Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00040 005562 15386343 na godz. na dobę w sumie
2012: gniew ojca. Tom 1 i 2 - ebook/pdf
2012: gniew ojca. Tom 1 i 2 - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 970
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-935842-0-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Na dacie 21 grudnia 2012 roku kończy się kalendarz Majów.

Dla wielu ludzi oznacza to jedno – datę końca świata. Powstają liczne proroctwa, z których najsłynniejsze jest Proroctwo Oriona – wizja Patricka Geryla, mówiąca o zmianie biegunów Ziemi.
Ale rok 2012 to także rok wzmożonej aktywności Słońca, apogeum wypada właśnie w grudniu.
Czyżby to była tylko przypadkowa zbieżność?  A może rzeczywiście scenariusz, w którym burze słoneczne doprowadzą do ruiny ziemskie sieci energetyczne, sparaliżują nawigację, telefonię komórkową, internet oraz komunikację jest bardzo prawdopodobny?  I ludzkości grozi technologiczne cofnięcie się do XIX wieku?

Daniel Bates i Maria Valevsky pracują przy prezydenckiej kampanii wyborczej, regulując i sterując pogodą w trakcie wieców. Lecz ich głównym zmartwieniem jest zbliżający się termin słonecznego ataku. Próbują ostrzec wszelkie instytucje,  które mogłyby zminimalizować skutki furii słońca. Dochodzi do serii wybuchów na Słońcu. Dla wielu do dopiero początek prawdziwych kłopotów, gdy słońce oszaleje i zaniknie pole magnetyczne Ziemi.

Prezydent Barack Obama waha się, czy przerwać wyścig do Białego Domu i ogłosić stan klęski żywiołowej na terenie USA. W debatach wyborczych jego kontrkandydat zarzuca mu brak działań.

Fundacja Survive 2012 otrzymuje zezwolenie na wykopaliska pod piramidami. Lecz do przepowiedzianej przez Majów daty końca świata zostały jedynie dwa miesiące. Czy Adam Envisage zdąży odnaleźć labirynt, w którym ukryta jest tajemnica, jak uchronić się przed Apokalipsą?

Czy rok 2012 to rzeczywiście ostatni rok naszej cywilizacji?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

2012: gniew ojca, tom 1 i 2 Copyright © 2012 by Tadeusz Meszko All Rights Reserved ISBN 978-83-935842-0-8 Projekt okładki Tadeusz Meszko Zdjęcie na okładce SOHO New Views of the Sun 2002 Korekta Bogdan Szyma Skład Tadeusz Meszko Wydanie II Wydawca: Tadeusz Meszko 85-634 Bydgoszcz, ul. Sułkowskiego 17/50 http://tadmeszko.com, mail: 2012gniewojca@tadmeszko.com tom pierwszy Dzieci Słońca Prolog ................................................................................................... 7 Rozdział 1 Apokalipsa? Nie! ................................................................. 17 Rozdział 2 Rozpoczęcie gry .................................................................. 43 Rozdział 3 Misja w terenie .................................................................... 77 Rozdział 4 Słoneczne kaprysy .............................................................. 98 Rozdział 5 Nieoczekiwane zwroty .................................................... 126 Rozdział 6 Rejs „Carioki” ................................................................... 159 Rozdział 7 Ucieczka przed słońcem ................................................. 178 Rozdział 8 Zarzucanie sieci ............................................................... 201 Rozdział 9 Słoneczne kłopoty ........................................................... 232 Rozdział 10 Dalsze tropy ...................................................................... 296 Rozdział 11 Sezonowy temat ............................................................... 316 Rozdział 12 Słoneczna burza ............................................................... 366 Rozdział 13 Końcowe odliczanie ........................................................ 428 tom drugi Dzieci Boga Rozdział 14 W ciszy eteru .................................................................... 493 Rozdział 15 Osioł czy Słoń? ................................................................. 529 Rozdział 16 Słoneczna furia ................................................................ 567 Rozdział 17 Nowe Średniowiecze ....................................................... 707 Rozdział 18 Wizerunki na niebie ........................................................ 746 Rozdział 19 Jeźdźcy Apokalipsy .......................................................... 800 Rozdział 20 Czas zapłaty ...................................................................... 875 Rozdział 21 Parada na niebie ............................................................... 908 Prolog AFRYKAŃSKA PIĘKNOŚĆ Namibia, Park Narodowy Namib-Naukluft, Martwa Dolina Sossusviei 21 grudnia 2011, 4.40 czasu lokalnego (0340 UTC) Słońce było jeszcze schowane za widnokręgiem. Kontur czerwonej wydmy, wysokiej na ponad trzysta metrów, odcinał się na tle nieskazitelnie ciem- noniebieskiego nieba. W dolinie popękana ziemia wyznaczała powierzchnię wyschnięte- go słonego jeziora. Wypełniało się ono wodą jedynie w porze deszczo- wej, a w tym roku deszcz jeszcze nie spadł. Naokoło jeziora rosły kolczaste wielbłądzie akacje. Były uschnięte, a ich białe konary przywodziły na myśl wzniesione w lamencie ręce. Dzisiejszego ranka teren wokół wydmy numer czterdzieści pięć był za- mknięty dla turystów. Na skraju równiny trwała krzątanina. Ekipa filmowa przygotowywała plener do zdjęć filmowych. Równolegle do wydmy ułożo- no już tory dla kamery na wózku. Obok torów, na niskich statywach sta- ły dwie inne kamery. Dwie następne zawieszono na wielometrowych kra- 8 nach. Baterię obiektywów, wycelowanych w plan filmowy, miała uzupełnić kamera na pokładzie śmigłowca. Pilot, czekając na rozkaz startu, sprawdzał warunki meteorologiczne. Środek miejsca zdjęć otaczał szereg ekranów odblaskowych. Ich zadaniem było rozproszenie głębokiego cienia, tak by zmniejszyć kontrast do skali możliwej do przeniesienia na taśmę filmową. Z zaciekawieniem, ale i obawami, przyglądała się tym zabiegom kolo- rowo ubrana grupa tubylców. Zarabiali oprowadzaniem turystów oraz na sprzedaży pamiątek. Ekipa filmowa nie przewidywała ich udziału w zdję- ciach, ale producentka opłaciła ich, by nie przeszkadzali w pracy ekipy. Na- wet gromada strusi przerwała spacer w poszukiwaniu pożywienia i z cieka- wością spoglądała w stronę planu zdjęciowego. W klatkach nerwowo drep- tały dwa gepardy. W odległości stu metrów od planu zdjęciowego inna grupa zajęta była roz- ładunkiem z naczepy ciężarówki przykrytych brezentem urządzeń. Jedno stało już odkryte na drewnianej palecie. Wyglądało jak wyrzutnia rakiet. Cylindryczny, aluminiowy rdzeń, owi- nięty setką zwojów z miedzianych rurek, otaczały cztery lufy o średnicy dwudziestu centymetrów. Wyloty luf rozwierały się na kształt olbrzymich trąb, osiągając średnicę półmetrową. Z podstawy działa wychodziły pęki kabli energetycznych, które rozdzielając się według kolorów, zbiegały się w zabudowanej skrzyni z licznymi wskaźnikami. Usadowione na obrotowej platformie, wyposażone były w system manewrowania w poziomie i pionie znany z konstrukcji dział. Na skrzyni, literami stylizowanymi na lata dwu- dzieste poprzedniego wieku, namalowany był napis: „Władca chmur. Ka- tja II”. Daniel Bates, mężczyzna po czterdziestce, słusznego wzrostu, z sylwet- ką bez śladów otyłości, był ubrany w ocieplaną kurkę dżinsową. Ze schowa- nymi pod pachami dłońmi przyglądał się nieruchomo rozładunkowi. Tyl- ko jego szare oczy nerwowo śledziły wszystkie czynności, czasami odrywa- jąc się w kierunku nieba, by ze zmarszczonym czołem zatrzymać się tam na dłużej. Daniel przygotowywał się do wprowadzenia nieładu w ten nie- ruchomy, usypywany przez setki lat krajobraz. Pracował dla firmy „Ty wy- bierasz pogodę”, zajmującej się zmianą praw natury. Tam, gdzie była susza sprowadzał deszcz, a miejsca zbyt wilgotne potrafił wysuszyć. Rozpoczęcie zdjęć było przewidziane na szóstą rano, by wstające słońce nie wyskoczy- ło zbyt wysoko ponad horyzont, psując nastrój rzeźbiony długimi cieniami. Dzisiaj Bates był podenerwowany. Wraz z ekipą przylecieli na lotnisko Walvis Bay wczoraj wieczorem. Po wylądowaniu musiał dopilnować prze- Dzieci Słońca Prolog 9 ładunku urządzeń z samolotu na wynajęte, stare mercedesy, pamiętające zapewne połowę ubiegłego wieku. Później czekała ich dwugodzinna po- dróż w nieklimatyzowanych kabinach. Kilka godzin snu w drewnianych domkach pustynnego obozu nie wystarczyło. Długo przed świtem znowu musieli wsiąść do przewiewnych kabin, by szczękając zębami z zimna, do- jechać o czasie na plan zdjęciowy. Aż trudno było im uwierzyć, że w ciągu dnia temperatura może przekraczać osiemdziesiąt stopni Celsjusza. Do Batesa podszedł technik Günter Wildenbaum. Pochodzący z Nie- miec bratanek szefa Marvina, swoimi nieustannymi wątpliwościami od po- czątku irytował Daniela. Starał się być pobłażliwy wobec niego, rozumiejąc, że dla przyzwyczajonego do uporządkowanego rozumienia świata Niemca, praca w niemal magicznej branży może być szokiem. Daniel czasami nie mógł się powstrzymać od kąśliwych komentarzy. – Daniel – rozpoczął niepewnie Günter, patrząc pod nogi. – Pracuję z wami od niedawna, ale nigdy nie widziałem, żeby ustawiać trzy działa obok siebie. Czy to nie jest ryzykowne? Bates doskonale wiedział, że to ryzykowne. Postawiono przed nim trud- ne zadanie, którego wykonanie było sprawą prestiżu firmy. Musiał zaryzy- kować. – Sam sobie odpowiedziałeś, Günter – wzruszył ramionami. – Ustaw je dokładnie tak, jak ci powiedziałem. Ja idę pogadać z operatorem o zdję- ciach. Günter wrócił do czekających przy samochodzie pomocników. Nie mu- siał im powtarzać decyzji, wzruszył jedynie bezradnie ramionami. Słysze- li odpowiedź Batesa i bez protestów przystąpili do rozładunku kolejnego działa. Bates przeszedł do stanowiska operatora Walida Jubrana. Poznali się sześć lat temu, gdy Bates pracował na Alasce przy projekcie „Alaskan Gas Pipe- line”: gazociągu o długości blisko trzech i pół tysiąca kilometrów, mającym połączyć Prud hoe Bay z systemem Chicago. Walid był wtedy studentem szkoły filmowej, szczupłym młodzieńcem i nosił długie włosy, które nie- ustannie zasłaniały mu wizjer kamery, a w te zimne i błotniste strony przy- jechał z ekipą zdjęciową do filmu dokumentalnego „Niewygodna prawda”, realizowanego na zlecenie byłego wiceprezydenta Ala Gore’a. Na zdjęcia ściągnięto również firmę, mającą zapewnić odpowiednie warunki pogodo- we. Dzisiaj pracował dla niej Bates, można więc było powiedzieć, że ope- rator był ojcem chrzestnym jego posady. Przez lata spotkali się kilka razy, przy okazji realizacji kolejnych projektów. Walid był także autorem filmu 10 promocyjnego firmy, który w poetyckiej konwencji pokazywał ich możli- wości. Była to zarazem jego praca dyplomowa. Daniel nie mógł z Walidem porozmawiać wczoraj, gdyż ten już spał. Nic dziwnego – na plan wyjechał wcześniej niż ekipa Batesa. Dopiero teraz mo- gli się spotkać. Przywitali się wylewnie, obejmując się i klepiąc po plecach. Bates zauważył, że długie włosy operatora są spięte w kucyk, a ciało wyraź- nie się zaokrągliło. Walid spojrzał na „Władców chmur”. – Widzę, że opracowałeś nowy model – powiedział z niepewną miną. Bates pokręcił przecząco głową. – Konstrukcyjnie nie różni się od innych modeli. Ale jest szansa, że w następnym roku wprowadzimy zmiany. Szefowa zatrudniła informatycz- kę, o trudnym do zapamiętania nazwisku, nieważne. Mam nadzieję, że przy jej pomocy przetestuję w wirtualnym projekcie kilka zmian i coś z tego wyj- dzie. – Miałem wrażenie, że to scenografia do „Wojny światów” Wellsa – ode- tchnął z ulgą Walid. Bates zaśmiał się. Rzeczywiście, z daleka, w cieniu, gdy jedynie metalo- we elementy luf błyszczały, kłując oczy błyskami światła niczym kłami, były podobne do potworów czających się do ataku. Daniel odwrócił się w stro- nę przyjaciela i dodał: – A co do projektu – niewiele się mylisz. To wersja specjalna dla niedo- wiarków. Wracamy z pokazu w Emiratach Arabskich. Szejk, który oglądał nas już wcześniej podczas pracy, zasugerował, by dla efektu trochę podra- sować urządzenie. Sam wiesz, że bez tych dodatków nie wygląda okazale. A tak wywołuje odpowiednie wrażenie. – Zatrudniliście do tego scenografa z Hollywood? – Nie. To projekt według rysunków najmłodszej córki Marvina i Ele- onory – Katji. Dobrze, że mi ją przypomniałeś, muszę kupić dla niej pre- zent w nagrodę. Przyjaciel zwrócił uwagę Batesa na tubylca siedzącego na uboczu. – To pora deszczowa, ale nie pada. Najpierw Johanna wezwała tego sza- mana, lecz nic nie zdziałał. Wtedy podpowiedziałem, by wezwali ciebie. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz. Daniel przyjrzał się szamanowi, wciąż mamroczącemu zaklęcia i prze- sypującemu piasek. Spotykał się już z miejscowymi czarownikami w róż- nych częściach świata. Przeważnie traktowali go jak równego sobie, doce- niając jego sposoby wywoływania deszczu, z zainteresowaniem wypytując o szczegóły urządzenia. Ale ten był wyjątkowo wredny. Mimo że nie zbli- Dzieci Słońca Prolog 11 żał się do Batesa na mniej niż sto kroków, ten czuł niemal namacalnie jego obecność. – Co sądzisz o tej reklamie? – zapytał, zmieniając temat, Bates. – Daj spokój. Nawet ty nakręciłbyś lepszą. Nie wspominając o mnie. Ten reżyser – Fellini – to dupek. Kreuje się na wizjonera, a rozumu ma tyle, co podejrzał w MTV lub internecie. Nie jest wart nazwiska, które nosi. – To wnuk tego Felliniego? – Chyba nie... – Walid wzruszył ramionami. – To czemu tu pracujesz, a nie robisz następnej fabuły? – Trzeba z czegoś żyć. A poza tym nigdzie nie mógłbym zużyć tyle ta- śmy, by sprawdzić nowe efekty. Zdjęcia do reklam dają możliwość przete- stowania sztuczek, które później wykorzystuję w fabule. – Myślałem, że celuloidowa taśma to przeszłość? – Tak ci się tylko wydaje... Do dzisiaj prawdziwe są słowa, którymi przywitał nas dziekan wydziału operatorskiego – Bates znał tę anegdo- tę, ale wiedział, że jej opowiedzenie wywołuje radość na twarzy przyjacie- la, więc pozwolił mu na kolejną powtórkę. – Nie wiem, jak to wygląda dzi- siaj, ale czy robisz zdjęcia na kliszy fotograficznej czy na cyfrowej matry- cy, proporcje są podobne. Na świecie robi się obecnie kilkaset miliardów zdjęć. Z czego niemal sto procent jest udanych, przynosząc zadowolenie fotografującym. Dziekan na pierwszym wykładzie powiedział do nas: Wy przyszliście do tej szkoły, by nauczyć się robić prawidłowo zdjęcia i w tym ułamku procentu. Walid zamilkł, jakby składał hołd wykładowcy. Po chwili wrócił do spraw bieżących. – A co do zdjęć, to mam prośbę. Mam tylko siedem-osiem minut na wykorzystanie magicznego momentu. Musisz zmieścić się w tym przedzia- le czasu. – Pamiętam, że magiczny moment to ulotna chwila. A ty uwielbiasz za- pisać ją na wieczność – Daniel kiwnął głową. Wyciągnął rękę na pożegna- nie. – Muszę pójść porozmawiać z reżyserem. – Jasne. Ja też muszę sprawdzić kąty ustawienia kamer i światła. Spotka- my się wieczorem. Gdy Daniel odszedł na kilka kroków, usłyszał jak Walid woła za nim: – A co do fabuły: może ty coś wyreżyserujesz? Trochę szwendałeś się po świecie, na pewno masz co opowiadać. Z chęcią będę robił zdjęcia. Johanna Vanderen, piękna, rudowłosa producentka, odciągnęła Daniela na bok. Miała ponad czterdziestkę, ale wciąż pozowała na dojrzałą dwudzie- 12 stolatkę. Trochę zadzierała nosa, Bates nie mógł jej jednak odmówić prze- bojowości i upartości w dążeniu do celu. – Daniel, wiedz, że niełatwo było zdobyć zezwolenie na kręcenie zdjęć w tym miejscu. Musisz wydusić ze swoich urządzeń wszystko, co jest moż- liwe. Mamy glejt tylko na ten dzisiejszy poranek – nie ma mowy o powtór- nych zdjęciach. Podszedł do nich reżyser Christian Fellini. Miał niewiele ponad dwa- dzieścia lat. Włosy potargane, jakby specjalnie ich nie czesał po przebu- dzeniu; druciane okulary na nosie, które ciągle poprawiał. Czy to z powo- du chłodu, czy dla efektu, na ramiona miał narzucony czarny, skórzany płaszcz, długi niemal po ziemię. – Chmury muszą napłynąć z północy – Christian, stojąc z dłońmi przy- łożonymi do oczu, przez tak utworzony kadr analizował ujęcie. – Muszą pojawić się błyskawicznie i zakryć całe niebo w czasie nie dłuższym niż osiem sekund. Nie chcę żadnych efektów specjalnych, to ma być natural- ne, a nie wygenerowane w komputerze. To musi wstrząsnąć widzem. Nie- mal naga, samotna dziewczyna umiera z pragnienia. Afrykańska piękność wznosi ramiona ponad głowę, ostatkiem sił błagając o wodę. Modelka Pen- dapali będzie rękoma wykonywać taniec – i to musi się dziać w czasie rze- czywistym. Marzy o tej jedynej, najlepszej wodzie mineralnej. Krople wody żłobią jej ciemne bruzdy na twarzy. Bates poznał scenariusz już wczoraj. Przestał słuchać „matriksowego” reżysera. I tak uważał, że zleceniodawcy reklamy chcą wcisnąć kolejną kra- nówkę jako lek na wszelkie zło. Ale to nie jego problem. Reżyser, wyczerpany wizją, opuścił dłonie i przygryzając zęby, dodał z nostalgią: – Nie kręcimy, niestety, filmu, a trzydziestosekundową reklamę. Rozejrzał się po planie, zatrzymując wzrok na ustawionej już baterii dział Batesa i zapytał z niedowierzaniem: – Czy te pana cudaczne przyrządy są w stanie sprowadzić chmury? Czy to są te tak zwane „Cloudbustery”? – My wolimy je nazywać „Władcy chmur” – chrząknął urażony Daniel. – To nie pogromca, którzy walczy. To władca, który panuje nad chmurami. Może je zarówno wytworzyć, jak i rozpędzić. Fellini z powątpiewaniem spojrzał na Batesa, a później z wyrzutem na producentkę Johannę. – Czy jesteś pewna, że to zadziała? – Zawsze może pan poprosić szamana – wymruczał Bates, już do siebie, bo wizjoner odszedł bez słowa. Dzieci Słońca Prolog 13 – Jak to widzisz? – zapytała Johanna z troską. – Reżyserską wizję wody? – zapytał sarkastycznie. – Och, daj spokój. Christian jest trochę narwany, ale to dobry reżyser. Chodzi mi o twoich „Władców chmur”. Rozchmurz się, ja w nie wierzę, wi- działam je przecież w akcji. Pytam o zdjęcia. – To możliwe. Pytałaś o to samo wczoraj. Przeanalizowałem problem, ustawiłem je w odpowiedni sposób – odpowiedział z irytacją. – Chmury zaczną się tworzyć kilometr, dwa za wydmą. Gdy zbiją się do odpowied- niej wielkości, zmienię ustawienia „Władcy chmur”, przyciągając je nad plan zdjęciowy. Problemem może być synchronizacja. Słyszałem, że w zdję- ciach będzie uczestniczył śmigłowiec. Gdybym miał podgląd z jego pokła- du, wiedziałbym, kiedy chmury przyciągnąć. Dopiero wtedy dałbym sygnał do rozpoczęcia zdjęć. – Da się załatwić – odpowiedziała pewnie Johanna. – Uzgodnię szcze- góły. Gdy Bates wrócił do stanowiska, zauważył, że ludzie z jego ekipy zamiast przygotowywać urządzenia do pracy, zajęci byli wyjaśnianiem jego budo- wy modelce Pendapali Minnie. Wystrojona w całe pęki kolorowych bran- soletek, z umodelowaną fryzurą, musiała ograniczyć ruchy, by nie zburzyć wizerunku. Jednak z ciekawością wskazywała palcem elementy, które ją in- trygowały. Członkowie ekipy po zauważeniu Batesa szybko czmychnęli. Daniel podszedł do modelki. Jej duże, czarne oczy, przyjrzały się mu z zaintere- sowaniem. – Podobno wie pan wszystko o tym urządzeniu. Niech mi pan powie, jak to działa? Bates zignorował pytanie. Nie miał ochoty na rozmowę z nastoletnią „Miss World”. Niedawno inna kobieta, starsza od tej o kilka lat, dała mu do zrozumienia, że nie interesują jej związki ze starszymi mężczyznami – jak to określiła. Wciąż słyszał te beznamiętne słowa i spojrzenie, więcej uwagi poświęcające fakturze ściany za nim niż jego napalonej gębie. Pendapala jednak nie ustępowała. Zirytowało ją milczenie Daniela. – Dlaczego nie chce mi pan powiedzieć? – Bo mam trudne zadanie do wykonania, a mało czasu – odpowiedział z niechęcią. – Myśli pan, że nie zrozumiem? Że jestem głupia? – To nie o to chodzi. Po prostu zastanawiam się, jak ci wytłumaczyć coś, czego sam nie rozumiem. 14 Na szczęście podbiegła do nich asystentka – reżyser czekał, by przeka- zać modelce ostatnie uwagi aktorskie. Pendapala jednak zignorowała pole- cenie i natarła na Daniela: – Może pan uważać, że w czasie konkursu nasze słowa o pragnieniu pokoju na świecie, troska o środowisko, smutek na widok głodujących dzieci to frazesy. Ale nie dla mnie. Uważam, że człowiek w zbyt dużym stopniu ingeruje w środowisko naturalne. A pańskie urządzenia – to już kpina. I jestem zła, że muszę brać udział w zdjęciach, które ingerują w na- turę. Po tej długiej przemowie zamilkła. Opuściła ze wstydem wzrok, doda- jąc z niesmakiem: – Podpisałam kontrakt nie wiedząc o tym. Daniel westchnął zakłopotany. Cóż mógł jej wyjaśnić w kilku zdaniach? – Mogę ten proces kontrolować tylko w pewnym stopniu, ale to wykra- cza poza naukę – powiedział ugodowo. Opacznie zrozumiała jego słowa i dokończyła wzburzona: – Jestem pewna, że w każdej chwili, bez problemu, może pan wywołać burzę. Z piorunami! I odeszła obrażona. „Co za dzień. A dopiero się zaczął” – pomyślał Bates. Szaman cierpliwie siedział w kucki przy kępie kolczastego krzewu. Z ka- myczków ułożył okrąg, w którego środku usypywał piramidę z piasku. Jego usta wypowiadały zapewne złowieszcze zaklęcia. Gdy zobaczył, że Daniel mu się przygląda, zaczął jeszcze głośniej nucić swoje modły. Olbrzymia, czerwona tarcza słońca drgała w nagrzanym powietrzu tuż nad horyzontem. Niemal było widać, jak z mozołem wyrywa się z oko- wów ziemi. „Władcy chmur” pracowali wydając ciche pomruki. Wciąż nie widzieli zmian na niebie. Reżyser przygryzał wargi z niepo- kojem, czekając na sygnał do rozpoczęcia zdjęć. Modelka, w otoczeniu gepardów, opatulona kocem, klęczała przygotowana do ujęcia. Asystent- ka czekała przy niej, by tuż przed klapsem zdjąć koc. Pendapala bała się, że za chwilę dostanie gęsiej skórki i nie można będzie nakręcić ujęcia. Jo- hanna wydawała się spokojna, zdradzało ją jednak machinalne kręcenie pierścionkiem. Bates śledził obraz nieba przekazywany przez śmigłowiec. Kontrolował także tarczę radaru, ale wiedział, że na nim ślad chmur pojawi się później, nim dostrzeże je obiektyw kamery. Dzieci Słońca Prolog 15 Wreszcie wypatrzył parę wodną, formującą się w chmurkę. Wiedział, że teraz tempo tworzenia chmury wzrośnie. Cieszył się, że zdjęcia wyznaczo- no o świcie. Wieczorem, po upalnym dniu, w powietrzu nie byłoby żad- nych śladów wilgoci. Ponadto o świcie nie było wiatru, który mógłby prze- szkodzić w sterowaniu chmurą. – Przygotujcie się. Zostało najwyżej pięć minut – powiedział rozluź- niony, lekkim tonem. Odetchnął z ulgą, do tej pory miał bowiem wąt- pliwości. Sprawa nie była tak łatwa, jak starał się okazać swoim zacho- waniem. Rejon był wyjątkowo suchy. Wierzył jednak, że poranek mu pomoże – krople nocnej rosy parując wzmocnią efekt pracy „Władców chmur”. Chmurka zbiła się już w pokaźną chmurę, zmieniając kolor z bieli na lekko szary. Daniel rozejrzał się, szukając szamana. Dostrzegł go na sąsiedniej wy- dmie. Osłaniając oczy dłonią wypatrywał chmur. „Poczekaj jeszcze chwi- lę, a padniesz z wrażenia” – pomyślał z satysfakcją. Podkręcił potencjometr mocy, nie mogąc doczekać się chwili tryumfu. Zauważył poruszenie w sta- dzie strusi, niektóre ptaki zaczęły nerwowo unosić głowy. Po chwili stado zerwało się do biegu. „Pewnie wyczuły zmianę pogody i nie chcą zmoczyć piór” – stwierdził Bates. Chmura zwiększyła kilkakrotnie rozmiary. Była już ciemnoszara. Da- niel dostrzegł wyładowania elektryczne. Było lepiej, niż przypuszczał. Wy- ładowania potwierdziły, że krople osiągnęły już wielkość umożliwiającą opad deszczu. Czas ściągnąć ją nad plan zdjęciowy. Połączył się z Günte- rem, czekającym za wydmą na swój udział w akcji. – Wypuście balony. Zapalniki ustawcie na dwadzieścia sekund. Po chwili dostrzegł je wznoszące się w kierunku chmury. Balony były wyposażone w pojemniki z jodkiem srebra. Firma rzadko stosowała tę me- todę wywoływania deszczu, uznając ją za prymitywną, lecz tym razem Ba- tes zdecydował się ubezpieczyć i sięgnął po tę sprawdzoną. Balony zniknęły w pokrywie chmur. Po kilku sekundach zobaczył roz- błysk odpalonych ładunków, rozpylających proszek. Miliony cząstek pyłu powinny zwiększyć tempo kondensacji kropel. Chmura była gotowa. Bates przestawił dźwignię „Władcy chmur”, by ściągnąć ją nad plan zdjęciowy. – Uwaga! Za trzydzieści sekund startujcie ze zdjęciami. Chmura dosta- tecznie napęczniała, by pęknąć nad waszymi głowami. Trzymajcie paraso- le w pogotowiu. 16 Bates spojrzał na plan filmowy. Dostrzegł, że Walid nie ufając szwenkie- rowi*, z kamerą na ramieniu sam szuka najlepszego ujęcia. „Cały on” – po- myślał z uśmiechem. Reżyser wydał komendę do zdjęć. – Akcja! I podpierając dłońmi brodę, pochylił się nad monitorami, śledząc reje- strowany przez kamery obraz. Zza wydmy wyłoniła się czarna chmura, wypełniając w kilka sekund całą dolinę. Daniel przyglądał się jej zdumiony – nie spodziewał się aż ta- kiego rezultatu. Drżącą ręką skręcił potencjometr mocy do zera. Za późno... Niebo rozdarły błyskawice, uderzając w uschnięte akacje. Równocze- śnie nastąpiło oberwanie chmury, wypełniając dolinę strumieniami wody. Eksperyment wymknął się spod kontroli. Olbrzymie krople spadały gęsto na popękaną ziemię i słone jezioro wy- – Nie kręcimy tu horroru! Co tymi ujęciami chcesz przekazać klientom? Daniel, sparaliżowany zniszczeniami, wpatrywał się w wydmę, któ- rą żłobiły potoki wody. Piasek, usypywany przez stulecia, zaczął spływać w dolinę. Wydma utraciła swój urok, falista powierzchnia została rozmyta. Teraz wyglądała jak duża pryzma piasku na budowie. – No to wywołałem piękną katastrofę – podsumował zniszczenia Daniel. pełniło się w minutę. Tubylcy momentalnie rozpierzchli się w popłochu. Modelka, z włosami przyklejonymi do twarzy, zaczęła się śmiać, jakby chcąc pokazać Batesowi: „A nie mówiłam! Twoje maszyny przynoszą zło!”. Walid, przerażony, oglądał szczątki jednej z zawieszonych na kranie ka- Tylko reżyser był zadowolony. Johanna z wściekłością szybko utempe- mer. Przewrócił ją wiatr. rowała jego radość: * – Szwenkier – zwany też drugim operatorem, najbliższy współpracownik operatora filmo- wego, własnoręcznie obsługujący – pod jego kierownictwem – kamerę. Dzieci Słońca Rozdział 1 Apokalipsa? Nie! „PLANETA XXI” USA, dystrykt Kolumbia, Waszyngton, studio CNN 1 stycznia 2012 roku, 7.55 czasu lokalnego (1255 UTC) W studiu telewizyjnym trwały przygotowania do wejścia na wizję. Stylistka poprawiała makijaż trzydziestokilkuletniej prezenterce Grace Quickenden, czekającej już na stanowisku. Jej długie jasnoblond włosy opadały w nie- sfornych lokach na ramiona. Miała wydatne usta i pociągłą twarz, o wyraź- nie zarysowanej szczęce. Była ubrana w ciemnoczerwony golf. Grace od lat prowadziła program popularnonaukowy, który wypełniał lukę w ramówce stacji w godzinach najniższej oglądalności. Trudno było taką „zapchajdziu- rą” zdobyć sławę, ale dzięki temu nie narażała się nikomu i miała duże szan- se dotrwać do emerytury. Co w branży telewizyjnej przekładało się na co- raz bliższy wyrok – po czterdziestce będzie musiała przejść na drugą stronę kamery: zostać dostarczycielką tematów dla nowej gwiazdy ekranu. W dzisiejszym programie miano wykorzystać technikę trójwymiarową. Bała się tego programu. Przez tydzień przechodziła przeszkolenie, ale i tak 18 się bała. Nie dość, że będzie wymagał łączenia z wieloma krajami na świecie, to dodatkowo te wymogi techniki. Technika była efektowna, ale uciążliwa w realizacji. Na szkoleniu zasady uzyskania wrażenia trójwymiarowości tłu- maczyli jej młodzieńcy poniżej dwudziestu lat, ale niewiele z tego zrozumia- ła. Grace przerażał szereg kamer otaczających ją w półokręgu, zamykając ni- czym w kloszu. Ze szkolenia zapamiętała, że jej obraz jest rejestrowany przez czterdzieści cztery cyfrowe kamery, a zgromadzone dane obrabiane aż przez dwadzieścia komputerów pracujących na najwyższych obrotach. Trzydzie- ści pięć kamer, zamontowanych w okręgu, obserwowało każdy jej ruch, gry- mas twarzy czy ruch niesfornych włosów. Pozostałe śledziły ją z dalszej od- ległości, pod różnymi kątami, aby pokazać całą postać. Ruch kamer w stu- dio CNN był zsynchronizowany z ruchem kamer w studio gościa – tak że po ich nałożeniu powstawało wrażenie, że przebywają w jednym pomieszcze- niu. Aby rozmowa wyglądała wiarygodnie, trzeba było pokazać ją z różnych punktów widzenia: rozmówcę przez ramię Grace, Grace słuchającą gościa, obydwoje stojących obok siebie. Do pilnowania swojej pozycji i zachowania gościa, Grace miała podgląd na monitorze roboczym i prowadząc rozmowę jednocześnie musiała pilnować, by odpowiednio reagować na zachowanie wirtualnego rozmówcy. W czasie pierwszej transmisji CNN, w dniu wybo- rów prezydenckich w 2008 roku, dziennikarze stali oddaleni od siebie o kil- ka metrów. Bezpieczna odległość wynikała po części z obawy wpadki, a po części z szybkości obróbki danych. Dzisiaj komputery były szybsze, a tech- nika przetestowana w wielu programach. Nie było już niebieskiej poświa- ty, takiej jaka otaczała sylwetkę pierwszego wirtualnego gościa – koleżan- ki z Chicago Jessiki Yellin, a rozmówcy trójwymiarowych konferencji mo- gli nawet przywitać się uciskiem dłoni. Na szczęście technologia była wciąż droga i w czasie programu zostanie wykorzystana jedynie kilka razy. – Jak się udała zabawa sylwestrowa? – spytała stylistka, poprawiając ma- kijaż ust Grace, nakładając na ciemną pomadkę jaśniejszą, połyskliwą. – Nijak – odpowiedziała Grace z błyskiem złości w oczach, nie przesta- jąc jednak uśmiechać się w stronę kamery w gotowości do wejścia na an- tenę. Była zła, że mijają kolejne lata kariery, a ona wciąż musiała prowa- dzić audycje w tak niedogodnych porach antenowych. Jej koleżanki mo- gły się wyspać i pokazać wypoczęte na antenie w „prime time”. Po chwili jednak stłumiła emocje i odpowiedziała z lekceważeniem: – Wiesz, że Ro- bert pracuje dla rządu. Tuż przed wyjściem na bal zabrało go dwóch mun- durowych. – O! Nie słyszałam, żeby w ostatnich godzinach wydarzyło się coś waż- nego. Dzieci Słońca Rozdział 1: Apokalipsa? Nie! 19 Grace nie odpowiedziała. Spojrzała w kierunku pierwszego z gości – Donalda Bassoopa. Był jeszcze bardziej przerażony niż Grace. Sekretar- ka planu pokazywała mu niebieskie linie wymalowane na podłodze studia, po których miał się poruszać. Zboczenie z wytyczonych tras groziło zde- rzeniem z trójwymiarowymi meblami lub, co gorsze, materializacją w ciele innej osoby. Grace zaśmiała się w duchu, stylistka spojrzała na nią ze zdzi- wieniem. – Ja też... – z opóźnieniem odpowiedziała na pytanie stylistki. – Ale jak się dowiem, że to był tylko fortel, by wyciągnąć go na jakąś imprezę, to wy- kopię go z hukiem za drzwi! – Cisza na planie! Odliczamy. Grace wyprostowała plecy w oczekiwaniu na sygnał rozpoczęcia emisji. Napięcie sięgało zenitu. W tej części programu zaplanowano pierwsze łą- cze z wirtualnym gościem. Relacja miał się rozpocząć od jej ujęcia siedzą- cej przy stole, w czasie wstępu miała wstać i przejść w wyznaczone miejsce, a w okręgu koło niej miała się pojawić postać rozmówcy. Grace spojrza- ła na podgląd ze studia w Rzymie: pulchny pięćdziesięciolatek ukradkiem poprawił grzywkę, tak by przesłoniła puste zakola. Później skromnie złożył dłonie na brzuchu i nieruchomo oczekiwał na sygnał do rozpoczęcia roz- mowy. Ona nie była tak spokojna. – Pięć, cztery... – zaczęła odliczać inspicjentka. Program CNN „Planeta XXI” 8.06 czasu lokalnego (1306 UTC) GRACE QUICKENDEN Prezenterka pojawiła się na tle ściany telebimu, na którym wyświe- tlona była mapa Ziemi. W zaznaczanych miejscach zaplanowanych rela- cji pojawiały się nazwy miast i twarze dziennikarzy. – Witam państwa w programie „Planeta XXI”. W ciągu najbliższych go- dzin odwiedzimy niemal całą kulę ziemską, próbując odpowiedzieć na py- tanie, czy rok 2012 będzie rokiem przełomowym. Dzisiejsza, nietypowa pora naszego programu, została tak wybrana, by mogło nas oglądać jak naj- więcej ludzi na świecie, gdyż jest to wspólne przedsięwzięcie wielu sieci te- lewizyjnych. My, na kontynencie amerykańskim, obejrzymy program przy śniadaniu, ale pamiętajmy, że w Europie jest już czas niedzielnego obiadu, a w Azji późnej kolacji. Bieżący rok można śmiało nazwać rokiem wielkich zmian na mapie po- litycznej świata. Czekają nas wybory prezydenckie u trzech spośród pię- 20 ciu członków Rady Bezpieczeństwa ONZ. Już w maju wybory we Francji, w czerwcu w Rosji, i finał wyborów – listopadowe w USA. Porozmawiamy o scenariuszach katastrof, będących wyzwaniem dla ludzi odpowiedzialnych za kształtowanie polityki i gospodarki, i dla natu- ry – targanej coraz częstszymi anomaliami. Pytanie przewodnie programu brzmi bowiem: Czy w tym roku nadejdzie apokalipsa? Grace wstała i zaczęła iść w kierunku miejsca rozmowy, starając się patrzeć przez cały czas w obiektywy kamer, a jednocześnie pilnując, by zatrzymać się precyzyjnie w wyznaczonym punkcie. – Czy ten rok, tak bogaty w wydarzenia polityczne, nie stanie się punk- tem zapalnym do wznowienia działalności terrorystycznej? Czy po ostat- nich sukcesach w walce z terroryzmem mamy się jeszcze czego obawiać? Za chwilę porozmawiamy o tym z ekspertem. Dzięki technologii „3D” będzie- my go jednak gościć w naszym studio, chociaż znajduje się osiem tysięcy ki- lometrów od nas – w studio Rai Uno w Rzymie. Prezenterka zatrzymała się przed kręgiem kamer. Wiedziała, że kom- putery w tej chwili pracowały na maksymalnych obrotach, by połączyć jej obraz z obrazem gościa. – Witam Franka Urbancica, byłego koordynatora do walki z terrory- zmem w Departamencie Stanu w administracji poprzedniego prezydenta, a obecnie naszego ambasadora na Cyprze. Z góry spływał szereg świecących okręgów, a w ich wnętrzu materia- lizowała się sylwetka gościa. Długo trwały dyskusje nad sposobem po- jawiania się gości, przecież nie będzie wchodził przez drzwi? Wybrano sposób, mający ugruntowane miejsce w kulturze, znany wszystkim na świecie od lat. Postać rozmówcy pojawiła się w stylu teleportacji z filmu „Gwiezdne wrota”. FRANK C. URBANCIC – Terroryści nie reprezentują władz państw, na których terenie walczą. Oni nie dążą do tego, by podpisać z nami jakiekolwiek porozumienie o po- koju. Nie możemy doprowadzić do jednej bitwy, która przesądziłaby o zwy- cięstwie. To jest wojna partyzancka, w której możemy jedynie szczelniej za- bezpieczać granice, kontrolować transport, wprowadzać niemożliwe do sfałszowania dokumenty – a wszystko po to, by odciąć źródła finansowania i ograniczyć możliwości ruchu terrorystom. Proszę zauważyć, że większość ataków terrorystycznych miała miejsce w krajach w stanie wojny. Osiem- dziesiąt procent ofiar ataków to sami muzułmanie pracujący dla społeczeń- stwa: policjanci, nauczyciele, dziennikarze. Dzieci Słońca Rozdział 1: Apokalipsa? Nie! 21 GRACE QUICKENDEN – Thérese Delpech – politolog i była doradczyni premiera Francji Alaina Jupeé – mówi, że terroryści wykorzystują frustracje młodych ludzi, by podsu- wając im proste i chwytliwe przesłanie zdobywać nowych członków. FRANK C. URBANCIC – To prawda. Zgadzam się z tym w pełni. Pamiętajmy o tym, że islamiści – choćby w takich krajach jak Iran, Irak czy Afganistan – są dziećmi komuni- stów z poprzedniej generacji. Wielka emigracja po wojnach afgańskich czy irackich, żyje dzisiaj zasymilowana w społeczeństwach takich krajów jak Wielka Brytania czy Francja, Maroko czy Filipiny. Lecz emigracja jest nadal podatna na przekonania swych ojców i łatwo ich wciągnąć w walkę z nami. GRACE QUICKENDEN – Przejdźmy do innego problemu. Gdy w 1942 roku w „Chicago Tribune” wydrukowano artykuł o złamaniu japońskiego szyfru na szczęście nikt nie przekazał tej informacji wrogowi i mogliśmy wygrać wojnę. W dzisiejszych czasach byłoby to niemożliwe – w kilka minut, poprzez Internet i telefony komórkowe, wiedziałby o tym cały świat. FRANK C. URBANCIC – Trzeba zmienić nasze widzenie terrorystów. Jest pewne, że są ludźmi ogarniętymi złymi pasjami. Ale są to osoby inteligentne. Są dobrze wyszkole- ni, posiadają źródła finansowania i mają kontakty. I uczą się, obserwując na- sze działania w innych regionach. Wykorzystują telewizję i Internet, by anali- zować nasze akcje i wprowadzają metody zapobiegania podobnym wpad- kom. Tak więc, pomimo zatrzymania czy śmierci wielu przywódców terro- rystycznych, stanowią oni nadal realną groźbę. Są to organizacje reagują- ce szybkimi zmianami na nasze środki zapobiegawcze i musimy nieustannie udoskonalać metody walki z nimi. A to, czego nie osiągnęli poprzez zneutrali- zowane przez nas ataki terrorystyczne, próbują odzyskać działaniami dezin- formującymi czy po prostu kłamstwami, często publikowanymi w Internecie. GRACE QUICKENDEN – No właśnie. Od kilku lat Pentagon blokuje publikacje wideo na YouTu- be, sfilmowane w czasie działań bojowych, uważając, że może to narazić żołnierzy, zapominających o bezpieczeństwie, w dążeniu do uchwycenia bardziej dramatycznych wydarzeń. No i ten język – normalny w warunkach bojowych, ale szokujący cywilów. 22 FRANK C. URBANCIC – To była trudna decyzja, gdyż niełatwo odmówić żołnierzom jedynego kontaktu z krajem, ale wpływ scen brutalnych na młode pokolenie zaniepo- koił opinię publiczną – i to był argument decydujący. W dolnej części ekranu pojawił się czerwony pasek z tekstem, prze- biegający tak szybko, że trudno go przeczytać. GRACE QUICKENDEN – Pozwoli pan, że wtrącę gorącą informację, którą od kilku minut mogą państwo przeczytać na pasku: wirus „Orion” atakuje komputery w kolejnych krajach. Rozprzestrzenia się wraz ze strefą czasową, gdy po noworocznej za- bawie budzą się następne rejony globu. Na szczęście w większości świata jest to dzień wolny od pracy, więc infekcja wirusowa dotyka głównie pry- watnych użytkowników, pragnących wymienić się życzeniami noworoczny- mi, czy pasjonatów gier. FRANK C. URBANCIC – Powinniśmy zdawać sobie sprawę, że to, o czym teraz mówimy, jest szczytem góry lodowej. Weźmy choćby pod uwagę system GPS, wykorzysta- ny po raz pierwszy przez nasze wojska w wojnie w Zatoce. Terroryści mogą wykorzystać ten, jak i inne komercyjne systemy. Proszę zwrócić uwagę, że system namierzania celów ataków z Nowej Karoliny, jest dostępny w ofer- cie handlowej. W Internecie można znaleźć wzór gazu użytego w zamachu w tokijskim metrze – sarinu. Rząd USA odtajnił także dokumenty AEC i DOE, a w nich można znaleźć informację jak zbudować bombę nuklearną. A jeże- li nie chce pani szperać, mogę podać numer telefonu, gdzie za trzysta dola- rów prześlą instrukcję. Ale nie trzeba sięgać po skrajne przykłady, wystarczy uświadomić sobie, że w Internecie odnajdziemy także informacje o liniach przesyłających energię elektryczną czy wodę. To jakby zaproszenie do za- atakowania tych celów. GRACE QUICKENDEN – Dziękuję panu za wizytę w naszym studio. Ambasador z ulgą skinął głową. Grace skierowała się w stronę innej kamery, a w tle okręgi teleportacyjne spłynęły na ziemię i po chwili unio- sły w górę, zabierając wirtualnego rozmówcę. Dzieci Słońca
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

2012: gniew ojca. Tom 1 i 2
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: