Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00475 009518 7508560 na godz. na dobę w sumie
Wiadomości Literackie 2 (1/2013) - ebook
Wiadomości Literackie 2 (1/2013) - ebook
Numer: Archiwum publikacji: numery archiwalne
Wydawca: Manuskrypt Język publikacji: polski
ISSN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: e-prasa >> kobiece, lifestyle, kultura
Porównaj ceny (wydanie papierowe, wydanie cyfrowe).

W drugim numerze Wiadomości Literackich mogą Państwo znaleźć szczery wywiad z Pawłem Kukizem, z którym o Polsce, sile i honorze rozmawiają redaktor naczelny i Tomasz Skłodowski. Opowiadanie Eugeniusza Sobola zmusza do przypomnienia sobie, kim był Breżniew i jakimi mechanizmami władzy się posługiwał, a na poprawę humoru i ku refleksji służą pomocą aforyzmy Leszka Szarugi. Ciekawą przygodą może okazać się lektura wierszy Jarosława Klejnockiego - dyrektora Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, który następnie dzieli się z nami refleksją na temat elektronicznych książek. Jako że w tym roku przypada 150 rocznica wybuchu Powstania styczniowego, Krzysztof Jabłonka przypomina z charakterystycznym dla siebie polotem te ważne dla polskiej świadomości narodowej wydarzenia. Dorota Zielińska przez Krym dalej prowadzi nas do Gruzji, natomiast '9 dzielnica' Mateusza Wróbla debiutującego prozaika zmusza do myślenia i wyciągnięcia wniosku, że człowiek nie do końca jest w stanie odciąć się od swojej przeszłości. Dominika Budzanowska broni Epikura...naukowo. W drugim numerze wiele recenzji i ciekawej grafiki. Zapraszamy do kupna i lektury.


Darmowy fragment publikacji:


Styczeń 2013 r. (I) 27 w klasie i w czasie 45 minut lekcji zastępuje matkę, ojca i najlepszych przyjaciół. Otacza opieką i wrażliwością tych, którzy częstokroć są bardziej przestraszeni realiami życia niż ich rodzice i reszta spo- łeczeństwa. Dzieci zawsze pytają o to – co z nami będzie oraz czy wszystko się uda, czy będzie dobrze i bezpiecznie? I żeby tylko nie krzyczeli i żeby tylko nie bili... i żeby ludzie choć trochę się kocha- li. Gdy brakuje spokoju i stabilizacji, rodzi się agresja i chamstwo. I wtedy pozostaje tylko Korczakowski imperatyw nauczycielskiego postępowania – być z dziećmi do końca! Cokolwiek by się działo, nauczyciel ma trwać w świecie ideałów, by je przechować dla obec- nych, przyszłych i nadchodzących pokoleń. Nie może się poddawać, pamiętając o tym, że uczniowie są źli tylko w grupie. Będąc samot- nym, każdy pokornieje, traci rezon i powraca do właściwego wy- miaru własnego strachu przed jutrem. Choć jest coraz trudniej, bo nauczyciel nie ma już dawnego autorytetu i poważania społecznego, szczególnie w kraju, w którym ludziom wmawia się na każdym kro- ku, że do wszystkiego mają prawo, więc najskwapliwiej korzystają z tego, co jest najprostsze – czyli z podważania zasad i aksjomatów. Nauczyciel jest więc kojarzony, i po części słusznie, ze starym ładem i konserwą etyczno-moralną. Słusznie pisze Dawid: „...gdyby trzeba było wybierać między nauczycielem, który posiada dużą wiedzę fachową, poznał psychologię, metody i technikę wy- chowania, ale któremu obcą jest zupełnie ta miłość dusz, i z drugiej strony takim, który przy bardzo skromnej wiedzy, braku meto- dycznego przygotowania ma w sobie żywe i w czyn przechodzące poczucie duchowej wspólności, który dusze uczniów swoich – swoją ogarnia i jak swoją kocha; gdyby trzeba było wybierać między nimi, pierwszeństwo bezwzględne oddać by należało temu drugiemu”. Od lat toczy się dość jałowa dyskusja na temat możliwości wy- chowawczych szkoły. O czym tu dyskutować, jeśli sprawa wydaje się oczywista i należy postawić kropkę nad i. A mianowicie – pra- wo Talesa zaczeka, budowa pantofelka także, a i biedny Mickiewicz także zaczeka na swoich nowych czytelników, ale uczeń nie ma czasu. Potrzebuje szkolnej interwencji wychowawczej w odpowied- nim momencie i to już dziś! Szkoła jak najbardziej ma wychowywać w dialogu z rodziną i tradycją społeczeństwa, w którym funkcjo- nuje; ma być instytucją formacyjną, stojącą na straży godności i silnych charakterów pro publico bono. I zawsze powinna się bronić przed zakusami wszelkiego partyjniactwa, które chciałoby szkołę sprowadzić do roli ideologicznej służki doraźnej polityki bez sze- rokiej perspektywy uniwersalizmu humanistycznego. Partie prze- miną, politycy też, a prawy i dobry człowiek musi trwać. I znowu Dawid nie myli się, gdy pisze: „Ale właśnie o to idzie, że nauczyciel nie może być biernym, me- chanicznym wykonawcą celów i zadań nie przez niego pomyśla- nych i przyjętych, ale narzucanych mu z zewnątrz, przepisywa- nych z góry na lata, tygodnie, dni i godziny”. Szkoła w Polsce zbyt długo jest przedmiotem kosztownych eks- perymentów i pseudoreform, które nie przynoszą, bo przynieść nie mogły, pożądanych efektów. Zmiana struktury edukacyjnej – uczeń i student co trzy lata są wprowadzani do nowego środowiska (na- uczanie zintegrowane, szkoła podstawowa, gimnazjum, szkoła średnia, studia licencjackie, studia magisterskie i doktoranckie) – a to nie służy w żadnym stopniu zrównoważonemu rozwojowi ani emocjonalnemu, ani intelektualnemu. Obniżając poziom na- uczania (patrz tzw. nowa matura i równie żenujące pod względem merytorycznym prace licencjackie), wygenerowano większą liczbę ludzi z jakimkolwiek wykształceniem na papierze, którzy nie są w stanie znaleźć żadnej liczącej się pracy i muszą emigrować do kra- jów starej Unii Europejskiej, gdzie są pracownikami drugiej katego- rii. Zabawą w oświatę zaprzeczono kolejnej myśli Dawida: „Wychowanie, szkoła nie może być szkołą zabawy, łatwości, gry, ale musi być szkołą wysiłku, pokonywania trudności, wyrze- czenia się. Rozumie się, że nie przymusu z zewnątrz fizycznie narzucanego, ale takiego, który rodzić się będzie z własnej woli i wewnętrznej potrzeby ucznia, ze wspólnego – u nauczyciela i ucznia – entuzjazmu dla wysiłku, przymusu, obowiązku”. Pomimo licznych przeszkód w życiu codziennym nauczyciela (i w wolnym kraju) pozostaje wiara w zwycięstwo miłości dusz. Niech sobie urzędnicy bez wyobraźni robią co chcą, skoro nie są w stanie zdobyć się na wysiłek równy przedwojennej ekipie ministra Jędrze- jewicza; niech samorządowcy podniecają się kolejnymi ankietami i nowotworami sprawozdawczości; niech dziennikarze opieszali w poznawaniu prawdy wypisują swoje bzdury o szkole – tak widać musi być. Prawdziwa służba nigdy nie jest lekka. Wszakże polski nauczyciel – w to wierzę – nie da się zwariować i będzie pamiętał o tym, co najważniejsze – służbie dziecku, i o tej miłości, bez której nie powstałby tekst J.W. Dawida. Myślę teraz o jego miłości do mał- żonki, do drugiego wspaniałego człowieka, który staje się partnerem do ostatnich dni. W liście do przyjaciela pisał po śmierci żony: „Dziś została mi tylko rozpacz, która jest bezwarunkowo śmiertelną cho- robą, tylko że ta śmierć tak strasznie powoli przychodzi”. Trzeba kochać, by w pełni odkryć swoje człowieczeństwo i by móc być nauczycielem, który tą miłością podzieli się z młodszymi od sie- bie. Ponadto trzeba mieć pewne cechy charakteru. Dawid pisał o so- bie w jednym z listów: „Miałem zawsze nadzwyczajną wrażliwość na wszelki fałsz, niesprawiedliwość, krzywdę i ona to pchała mnie do reagowania i buntu – czy to w wypadkach osobistych z otoczenia, czy w sprawach ogólnych. Były zawsze rzeczy, wobec których nie mo- głem się zachowywać spokojnie, obojętnie, powstrzymać się od ja- kiegoś protestu” (list do Henryka Lukreca publikowany w WL nr 9/ 1932 r.). Te ostatnie słowa dedykuję sobie i wszystkim Koleżankom i Kolegom Nauczycielom, którym nie jest obojętny los polskiej szko- ły i polskiego ucznia-dziecka. Rady pedagogiczne bowiem powinny pochylać się nad problemami życiowymi swoich uczniów, a nie nad statystyką ocen, którą należy pozostawić bezdusznym urzędnikom kuratoriów i agend ministerialnych. Za mało zajmujemy się wycho- waniem, a coraz więcej uwagi, sił i środków poświęca się efektyw- nemu wkuwaniu rzeczy mało potrzebnych do tego, aby młody czło- wiek stał się mądrym i przyzwoitym, jak bohater z Przesłania Pana Cogito. Pokoje nauczycielskie nie mogą być miejscami zapominania o uczniach – wręcz przeciwnie – to w nich ma się dokonać wymia- na poglądów o efektywnym prowadzeniu dzieciństwa i młodości do dorosłości i dojrzałości. Brakuje nam autentycznego dialogu nauczy- cieli z uczniami i ich rodzinami (jak żenujące są tzw. wywiadówki szkolne!). Szkoła nie jest miejscem wykonywania planów produkcyj- nych i bezmyślnej walki o punkty i miejsca w durnych rankingach urzędów i mediów. Dzieci w szkole nie są bagażem w przechowalni dworcowej – dlaczego więc nikt się nie interesuje, dokąd i w jakim stanie moralno-duchowo-intelektualnym pójdą dalej? Tomasz Malowaniec 28 Numer 2. W R O Z M O W I E W L ROK KORCZAKOWSKI Rozmowa z W o j t k i e m L a s o t ą – prezesem Fundacji Korczakowskiej Tomasz Mitrowski: Od jak dawna zajmu- jesz się tematyką korczakowską? Wojciech Lasota: Od około czterech lat, czyli od 2007 roku, kiedy zacząłem pracę w Ośrodku Dokumentacji i Badań Korcza- kianum, oddziale warszawskiego Muzeum Historycznego. Już wtedy wiedziałem o Kor- czaku trochę więcej niż większość ludzi, choćby dlatego, że wcześniej zajmowałem się tematyką żydowską, ale nie dużo więcej. Nie miałem zweryfikowanych różnych ste- reotypów na jego temat, nie miałem nawet świadomości, że je mam. Tym, co wyniosłem z rocznej pracy w Korczakianum, była właś- nie weryfikacja utartych schematów i klisz oraz znaczne poszerzenie wiedzy na temat jego biografii i twórczości – czytałem wów- czas mnóstwo tekstów samego Korczaka. Zasada. Niech dziecko grzeszy. Nie zabiegaj- my o to, by każdy czyn uprzedzić, w każdym zawahaniu się natychmiast drogę wskazać, przy każdym pochy- leniu biec z pomocą. Pamiętajmy, że w momencie silnych zmagań może nas zbraknąć. Niech grzeszy. Jak kochać dziecko. Internat Jakiś czas po odejściu z muzeum założyłeś Fundację Korczakowską, której jesteś pre- zesem. Już niedługo fundacja będzie miała dwa lata – powstała na początku 2011 roku. Nie przewidywaliśmy wówczas czegoś takiego jak Rok Janusza Korczaka, więc rozkręcaliśmy Pamiętaj: Dziecko ma prawo skłamać, wyłu- dzić, wymusić, ukraść. – Ono nie ma prawa kłamać, wyłudzać, wymu- szać, kraść. Jeśli ani razu nie miało sposobności jako dziecko wydłubać z placka rodzynków, zjeść je po kr yjomu – ono nie jest i nie będzie uczciwe, gdy dojrzeje. Jak kochać dziecko. Internat się powoli... Ogłoszenie Korczaka patronem mijającego właśnie roku dało nam możliwość wejścia na nowy poziom działania. Mnóstwo się nauczyliśmy i zobaczyliśmy, ile możemy dać, ale wciąż jesteśmy małą organizacją w fa- zie rozwoju. Czym zajmuje się fundacja i ile osób dla niej pracuje? Fundacja Korczakowska zajmuje się teraz przede wszystkim edukacją. Prowadzimy na przykład warsztaty dla nauczycieli czy biblio- tekarzy i zajęcia dla dzieci. Podczas wakacji realizowaliśmy projekt finansowany przez Miasto Stołeczne Warszawa „Porozmawiajmy o Korczaku”, z którym udało się nam dotrzeć do grupy ponad 460 dzieci. Obecnie staramy się rozwinąć naszą działalność. Chcemy wy- szkolić korczakowskich edukatorów, którzy będą umieli o Korczaku mówić odpowie- dzialnie, wszechstronnie i co bardzo waż- ne – interesująco. Nasz plan obejmuje także współpracę międzynarodową z instytucja- mi, które mogą nam ułatwić dostęp do osób mieszkających poza Polską, ale znających język polski. Do takich ludzi, którzy mogą czytać Korczaka w oryginale i na swoim gruncie krzewić idee korczakowskie. O tych planach rozmawiałem już z panią Martą Ciesielską z Korczakianum, z szefową Mię- dzynarodowego Stowarzyszenia im. Janusza Korczaka oraz jego niemieckiego oddziału, jak również na przykład z władzami uni- wersytetu w Koblencji, na którym ostatnio prowadziłem korczakowskie warsztaty. Przy- mierzamy się także do projektu, w którego ra- mach będziemy mogli popularyzować wiedzę o Januszu Korczaku przez internet. Jeśli chodzi o liczbę osób zaangażo- wanych w działania fundacji, w tej chwili mamy grupę czworga, pięciorga współ- pracowników i tyle samo wolontariuszy. Współpracujemy też z kilkoma instytucja- mi – Żydowskim Instytutem Historycznym, Pracownią Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia” czy wymienionym wcześniej Kor- czakianum. Czy Twoim zdaniem ogłaszanie patronów kolejnych lat ma sens? stworzyć pracowitości, Mogę tradycję prawdy, ładu, uczciwości, szczerości, ale nie przerobię żadne- go z dzieci na inne, niż jest. Brzoza pozostanie brzozą, dąb dębem – ło- puch łopuchem. Mogę budzić to, co drzemie w duszy, nie mogę nic stwo- rzyć. Śmieszny będę, dąsając się na siebie lub dziecko. Jak kochać dziecko. Internat Styczeń 2013 r. (I) 29 Moim zdaniem ma głęboki sens, natomiast kluczowe jest pytanie – jak. Swoją drogą, jest to także kluczowe pytanie Korczakow- skie. Jego podstawowa książka, a właściwie cała tetralogia, nosi tytuł Jak kochać dzie- cko? Nie – Czy kochać dziecko? ani War- to kochać dziecko, tylko właśnie – Jak... Rozumny wychowawca nie dąsa się, że nie rozumie dziecka, ale rozmy- śla, poszukuje, wypytuje dzieci. One go pouczą, by ich nie urażał zbyt dotkliwie – byle chciał się uczyć. Jak kochać dziecko. Internat Dla mnie niezmiernie ważną rzeczą, która wynika z Roku Korczaka, jest absolutnie konieczna zmiana w legislacji, by to jak? było lepsze. Rok Janusza Korczaka został uchwalony przez Sejm trzy miesiące przed jego rozpoczęciem. Korczak i tak miał szczęście, bo uchwałę w sprawie patronów roku 2013 – Jana Czochralskiego, Witolda Lutosławskiego i Juliana Tuwima przyjęto w grudniu. Nie ma to oczywiście żadnego sensu. Budżety wielu instytucji są już poza- mykane, zgłoszone plany działania. Kiedy taki rok zostaje ogłoszony, zainteresowane instytucje muszą stawać na głowie, by temu sprostać. Zanim pojawi się jakiś pomysł i dojdzie do znalezienia pieniędzy na jego realizację, mija znaczna cześć roku. Dzielimy nieudolnie lata na mniej i więcej dojrzałe; nie ma niedojrza- łego dziś, żadnej hierarchii wieku, żadnych wyższych i niższych rang bólu i radości, nadziei i zawodów. Gdy bawię się czy rozmawiam z dzie- ckiem – splotły się dwie równie doj- rzałe chwile mojego i jego życia. Prawo dziecka do szacunku nie tylko na najbliższy, ale także na kolejny rok, a potem na kolejny i tak dalej. Wtedy zainteresowane instytucje będą miały ponad 12 miesięcy na przygotowania. Czy według Ciebie warto było wybrać właśnie Janusza Korczaka na patrona roku 2012? Oczywiście, bo to postać, nawet po tym roku, mało znana, więc warto dołożyć sta- rań, by była bardziej rozpoznawalna. Tylko że i tu znowu pojawia się pytanie: jak?. Po pierwsze, Korczak jest absolutnie nie- typowym patronem. Jestem przekonany, że gdyby go spytać, to nie chciałby nim być. Dajmy przykład, który świetnie pokazuje podejście Korczaka do rocznic i obchodów. W 1933 roku odbył się jubileusz 25-lecia ży- dowskiego Towarzystwa „Pomoc dla sierot”, do którego należał Dom Sierot. Obecni byli między innymi minister opieki społecznej i prezydent Warszawy oraz wielu innych Przewiduję konieczność walki o re- gulamin i bezpieczeństwo bezdusz- nych i uczciwych. Wezwę do współ- działania dodatnie wartości gromady, przeciwstawię je złym siłom. I wów- czas dopiero rozpocznę planową pra- cę wychowawczą, zdając sobie jasno sprawę z granic wpływów wychowaw- czych na danym terenie. Jak kochać dziecko. Internat Po drugie, żeby ocenić ten sukces lub po- rażkę, trzeba by mieć jakiś punkt odniesie- nia. Korczak jest nietypowy i nie da się jego roku porównać na przykład z Rokiem Cho- pina czy Miłosza... Mam poczucie, że Kor- czak był mało widoczny. To doświadczenie wyniesione z kontaktów z wieloma dziećmi, z którymi pracuję jako trener, poza tematy- ką korczakowską. Większość z nich na moje pytanie, czy słyszały o Korczaku, odpowia- da, że nie. To są oczywiście ludzie w różnym wieku, przede wszystkim gimnazjaliści, którzy w ogóle nie kojarzą jego osoby. dostojnych gości. Prowadzący opowiadał, że w pewnym momencie do Towarzystwa dołączył Korczak i stwierdził: „obecny na sali Janusz Korczak nie lubi, żeby się zbytnio zajmować jego osobą. Ponieważ dr Goldszmit nie chciał pod tym względem zrobić ustępstwa nawet raz na 25 lat, nawet w dzień jubileuszu Towarzystwa, więc nie chcąc z Panem Doktorem zadzierać, muszę na tych kilku tylko poprzestać słowach”. Rok Korczakowski miał więc sens, tylko należałoby postawić teraz pytania o szczegóły. Czy to oznacza, że te dzieciaki miały szansę usłyszeć w szkole na przykład o Chopinie, ale o Korczaku już nie? To nie jest kwestia tego, czy mają szansę usłyszeć czy nie. Opowiem ci pewną anegdo- tę, która wydaje mi się znamienna. Poszed- łem do szkoły, w której miałem prowadzić zajęcia o Korczaku. Naliczyłem tam sześć, dosłownie sześć gazetek o nim, umieszczo- nych w różnych punktach szkoły. Były to za- zwyczaj cytaty z Wikipedii przytwierdzone → Najcenniejsze są oczywiście długofalo- we działania, bo przedsięwzięcia doraźne, choć także potrzebne, mają ograniczony efekt. Jeżeli jednak mamy coś długofalowe- go przedsięwziąć, trzeba to odpowiednio wcześniej zaplanować i zabudżetować, a jest to niemożliwe przy obecnym trybie uchwa- lania patronów. Moim zdaniem rozwiązanie jest proste, choć nie wiem, jak to wygląda z prawnego punktu widzenia. Należałoby po prostu przy następnym głosowaniu przyjąć kandydatury W takim razie, czy można uznać ten rok za suk- ces, czy raczej należałoby mówić o porażce? Nie potrafię ocenić tego w takich kate- goriach. Po pierwsze, nie śledziłem i nie są- dzę, by ktokolwiek był w stanie prześledzić wszystkie imprezy, które się wydarzyły. Było ich sporo i były bardzo rozproszone. Przy- gotowywano je na różnych szczeblach – od konferencji organizowanych przez rzeczni- ka praw dziecka aż po małe przedsięwzięcia na poziomie szkoły, domu kultury czy też innego rodzaju instytucji. Dobr y [wychowawca – WL] wie, co robi na żądanie tr yumfującej władzy, panującego Kościoła, mającej moc tradycji, przyjętego zwyczaju, pod żelaznym nakazem warunków. Wie, że nakaz ma o tyle tylko dobro dzieci na celu, że uczy je naginać się, ule- gać, obliczać, przyucza do kompro- misów przyszłości, gdy dorosną. Jak kochać dziecko. Internat 30 Numer 2. do jakiejś tablicy. Zaczynając zajęcia, powie- działem dzieciom, że będzie o Korczaku i od razu usłyszałem jęk zawodu, co świadczyło o zmęczeniu tematem. Dzieci przygotowy- wały gazetki na jego temat. Ucieszyłem się i zapytałem, co o nim wiedzą. Okazało się, że prawie nic! Tu właśnie ponownie wraca pytanie: jak?. To, że Korczak lub ktokolwiek inny stanie się tematem lekcji, jeszcze nie przesądza o tym, że rzeczywiście trafi do dzieci. Zły wychowawca sądzi, że dzieci w samej rzeczy powinny nie hałaso- wać, nie plamić ubrań, sumiennie wykuwać gramatyczne formułki. Jak kochać dziecko. Internat Które z inicjatyw Roku Korczakowskiego – publikacje, przedsięwzięcia, wydarzenia – uważasz za najważniejsze, najciekawsze, warte szczególnej uwagi? Przede wszystkim przychodzi mi na myśl książka Anny Czerwińskiej-Rydel Po drugiej stronie okna. Opowieść o Januszu Korczaku, przy której powstawaniu miałem przyjemność pracować, a także Pamiętnik Blumki Iwony Chmielewskiej czy publika- cja Beaty Ostrowickiej Jest taka historia. Na uwagę zasługuje także fotobiografia Korczaka autorstwa Macieja Sadowskiego, ważna choćby ze względu na coraz bardziej obrazkowy charakter naszej kultury. Było- by też z mojej strony niesprawiedliwe, gdy- bym nie wymienił książki Joanny Olczak- -Ronikier Janusz Korczak. Próba biografii, wydanej jeszcze przed Rokiem Korczaka. Redaktorzy z wydawnictwa W.A.B., którzy na etapie przygotowań do tej publikacji nie mogli wiedzieć o Roku Korczaka, chcieli jednak nawiązać do 70 rocznicy śmier- ci Starego Doktora. Należy też pamiętać o tym, że właśnie dzięki wydawnictwu W.A.B. ukazują się kolejne dzieła Janusza Korczaka, co jest niesłychanie ważne, po- nieważ są to teksty bardzo trudno dostępne. Nie do przecenienia jest także fakt, że wiele książek Korczaka przy okazji tego roku zo- stało przełożonych na inne języki, o czym Dorośli nie chcą zrozumieć, że dzie- cko na łagodność odpowiada łagod- nością, a na gniew zaraz się w nim budzi – jakby odwet, zemsta. Że niby: „Taki jestem i już inny nie będę”. Kiedy znów będę mały można się przekonać, wchodząc na stronę Instytutu Książki. Dla mnie jednak punkt ciężkości nie leży w publikacjach. Osobiście za najważniejsze uważam wydarzenia i momenty, w któ- rych przekonywałem się, że idee Korczaka i jego biografia znajdują prawdziwy, żywy rezonans u ludzi. Zetknięcia z Korczakiem nie odbieram wyłącznie na poziomie inte- lektualnym, jako poszerzenia wiedzy. Ten kontakt uruchamia także emocje, daje mi poczucie, że Korczak jest dla mnie kimś ważnym; że mogę z niego czerpać jako na- uczyciel i człowiek. Czy wymieniłbyś jakieś wydarzenia, które były zupełnie chybione, nieudane, po pro- stu złe? Nie zetknąłem się z tego typu inicjaty- wami, choć pewnie i takie były. Mam też pewien opór we wskazywaniu rzeczy nie- udanych, bo nawet jeśli teraz zostaną uzna- ne za chybione i przeprowadzone źle, to nie znamy ich przyszłych długofalowych skut- ków. Może się przecież zdarzyć, że coś nie najwyższych lotów owocuje po jakimś cza- sie w sposób zupełnie zaskakujący. Przypo- minam sobie w zasadzie jedno takie zdarze- nie dotyczące bardzo ostro krytykowanego logo Roku Janusza Korczaka przygotowa- nego przez biuro rzecznika praw dziecka. Jestem jednak pełen uznania dla pana Mar- ka Michalaka, że nie upierał się przy pozo- stawieniu go za wszelką cenę i że dzięki jego otwartości mogło zostać zmienione. Dostrzegam też pewien zasadniczy problem, jaki w sposób szczególny uwydat- nił się w mijającym roku. Jedyną instytu- cją, która zajmuje się Korczakiem w sposób kompleksowy, jest wspomniany wcześniej Ośrodek Dokumentacji i Badań Korczakia- num, w którym pracują bodaj trzy osoby Wojciech Lasota–prezesFundacjiKorczakowskiej,trenerbiznesu,wcześniej edukatorwZamkuKrólewskimorazcopywriter.Zwykształceniajestchemi- kiemihistorykiemsztuki.JestabsolwentemOgniskaTeatralnegoprzyTea- trzeOchoty.Odkilkunastulatjakoaktoramatorjestzwiązanyzzespołami prowadzonymiprzezGrzegorzaReszkę.PozaJanuszemKorczakiemfascynu- jegorównieżpostaćimuzykaJanaSebastianaBachaorazfilozofiataoizmu. i te trzy osoby były niemal jedynym wspar- ciem merytorycznym dla prawie wszyst- kich inicjatyw podejmowanych w związku z Rokiem Korczakowskim. To stanowczo za mało, by móc we właściwy sposób ob- służyć tak wiele przedsięwzięć. Czy fakt, że Janusz Korczak był Żydem, nie był pewną przeszkodą dla swobodnego i szerokiego popularyzowania jego postaci? Myślę, że żeby komuś przeszkadzało to, że Korczak, Henryk Goldszmit, był Żydem, ten ktoś musi najpierw to wiedzieć. A to wcale nie jest w powszechnym odbiorze ta- kie oczywiste. Korczaka nadal postrzega się stereotypowo. Przeciętnemu człowiekowi kojarzy się on z Królem Maciusiem Pierw- szym, sierotami i utrwalonym w zbiorowej świadomości przekonaniem, że dobrowol- nie poszedł ze swoimi podopiecznymi na śmierć. Większość ludzi zupełnie nie widzi tego, że Korczak jako Żyd był na tę śmierć niejako skazany. Przecie każdy, nawet najgorszy z nas, chce się poprawić. (...) A najgorsze, jeśli się nie uda, a wy podejrzewa- cie złą wolę. Czasem nie dosłyszy się albo przesłyszy, zapomni, nie zrozu- mie albo źle zrozumie. A wy myślicie, że na złość. Kiedy znów będę mały Wydaje mi się, że tak słaba znajomość biografii Janusza Korczaka i pokutujące wciąż na jego temat stereotypy tłumaczą być może niezwykły fenomen przyjęcia w na- szym Sejmie propozycji Roku Janusza Kor- czaka przez aklamację. Nie było ani jednego głosu przeciw ani wstrzymującego się. Pomyślałem przewrotnie, że kiedy po- jawią się głosy sprzeciwu w odniesieniu do idei i postaci Korczaka, w tym też takie, któ- re odwołują się do jego żydowskości, będzie to paradoksalnie wskazywało na to, że re- cepcja tej postaci staje się głębsza. Niech ta myśl pozostanie puentą naszej roz- mowy. Dziękuję za spotkanie. Z Wojtkiem Lasotą dla Wiadomości Literackich rozmawiał Tomasz Mitrowski. Styczeń 2013 r. (I) 31 H I S T O R I A w 1 4 5 r o c z n i c E ˛ u r o d z i n M a r s z a ł k a NapoleoN BoNaparte a Józef Piłsudski próba porównania postaci i ich losów K r z y s z t o f J a b ł o n k a Gdy schodzą się dwie rocznice, historyk ulega pokusie porównania czy choćby zestawienia ich obok siebie. ak jest i w tym przypadku, gdy spotykają się dwie rocz- nice – 200. rocznica wypra- wy cesarza Napoleona na Rosję, a ściślej mówiąc, na Moskwę, a zara- zem ostatniego jego pobytu na ziemiach od- rodzonego w czerwcu 1812 roku napoleoń- skiego Królestwa Polski, Litwy (i Rusi) oraz 145. rocznica narodzin Józefa Piłsudskiego 5 grudnia 1867 roku w Zułowie na Litwie Wileńskiej w zaborze rosyjskim. Czy zatem dadzą się porównać te dwie tak istotne dla Polski, Francji i Europy osoby? Spróbujemy tego dokonać, znajdując za- równo podobieństwa, jak i różnice. Historię – jak zauważyli już starożytni – pisze się od końca, szukając przyczyn tych zjawisk, któ- re okazały się wielkie i doniosłe, i pomija- jąc te, które lansowane kiedyś jako wielkie, okazały się potem fałszywe czy bezpłodne, jak choćby przymusowe święto 22 lipca, dziś kompletnie zapomniane. Pierwsze podobieństwo jest dość zna- mienne: miejscem pochówku obu są najbardziej dostojne miejsca w historycznym panteo- nie ich narodów. Pierwszy został pocho- wany 15 grudnia 1840 roku w paryskim kościele des Invalides, zbudowanym przy Kompleksie dla Inwalidów i Weteranów, założonym jeszcze przez Ludwika XIV, lecz znacznie rozbudowanym przez Napoleo- na dla licznych jego żołnierzy weteranów, a szczególnie inwalidów – uczestników jego bitew i wypraw. Drugi został pochowany na Wawelu w specjalnie zbudowanej kryp- cie dla bohaterów „królom równych” pod Wieżą Srebrnych Dzwonów. Wejście do niej osłania baldachim składający się z trzech elementów będących symbolem trzech za- borców Polski: – z podstawy, tzw. bazy, odlanej ze spiżu austriackich armat, pozostawionych na Wa- welu, a niegdyś, to jest w 1848 roku, ostrzeli- wujących Kraków; – z malachitowych kolumn pochodzących z dekoracji rozebranego w Warszawie sobo- ru Aleksandra Newskiego; – oraz sufitu-nakrycia odlanego z dwóch przetopionych pomników Bismarcka – je- den pochodził z Poznania, a drugi spod My- słowic, ze słynnego przed I wojną światową Trójkąta Trzech Cesarzy, gdzie zbiegały się granice zaborów. Całość była symbolem pokonania wszyst- kich trzech zaborców przez cały ponownie zjednoczony naród. Baldachim zdobi znamienny napis w języ- ku łacińskim Corpora dormiunt, vigilant ani- mae, co oznacza Ciała śpią, dusze czuwają. Całe szczęście, że młodzież z wrodzoną sobie ciekawością często pyta, co znaczą te słowa. Nieodmiennie za każdym razem ich tłumaczenie wywołuje chwilę ciszy tak po- trzebną każdej młodej duszy do kontempla- cji i zrozumienia, że ci tutaj leżą z naszego powodu i żyli dla naszego dobra, że ktoś poprzez historię czuwa nad nami. Byłem z młodzieżą i przy jednym, i drugim grobie i potwierdzam, że reakcja młodych ludzi była podobna, bo i podobna była ranga leżą- cych tu bohaterów. W czym zatem tkwią różnice? Prawie we wszystkim. I jeden, i drugi byli ludźmi wojennymi, oddanymi spra- wom wojskowym, ale z całkiem innych powodów. Jeden zbrojną ręką i własną wolą porządkował europejski świat, przesuwając do woli władców i granice, nieznane dotąd w Europie, na ogół trafnie. Drugi podstępem i zbrojnie dobijał się praw dla swojej skrzywdzonej ojczyzny, gromiąc kolejno trzech zaborców, choć każ- dego inaczej. Pierwszego, Austrię, jakby po przyjacielsku, klepiąc po plecach, aby ode- brać jej żołnierzom zbędny w ich rękach ka- rabin. Drugiego, Prusy II Reichu (II Rzeszy Niemieckiej) stanowczo, ale z honorem, wy- rzucając z ziem polskich pokojowo, zbrojnie dopiero z ziem Wielkopolski i Górnego Ślą- ska, zaś z Pomorza postanowieniami Trak- tatu Wersalskiego. Trzeciego, Rosję, czy to carską, czy to sowiecką, gromiąc w potężnej, potrójnej bitwie, która ocaliła Europę (Bro- dy, Warszawa, Niemen). Jeden i drugi pochodzili z małych ojczyzn, które nie były częścią ich wielkiej ojczyzny. Napoleon zapomniał o Korsyce dość szybko i bardzo nie lubił, gdy mu ją przypominano. → 32 Numer 2. Napoleon Bonaparte Józef Klemens Piłsudski Piłsudski przeciwnie, nie zapomniał ani o Litwie, ani o Wileńszczyźnie i dwukrot- nie wyzwalał ją dla Rzeczypospolitej, jako wspólnoty tworzących ją narodów. Obaj mówili do końca życia ze specyficznym ak- centem kresowym, charakterystycznym dla ich małych ojczyzn. Napoleon „chrapał” po korsykańsku, podczas gdy Piłsudski śpiew- nie zaciągał po wileńsku, nazywając siebie do śmierci nie przez przypadek starym Li- twinem. Obaj zaś odnosili się do irredenty swych małych ojczyzn z dystansem i nie- chęcią. Napoleon zwalczał separatystę Pa- oliego, którego w dzieciństwie był wielkim wielbicielem, Piłsudski zwalczał zbrojnie zapędy rodaków, swych przodków Litwi- nów, na Sejny czy Augustów, a na Wilno – gdy mu je odebrano, podstępem wysłał generała Żeligowskiego i z jego pomocą tworzył tzw. Litwę Środkową. Obaj w swo- ich wielkich ojczyznach widzieli główny re- zerwuar sił i jądro przyszłego zjednoczenia: Napoleon – narodów zachodniej, łacińskiej i w elitach frankojęzycznej Europy, a Pił- sudski – narodów dawnej polskojęzycznej w elitach, a wskrzeszanej przez niego Rze- czypospolitej. Obaj czynili to z niewielkim i niepełnym skutkiem. Obaj za to obudzili nacjonalizmy jednoczonych przez siebie narodów: Napoleon – antyfrancusko nasta- wionych Niemców i Hiszpanów, ale za to profrancuskich Włochów, Piłsudski wzmoc- nił i rozpalił antypolskie nastroje Litwinów i halickich Ukraińców, za to wsparł propol- skich Białorusinów i Ukraińców kijowskich atamana Petlury. Obaj interesy swoich narodów stawiali na pierwszym miejscu, poświęcając nie- kiedy nawet wiernych sojuszników. Na- poleon – nadzieje Włochów i Polaków na zjednoczenie i niepodległość ich ojczyzn, Piłsudski – nadzieje Białorusinów i Ukra- ińców na istnienie ich własnych państw, po- zostawiając im do wyboru II Rzeczpospo- litą jako namiastkę państwa, którego nie mieli, z tym że ten ostatni potrafił jednak Ukraińców publicznie przeprosić (pierwszy i jedyny w historii przedstawiciel państwa polskiego, który kogokolwiek za cokolwiek przeprosił). Napoleon też, na swój spo- sób, przepraszał Polaków, że ich zawiódł, np. pisząc w 1814 roku w ich sprawie list do zwycięskiego cara Aleksandra, aby te- raz on wziął pod opiekę „najwierniejszych z wiernych” czy najdzielniejszych z dziel- nych, w czym nie było przesady. Co też ów uczynił, ocalając na Kongresie Wiedeńskim „kongresowe” wprawdzie, ale jednak Polskie Królestwo, czym potężnie naraził się pozo- stałym zaborcom i Anglii. Każdy z nich ma wreszcie na swoim kon- cie zamach na legalną władzę i dokonanie w państwie przewrotu dającego dożywot- nią władzę. Napoleonowi, po 18 brumaire’a 1799 roku władzę pierwszego (i dożywotnie- go) konsula Francuskiej Republiki, a potem cesarza pierwszego Cesarstwa Francuskiego, Piłsudskiemu po 12 maja 1926 roku, per- manentnego ministra Spraw Wojskowych, inspektora Sił Zbrojnych jako pierwszemu marszałkowi Drugiej Rzeczypospolitej. Pozostaje jeszcze jedna zasadnicza różni- ca. Działania Napoleona nad uporządkowa- niem Europy, tak zwalczane za jego czasów, realizowane były potem przez zbuntowane wcześniej narody, a granice wytyczone przez niego do dziś stanowią cel działania licznych społeczności separatystycznych, jak Baskowie, Katalończycy – oddzieleni od Hiszpanii i połączeni z Francją w 1810 roku, czy Tyrolczycy z południowego Tyrolu przy- łączonego w 1919 roku do Włoch. Działania Piłsudskiego nad uporządko- waniem środka Europy zostały brutalnie zmiecione przez Jałtę i porządek pojałtański tak skutecznie, że mało komu dziś w głowie kontynuacja wielkich wolnościowych pla- nów Marszałka, nawet w ramach zjednoczo- nej Europy. Jego Europy w tym nie widać. Ale jest jeden, za to ważki, punkt wspól- ny. Gdy walka cesarza Napoleona z Rosją „o Polskę” skończyła się klęską, gdyż była to wojna wyłącznie propagandowo polska, a w rzeczywistości rosyjska, to wojna Mar- szałka o Polskę skończyła się zwycięsko w chwili gdy to wschód szedł na podbój za- chodu, gdyż dla niego była to naprawdę bi- twa o Polskę, czyli o wszystko. Można zatem z pewną emfazą powiedzieć, że w miejscu, Styczeń 2013 r. (I) 33 gdzie Napoleon skończył swą walkę, Piłsudski rozpoczął, doprowadzając ją do zwycięskie- go końca, finalizując zarazem usiłowania dwóch wielkich powstań listopadowego i styczniowego czterech narodów Rzeczy- pospolitej powstańczej lat 1830-1831 oraz 1863-1864. Co dla Napoleona było środ- kiem – „odrodzone narody przeciw starym monarchiom”, dla Piłsudskiego było celem – „wolne narody przeciw neoimperiom i to- talitaryzmom Europy”. Dzięki dziedzictwu napoleońskiej epoki Wiosna Ludów 1848 roku da nowy kształt Europie narodów, a dzięki 20-leciu wywal- czonemu dla Polski i całej środkowej Euro- py była możliwa Jesień Narodów 1989 roku i powiew wolności od Finlandii po Kaukaz. Napoleon przekształcał i zmieniał oblicze Zachodu, Piłsudski stwarzał i tworzył na nowo oblicze środka Europy. Obaj znów w jednej dziedzinie po- dobni do siebie – w celności słowa. Pisali dla potomności, która po nich nadejdzie. Stałą lekturą Piłsudskiego, jak podaje żona Aleksandra, były listy i Pamiętniki z Świę- tej Heleny pisane po francusku (trudno, żeby Napoleon czytał po polsku, choć pani Walewska go trochę uczyła). W rozkazach i wspomnieniach widać u obydwu prze- błysk geniuszu literackiego i samorodny talent do opisywania trudnej rzeczywisto- ści. Jeden i drugi okazali się przewidujący- mi, jeśli chodzi o wydarzenia polityczne; wyprzedzali myślą ich nadejście, zanim ktokolwiek ze współczesnych się w tym połapał. Nie byli jedyni. Wielu prawidłowo przewidywało przyszłość Europy „wolnych narodów”, ale spośród nich tylko ci dwaj mieli władzę i mogli ją wykorzystać do rea- lizacji tych przewidywań. Jak przeczuwanie katastrofy i wszelkich zagrożeń najbardziej uprawnia kapitana do kierowania okrętem, tak ich przeczuwanie katastrof dla Europy predestynowało do autorytarnej władzy nad powierzonymi im armią i narodem. Ostatecznie obaj wypełnili swoje za- dania do końca, jeśli nie zwycięskiego, to przynajmniej chwalebnego dla obu naro- dów. Podziwu dla Napoleona nie trzeba Po- lakom udowadniać, mają swoje powody, dla których jeden wystarczy za wszystko. Był to ten, który potargał trzykrotne rozbiory i wydobył do życia na śmierć skazane naro- dy Rzeczypospolitej. Piłsudski był jedynym z Polaków, które- go w okresie międzywojennym podziwiali Francuzi, a zwłaszcza marszałek Ferdynand Foch, również marszałek Polski (choć drugi). To właśnie ożywionej podczas I wojny świa- towej tradycji napoleońskiej i jej sile oddzia- ływania na Francuzów zawdzięczamy, że w najbardziej krytycznym dla Polski mo- mencie wojny 1920 roku, gdy bolszewicy sami ustanawiali władzę Niemców na zie- miach ich dawnego zaboru, marszałek Foch, głównodowodzący wszystkich wojsk Enten- ty, potrafił postawić do boju, po czterech la- tach śmiertelnych walk, i zagrozić Niemcom, że jeśli tylko się ruszą, zmiażdży ich jednym rozkazem, jak w 1918 roku. A co ważniejsze, oni w to uwierzyli i nie mieli wątpliwości, że wypełni zobowiązania wobec Polaków. Pozostaliśmy dla nich nietykalni i nawet na Górnym Śląsku, gdzie wybuchło II powsta- nie (na wieść o upadku Warszawy) i zmiaż- dżenie Polski stało się możliwe, mogliśmy zawrzeć z jego pomocą remisowy rozejm. Coś z ducha napoleońskiego pozostało i Francuzom, i Polakom. Dziś, gdy Francuzi niewiele wiedzą o Polakach i boją się polskiego hydraulika, a powinni się bać polskiego historyka, Pola- cy zaś nie znają jak kiedyś francuskiego i nie mówią po francusku z taką miłością jak we własnym języku, lecz dawno przeszli na an- gielski, warto przypomnieć, że w wielkich sprawach tego świata byliśmy tak bardzo blisko siebie. Pozostaje pointa o dobrowolnym zesła- niu obu wielkich ludzi. Można zakwestio- nować dobrą wolę Napoleona, który był za wielki, żeby się zmieścić w feudalnej Europie, ale ze wszystkich możliwych wa- riantów ratunku, zwłaszcza po raz drugi w 1815 roku, wybrał rozwiązanie, które kosztowało najmniej ofiar i dobrowolnie po- stawił nogę na angielskim statku, choć pro- ponowano mu ucieczkę do... Ameryki, gdzie w Nowym Orleanie miał przygotowany dom. Piłsudski na dobrowolnym wygnaniu – jak Napoleon na Elbie – cierpliwie przygo- towywał swój powrót w 1926 roku. I trzeba przyznać, był to powrót na miarę Napo- leona, dla którego porzucali bez wahania legalną służbę marszałkowie Francji, jak choćby Ney czy Murat, a co dopiero gene- rałowie II RP dla swojego Marszałka. „Elba” w Sulejówku wyszła Polsce o tyle na dobre, że zagrożona własnym parlamentaryzmem Rzeczpospolita, osamotniona po Rapallo i Locarno, stała się groźna dla sąsiadów na tyle, że trzeba było ich dwóch, aby ją pokonać. A w takiej walce można stracić wszystko z wyjątkiem honoru, czyli po- czucia szacunku dla samego siebie i swojej historii. 100 dni Napoleona to nic innego jak walka o honor, o godność, której żaden wróg nie może odebrać, i której najbardziej się obawia, co w 1815 roku mógł dostrzec na wiedeńskim kongresie każdy. 44 dni Polski w 1939 roku to powód, aby być dumnym nie tylko z napoleońskich, ale i z „piłsudskich” wyborów w Europie, gdzie walka tocząca się o byt jednego narodu ocala i ostrzega inne narody. Nikt bardziej niż Anglia nie nienawidził Napoleona za życia i ta sama Anglia podziwiała go po śmierci. To samo z Piłsudskim. Nienawidzili go Niemcy, że z nich zakpił i z ich „łatwowierności” dają- cej do ręki broń Polakom uczynił oręż prze- ciw nim skierowany. Nie dostrzegli jednak, że uczynił raz na zawsze niemożliwym dla Niemców pobłażliwe i kolonialne trakto- wanie Polaków. Odtąd nienawidzili ich, ale jeszcze bardziej się ich bali i ze strachu, jak żartowano, ustawili wartę przed jego trum- ną w 1939 roku na Wawelu, aby nie zmar- twychwstał, likwidując jednocześnie jego muzeum w Belwederze, „aby nie powtórzył się 1918 rok w Warszawie”, o co nie było trudno. Bali się pobici w 1920 roku Sowieci, obrabowując jego dom w Sulejówku tak do- szczętnie, że do dziś nie znalazła się żadna rzecz skradziona w 1946 roku, co budzi po- dejrzenia, że na rozkaz Stalina wywieziono wszystkie meble i książki do Moskwy. Według tych, co pilnowali willi Marszał- ka w Sulejówku, Hitler miał odwiedzić ją w 1940 roku, Stalin kazał ją sobie „przy- wieźć” do Moskwy w roku 1946. Jakże da- leko im obydwu do wielkości tych, których kochają po śmierci całe pokolenia nie tylko rodaków. Dla nich życie zaczęło się również po śmierci i wbrew śmierci żyją nadal nie tylko jako symbole swych epok, ale również jako zwykli ludzie ze zwykłymi słabościa- mi, choćby do kobiet. Tym, co ostatecznie łączy obydwie przy- wołane tu postaci jest honor, za który tak niewiele by dało dziś tak wielu ludzi, a który dziwnym trafem historii, najsilniej zjednuje i najdłużej istnieje w ludzkiej pamięci, nie- kiedy sięgając serca. Stworzyli epoki, każdy na swoją miarę, lepszą lub gorszą, ale nieobojętną dla tych, którzy po nich przyszli – nieważne, czy to byli wrogowie czy wielbiciele. Pojawili się jeszcze przyjaciele, którzy bronią honoru tych czasów, nie z uwielbienia dla ich twór- ców, ale z szacunku dla samych siebie, wie- dząc, że nie byli pierwsi i nieobca im jest wielkość ludzi honoru. Legia Honorowa i Virtuti Militari stoją bardzo blisko siebie. Krzysztof Jabłonka 34 Numer 2. L I T E R A T U R A WzoroWa komsomołka E u g e n i u s z S o b o l adim miał wolny wieczór. Matka oglądała telewizję i nie było z nią żadnego kontaktu. Marta natomiast pojechała w delegację do Warszawy. Duszne i parne powietrze wskazywało na zbliżającą się burzę. Za- kończył się kolejny mecz piłkarskich mistrzostw. Za oknem słyszał sygnały pędzących po mieście radiowozów i karetek pogotowia, które drażniły go, uniemożliwiając skupienie się nad pisaniem ar- tykułu. Wkrótce machnął na to ręką. „Jutro spróbuję coś spłodzić”, pomyślał i odetchnął z ulgą. Resztę wieczoru postanowił spędzić w towarzystwie kompute- ra i rozrywki, jaką ten oferował. W internecie przejrzał najnowsze wiadomości. Napisał arcygłupi komentarz na Facebooku pod po- stem kolegi, ale potem go ze wstydem usunął. Kumpel miał zadzwo- nić, żeby spotkać się z nim z knajpie, ale się nie odezwał. Widocznie Wadim niewiele go w ogóle interesował. W końcu nie wytrzymał i odpalił ulubioną gierkę, choć jeszcze niedawno solennie przysięgał sobie, że nie będzie marnował czasu na tego typu zabawę. W bezli- tosnym wirtualnym świecie, pełnym potworów i podstępnych puła- pek, jego bohater ginął bardzo często. Była to postać ułomna, nie- posiadająca dostatecznie dużo wigoru, by przetrwać i wygrać walkę. Zalękniony, z poczuciem winy błąkał się po pustkowiach, stając się łatwym łupem dla wszelkiej maści rozbójników. Aby dodać sobie trochę więcej odwagi, Wadim udał się po piwo do najbliższego skle- pu monopolowego. Zapomniał, że w Gdańsku trwają mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Do sklepu ustawiła się bardzo długa kolejka, której koniec wychodził na ulicę. Wadim rozejrzał się niepewnie i zapalił papie- rosa. Nieopodal stały, rozmawiając, trzy młode kobiety. Były po- nętne, ubrane niezwykle atrakcyjnie. Zwłaszcza ich wysmukłe nogi w ażurowych rajstopach wyglądały kusząco jak czekoladki, które aż chciałoby się polizać. Jedna z nich podeszła i poprosiła o papierosa. Miała wschodni akcent. Wadim nonszalancko wyciągnął pacz- kę marlboro. W ruchu palców, zdenerwowaniu, które próbowała ukryć, wyjmując papierosa, wyczuł coś nieuchwytnie znajomego. Papieros wypadł na chodnik. Schyliła się, by go podnieść, i wtedy Wadim cicho powiedział: – Lena, to ty? Kobieta wzdrygnęła się, jak gdyby ktoś zdzielił ją biczem, a potem szybko wyprostowała się, obciągnęła obcisłą czer- woną sukienkę i spojrzała na niego dumnie. – Tak, to moje imię. A ty, kim jesteś? – Przecież to ja, Wadim. Nie poznajesz mnie? – mówił, nie kryjąc wzruszenia. Patrząc na swoją pierwszą miłość, szkolną koleżankę, w której zakochał się kiedyś od pierwszego wejrzenia, a potem przez wiele lat będącą jego erotycznym marzeniem, nie wierzył, że to spot- kanie było czystym przypadkiem. Lena odzyskała pewność siebie i chętnie zgodziła się spędzić resztę wieczoru w jego towarzystwie. – Muszę tylko zamienić kilka słów z Szamilem – dodała. Ze sklepu wyszedł z butelką finlandii wysportowany, ubrany w dresy chłopak o śniadej cerze, Czeczen lub Dagestańczyk. Lena zaczęła z nim roz- mawiać, jakby o coś błagając. Ten facet miał nad nią niepojęta wła- dzę. „Mąż czy kochanek?”, pomyślał z niesmakiem Wadim. „I dla- czego nie przedstawiła mnie dwóm pozostałym dziewczynom?” – Wreszcie pozbyłam się tego wstrętnego towarzystwa – powie- działa żartobliwie, gdy już była z powrotem. Umysł Wadima pracował w przyspieszonym tempie. Cyniczna postawa była mu obca. Wcale nie zamierzał uwodzić Leny – choć podobała mu się w tym nowym wcieleniu – i pod pozorem ckliwego rozpamiętywania wspomnień z czasów młodości domagać się od niej przyzwolenia na łatwy seks. Z trudem przeciskali się przez strefę kibi- ca. Wadim czuł, że wysmukła postać jego koleżanki jak magnes przy- ciąga pożądliwe spojrzenia mężczyzn. Właśnie strzelono gola. Jakiś pijany kibic z pofarbowaną twarzą i z czapką pajaca na głowie usiłował porwać Lenę do tańca w rytm bębnów i trąbek, ale Wadim odepchnął go ze wstrętem. W tym rozwrzeszczanym tłumie czuł się obco i sa- motnie. Euro domagało się arbitralnej identyfikacji. Wadim urodził się na Ukrainie, jego ojczystym językiem był rosyjski, a od wielu lat mieszkał w Polsce – nie wiedział, której drużynie miałby kibicować. W klubie artystycznym „Arlekin” było pustawo. Widocznie kapłani sztuki też dali się wciągnąć w piłkarski szał, chcąc w ten sposób zbli- żyć się do mas i wyrwać z wieży słoniowej indywidualizmu w czasach, gdy prawdziwa kultura była już właściwie nikomu niepotrzebna. Wadim i Lena wygodnie rozsiedli się przy stoliku. Kameralna atmosfera, jakże odbiegająca od hałasu, który na zewnątrz tworzyli kibole, nastrajała do szczerości i zwierzeń. – W Polsce bardzo mocno odczuwa się klimat piłkarskiego święta – powiedziała Lena. Kiedyś sądziłam, że Polacy są najsmutniejszym narodem na świecie. – Polska jest dla mnie przede wszystkim wyzwaniem intelektual- nym – mówił dalej. – W tym kraju dochodzi do niezwykłego zagęsz- czenia często sprzecznych ze sobą poglądów i idei. Ścierają się między sobą Wschód i Zachód, nowoczesność i tradycjonalizm. Z ciekawoś- cią to obserwuję. Ale przyjechałem też do Polski, żeby lepiej poznać siebie. Odpowiedzieć sobie na pytanie „Jakim jestem człowiekiem?”. Denerwowało mnie bezwiedne, pozbawione refleksji istnienie w Ki- jowie, gdy biernie akceptowałem wszystko, co niosło życie. Tutaj poczułem w sobie twórcze pierwiastki. Wymyśliłem pewien projekt egzystencjalny polegający na próbie stworzenia siebie od podstaw jako nowego, ulepszonego człowieka. Ale do dziś nie wiem, czy to się udało. Czasami moje istnienie wydaje się sztuczne i iluzoryczne, wyrażające się jedynie w ruchu myśli. Bo język, w którym opisuję rzeczywistość, nie jest moim językiem. To niebo, te drzewa i domy są jakby wyciętą z kartonu imitacją prawdziwego świata.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wiadomości Literackie 2 (1/2013)
Numer:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również: