Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00606 009302 7428775 na godz. na dobę w sumie
AlterPOP - numer 1 - styczeń-luty 2012 - ebook
AlterPOP - numer 1 - styczeń-luty 2012 - ebook
Numer: Archiwum publikacji: numery archiwalne
Wydawca: Fundacja Alterpop Język publikacji: polski
ISSN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: e-prasa >> kobiece, lifestyle, kultura
Porównaj ceny (wydanie papierowe, wydanie cyfrowe).

Pierwszy numer magazynu popkulturalnego AlterPOP zawiera 88 stron, na których można znaleźć:

- przeglądy premier płytowych, filmowych i książkowych,

- wywiady: Władysław Komendarek, Ray Wilson, Doogie White, Witold Jabłoński,

- opowiadanie ze zbioru Taxi, taxi! duetu Brykalski & Zalewska,

- przedpremierowy fragment powieści Miasto Nawiedzonych Witolda Jabłońskiego,

- ekskluzywne recenzje płyt, filmów i książek.

Ponadto zestawienie naprawdę starych hitów oraz refleksja na temat poziomu dzisiejszego dziennikarstwa telewizyjnego.

 

 


Darmowy fragment publikacji:


#1 s. 74 Komendar ek s. 17 1,23 zł (w tym 23 VAT) styczeń-luty 2012 Alterpop Każda rodzina jest święta z natury SPIS treści . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Słowo Dźwięk Obraz . . . . jest . . . . . . . był . . . . . będzie . . . . jest . . . . . był . . . . . . . jest . . . . . był . . . . będzie Redaktor naczelny: Tadeusz Bisewski Redakcja: Dawid Brykalski Kar olina Joisan Ewelina Leszczyńska Joannus Kor ekta: Wydawnictwo Ekwita www.ekwita.pl Kor ekta składu: Alicja Bisewska Wydawca: Słońce-Księżyc Alicja Bisewska ul. Gnieźnieńska 8/1 84-230 Rumia 3 PREMIERY płytowe Har d-Fi Killer Sounds ******* Tym razem dałem się złapać na okład- kę. Te cztery czaszki jakoś się do mnie sympatycznie szczerzyły. Potem szcze- rzyłem się i ja. Bardzo dobrze wybrałem płytę. Wreszcie jakiś angielski zespół, który nie cierpi na wieczne depresje, melancholie i histerie. Zabić dźwiękami to może Hard-Fi nie zabija, ale wigoru i pomysłowości odmówić im nie można. 11 zwartych piosenek zrobionych jest tak, że same wchodzą w uszy i do głowy. Co gor- sza zostają tam na dłużej. Potencjalne przeboje to Good For Nothing – trochę pod Gorillaz, ale z ciekawym etnicznym rytmem, przy Fire In The House mam problemy z usiedzeniem w miejscu, a za Give It Up to się koleżkom z Hard-Fi jakieś Grammy czy co tam należy. I za całą płytę też. Na przykład w kategorii inteligentny, ale niedołujący skoczny rock brytyjski. Hard-Fi to zespół nowoczesny. Jak się więc włoży płytę do czytnika, a in- ternet hula, to przekieruje nas na jakąś oficjalną podstronę. A tam dwa dodat- kowe kawałki do ściągnięcia. Też miło. SuperHeavy SuperHeavy ********* Płyta roku. Po prostu. Jagger i jakże wyśmienita ekipa nagrała materiał, który smakuje zawsze i wszędzie. Impreza? Nawet się nie wahaj, to- warzystwo będzie tańczyć do świtu. Jedziesz daleko i się nudzisz? Uważaj, ◄ możesz klikać numer str ony, aby powracać do spisu tr eści... SuperHeavy może sprawić, że prze- jedziesz swoją stację. Siedzisz sam w domu i nie masz co robić? Ta ekipa sprawi, że niespotykana energia wstą- pi w twoje ciało i umysł. Przy okazji posłuchaj, jak to jest zrobione, jest się w co wsłuchać. Doskonałe melodie, reagowe rytmy, przebojowe refreny, wysmakowane aranże, zdystansowany do siebie Mick, sami faceci i ona jedna – wdzięczna, bosa, roztańczona – Joss Stone. Łatwo się od tej płyty uzależnić. Na deser clip Miracle Worker, w któ- rym nie dzieje się nic, czyli wszystko. A Jagger udaje starego diabła, który naprawi to, co w życiu nie gra. Różni wykonawcy Męskie granie 2011 ******** Wydaje Wam się, że Polskie Radio to skostniała instytucja, która nadaje już tylko dla przedwczesnych emerytów generowanych przez ekipę Tuska? Ma- cie rację, tak Wam się tylko wydaje. Box (3 CD i 1 DVD) Męskie Granie 2011 to czad ponad inne czady. A za tę płytę odpowiada właśnie Polskie Radio. Nie jest to może męskość ociekająca testosteronem, raczej męskość jako charakter. I taka jest o wiele ciekawsza, bo dojrzalsza. Dyrektorem obwoźnego festiwalu był Wojciech Waglewski i rów- nież on nadał artystyczny ton całości. Płyty zamyka i otwiera Waglewski z Voo Voo lub Waglewski z Możdżerem. Wła- śnie przekrój przez rożne stylistyki to kolejna „siła” tej płyty. Od Pink Freud, przez Spiętego, Bajzel, Muchy, Lao Che po Janerkę, Titusa z Acid Drinkers czy takiego muzycznego zombie jak Mu- Skala ocen: ********** Space Ritual ********* Stairway To Heaven ******** To musi być miłość ******* Dusza diabłu sprzedana ****** Nadciąga noc k omety ***** I Can’t Get No Satisfaction **** Welcome To The Jungle *** Ta piosenka powstała dla pieniędzy ** Mam tak samo jak ty * Kim jest człowiek, jeśli nie człowiekiem tylk o niek. Ale w takim towarzystwie nawet Staszczyk coś z siebie dał i prezentuje się na płycie więcej niż przyzwoicie. Może dlatego, że z jednym utworem – Stary boy? Młodzi obok starych wyjada- czy. Porywczy i gniewni obok stonowa- nych i zdystansowanych. Z dorobkiem i bez. Taka różnorodność oraz ilość (każda z płyt to ponad lub prawie godzi- na muzyki) sprawiają, że pewnie każdy tu znajdzie coś dla siebie. A z drugiej strony udało się sporządzić wybór taki, że trzech płyt słucha się jak jednego spójnego koncertu. Tu nie ma nawet minuty nudziarstwa. Moim faworytem pozostaje Janerka. Pojawia się dwa razy – raz „solo”, czyli z zespołem własnym, drugi w duetach (różne konfiguracje). Teksty, aranże, zaangażowanie i wyko- nanie „na żywca” u niego chyba zawsze jest na europejskim poziomie. Do tego to absurdalne poczucie humoru… np. Mój sztylecik w twoim sercu: To różowe to ruchoma dupka A to białe to odnóża trupka Gang stokr otek opanował płotek Głupek głupka gania wokół słupka Mój sztylecik w twoim sercu Mój sztylecik w twoim sercu Tkwi Wydawnictwo uzupełnia krótki pa- radokument z trasy. Czyli wypowiedzi muzyków i osób zaangażowanych. Po- nieważ mam nadzieję, że kolejne edycje się odbędą, proponuję, by do minimum ograniczyć wypowiedzi P. Stelmacha i A. Gacek. Reszta ma i może zostać. Rewelacyjne wydawnictwo. Krajo- we, a nad podziw udane. Zasłużona platyna! Maciej Maleńczuk z zespołem Psychodancing Wysocki Maleńczuka **** Ponoć na grobie Wysockiego młodzi Rosjanie roztrzaskują swoje gitary. Nie wiem, co będzie roztrzaskiwać mło- dzież na grobie Maleńczuka. Złośliwość mi podpowiada, że flaszki. A jeszcze większa złośliwość, że reklamy. Chyba nie jestem odpowiednią osobą, by recenzować płytę kolegi Maleńczuka. Jestem do tego typa tak uprzedzony, że nawet gdyby wystąpił z Mickiem Jaggerem uznałbym, że to fałsz, blaga i obłuda. Stwierdzam więc, że płyta złożona z piosenek Wysockie- go to najwyższej klasy, profesjonal- na robota. Zapewne są to więcej niż poprawne interpretacje, przesycone „buntowniczym” i „gniewnym” cha- rakterem M. Maleńczuka. A ja tego zwyczajnie nie umiem docenić. Po prostu nie ufam ludziom, któ- rzy lansują się na lumpa i łajdaczysko, a ich gębę widzę i u ministra, i na re- klamach, i na jakichś plotkach. Nie, nie, nie. Jeszcze raz – NIE! Lenny Kravitz Black and White America ******* Nigdy nie trawiłem tego farbowanego lisa, a tu proszę, jaka udana płyta. Wszystko pewnie za sprawą tego, iż Lenny postanowił, że będzie teraz trochę bardziej soul. I efekt okazał się satysfakcjonujący. Kravitz nagrał płytę, na której nie ma słabych numerów. Jednocześnie nie są to jakieś błahe mu- zaki – na taki luksus Lenny by sobie nie pozwolił. Jest na to zbyt przebiegły. Jest więc eteryczny soul, pomieszany z diabelskim rock’n’rollem. A wszystko czarne jak sam diabeł. Władysław Komendar ek Przestrzenie przeszłości ******** Udana składanka, jak to się ładnie mówi – przekrojowa. Syntetyczne spojrzenie na dokonania muzyka z Sochaczewa. Słuchając takiej mu- zyki ma się wrażenie, że kompozytor i wykonawca zarazem pochodzi jednak z innej planety. Komendarek twierdzi, że to zbyt trudne, dokonać takiego wyboru. Nie dziwne, spośród tylu płyt wybrać to, co najważniejsze? Najlepsze? Najbardziej reprezentatywne? I jak ma to zrobić artysta o tak bezkompromisowych zapatrywaniach? W efekcie mamy tu z jednej strony muzyczne pomieszania z poplątaniem, lecz wszystko jest tak wygładzone i ujęte w taki sposób, że słuchacz z łatwością wpada w trans. Edguy Age of The Jok er ****** Z najnowszej płyty Edguy całe New Wave Of British Heavy Metal z Iron Maiden na czele może być dumne. Kaskady mięsistych riffów, przeszy- wające solówki, galopady basu i bęb- nów i przede wszystkim ekspresyjny śpiew lidera. Wyrabia się Tobias coraz bardziej. Do tego nie stroni od zaba- wy słowem i konwencją, by w końcu, w jednym refrenie zaśpiewać: „what the fuck, suck my cock?!”. Oczywiście to pointa przerażająco-zabawnej historii. Na płycie jest też ballada oraz hymn, by sobie wszyscy na koncercie pośpiewali. Okazuje się, że doświadczenie plus traktowanie stylu i gatunku z dystan- sem może przynieść coś odświeża- jącego. Halny to nie jest, ale i tak na płycie dzieje się tyle, że jak na heavy metal to bardzo dużo. Aha, Edguy jest szalenie popularny w Niemczech. Nie jest to jednak typowo grubiańsko-ger- mańskie granie. Jest w Edguyu sporo finezji. Profeska. Niby wszystko fajnie, ale thrash to muzyka ubiegłej epoki. Panowie mogą wycinać stalowe riffy, grać ultraszybkie solówki (Malmsteenowi i tak nie pod- skoczą), nawalać takie rytmy, że mało się perkusja nie rozleci, a wokalista może wykrzyczeć wszystkie frustra- cje świata. Nikt im tego nie zabroni. Problem w tym, że minęło wiele lat, a życie oraz ewolucja wymaga, by iść do przodu. Anthrax owszem idzie, ale małymi krokami. Mam nadzieję, że nie skończą jako proszalne dziady błąkające się po sce- nach, udając, że są groźni, źli i wszyst- kich zjedzą. Stare płyty naprawdę lu- bię. Za wigor i poczucie humoru. Anthrax Worship Music ****** DagaDana Dlaczego nie ******** Kiedyś królowie thrashu, to była na- prawdę ważna ekipa. Ważna, ale i prze- śmiewcza (broń Boże kabaretowa). Po- wrócili na ubiegłorocznym Sonicsphere w formie i najlepszym składzie. Zaraz też wzięli się za nagrywanie premiero- wego materiału. Domyślałem się, że są dobrzy. Słysza- łem, że są naprawdę dobrzy. Miłe do- nosicielki doniosły, że występ jednej z członkiń DagaDany na ubiegłorocznej Nowej Tradycji był bardziej niż świetny. Lecz w obliczu tej płyty stwierdziłem, że i tak tych pochwał jest za mało. Polsko-ukraińskie trio, laureaci tego i owego (najlepsze dopiero przed nimi) cławska ekipa raźno sobie poczyna w temacie hard rock, hard drugs hard sex. Może gdyby nie informacja na płycie oraz wszechwiedzące Google dałbym się nabrać, że to zagraniczna ekipa. Tak dobrze nie ma – słabsze brzmienia, niedorobiony angielski, momentami zbyt wtórne pomysły. Ale i tak nie jest źle. Oby tak dalej. Garb panom nie wyrośnie. Za bardzo miotają się po scenie. Halestorm Live in Philly ******** zrealizowali płytę, której treść i for- ma zamyka się w słowach: wyważona, wysmakowana, autentyczna. Takiej muzyki słucha się z przyjemnością. Za- dbano i o formę, i o treść, a przy oka- zji muzyka DagaDany ani trochę nie straciła na autentyczności. Wszystkie na siłę lansowane Jopkowe i Jopkopo- dobne produkty mogą się zwyczajnie schować, spalić ze wstydu albo sam już nie wiem co. Bo DagaDanie nie dorównują. Wiem, że to nienormalne, ale odkąd posłuchałem tej płyty, zdarza mi się nucić „Wszystkie mają po chłopoku”. Czemu może się to wydawać zabawne, wyjaśni kolejny wers: „a ja nie mam tego roku…” I pomyśleć, że nuci to fan Manowar, Whitesnake czy Vaia. Tak, dobra muzyka nie zna granic. Serce, uszy i odtwarzacz zdobywa od razu. The SixPounder Going To Hell? Per mission Granted! ***** No cóż… Pora przyznać się do błędu, a może raczej zaniedbania. Zlekcewa- żyłem debiutancki album Halestormu. I nawet wiem czemu. Odepchnęła mnie okładka. Zbyt komiksowa, co samo w sobie nie jest niczym złym, lecz to był taki… dziecinny komiks. Na pierwszej płycie rządził rock, który posłuchałem raz czy dwa i płyta wylądowała na półce pt. „zobaczymy, co będzie dalej”. A dalej nadszedł al- bum złożony z CD i DVD. I kiedy sobie Że tak powiem, polska młodzież ryczy zagraniczne piosenki. Ale nie powiem, nawet udanie ryczy. Jeszcze nieokrzyk- nięta następcami Acid Drinkers wro- to DVD włączyłem (koncert i klipy), to prawie wykrzyknąłem: „O kur…, ale zajebisty czad!”. Siedziałem tak z roz- dziawioną paszczą i chłonąłem energię płynącą z głośników oraz TV. Proste, melodyjne rockowe piosenki. Skrom- ne, ale błyskotliwe solówki. Zaangażo- wanie na maksa. Ekspresja wokalistki – rewelacyjna, głos takoż. Nie wiem, chyba nie ma elementu, którego nie wypadałoby pochwalić. Rodzeństwo Arajey i Elizabeth za- częło próby z nagrywaniem własnych kompozycji w wieku bardzo nastolet- nim (mieli 10 i 13 lat), teraz są u szczy- tu formy i możliwości. To słychać i widać. Bo gwiazdą rocka zostaje się mając lat 20. Ome Tomek Beksiński ****** tej płycie – jako autor tekstu. Muzyka bardzo zróżnicowana i ra- czej dla wyrobionego odbiorcy. Elek- troniczne aranże mieszają się z roc- kową stylistyką. Do tego pojawia się również nuta progresywna… Teksty, czasem gorzkie, czasem zabawne, czę- sto absurdalne. Z pewnością osobiste. Ponieważ jestem tak stary, że pamię- tam jeszcze audycje Beksińskiego, z łatwością odczytuję jego ironię czy katastroficzne przesłanie. Po płytę zapewne sięgną starsi, dojrzalsi fani rocka. I bardzo dobrze – niech wspominają radiowca, który wychował całe pokolenie. Que ensryche Dedicated to Chaos **** W skład grupy rejestrującej tę niety- pową płytę weszli członkowie duetu OMNI, wokalista grupy Mech Maciej Januszko oraz wielu gości. Jak nietrud- no się domyślić, płyta to swoisty hołd dla nieżyjącego radiowca Tomka Bek- sińskiego. Jest on również obecny na Już sam nie wiem, która to płyta w ich dyskografii. Od pewnego momentu wydają je równie regularnie, jak Tusk i jego ekipa wymyśla nowe podatki. Niestety, do Operation Mindcrime temu plackowi daleko. Niby wszystko jest jak należy. Ostre riffy, intrygujące solówki, rozpoznawal- ny głos i łomocząca sekcja. Kompozy- cje – inteligentne, teksty – nie mniej. A jednak przyjemność ze słuchania tej płyty jakaś specjalna nie płynie. W po- równaniu z poprzednimi albumami najnowszy wypada dość mdło, blado i bez polotu. Co mi się bardzo w Queensryche podoba to pewna konsekwencja. Na przykład – fascynacja Queen. Kilka ele- mentów zespołu Mercurego jest na Dedicated To Chaos obecnych. Wzbo- gaca to nieco skostniałą metalową strukturę. The Kenny Wayne Shepher d Band How I Go ****** głos w miarę głęboki, a czasem trochę chrypki. Zaletą płyty jest brzmienie, ta- kiej sekcji i tak nagranych gitar (Wayne błyszczy w dopracowanych solówkach) słucha się z przyjemnością. Tematy utworów jak blues i świat stare: rela- cje damsko-męskie, kłopoty sercowe, podróże, symboliczne powroty do domu oraz zmiany osobowościowe zachodzące w podmiocie lirycznym. Raz Kenny i jego band przyłoi aż miło, innym razem uderzy w sentymental- no-romantyczną nutę. Dołożyłem gwiazdkę za cover Pret- ty Woman Gary’ego Moore’a. Bardzo kompetentnie Kenny oddaje w nim hołd Irlandczykowi oraz pięknym ko- bietom. Leash Eye V.I.D.I **** Blues nie umiera nigdy. Co prawda niewielu białym udaje się oddać ducha muzyki – było nie było – czarnych. Na wszelki wypadek Kenny zaczyna niczym ZZ Top. Potem jest coraz lepiej. Jego blues to blues bardzo współ- czesny. Gitary hałaśliwe i jazgoczące. Brzmienie brudne, bliskie rocka. Gi- tara oczywiście na pierwszym planie, śpiew lidera – taki sobie. Stara się, lecz większych ekscytacji nie wywołuje. Ot, Leash Eye wydaje płyty bardzo rzadko. Kapela istnieje od 1996, a V.I.D.I. to ich zaledwie drugi krążek. Polskie realia bywają zabójcze. Podejrzewam więc, że mimo iż ci faceci grają równo jak sprawna maszyna, to robią to bardziej dla siebie, dla radości grania. Gdyby taka płyta ukazała się w USA, pewnie w tydzień pokryłaby się platyną albo platynową platyną. Rzecz jest o sa- mochodach, przemierzaniu niemierzal- nych przestrzeni, ciężarówkach i paru innych tematach, miłych zapewne każ- demu Amerykaninowi. To wszystko zo- stało ubrane w stylistkę zbliżoną do Black Label Society. Nie da się ukryć, super oryginalnie i odkrywczo nie jest. Jednak stawiam, że na koncertach Le- ash Eye stawi się wierna i spragniona takiego grania publika. Bo taki hard rock to muzyka stworzona do grania na żywo. Lunatic Soul Impr essions ********* Lunatic Soul to projekt, który w za- łożeniu miał się składać z dwóch al- bumów. Oba opowiadały o… zbłąka- nej duszy. Naturalnie więc muzyczne środki stylistyczne zostały wydelika- cone. Na Impressions pojawiły się tyl- ko utwory instrumentalne, które, jak tłumaczy sam Duda, są nie tyle „od- rzutami”, co miały być uzupełnieniem do ewentualnych wznowień dwóch pierwszych płyt. I znów wiem, że się powtórzę, ale tej płyty należy słuchać w całości. Od dechy do dechy. To zbyt głęboka muzyka, by dzielić ją na jakieś single, części czy inne podrozdziały. Impressions jest jak wyborna powieść, możemy do niej wracać po wielokroć, a i tak odkryjemy coś nowego. Fani Dead Can Dance powinni być zachwyceni. Lecz nie tylko oni. Ta mu- zyka jest jak wykwintna uczta w najlep- szym towarzystwie. Orgia dla zmysłów – w tym wypadku słuchu. Hugh Laurie Let Them Talk ****** Ponoć ta płyta to „odrzuty” z podsta- wowych sesji projektu Mariusza Dudy. Daj Panie Boże innym wykonawcom takie płyty, jak Lunatic Soul ma odrzuty. Podejrzewam Dudę, że jak mu się nu- dzi, to idzie do studia i coś tam dłubie. Dłubie i dłubie tak długo, aż mu coś wyjdzie. Po pewnym czasie uznaje, że jednak nie dość dobrze wyszło i pewnie zostaje w archiwach sporo ciekawego materiału. Na szczęście tym razem „odpady” z sesji wyszły na płycie. Hugh Laurie to aktor kojarzony tak bar- dzo z pewnym popularnym serialem, że nawet ludzie stroniący od telewizji widzą w nim już tylko doktora Housa. Laurie jednak od dawna muzykował. A to sam, a to w filmach, a to z grupą przyjaciół. Naturalną rzeczą stało się więc wydanie płyty. Muzycznie Laurie postawił na swój głos – nienajlepszy, ale charakterystycz- ny i z właściwą ekspresją, zespół rodem chyba z Nowego Orleanu oraz aranże zbliżone do Toma Waitsa, czy Bruce’a Springsteena z płyty Seeger Session. Pły- ty najlepiej słuchać w całości. Żwawsze melodie mieszają się z bardziej senty- mentalnymi, ale wszystko przyprawio- ne jest humorem - czy to w tekstach, czy w samych kompozycjach. Jak dla mnie Laurie może z nagry- wania płyt uczynić serial, czyli rytuał. Powiedzmy, żeby wypuszczał ze dwie na rok. A do tego przyjedzie z jakimś koncertem do Polski. W pierwszym rzędzie będę szalał. Arka Noego Pan Krak ers ****** Kipiące energią dzieci to prawie punkowa ekipa. Taki w nich pazur, za- dra i wrzask. Momentami zaskakująco dobra gitara, ale schowana w tle. In- trygujący saksofon w Centrali, piosen- ki Brygady Kryzys. Za repertuar robią stare polskie kawałki. Dzieci więc raźno skandują słowa Tiltu, Kultu, Dezertera, Izraela, Brygady Kryzys, Klausa Mitffo- cha, Oddziału Zamkniętego, Perfectu i L4 (kiedyś wielgachny przebój pt. Su- per para). Jest też jeden utwór własny, Najlepszy na świecie – o ojcu – i do niego klip video na płycie. Z drugiej strony, frapujące są stare panczurskie kawałki w takich nieco- dziennych aranżacjach. No i porów- nując teksty, kiedyś pisało się piosenki o czymś, w jakiejś sprawie albo chociaż oryginalnie. Dziś… Wiadomo, cytuję: „I choćbyś upadł na kolana, I choćbyś błagał, To już nie działa na mnie, żegnaj, Twoja strata”. Emma Dax Emma Dax I ***** Horda dzieci jakoś mnie pod żadnym względem nie kręci. Ale, że lubię cove- ry, bo to zawsze ciekawość człowieka pcha – co oni tam z tym oryginałem nawyprawiali? – po Pana Krakersa się- gnąłem. I nie wiem, co mam o tej płycie myśleć, a czego nie myśleć. Trochę rap, trochę freestyle, trochę drum’n’bass, a trochę powrót do dysko- tekowych brzmień z lat 80. Jak się oka- zuje, nadal tak można. Muzyka oparta jest więc na rytmie generowanym przez rożne elektroniczne „szafy grające”, a pośród tych beatów koleżka Duże Pe. I nawet momentami sobie nieźle poczyna. Oczywiście nie unika banału: „radośnie zapomnijmy choć na mo- ment, jak blisko położone są początek i koniec” albo bzdury: „jeśli tak jest, póki czuję twą obecność. Nie chcę się budzić przez wieczność”. Jednak poja- wia się od czasu do czasu naprawdę fajny tekst: „otwórz swą głowę i złap świeży powiew”, „kolejny raz ukradł mi cię dzień, dlatego gwałcę cię przez sen”. Może wyrwane z kontekstu nie wydaje się to tak dobre, ale w otoczeniu dziwnie oldskulowych dźwięków oraz z właściwą gatunkowi narracją przemawia. Lekkostrawne i wcale nie głupie. The Baseballs Strings ‘N’’Strips ****** The Baseballs wykonuje przede wszystkim covery. Stare szlagiery. Nowe szlagiery. Same szlagiery. Aranże rozpi- sane na kontrabas, trzy głosy i inne pod- stawowe instrumentarium, bez żadnych wydumisk. Panowie mają śpiewać tak, jakby cały czas się uśmiechali. Uśmie- chali do dziewcząt licznie zapewne zgor- madzonych pod sceną w klubie. Ta pozytywna atmosfera udziela się również mnie za każdym razem, kiedy sięgam po płyty The Baseballs (tę lub debiutancką Strike!). Pozytywny nastrój wzbudzają udane covery (Paparazzi, Candy Shop), melodyjne refreny oraz, za przeproszeniem, zaj*bista produkcja. Kontrabas, fortepian, te głosy, banalne pstrykanie palcami są tak nagrane, że mucha na kolumnach nie siada. Proponuję, by polski przemysł mu- zyczny wziął sobie The Baseballs jako przykład. Przykład pod tytułem „jak zrobić pop w taki sposób, by słuchacz nie czuł przy każdym utworze, że robią z niego debila”. Dr eam Theater A Dramatic Tur n Of Events ******** Przebiegli niemieccy producenci zro- bili tak: wzięli trzech nieznanych chłopaków, wystylizowali ich na lata 60. Nauczyli śpiewać oraz tańczyć. Upodobnili trochę do Elvisa, ale bez narzucającej się przesady. Kazali trochę tańczyć, ale też bez fajerwerków. Do tego niechże mają trochę dystansu do siebie. Po odejściu Mike’a Portnoy’a wszyscy myśleli pewnie: ojej, co to będzie!? Dream Theater się skończy albo już się skończył! To jednak zbyt profesjonal- na ekipa, by sobie pozwolić na takie ekscesy. Bez kłopotu znaleźli nowego perkusistę, nagrali dobrą płytę i swoim zwyczajem ruszyli w trasę. Ani na sekundę, mimo jak zwykle kompozycji długich i pogmatwanych, panowie nie spuszczają z tonu. W po- równaniu z poprzednimi płytami wię- cej na Dramatic… melodii, powietrza i progresji w stosunku do metalowych wycieczek. A te przecież zdarzyły się eki- pie Dream Theater choćby na Train Of Though. Tradycyjnie jest czego słuchać. W sensie ilościowym i jakościowym. Opowiedzieć o muzyce Dream The- ater w trzech akapitach nie sposób. Potrzeba minimum trzy miesięcy, by jako tako zapoznać się z ich najnowszą, wyborną propozycją. Wynton Marsalis Eric Clapton Play The Blues ********* Koncert zorganizowano na boga- to. Skład to prawie orkiestra. Clapton, Marsalis oraz liczni goście, wśród nich Taj Mahal. Jeden dmie, drugi szarpie struny, grają leciwy repertuar. Dęcia- ki dodają uroku lub mocy każdemu z kawałków. Normalnie jakby czas się cofnął i koncert odbył gdzieś w USA, w latach powiedzmy 30. A jakimi solów- kami panowie to wszystko przystrajają! Ech, płyta nie chce wyjść z odtwarza- cza… Clapton sięgnął nawet po Laylę. Ograny do szczętu kawałek zyskał po raz kolejny. Patti Boyd pewnie Eric już nie kocha, ale jak słuchała, to się miała prawo wzruszyć. To musiał być niezwykły wieczór. Dobrze, że choć płyta jest. Steven Wilson Grace For Dr owning ******* Gdyby nie wyszło SuperHeavy, byłaby to moja płyta roku. Clapton i Marsa- lis, mimo że leciwi, wykrzesali z siebie dość ikry i dali koncert tak doskonały, że można gryźć ściany z żalu, że nie wystąpili gdzieś nad Wisłą. Jak nie nagrywa z macierzystą grupą, to nagrywa coś solo. Jak nie nagrywa czegoś solowego, to coś miksuje, wzna- wia albo produkuje innych (nawet King Crimson, a to najlepsza rekomenda- cja). Jak nie pracuje w studiu – wyrusza w trasę koncertową. Czy przy takiej ilości pracy nie nastąpi w końcu spa- dek jakości? Nie można 12 miesięcy w roku być twórczym i kreatywnym na najwyższym poziomie… Jednak w przypadku tej płyty nie ma mowy o jakimkolwiek odpuszczaniu sobie. Słuchając tych dwóch CD mam wrażenie, że Steven przygotowywał je od lat. Wszystko jest doskonale prze- myślane. Kompozycje, aranże, długość utworów, dramaturgia, brzmienie zostało podporządkowane temu, by zaangażować słuchacza w historię, któ- rą muzyk opowiada. Z płyty przede wszystkim przemawia sentyment, smutek, nostalgia i zaduma. Nie od dziś Wilson ulega takim nastrojom, to chyba jego rys osobowości – me- lancholia. Znakomicie potrafi ubrać ją w muzykę. Płytę należy włączyć i się zasłuchać. Jeśli kompozytor ma na celu wprowa- dzić nas w stan swojego ducha, to Wil- sonowi powinno się to udać. Wciągnie Was w tę opowieść i uwiedzie. r eklama Gr ouplove Never Trust A Happy Song ****** Miłość grupowa? Czemu nie… Kiedyś byłem na hipnotycznym seansie i oka- zało się, że moim skrytym marzeniem jest uczestnictwo w rzymskiej orgii. Co za bezeceństwo! Zupełnie niechrze- ścijańskie. Porzućmy to i oddajmy się orgii dźwięków, nie zapominając, by nigdy nie ufać radosnym piosenkom. Początkowo sądziłem, że to Angole, Brytole czy inni podwładni Królowej (God Save!), ale nie – to Amerykanie. A płyta to ich debiut. Oby więcej tak dojrzałych debiutów. W tych Stanach to tylu zdolnych ludzi… Grouplove to rock, ale bardziej brytyjski niż amery- kański, czy jakiś hard. Na swój własny użytek nazwałem ich muzykę histerią o pozytywnym przekazie. Bardzo to wszystko jest wykrzyczane, rozhałaso- wane i entuzjastyczne. W tym kontek- ście tytuł płyty jest dość przewrotny. Kilka piosenek typuję jako ewentualne przeboje, a jak się okazuje, niektóre kawałki Grouplove okazały się tak chwytliwe, że sprzedały się do spotów reklamowych. Opracował: Dawid Brykalski WŁADYSŁAW KOMENDAREK r ozmowa Zbyt często nazywany polskim Rickiem Wackemanem (Yes), Tonym Banksem (Genesis) lub Keithem Emersonem (E.L.P.), bądź zupełnie niepotrzebnie porównywany do innych muzyków spod znaku tzw. el muzyki. Władysław Komendarek urodził się i mieszka w Sochacze- wie. Przebywa jednak zapewne więcej w trasie niż w mieście rodzin- nym. Jako instrumentalista i kompozytor wypracował własny styl, który wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. W muzyce Komendarka można odnaleźć echa muzyki rockowej, a nawet hardrockowej, klasycznej, jazzowej, etnicznej oraz eksperymentalnej. Zaczynał karierę w latach siedemdziesiątych z Grupą Dominika, następnie występował i nagrywał z Exodusem, by od połowy lat osiem- dziesiątych z sukcesem rozpocząć karierę solową. A ta trwa nieprze- rwanie do dziś. Dawid Brykalski: Lubi pan literaturę science-fiction? Pytam, bo mam wraże- nie, może mylne, że odnajduję jakieś jej echa w pańskiej muzyce... Władysław Komendar ek: Ogólnie nie przepadam za literaturą science- -fiction. Czasami zdarzają się jakieś bajki układane do moich dźwięków. Piszę je sam i jest to zazwyczaj fikcja. Najbardziej mnie interesują fakty, które są związane z wydarzeniami w przestrzeni kosmicznej. To wszystko jest bardzo ciekawe… Nie ulegam żadnej manipulacji Jakie wydarzenia ma pan na myśli? Mam na myśli eksperymenty armii USA na wodach oceanu oraz wypadki pojazdów kosmicznych z innych pla- net. Wykształcenie muzyczne pomaga czy przeszkadza w twórczości, k ompono- waniu? Jedno jest pewne, wykształcenie poma- ga tylko w manualnym, żywym graniu na scenie. Wtedy to jest duży plus. Będąc w Chorwacji i Rumunii, gdzie grałem z artystami z rożnych stron świata, to jeśli ktoś nie potrafił ma- nualnie grać na żywo, tylko wspierał się laptopem, to odpadał. Ci, co grali na żywo, bardzo szybko szli do przo- du. I to jest sprawiedliwe, że tworząc muzykę na żywo i grając z artystami, których pierwszy raz się widzi, można uzyskać taki efekt. Jam session wyszedł całkiem udany i dało też radę nagrać niezły materiał, pamiętając przy tym o skuteczności różnych artystów. Ujemna strona wykształcenia jest taka, że artysta nasiąka manierami przekazywanymi przez wykładowców. Tak nie można! To nie do pomyślenia, żebyś tak to zagrał! To nieprawidłowo, tamto nieharmonicznie, zagrane źle, czyli nie do przyjęcia… I tak dalej. Na przykład, kiedy polska orkiestra ma zagrać bluesa ze sławnym skrzypkiem, to ma problem, bo nie wie, jak do tego podejść. Trudno się grało, a raczej impr owi- zowało z osobami, których pan k om- pletnie nie znał, występując z nimi na jednej scenie? Powiem krótko. Wyciągnąłem z tych koncertów wnioski, że owszem, dużą sztuką jest zrobić w zaciszu domowym na laptopie ciekawy materiał, ale jesz- cze większą sztuką jest zagrać na żywo z artystami, których się wcale nie znało wcześniej, i jeszcze przy tym pokazać swoje możliwości i zdolności manual- ne. Wszystko polegało na tym, że jeśli artyści się dobrze dobiorą, to potrafią, bez przygotowania, stworzyć naprawdę wartościowy materiał. Wszystko było rejestrowane na systemie mac, więc mam nadzieję, że zostanie wydane. Czym dla pana jest muzyka? Czy kie- ruje się pan wobec niej jakąś własną, wewnętrzną, osobistą filozofią? Jeśli chodzi o tworzenie mojej muzyki, to głównie są to moje własne bunty na rzeczywistość, tę, która mnie ota- cza. Człowiek jako gatunek, jako isto- ta rozumna jest bardzo podatny na manipulacje i to w każdej dziedzinie. Jeśli człowiek nie byłby podatny na ma- nipulację, nie akceptował jej, to ludz- kość o wiele szybciej by się rozwijała technicznie. Rozwój naszej cywilizacji osiągnąłby w krótszym czasie szczyty w każdej dziedzinie. Nie sądzi pan, że w tej chwili mamy nie r ozwój, ale prawdziwą r ewolucję cyfr ową? Tak i bardzo dobrze, ale nie moż- na dopuścić do tego, by Windows był monopolistą. To tylko zwalnia rozwój technologii. wymiotuję, kiedy grają specjaliści od tworzenia hymnów. Na jakiej muzyce się pan wychował? Czy wciąż pan do niej wraca? Co pana ukształtowało jako muzyka na r ożnych etapach życia i twórczości? Kiedy powstał zespół The Beatles, to wywarł na mnie takie wrażenie, że właśnie wtedy na poważnie zaintere- sowałem się muzyką. Podszedłem do tematu poważnie, ale w tamtych latach miałem wiele rożnych zainteresowań. Dziś myślę, że na moją muzykę wywarły duży wpływ zespoły z tamtego okresu. Rolling Stones, Pink Floyd, wczesny Ge- nesis… Interesowałem się też różnymi odmianami jazzu. A jeśli chodzi o powroty, to lubię mieszać w swoich utworach dawną muzę, czyli podejście do komponowa- nia z bardzo współczesnymi brzmie- niami, np.: drum bass lub trans. Nie- którzy mi mówią: jak tak można?! A moim zdaniem, jak się chce, to można. Tylko trzeba być w tym zdecydowanym Co pan sądzi o współcze- snej muzyce? Jest wiele dobrego? Stacza się? Jaka będzie przyszłość muzyki ,,r ozrywk owej‰? Dużą krzywdę” muzyce robią globalistyczne me- dia, które nie pokazują całej gamy twórców. Pro- mowani są tylko wybrani i dzięki takiej polityce inni artyści się załamują i nie rozwijają się. Podziemie nawet w na- szym kraju jest kilka razy silniejsze od medialnych wybrańców, typu Budka Suflera czy Doda, której nie trawię. Ja Dużą krzywdę muzyce r obią globalistyczne media, któr e nie pokazują całej gamy twórców. Podziemie nawet w naszym kra- ju jest kilka razy silniejsze od me- dialnych wybrańców. i odważnym. Nie sugerować się tym, co kto mówi czy myśli. Po prostu ja jestem tak skonstruowany, że nie ule- gam żadnej manipulacji. Co mam ro- bić… Jak mam robić… I dla kogo mam tworzyć… Tworzę to, w danej chwili, na co mam ochotę. Bo jestem wolnym w tym, co robię. W jednym z wywiadów znalazłem taką pańską wypowiedź: (...) bo ja mam k orzenie metalowe. Zechciałby pan tę myśl r ozwinąć? Lubię bardzo muzykę metalową i cięż- kie granie. Ale czasami wracam do lżejszej, mieszając frazami w jakiś utwo- rze. Robię to po to, żeby wytworzyć odpowiedni klimat emocji i dramaturgii koncertu. Może poprawię to, co powiedzia- łem, w jakimś innym wywiadzie… Może mam nie tyle korzenie metalowe, co progresywne… Bo przecież w takiej grupie kiedyś grałem. Jednak na swoich koncertach gram czasem jeszcze ostrzej. Zgodziłby się pan, by któraś z pańskich kompozycji została wykorzystana w re- klamie np.: mar garyny albo pr oszku do prania? Może puszczana non stop w hotelowej windzie... Oczywiście ra- czej te łagodniejsze kawałki... A może już coś takiego miało miejsce? Jeśli już poruszamy ten temat, to cza- sami kiedyś tam były wykorzystywane moje pierwsze kawałki. Ale to wszystko było za moją zgodą lub nie. Nie znoszę, jak wszystko jest ro- bione bez mojej zgody i uważam, że nawet o samplowanie próbek z moje- go materiału powinni się mnie pytać producenci. Twórca musi o tym wie- dzieć! Producent od hip hopu, liczący się na rynku kanadyjskim, pyta się o taką zgodę, żeby coś zsamplować mojego i to jest kultura, jakiej oczekuję. Co- kolwiek się robi z danym utworem, to najpierw trzeba się spytać, a potem negocjować dalej. Wydana przez MMP składanka Prze- strzenie przeszłości to przekrój przez pańską twórczość. Mimo że to blisk o trzy godziny muzyki, to z pewnością musiał pan spor o odrzucić. Ciekawi mnie, jakie utwory odpadły... Jeśli chodzi o Przestrzenie przeszłości to miałem trudne zadanie… Mimo to dokonałem wyboru na ten podwój- ny krążek. Ale nie ukrywam, że były problemy. Do ostatniej chwili przed zdaniem materiału nie wiedziałem, co wybiorę… Czy może pan sobie wyobrazić siebie, wyk onującego inny ,,zawód‰ niż za- wód muzyka? Nie wyobrażam sobie innego zawodu. Władysław Komendar ek Przestrzenie przeszłości Rozmawiał: Dawid Brykalski Zdjęcie: Paweł Stelmach POSTMODERNIZM nie umiera nigdy Najnowsza płyta Coldplay to zestaw oburzająco dobrych piosenek. Począwszy od Hurts Like Heaven, a na Up With The Birds skończywszy. Zawsze byli epigonami U2 i to słychać również na Mylo… Jest jednak ta muzyczna mimikra tak przemyślna, że aż przestała mnie razić. Program płyty to niespełna 50 minut, upchnięto aż 14 utworów. Trzy z nich to jedynie krótkie instrumentalne impre- sje. Brian Eno nie występuje już jako producent, lecz w roli współkompozy- tora. To za jego sprawą w tej muzyce tyle przestrzeni, powietrza i oddechu. I mimo że dźwięków jest tak wiele, jest w tej muzyce odprężający luz. Coldplay w jednym utworze potrafi zawrzeć tyle pomysłów, że innym ze- społom wystarczyłoby ich na całą płytę. Jest gęsto. Dzięki temu przyjemność Coldplay MYLO XYLOTO z odkrywania Mylo… można sobie prze- dłużyć o każde kolejne przesłuchanie płyty. Lecz z drugiej strony, te melodie, te refreny, te tanie chwyty wokalne… Ta banalność, niestety, trochę zraża. Mogą się panowie rękoma, nogami i in- strumentami zapierać, że nic im do U2. Aranże, patenty, harmonie, skromne solówki, brzmienie są momentami ta- kie, że bez wstydu mogłyby się znaleźć na How To Dismantle An Atomic Bomb czy No Line On Horizon Irlandczyków. W wywiadach lider Coldplay twierdzi, że inspirował się m.in. filmem Droga. Nie wiem, na czym ta inspiracja miała polegać. Znam i film, i książkę. To ponu- ra, postapokaliptyczna historia. Raczej mało w niej nadziei, bo jak odnaleźć nadzieję, kiedy ludzie z głodu zjadają innych ludzi? A przy piosenkach z Mylo… chce się ponucić, pośpiewać, a może na- wet potańczyć – co kto umie. Jest ładnie. Stawiam, że Paradise będzie, jeśli już nie jest, koncertowym hitem. Cały sta- dion w odpowiednim momencie zaśpie- wa „ooooo ooooo ooooo!”. Pojawiający się w Up with The Birds cytat z Leonarda Cohena to ukłon w stronę bardziej in- telektualnej publiczności, ale już duet (Princess Of China) z Rihanną to… ku- riozum? Gdzież tam. To nic niezwykłego,
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

AlterPOP - numer 1 - styczeń-luty 2012
Numer:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również: