, jak go nie ma. Żeby na­gle stał się, je­śli do tej Go nie było. O to się mo­dli­łem strasz­li­wie.

Msza w ka­te­drze w Za­grze­biu, nie­dzie­la 12 czerw­ca, go­dzi­na siód­ma wie­czor­na. Trzech do­stoj­ni­ków w zie­lo­nych ka­pach, or­ga­ny i chór stu księ­ży w ła­wach za oł­ta­rzem. Śpiew. Pie­nie. Za­mkną­łem oczy i by­łem w raju. I kie­dy skoń­czy­ło się, kie­dy po­ga­szo­no elek­trycz­ne świa­tło i pa­ra­fi­no­we świe­ce, kie­dy pu­sto się zro­bi­ło, lu­dzie wy­le­gli i księ­ża po­szli i wszy­scy, i pu­sta była ogrom­na cała ka­te­dra, wte­dy wy­sze­dłem ostat­ni i wy­nio­słem ze sobą na dwór [—] tę wiel­ką pust­kę, tę ogrom­ną pu­stą ka­te­drę wy­nio­słem ze sobą, tę całą pust­kę prze­nio­słem w pier­siach i sze­dłem z nią dłu­go jesz­cze dłu­żej po [wiel­ko­miej­skich?] za­pcha­nych nie­dziel­nym tłu­mem uli­cach i pla­cach.

Przed­świt. Po za­chod­niej stro­nie nie­ba sta­ły małe chmu­ry de­li­kat­nie po­marsz­czo­ne jak pod­nie­bie­nie psa.

O trze­ciej nad ra­nem ptasz­ki za­czę­ły gwiz­dać. Gwiz­da­ły wszyst­kie ra­zem jed­no­cze­śnie, o, to było tak, jak­by ka­pa­ła woda z kra­nu.

W tram­wa­ju je­den fa­cet trzy­mał się pra­wą ręką gór­ne­go ru­cho­me­go uchwy­tu, tego dzyndz­la. Zo­ba­czy­łem, że na pal­cach miał wy­raź­nie wy­ta­tu­owa­ne sło­wo „Love”, czy­li ko­cham. Na każ­dym pal­cu miał po jed­nej li­te­rze l, o, v, e. LOVE. Na pią­tym pal­cu, na kciu­ku nie miał nic. Ale to na­wet bez żad­ne­go zna­ku wi­dać było, że ten pią­ty pa­lec, to jest po pro­stu wy­krzyk­nik.

Re­stau­ra­cja „Ro­bot­nik” w Ja­wo­rzy­nie Śl. W trzech sa­lach re­stau­ra­cji brac­two piło. Wsze­dłem do środ­ko­wej i sia­dłem. Z krze­sła pod ścia­ną po­wo­li osu­wał się ja­kiś fa­cet. W koń­cu spadł i sie­dział już da­lej na pod­ło­dze, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o ścia­nę. Ki­mał. Pra­wą rękę trzy­mał pół­ko­lem na gło­wie, pół­ko­lem, jak nie­któ­re an­tycz­ne rzeź­by. Trzech jego kum­pli przy tym sa­mym sto­li­ku nie prze­ry­wa­ło so­bie ni­czym roz­mo­wy. W gę­stym po­wie­trzu le­ni­wie la­ta­ły mu­chy. Sia­da­ły na no­sie, na wło­sach, na tych sa­mych rę­kach, któ­re je od­pę­dza­ły. Pi­łem kawę. Na­prze­ciw mnie przy ja­kimś sto­li­ku je­den strze­lał pal­ca­mi, przy­zy­wa­jąc kel­ner­kę.

Na dru­gim pię­trze nie­otyn­ko­wa­nej ka­mie­ni­cy jed­no okno było za­cią­gnię­te żół­ty­mi za­sło­na­mi. Igra­ły po nich cie­nie po­bli­skie­go drze­wa. Słoń­ce było po za­chod­niej, za mną. Ale co było za żół­ty­mi za­sło­na­mi? Jaki to był po­kój? Kto w nim spał lub tyl­ko le­żał na ka­na­pie w to let­nie po­po­łu­dnie?

Po­bru­dzi­łem so­bie ostat­nie ręce – po­wie­dział fa­cet.

O uto­pii

Cie­ka­we jest, na ja­kiej pod­sta­wie moż­na orze­kać, że coś jest uto­pią. Swe­go cza­su na­ro­do­wy so­cja­lizm w Niem­czech też uwa­ża­no za uto­pię, a Hi­tle­ra za nie­szko­dli­we­go ma­nia­ka. Czy przy pew­nych sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach nie by­ły­by moż­li­we do zre­ali­zo­wa­nia „fa­lan­ste­ry” Fo­urie­ra11, teo­rie Mo­ru­sa12, pań­stwo Ika­rii Ca­be­ta13 czy na­wet pań­stwo słoń­ca Cam­pa­nel­li14?

Ucz się syn­ku, bo zo­sta­niesz mi­li­cjan­tem.

Czy zro­biąc to, co nie­dłu­go już uczy­nię, doj­dę do tego sa­me­go, do cze­go do­szedł Pas­cal: „wy­rze­cze­nie zu­peł­ne i bło­gie”, któ­re to sło­wa koń­czą tekst Pa­miąt­ki15?

Czy­tam Al­ber­ta Be­gu­in mo­no­gra­fię o Pas­ca­lu16 „Pas­ca­la (…)

o ist­nie­niu jed­no­ści upew­nia ów «chyb­ki ruch du­szy od jed­ne­go do dru­gie­go krań­ca»”17.

I na­tych­miast przy­po­mnia­ło mi się, co na­pi­sa­łem w Fa­lu­jąc na wie­trze, a co jest de­mon­stra­cją tego „chyb­kie­go ru­chu du­szy z jed­ne­go do dru­gie­go krań­ca”: „Jak to jest u mnie, że za­czy­nam mó­wić o ba­ga­te­li ja­kiejś niby i za­wsze z tego do­cho­dzę do osta­tecz­no­ści, do punk­tu tego, gdzie łą­czą się dwie rów­no­le­głe, czy­li gdzie nie­bo zle­wa się z ho­ry­zon­tem”18. Albo w Ro­ra­tach od­wrot­ność: „sze­dłem wol­no, po­włó­czy­ście po prze­łę­czy, mię­dzy ogniem i wodą, po kra­węż­ni­ku chod­ni­ka uli­cy Kra­jo­wej Rady”19.

W jed­nym i dru­gim wy­pad­ku to są nie­wąt­pli­wie de­mon­stra­cje owej „chyb­ko­ści ru­chu du­szy od jed­ne­go do dru­gie­go krań­ca”, co upew­nia­ło Pas­ca­la o jed­no­ści (ja­kiej?) i dla­cze­go to samo nie mia­ło­by upew­niać i mnie o jed­no­ści mo­jej z ab­so­lu­tem albo le­piej o jed­no­ści mo­jej ze wszyst­kim, co jest albo o jed­no­ści mo­jej ze wszyst­kim, co jest i cze­go nie ma i tym, co nie mie­ści się, ni w „jest”, ni w „nie ma”.

Cze­kam już tyl­ko na cie­bie, zja­wo re­al­na.

Mi­chał Kąt­ny20

PO­ZNAJ SA­ME­GO SIE­BIE21.

Tak brzmiał na­pis w świą­ty­ni Apol­li­na w Del­fach, któ­re­go au­tor­stwo przy­pi­sy­wa­no jed­ne­mu z sied­miu mę­dr­ców Ta­le­so­wi bądź Chi­lo­no­wi.

Pa­nien­ka pew­na Ka­mil­la Po­ko­cha­ła po­etę Bryl­la I ko­cha­ła go do ni­nie Gu­stu­jąc w bry­lan­ty­nie I to jest pol­ska idyl­la

Jan Czo­pik22

I jak po­wie­dział je­den (Bucz­kow­ski)23, była w tym mo­dli­twa: ob­darz mnie no­ga­mi lek­ki­mi dla przej­ścia przez ży­cie, bo jak po­wie­dział ten sam: „Ży­cie to jest rzecz przej­ścio­wa” – Bucz­kow­ski.

Była nie­dzie­la. Gru­dnio­wa. Rano o wpół do siód­mej roz­dzwo­ni­ły się nad mia­stem dzwo­ny na ro­ra­ty. Wsta­łem tego dnia już dużo wcze­śniej. O czwar­tej. Po­przed­nie­go dnia le­głem za­raz po po­łu­dniu, więc spa­łem jak ka­mień dwa­na­ście ja­kieś go­dzin. Ale przed­tem by­łem na no­gach pięć­dzie­siąt ja­kieś go­dzin, nie przy­my­ka­jąc po­wiek, żywy jak myśl ser­ca albo ser­ca myśl, a więc bez­gra­nicz­nie.

Szli­śmy po­pod zam­kiem. Za sze­ro­ką fosą, po dru­giej stro­nie muru for­ty­fi­ka­cji, wyła w noc roz­pusz­czo­na po dzie­dziń­cu sfo­ra psów.

Z góry pa­dał śnieg, z boku świe­ci­ło słoń­ce sto­ją­ce na wzgór­ku zrę­bu, koł­ki po ode­bra­nych ku­bi­kach drze­wa wy­glą­da­ły jak szu­bie­ni­ca na tle gra­na­to­we­go, tam od pół­noc­nej ni­skie­go nie­ba.

LAS25

Na zrę­bie. Z góry pa­dał śnieg, a z boku świe­ci­ło słoń­ce. Sto­ją­ce na wzgór­ku koł­ki po ode­bra­nych ku­bi­kach pa­pie­rów­ki i opa­łów­ki i kne­blów­ki wy­glą­da­ły jak szu­bie­ni­ce na tle gra­na­to­we­go tam od pół­no­cy ni­skie­go nie­ba.

Py­ta­nia do Maj­dań­skie­go26?

1) Jak jest do­kład­nie ze stre­fa­mi le­śnych ro­bót, jaka stre­fa – jaki do­da­tek. Na któ­rej stre­fie my pra­cow[ali­śmy].

2) Czy pa­mię­ta, jaki jest ko­lor dymu od ognisk na zrę­bie. W zi­mie oczy­wi­ście, kie­dy moż­na pa­lić po so­bie dro­biazg.

3) Na co się po­lu­je w stycz­niu i w lu­tym.

4) Po ile pła­cił za szysz­ki dzie­ciom, któ­re zbie­ra­ły je na zrę­bie.

5) Ja­kie drze­wo idzie na my­gły? Czy tyl­ko tar­tacz­ka, czy może też [ko­pa­li­nia­ki?].

6) Jak się na­zy­wa ten przy­rząd do ro­bie­nia zna­ków na oko­ro­wa­nym pniu, zna­ków, gdzie na­le­ży ciąć piłą.

7) Co się robi z dro­bia­zgiem na dział­ce la­tem, je­śli nie moż­na go spa­lić?

My już mó­wi­my ję­zy­kiem, jak ktoś po­śmiert­ny. Pi­sa­nie ich, to jest ro­bo­ta na dru­tach.

Pa­skud­ny sen mia­łem. Róż­ne pa­skud­ne ka­wał­ki. Je­den na przy­kład. Szu­ka­łem w wiel­kim przej­ściu Ko­tli, któ­ra mi się gdzieś za­gu­bi­ła. Na dro­dze pod­czas mo­je­go szu­ka­nia były róż­ne prze­szko­dy. Ja­kieś ta­kie pta­ki z bla­chy. Od­ga­nia­łem je ręką. I kie­dy tak się od nich opę­dza­łem ręką, ude­rzy­łem jed­ne­go w otwar­ty dziób. Sil­nie go ude­rzy­łem i on był w pę­dzie i ręka wla­zła mi w nie­go do po­ło­wy gdzieś i tak zo­stał mi na ręku jak klesz­cze. Za­czą­łem go ścią­gać dru­gą ręką. Więc naj­pierw ja­kąś taką bla­sza­ną po­wło­kę zdar­łem z nie­go i po­tem róż­ne rze­czy, ka­wał­ki pły­ty tak, jak mika, po­tem pa­ku­ły ja­kieś, szma­ty, po­tem drut gru­by, po­tem cień­szy i zu­peł­nie cie­niut­ki za­czą­łem z ręki od­wi­jać, jak z trans­for­ma­to­ra i cią­gle nie mo­głem dojść do koń­ca, do mo­jej ręki.

Po­go­da. Na zrę­bie od cza­su do cza­su pa­dał drob­ny śnieg z desz­czem. Słoń­ce bla­do świe­ci­ło zza chmur. Blask jego roz­la­zły był, roz­my­ty jak­by. W każ­dym ra­zie, nie była to kula ide­al­na ani na­wet w przy­bli­że­niu. W nocy zła­pał mróz. Cięż­ko się ko­ro­wa­ło. Dwa razy ostrzy­łem skro­bak27.

W gło­śni­ku była ra­dio­re­kla­ma: Za­nim na­dej­dzie czas rwa­nia śli­wek, jedz smacz­ne i zdro­we śliw­ki mro­żo­ne.

Sze­dłem wol­no, nie bie­głem, nie ga­lo­po­wa­łem, sze­dłem wol­no po tej na­giej rów­ni­nie, ale na­gle sta­ną­łem. Jak­by mnie ktoś [spiął?] w miej­scu, jak ko­nia. Zda­ło mi się, że sły­szę ja­kiś ci­chy dźwięk, szem­ra­nie, a ra­czej sze­lest ja­kiś. Sta­ną­łem i roz­glą­da­łem się do­ko­ła. Na tej wiel­kiej, na­giej rów­ni­nie, co mo­gło wy­da­wać taki głos? Może ptak ja­kiś prze­le­ciał nade mną. Na nie­bie chmu­ry to­czy­ły się ła­god­nie, wiatr był, le­d­wie go czu­łem i przy­po­mnia­łem so­bie, jak je­den, Lu­kre­cjusz zwa­ny, opi­sy­wał pe­wien dźwięk na­tu­ryW jed­nym z no­tat­ni­ków Sta­chu­ry (w tym sa­mym) znaj­du­je się taki oto za­pis:

O chmu­rach „Wy­da­ją jesz­cze po­nad płasz­czy­zna­mi roz­le­głe­go świa­ta taki od­głos, jak to cza­sem sze­lest mu­śli­nu roz­pię­ty w wiel­kich te­atrach, trze­po­cząc po­śród masz­tów i żer­dzi”, Lu­kre­cjusz, ks. VI, w. 110-112..

Nad sta­wem la­ta­ły już chma­ry ko­ma­rów.

Sie­dzia­łem wśród tych lu­dzi, w tym domu, w tych czte­rech ścia­nach i chcia­ło mi się skrzy­żo­wać ręce i żeby uro­sły mi dłu­gie, dłu­gie i że­bym je po­tem roz­krzy­żo­wał z roz­ma­chem i roz­wa­lił te ścia­ny. I spo­koj­nie wte­dy so­bie skrzy­żo­wa­łem ręce, ale nie uro­sły mi, nie roz­wa­li­łem tych ścian i tak sie­dzia­łem z rę­ka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi jak mę­drzec, mó­wią, jak ka­le­ki mę­drzec.

Słoń­ce sta­ło jesz­cze na za­cho­dzie, a na wscho­dzie stał już księ­życ w peł­ni swo­jej. Po­tem słoń­ce za­szło i świa­tłość nie­wy­mow­na roz­le­wa­ła się tam. Pod­nio­słem lor­net­kę do oczu i za­pa­trzy­łem się. Chmu­ry two­rzy­ły wiel­ką, roz­le­głą del­tę rze­ki, wpa­da­ją­cą do mo­rza, wy­spy, wy­sep­ki, szu­ka­łem tego miej­sca na wy­brze­żu lub w del­cie, gdzie te­raz prze­niósł­bym się chęt­nie. Sie­dzia­łem w pa­ro­wie, od­po­czy­wa­jąc, sie­dząc pod krza­kiem lesz­czy­ny, susz­ce, któ­rą ścią­łem w le­sie. Pa­pie­ro­sa pa­li­łem i pa­trzy­łem na zbo­cza wą­wo­zu, na drze­wa, nie­bo wstrzą­sa­ją­ce, na ścia­nę rów­ne­go lasu. Ach, Boże, Boże. Pa­trzy­łem więc. Po­tem sa­ren­ka ostroż­nie wy­szła z lasu i za­czę­ła sku­bać sa­ra­de­lę. Pod­no­si­ła pło­chli­wie raz po raz swój łeb. Nie wi­dzia­ła i nie czu­ła mnie sie­dzą­ce­go pod krza­kiem lesz­czy­ny. Nic jej nie spło­szy­ło i po kwa­dran­sie najadł­szy się, we­szła wol­no do lasu.

Boże, jak ona wcho­dzi­ła w ten las. Jak do domu wcho­dzi­ła. Z ulgą wcho­dzi­ła. Boże, że­bym ja tak wcho­dził do tego lasu, któ­ry wo­kół mnie, któ­ry też moim do­mem.

Całą noc wiał wiatr. Ten praw­dzi­wy. Hu­lał strasz­li­wie. Całą noc słu­cha­łem. Nie spa­łem, słu­cha­łem mó­wię. Hu­la­ło też cały dzień. Tro­chę mniej. Pod wie­czór do­pie­ro uci­szy­ło się. Ab­so­lut­nie. Naj­mniej­szy wiew. Sze­dłem dnem do­li­ny do do­mo­stwa. Na nie­bie świe­ci­ły gwiaz­dy i peł­nia. Mróz. Po­wie­trze stę­ża­ło. Mróz szedł na nas. Spod nóg pra­wie ze­rwa­ło mi się z krzy­kiem, bi­ciem skrzy­deł sta­do ku­ro­patw. Księ­życ stał na środ­ku nie­ba, wy­so­ko, dwa razy tak wy­so­ko, jak gdy­siej­sze słoń­ce. Hu­la­ło dwie noce i dwa dni. Po­tem się uci­szy­ło. Pod wie­czór dru­gie­go dnia. Ab­so­lut­nie. Naj­mniej­szy wiew. Do­li­na sta­ła nie­ru­cho­ma. Jak za­klę­ta. Woda, drze­wa, po­wie­trze. Wszyst­ko.

Co sku­pu­ją skle­py Her­ba­pol?:

Cena za kg świe­że – su­che

Kłą­cza ta­ta­ra­ku nie­ko­ro­wa­ne

1,80 – 11 zł

Zie­le bar­win­ka (wy­łącz­nie su­che)

25 zł

ko­rzeń my­dl­ni­cy

7 zł – 30 zł

ko­rzeń mnisz­ka

4 zł – 20 zł

ko­rzeń glist­ni­ka (ja­skół­cze zie­le)

8,50 zł – 60 zł

pącz­ki to­po­li

5 zł – 15 zł

ko­rzeń ży­wo­ko­stu

3 zł – 30 zł

owoc ja­łow­ca

6 zł – 12 zł

kora kasz­ta­now­ca

2 zł – 9 zł

Dla Ca­łej ja­skra­wo­ści ja­kiś epi­zod z ce­ro­wa­niem. Ce­ro­wa­łem skar­pet­kę, a Wi­tek przy sto­le z na­po­chy­lo­nym łbem „ce­ro­wał nie­bo drob­nym pi­smem”29.

Ko­mu­ni­kat dla szy­bow­nic­twa: Brak wa­run­ków do wy­stą­pie­nia ru­chów fa­lo­wych.

Ca­łej ja­skra­wo­ści tam, gdzie moż­na przy cy­ta­cie uni­ka­jąc zna­ku („”) – pi­sać: otwie­ram cu­dzy­słów (cy­tat), za­my­kam cu­dzy­słów30.

Na pu­stym lo­do­wi­sku przy dźwię­kach Ave Ma­ria Schu­ber­ta pły­ną­cych z gło­śni­ka tań­czy­ła na łyż­wach mło­da dziew­czy­na.

I kwa­dra księ­ży­ca. Dzień trzy i pół go­dzi­ny dłuż­szy od no­wo­rocz­ne­go.

Kwit­ną bia­ło kasz­ta­ny. Kwia­ty – ki­ście, jak bia­ły bez.

Ja też, Edward S., tak jak Fer­nan­do Vi­dal mogę po­wie­dzieć, że zaj­mo­wa­łem się całe ży­cie je­dy­nym te­ma­tem, któ­ry po­wi­nien in­te­re­so­wać ludz­kość.

Peł­nia księ­ży­ca.

Jó­zef Hof­man31. Oto Kon­cert f-moll Cho­pi­na w hi­sto­rycz­nym na­gra­niu wiel­kie­go pia­ni­sty J. Hof­ma­na.

Ku­ja­wy.

– Żga­ją­ce ga­łąz­ki róży. To zna­czy z kol­ca­mi – ter­min pół­chłop­ski.

Za­py­tać pana Maj­dań­skie­go, czy na­zwa „szwedz­ka ręcz­na piła me­cha­nicz­na” jest pra­wi­dło­wa i czy wy­ko­ro­wa­ne pnia­ki drzew moż­na czymś na­sy­cić, aby były mniej po­dat­ne na gni­cie i próch­nie­nie pod wpły­wem wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych. Spy­tać, czy pra­wi­dło­we rów­nież są na­zwy: zrzaz32 pod­ci­na­ją­cy i zrzaz ści­na­ją­cy przy ści­na­niu piłą drze­wa i jaka jest ko­lej­ność zrza­zów.

W po­wie­trzu nad do­li­ną czar­no-bia­łe czaj­ki igra­ły ze sobą, krzy­cząc pi­skli­wie. Na dra­bi­nie usiadł wró­bel, wy­cie­ra­jąc so­bie dziób o szcze­bel.

Gdzie lu­dzie po­trze­bu­ją po­ezji? – jak pyta Mi­chel De­guy33.

Gdzie? Tak, jak pyta się dziec­ka. Ale gdzie cię boli? Nie wie, ale go boli…

W Gru­dzią­dzu u Bru­na34.

Na tra­sie Chełm­ża-Gru­dziądz. W ma­łym sta­wie le­ża­ły dwie ogrom­ne ró­żo­we cy­ster­ny. Le­ża­ły zu­peł­nie nie wia­do­mo po co i jak, i dla­cze­go, i czy­je to, i kie­dy, i skąd, i w ogó­le. To było prze­pięk­ne. [Pła­kać?] mi się chcia­ło ze szczę­ścia.

Przy­niósł 4 wód­ki, a Bru­no mówi: – Przy­nieś ja­kieś piwo, żeby po­tok­nąć35.

On te­raz awan­so­wał. Przy­nieś, wy­nieś i wyjdź sam.

Bru­no: Otarł się o ży­cie jak pro­siak o żyt­nią sło­mę.

Bru­no: Te­raz dziew­czy­ny nie mają cyc­ków. To są pi­nez­ki to, co one te­raz mają.

Gru­dziądz nad Wi­słą. Cmen­tarz cho­le­ry­ków. Tych, co pa­dli pod­czas epi­de­mii w cza­sie I woj­ny albo jesz­cze wcze­śniej.

Je­cha­li­śmy sko­dą z przy­czep­ką, czy­li z ogo­nem, jak mó­wią dys­try­bu­to­rzy na ba­zach sa­mo­cho­do­wych, do Wło­cław­ka do bu­du­ją­cej się tam fa­bry­ki farb i la­kie­rów (do bu­du­ją­ce­go się tam stop­nia wod­ne­go). Wóz i ogon mie­li­śmy za­ła­do­wa­ne dwu­dzie­sto­ma czte­re­ma krę­ga­mi, gdzieś po 500 kg. Cięż­ko je­chał.

Uli­ca Bec­kie­go pięk­na, eskor­to­wa­na krza­ka­mi dzi­kich róż do Wi­sły. Ko­ściół św. [Jana] Chrzci­cie­la. Plac. „Bar pod Czwór­ką” – dro­go, ale b. smacz­ne żar­cie.

Fa­cet był ogrom­nie wy­so­ki. Ze dwa me­try li­czył. A pal­ce miał jak klar­ne­ty. Wstał, roz­chy­lił ko­szu­lę i wy­piął owło­sio­ną pierś i po­to­czył wzro­kiem do­ko­ła. Ci­cho było. Ci­cho się zro­bi­ło. Fa­cet wy­jął scy­zo­ryk, otwo­rzył go i po­wo­li zbli­żył ostrze do swo­ich pier­si. Jesz­cze ci­szej się zro­bi­ło. Zno­wu po­to­czył wzro­kiem i po­wo­li prze­je­chał so­bie smycz­kiem (scy­zo­ry­kiem) z góry na dół. Krew po­ka­za­ła się czer­wo­ną smu­gą. Wte­dy fa­cet po­wie­dział.

– Sie­bie nie ża­łu­ję, a was będę ża­ło­wał.

I tak da­lej.

– Jak prze­czy­ta­łem ten wiersz, to tak się po­czu­łem, jak­bym się na­gle obu­dził i ktoś mi na­tych­miast mówi, kto ja je­stem (O wier­szu Mi­che­la z koń­ców­ką „zbieg”)36.

Wi­tek do mnie.

– Te two­je od­wro­ty jak się z kimś że­gnasz, to są ta­kie, że zmu­sza­ją lu­dzi do tkwie­nia w miej­scu. [Jak spiż?]. Jak wry­ci sto­ją ja­kiś czas w miej­scu, choć ty już się od­wró­ci­łeś i idziesz gdzieś.

Trud­no zo­sta­wić w wo­dzie od­ci­śnię­ty ślad – mó­wią. Książ­ki moż­na pi­sać, na­wet w wiel­kich bó­lach, ale to jesz­cze nie wszyst­ko.

– To zda­nie bu­rzy wszyst­kie uni­wer­sy­te­ty – po­wie­dział Wi­tek. Wszyst­ko. Se­mi­na­ria, ko­lo­kwia, kwa­dran­se aka­de­mic­kie itd.

Wi­tek.

Zna­łem ta­kie­go pe­dan­ta na uni­wer­sy­te­cie. Raz dwóch chło­pa­ków się biło i je­den wle­ciał przez drzwi do jego ga­bi­ne­tu i wpadł pod krze­sło. A on wsta­je, jak­by nig­dy nic i mówi:

– Pro­szę, słu­cham pana.

Puch dmu­chaw­ca le­żał gę­sto na po­wierzch­ni sta­wu i pły­nął w po­wie­trzu.

An­drzej Ba­biń­ski37

Przy­spie­szam me dni ostat­nie Głu­po­ta go­ści­ła mnie za dłu­go Za­padł wie­czór ca­ło­rocz­ny.

Stok nie­bie­skie­go łu­bi­nu przy to­rze mię­dzy Su­cha­tów­ką na tra­sie Ino­wro­cław-To­ruń.

Dzi­siaj rano na­stra­szył mnie nie­sa­mo­wi­cie ol­brzy­mi za­jąc-stra-szak. Trze­cia rano była. Wy­sze­dłem z cha­ty i sze­dłem przez pola. I na­gle spod sa­mych nóg pry­snął mi za­jąc. Od­sko­czy­łem w bok i prze­wró­ci­łem się. Po­tkną­łem się i pa­dłem na ty­łek. Za­jąc wiel­ki­mi su­sa­mi czmy­chał pod górę, a ja jak się nie za­śmie­ję. To było coś nie­sa­mo­wi­te­go ten śmiech w środ­ku pola. Pu­sto, ci­cho, przed­świt, a tu ten mój śmiech.

Wschód 314 – za­chód 1957. Dzień jesz­cze o pięć mi­nut krót­szy od naj­dłuż­sze­go.

An­drzej B38. wy­cho­dzą­cy na mia­sto, żeby na­go­nić so­bie po­ezji.

Jak mówi pan Fe­dec­ki39, czy po­zwo­lisz, że się ro­ze­śmie­ję z sza­cun­kiem.

– Kto pan jest? Ma pan ja­kąś po­sa­dę?

– Je­stem in­spek­to­rem wydm lot­nych w Do­li­nie Ma­cie­jo­wic­kiej.

Na­zwi­ska: Mi­chał Kąt­ny, Hry­nia Pa­cho­łek, Za­wa­dec­ki, Pe­re­sa­da, La­smraź­nic­ki, po­ste­run­ko­wy Sze­ruc­ki, Jó­zef Selp­ka40.

Pół księ­ży­ca na po­łu­dnio­wo-wschod­niej.

Han­dlo­wa­nie na tar­gu cze­re­śnia­mi, wi­śnia­mi i jabł­ka­mi.

Ta baba w ki­blu li­czą­ca pie­nią­dze na pod­ło­dze, klę­czą­ca przed chu­s­tecz­ką, w któ­rej pie­nią­dze i gło­śno li­czą­ca.

– Po ile wi­sien­ki, syn­ku – pyta mnie ba­busz­ka.

– Po 15, bab­ciu.

– O, cho­le­ra.

Zry­wa­nie cho­rą­gie­wek i trans­pa­ren­tów i tak da­lej po świę­tach.

1 maja, 22 lip­ca. Sie­dem zło­ty na go­dzi­nę. Łazi się po uli­cach i wol­niut­ko się zry­wa, bo to na dniów­kę. Dwa, trzy dni się [nie­raz?] zry­wa. Każ­dy za­kład swo­je.

Wi­tek Ró­żań­ski.

Nas było dwóch, ale koło nas błą­kał się ten wciąż nie­roz­po­zna­ny, ten trze­ci, któ­ry był jed­nym z nas, tyl­ko nie wia­do­mo któ­rym.

Cały ty­dzień ja­kichś ta­kich bia­łych nocy.

Peł­nia. Księ­życ ni­sko na po­łud. stro­nie. Bia­ły. Do­kład­nie przed pierw­szą, po pół­no­cy chmu­ry za­czę­ły iść na nie­bo. Od pół­no­cy wła­śnie na po­łu­dnie. Ale dziw­nie szły. Rów­no, cała fa­lan­ga. Pro­sta, jak strze­lił była li­nia pierw­szych su­ną­cych sze­re­gów. O pierw­szej za­kry­ły do­kład­nie pół nie­ba. Pół nie­ba było do­kład­nie prze­dzie­lo­ne.

Dru­gie re­dle­nie kar­to­fli.

Wi­chu­ra.

Ro­bo­ta przy no­wej stud­ni. Wy­le­wa­nie nie­do­brej wody. Sy­pa­nie żwi­ru znad rze­ki na dno stud­ni, żeby utwo­rzyć ro­dzaj ta­kiej fil­tru­ją­cej war­stwy. Po­dob­no daje się też wap­no, któ­re oczysz­cza wodę.

Dzi­siaj w le­sie po po­łu­dniu. Na grzy­bach. Grzy­bów moc. Grzy­bów jak gno­ju – jak słusz­nie za­uwa­ży­ła ta baba w au­to­bu­sie. Po ol­szów­ki lu­dzie na­wet się nie schy­la­ją. Czar­ne łeb­ki, ko­zacz­ki, praw­dzi­we i ma­śla­ki. Ma­śla­ków całe ko­lo­nie w młod­nia­ku i za­gaj­ni­ku. Po le­sie ha­ła­su­ją sro­ki. Łąki w sto­krot­kach.

Bal­la­da o Po­tę­go­wej42 – na­pi­sać dla Sa­szy43.

Peł­nia księ­ży­ca tuż nad kasz­ta­na­mi na po­łu­dnio­wym wscho­dzie. Nie­bo czy­ste. Gwiaz­dy lek­ko za­ma­za­ne.

100 w nocy. Gwiaz­dy błysz­czą tro­chę sil­niej­szym bla­skiem. Wid­na, je­dy­na jak każ­da noc.

Przed po­łu­dniem pada deszcz. Ale tak drob­ny, tak de­li­kat­ny, że trud­no so­bie wy­obra­zić de­li­kat­niej­szy deszcz. W po­wie­trzu py­łek, taki jak­by ja­sny, prze­zro­czy­sty dy­mek. Żeby do­brze zmok­nąć, trze­ba by ze trzy go­dzi­ny iść otwar­tą prze­strze­nią lub skra­jem dro­gi nie­ob­sa­dzo­nej drze­wa­mi. Może dwie go­dzi­ny.

Na przy­stan­ku pe­ka­esu przed dru­gą. Chło­pi wożą z pola kar­to­fle. Kro­wę na sznur­ku pro­wa­dzi baba w ser­da­ku ob­wią­za­nym w ta­lii sze­ro­kim, czar­nym pla­sti­ko­wym pa­skiem mod­nym kie­dyś bar­dzo w la­tach, zda­je się, jesz­cze pięć­dzie­sią­tych. Trzech żoł­nie­rzy idzie w za du­żych ro­bo­czych mun­du­rach. Z tyłu wi­szą im por­t­ki bu­fia­sto, idą ka­czym ko­ły­szą­cym się cho­dem.

W au­to­bu­sie. Do Gło­go­wa. Ta nie­sa­mo­wi­ta czer­wo­no-brą­zo­wa po­świa­ta w po­wie­trzu. Nie tyl­ko od roz­ko­pa­nych bu­ra­cza­nych pól, nie tyl­ko od da­chó­wek po­nie­miec­kich osie­dli, nie tyl­ko od czer­wo­ne­go swe­ter­ka sto­ją­ce­go przy pło­cie dziec­ka.

Skoń­czy­łem Świę­tą stud­nię44 Ka­ta­je­wa w pięk­nym, tro­chę za po­praw­nym prze­kła­dzie Fe­dec­kie­go. Rzecz bar­dzo in­te­re­su­ją­ca, o ko­lo­rze chłod­no-nie­bie­skim, prze­cho­dzą­cym cza­sa­mi w siw [—]. Mimo żar­li­wo­ści nie­któ­rych frag­men­tów. Cze­goś tam bra­ku­je, aby rzecz była strasz­li­wie przej­mu­ją­ca. A mo­gła­by taka być. Pięk­ne to za­gra­nie z lek­ka zwę­glo­ny­mi rze­cza­mi.

O trze­ciej nad ra­nem – mgła.

Na grzy­bach w le­sie z Zytą45 i Czo­pi­ka­mi46. Lecą kasz­ta­ny.

Po­nie­dzia­łek, ach te dni. W le­sie po po­łu­dniu. Chłod­ne, czy­ste,już zi­mo­we jak­by nie­bo. Grzy­by. Dużo. Sen o grzy­bach. Je­den fa­cet mówi, że w Gli­wi­cach czar­ne łeb­ki po 38 zł na tar­gu. W Gro­cho­wi­cach na punk­cie sku­pu po 7 zł. Gdzieś o wpół do szó­stej – za­chód słoń­ca. Za­raz, nie­dłu­go po tym, jesz­cze przed szó­stą, księ­życ na wscho­dzie ogrom­ny w peł­ni, zło­to­czer­wo­ny wscho­dzi nad la­sem. Po­wrót. Łąka ta bia­ła cała, gę­sta, su­cha, bia­ła tra­wa. Tak się szło, jak­by się wy­sia­dło z le­cą­ce­go wy­so­ko nad chmu­ra­mi sa­mo­lo­tu i szło się po chmu­rach. Jeż na środ­ku łąki. Cha­ron szcze­ka do­ko­ła nie­go. Na polu wy­ko­pa­ne, nie­ze­bra­ne ziem­nia­ki. W ogro­dach ja­rzy­ny. Rzod­kiew ogrom­na, jak pię­ści ma­łych dzie­ci. Jabł­ka – re­ne­ty. Pta­szek, ten w za­gaj­ni­ku ska­czą­cy za mną, jak­by ro­zu­mie­ją­cy sło­wo: chodź, kie­dy go przy­wo­ły­wa­łem. Na dwa kro­ki do mnie pod­szedł. Pa­trzy­łem na nie­go. Dłu­go.

Na tar­gu przed po­łu­dniem w Gło­go­wie. Grzy­by: czar­ne łeb­ki i si­nia­ki po 4 zł kup­ka. Ja­kieś pięć ku­pek na kilo. Czte­ry może. Ser bia­ły, gdzieś pół­ki­lo­wy – 12 zł. Jabł­ka po 10 zł. Po­mię­dzy – resz­tów­ka, po 10, 6, 4 i 2 zł. W ka­wiar­ni „Mal­wa” wy­sta­wa znacz­ków.

1900. Wie­czór cie­pły. Księ­życ na pół­noc­nym-wscho­dzie na po­dwój­nej wy­so­ko­ści wid­nie­ją­cych w dali drzew. Za chmu­ra­mi. Nie­wy­raź­ny. Po­strzę­pio­ny.

2230. Księ­życ już wol­ny. Srebr­ny. Mroź­ny. Na wscho­dzie. Ja­kieś czte­ry, czte­ry i pół wy­so­ko­ści wid­nie­ją­cych w dali drzew.

Czar­ne noce. Leżę w dzie­dzi­nach po­ście­li. Gry­pa, ka­tar, prze­zię­bie­nie, czy coś w tym ro­dza­ju. Pi­szę Bal­la­dę dla Po­tę­go­wej. Może, jak uda mi się, jak mi wyj­dzie to, co chcę, po­ślę ją Sa­szy Grześ­ko­wia­ko­wi. Ale boję się, żeby jej nie znisz­czył. Jest w tej bal­la­dzie mi­łość czło­wie­ka nie­wy­mow­na, któ­rej on nie ma. Nie zna. Zo­ba­czy­my. Może uda mi się sa­me­mu uło­żyć me­lo­dię.

Wie­czo­rem spadł deszcz. Grusz­ki na drze­wie jesz­cze twar­de, ale mięk­kie są też. Gdy się po­trzą­śnie drze­wem, to one się sy­pią.

Prze­czy­ta­łem pana Sito – Lucy in the Sky with Dia­monds47. Na­pi­sa­ne do­syć nie­źle. Co do sta­nów, któ­re prze­ży­wa nar­ra­tor po za­ży­ciu STP czy LSD, to bo­ha­ter Ca­łej ja­skra­wo­ści48 prze­ży­wa ta­kie sta­ny pra­wie że co­dzien­nie i oczy­wi­ście bez po­mo­cy nar­ko­ty­ków, bez sztucz­ne­go za­płod­nie­nia, że tak po­wiem.

Na­resz­cie wsta­łem po cho­ro­bie. Trzy dni nie pa­li­łem.

Z Wit­kiem w To­ru­niu.

Na gro­bie Po­tę­go­wej49 z Wit­kiem. Na cmen­ta­rzu w Alek­san­dro­wie. Pa­proć ku­pi­łem w do­nicz­ce i po­sta­wi­łem na gro­bie. Po­tem o 1400 Ko­le­gium orze­ka­ją­ce w Po­wia­to­wym Domu Kul­tu­ry.

O co oskar­żo­ny pro­si Ko­le­gium w ostat­nim sło­wie?

Na cmen­ta­rzy­sku ca­ło­pal­nym pod Ko­tlą. Cmen­ta­rzy­sko z okre­su łu­życ­kie­go. Na wy­dmach roz­rzu­co­ne sko­ru­py garn­ków. Żyto ozi­me było już ta­kie duże, jak wska­zu­ją­cy pa­lec.

Wy­so­ko na płd. stro­nie nie­ba peł­nia księ­ży­ca. Noc cie­pła i wid­na. Na nie­bie chmu­ry dziw­ne. Jak­by jed­na chmu­ra ro­ze­rwa­na na drob­ne strzę­py i roz­rzu­co­na z rzad­ka po ca­łym nie­bie. Ta­kie małe jesz­cze ob­ło­ki. Z tych, co to: „a ob­łok był bia­ły i oświe­tlał ciem­ność”.

An­drzej B50.

– To tak jak­byś za­cy­to­wał w ja­kimś domu ten wers: „precz od­kop­nąć spodlo­ną pla­ne­tę”Pas­sus po­cho­dzi z wier­sza Cy­pria­na Nor­wi­da pt. Do oby­wa­te­la Joh­na Brow­na: „Więc, niź­li zie­mi szu­kać po­czniesz pię­tą,
By precz od­kop­nąć pla­ne­tę spodlo­ną -
A zie­mia spod stóp Twych, jak płaz zlęk­nio­ny,


Pierzch­nie -
więc, niź­li rzek­ną: «Po­wie­szo­ny…» -
Rzek­ną i poj­rzą po so­bie, czy kła­mią? –”.
Cyt. za: C. Nor­wid, Do Oby­wa­te­la Joh­na Brow­na, [w:] te­goż, Pi­sma wy­bra­ne, t. 1. Wier­sze, wy­brał i ob­ja­śnił J.W Go­mu­lic­ki, s. 487., to ci za­raz po­wie­dzą:

– Niech Pan tak nie mówi. To jest po­rząd­ny dom.

Deszcz. Dwa dni pada bez prze­rwy. Drob­ny, ale do­syć gę­sty. Wie­czo­rem pi­łem z Józ­kiem – or­gan­kow­cem piwo w Ko­tlan­ce i u Boro-daja. Jó­zek z Tar­no­po­la. Tar­no­pol i Bro­dy – te dwa mia­sta tyl­ko umie wy­mie­nić ze swo­ich daw­nych stron. Dzie­sięć lat miał, jak przy­je­chał tu na Zie­mie Od­zy­ska­ne za­raz po woj­nie w 45-tym.

Bo­ro­daj opo­wia­dał, że spod go­spo­dy to giną ro­we­ry, a spod jego pło­ta jesz­cze nic nie zgi­nę­ło. Raz tyl­ko, ale zła­pa­li zło­dzie­ja. Chłop przy­pro­wa­dził cie­la­ka na spęd i ku­pił so­bie ten ro­wer. Ze skle­pu wpadł do Bo­ro­da­ja na piwo. Szó­sta wie­czór była gdzieś o tej po­rze, pod zimę i ciem­no było. Chłop po­sta­wił ro­wer pod pło­tem w świe­tle bi­ją­cym z okna, bo wte­dy jesz­cze w Ko­tli świa­tła nie było. Wszedł, pod­szedł do bu­fe­tu, za­mó­wił piwo i pod­szedł do okna.