Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00217 012681 16912992 na godz. na dobę w sumie
20 opowiadań z happy endem - ebook/pdf
20 opowiadań z happy endem - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 119
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-933449-1-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> opowiadania
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Opowiadania, które pokazują, że świat może być jednak kolorowy i ciekawy, czasami nawet bardzo. Że marzenia się spełniają, a praca i codzienne obowiązki to nie wszystko, co cię spotka w życiu. I ta reszta jest właśnie najciekawsza. Jeśli miewasz dołki lub czasami chandrę, to tutaj, zamiast drinka, znajdziesz coś w jego cenie, ale co działa znacznie dłużej.

- Czy nie sądzisz Kochanie, że te piramidy powinny stać inaczej? - Oto cały pan Kazio z 'Urlopu szefa'.
- Ja tej zołzie jeszcze pokażę! -  To z 'Noworocznych postanowień'.
- Daj spokój, to tylko dzieci - Teściowa ze 'Świętego spokoju'.
- Patryk, gdzie jesteś? - wyszeptane w 'Zielonym serduszku'.
- Dziękuję Ci. Kochany jesteś, mój ty spiskowcu. - Żona do męża po Walentynkach.
- Śniłeś mi się tej nocy, więc przyszłam - 'Drzewo'.
- Tak mnie upokorzyć! A to drań!!  - Bohaterka 'Wyścigu' była wściekła
- Jestem zalany....  - 'Kadr z horroru'.
- I co ja mam teraz ze sobą zrobić - Marco z 'Przebudzenia' musiał jednak sam na to pytanie sobie odpowiedzieć.
- Będę czekała. - To z 'Opowieści wakacyjnej'.
- To przecież niemożliwe! To nie mogło się zdarzyć naprawdę! - 'Opowieść z przeszłości'.
- Po co mi ta suknia wieczorowa i dwie pary szpilek - dziwiła się pewna pani zaglądając do Plecaka.
- Błoto, ja widziałem tylko błoto pod nogami   - stwierdził Damian ze smutkiem.
- O czym on pisze? Jakie pierwsze miejsce? Jaka Grand Prix? - Marcel nie mógł się nadziwić. To 'Zapomniane marzenia'.
– Szkoda, że mi się takie rzeczy nie przytrafiają. – 'List z przeszłości'.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Mariusz Grodzki 20 opowiadań z happy endem 2 © Copyright by Mariusz Grodzki, 2011 Zdjęcia na okładce: Mariusz Grodzki Projekt okładki: Mariusz Grodzki Wydanie pierwsze ISBN 978-83-933449-1-8 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. Tego Autora: Wielowątkowa powieść sensacyjna z romansem w tle oraz niewyjaśnioną tragedią z przeszłości. Do tego odrobina zjawisk niezwykłych. Czasem zabawna, czasem smutna opowieść zapewniająca wiele godzin doskonałej rozrywki i parę chwil zadumy. Jak wszystkie historie tego autora, kończy się szczęśliwie, choć zaskakująco. Autor będzie niezmiernie wdzięczny za wszelkie uwagi i opinie, których oczekuje pod adresem: grodzki.mariusz@wp.pl 2 Z a p o m n i a n e m a r z e n i a Rafał po raz kolejny z nadzieją spojrzał na zegar. Jeszcze tylko kwadrans, tylko kwadrans do przerwy na lunch. – Wytrzymaj, wytrzymaj – sam siebie dopingował. Wiedział, że i teraz powinien zrezygnować z przerwy i po- pracować jeszcze nad nową koncepcją polityki sprzedaży w korporacji. Tym razem sam organizm zaczął się jednak buntować i oderwanie się choć na godzinę od intensywnej pracy było koniecznością. Trzy tygodnie morderczej harówki nad nowymi metodami pracy handlowców zaczynały mieć już wpływ na jego zdrowie, o samopoczuciu nie mówiąc. No, ale przecież od niego właśnie zależało powodzenie całej firmy w czasach powszechnego kryzysu i drastycznego spadku sprzedaży. Analiza tysięcy danych zajęła mu prawie miesiąc, teraz ślęczał nad nowymi sposobami zachowań podległej mu grupy handlowców. To była właśnie najgorsza część projektu. No bo jak zmie- nić wszystko to, co było doskonałe, na jeszcze lepsze? I jeszcze bardziej skuteczne. Jak spowodować, by flotylla pojazdów firmowych, kolorowych do granic kiczu, była jeszcze bardziej zauważalna? Jak zmienić w pełni profesjonalne postępowanie handlowców, by było jeszcze bardziej profesjonalne? Jak ich dodatkowo zmotywować, skoro już niektórzy zaniedbywali życie rodzinne ku chwale firmy? – Jak, jak, jak? – Te pytania zadawał sobie co dzień z rana, w południe i wieczorem. Odpowiedzi nie znajdował również w bezsenne noce ani w brzasku świtu, który ostatnio oglądał nawet w weekendy. Od jego pracy i pomysłowości bardzo wiele zależało. Dano mu to wyraźnie do zrozumienia i oczekiwano szybkich rezultatów. 103 Sprawozdania z postępów pracy składał osobiście prezesowi, z pominięciem drogi służbowej. Postępy oczywiście były, przecież był bardzo dobrym fachowcem w swojej dziedzinie, prezes nawet czasem z zadowoleniem pokiwał głową. Ale Rafał czuł, że nie tędy droga i to, co kazano mu ro- bić, jest działaniem na krótką metę. Konkurencja szybko dostosuje się do nowych metod, przejmie je i nawet udosko- nali. I za pół roku znowu czeka go harówka, by wymyślić coś jeszcze lepszego. Tego już może nie wytrzymać. Przecież nie dalej jak dwa dni temu zemdlał w swoim gabinecie. Do pracy jeździł taksówką, bał się prowadzić w takim stanie. Minął kwadrans, Rafał z ulgą zamknął laptop, ale dla pewności odczekał jeszcze 5 minut. Nikt go nie wzywał, więc można iść. Zdziwieniem powitał widok pustych korytarzy i pustej windy. Wszyscy zdążyli już zejść do bufetu albo wyjść na miasto w poszukiwaniu baru lub pizzerii. On miał do swojego ulubionego lokalu 10 minut drogi. Samochód pozo- stał pod domem, cóż, trzeba się przejść piechotą. Ruch był spory i raz o mało nie wszedł prosto pod koła rozpędzonej ciężarówki. To że kilka ulic dalej przechodził na czerwonym świetle uświadomił sobie po pisku opon ostro hamującego samochodu. Dalej szedł już uważniej, ale nadal myślami był gdzie indziej. Dlatego chyba nie od razu zareagował na swoje imię. – Rafał, chłopie!! Jak ja cię dawno nie widziałem! – Głos dobiegający z boku dopiero po chwili zmusił go do odwrócenia wzroku. Przyjaciel z dawnych, szczęśliwych lat studenckich uśmiechał się do niego szczerze i serdecznie. Marcel! Ileż to lat, jak się nie widzieli? Chyba z pięć. A przecież na letnie studiach byli praktycznie nierozłączni. Nawet na 104 podróże po Europie wybierali się razem. Wiele widzieli, wiele przeżyli we dwójkę. Jednak prawdziwa męska przyjaźń nie wytrzymała próby czasu. Po studiach Rafał natychmiast znalazł doskonałą, ale bardzo absorbującą pracę. Kontakty stały się rzadsze, aż w końcu ustały. Mężczyźni wyściskali się wprost na chodniku, budząc tym zaciekawienie przechodniów. Gdy już siedzieli przy stoliku, oczekując na zamówione potrawy, Marcel spojrzał na przy- jaciela uważnie. – Kiepsko wyglądasz staruszku? Co się dzieje? Ręce ci drżą, pijesz? – spytał zaniepokojony. – Nieee, praca. Cholerna praca. Szkoda gadać – w głosie czuć było zniechęcenie. – Mimo to - mów! – nie ustępował przyjaciel. I Rafał zaczął opowiadać. Musiał przecież to wszystko kiedyś z siebie wyrzucić, bo inaczej chyba by zwariował. Teraz była doskonała okazja. Marcel siedział i słuchał, nie przerwał ani słowem, chyba był lekko zszokowany. Słowa Rafała dawno już przebrzmiały, a obaj siedzieli nad pełnymi talerzami w zupełnym milczeniu. Marcel jednak coś w myślach rozważał. – Co prawda nie jestem fachowcem w twojej branży i niewiele z tego, co mówiłeś, zrozumiałem, ale chyba możesz z laikiem przedyskutować pewien pomysł? – Widać było, że coś jednak ma w zanadrzu. Rafał spojrzał na przyjaciela mocno zaciekawiony. Marcel słynął z doskonałych pomysłów, a fantazję czasami miewał wręcz ułańską. – Przede wszystkim zadzwoń, że się spóźnisz, to nam zajmie trochę czasu. – Nie muszę, mam wolną rękę. 105 – No to świetnie! Weźmiesz sobie dwa-trzy dni wolnego, możesz? – Teoretycznie mogę. – Rafał trochę się wahał. Przyjaciel nigdy go nie zawiódł i to zadecydowało. – Wezmę! Wieczorem spotkali się znowu. Tym razem już spokojnie i na luzie wspominali swoje włóczęgi po różnych zakątkach Europy. Rafał mocno się ożywił, widać było, że taki powrót do niedalekiej przecież przeszłości był mu bardzo potrzebny. Miał zresztą przed sobą trzy dni zupełnie wolne od zajęć; prezes zgodził się od razu; wiedział, że praca bez odpoczynku daje mizerne efekty. Mylił się jednak Rafał sądząc, że obejdzie się bez pracy. Zrozumiał to, gdy obserwował bardzo tajemniczą minę przyjaciela. Nie wypadało jednak go poganiać. Szczególnie że Marcel opowiadał, co u niego słychać i jak mu się wiedzie. Rafał był zaskoczony. Przyjaciel oto nie dał się wprzęgnąć w kierat. Z determinacją i optymizmem, wkładając w to wiele wysiłku i serca, realizował swoje młodzieńcze marzenia - pisał książki. – Z początku było trudno, nieraz chciałem to rzucić, ale wolność jest sprawą bezcenną. I nie sprzedam jej za żadną pensję, nawet najwyższą. Zresztą, wiedzie mi się już zupełnie nieźle. Mam na koncie pięć książek, sprzedają się dobrze, wydawca ciągle pyta o dalsze. Marcel jednak po chwili zmienił temat: – A ty? Co porabiasz poza pracą. – Nie ma czegoś takiego jak „poza pracą” – niechętnie mruknął przyjaciel. – A fotografia? Przecież byłeś w tym doskonały. – Marcel najwyraźniej nie rozumiał, że praca może zabierać cały okrągły dzień. – Rzuciłem to już dawno. Sam wiesz jak to jest... 106 – Właśnie że nie wiem! Przeglądam czasem twoje fotki na komputerze. Są genialne, jak mogłeś to rzucić? Fotografia to było twoje marzenie. Zapomniałeś już o nim? Rafał spuścił wzrok, nie miał na to wytłumaczenia. – Pozwolisz, że niektóre z nich powysyłam na jakieś konkursy? Szczególnie „Gniew”. Rafał machinalnie potaknął głową. „Gniew” – tak, pamię- ta to zdjęcie. Dwie trzecie kadru, na drugim planie, to rozpa- czające kobiety, zapłakane dzieci, biegający ludzie. Po prawej stronie, bliżej, pobrużdżona trudami życia twarz mężczyzny. Zaciśnięte usta, pełen zaciętości wzrok, skierowany do góry w niebo, na policzku jedna samotna łza, którą przed chwilą uronił. Mocny kontrast z ekspresją dalszego planu, ale to jeszcze nic nie mówiło. Dopiero gdy uważnie wpatrzyło się w oczy mężczyzny, widać było całą tragedię. Odbijał się w nich obraz ruin spalonego domu. Takich zdjęć było dużo, prawie każde przykuwało wzrok, zmuszało do refleksji. A on to po prostu porzucił!! I to dla czego? Dla pieniędzy!! Westchnął tylko cicho i z zazdrością spojrzał na przyjaciela. Ten jednak chyba myślami był już gdzie indziej. – Pamiętasz Sycylię? – spytał nagle. Jakżeby Rafał nie pamiętał! Wakacje tamtego roku zbliżały się już dla nich do końca. Zabrakło pieniędzy na dalsze podróże po słonecznej Italii, pracy też nie mogli nigdzie znaleźć, trzeba było wracać. Postanowili jednak za ostatnie liry na parę dni popłynąć promem na Sycylię. Nie stać ich było na popularne kempingi, zamieszkali na nowopowstałym polu namiotowym. Było przepięknie położone, tanie i dobrze wyposażone ale... puste. Nie było modne i nikt o nim nie wiedział! Właściciel nie zadbał o informację i reklamę, nie miał już na 107 to pieniędzy. Całe dnie spędzali na włóczędze, wieczorami gościli na przystani i na innych kempingach, tam gdzie było wesoło i gwarno. Obaj byli bardzo towarzyscy, szybko nawiązywali znajomości, znali języki. Ze zdziwieniem zauważyli, że niektórzy nowi znajomi wkrótce przenieśli się na ich pole. I bardzo to sobie chwalili. Z czasem namiotów było więcej, zapełniały się też drewniane domki. Pewnego wieczoru odwiedził ich właściciel. Łamaną angielszczyzną podziękował za polecanie jego firmy. Przyniósł też niezłą sumkę jako prowizję. Takie tu były zwyczaje. Obaj byli niezmiernie zdumieni. Przecież nikomu nie polecali tego miejsca, mówili jednak, gdzie mieszkają, ale mówili rzetelną prawdę, nic z nachalnej reklamy. Po prostu, jak ktoś się dopytywał, to mówili, jak jest. Ale jak tu nie wykorzystać okazji, skoro sama wpadła w ręce? Właściciel zaproponował im pracę. Polegała ona dokładnie na tym, co robili dotychczas - poznawaniu nowych ludzi i rozmowach z nimi. Bez przesadnej reklamy, bez nama- wiania. Zostali jeszcze miesiąc. Gdy wyjeżdżali, pole namio- towe było zapełnione po brzegi, dostawiano także nowe domki kempingowe. Z szefem i z wieloma nowymi przyjaciółmi byli już umówieni na przyszły rok. – Pamiętam... – Rafał otrząsnął się ze wspomnień. Marcel kończył właśnie swój wywód: – Myślę, że i tutaj to by zadziałało. Wyobraź sobie, że do klienta przyjeżdża nie handlowiec, który wciska mu rzeczy, jakich on ma pełno, a dobry znajomy, z którym przyjemnie jest pogawędzić w czasie pracy. Czy to o ostatnim meczu, działce, wędkarstwie, czy o kłopotach z dziećmi. Żadnej sprzedaży, żadnych zamówień, tylko rozmowa o tym, co boli i co cieszy. Takie wizyty będą wręcz oczekiwane. Rozumiesz? 108 Rafał rozumiał doskonale. To było proste i w swej prostocie wręcz genialne. Trzeba było tylko dograć szczegóły. Tydzień później blisko setka handlowców zgromadzonych na szkoleniu nie mogła wyjść ze zdumienia. Nie uczono ich bowiem nowych, jeszcze bardziej skutecznych metod ale... No właśnie. Pytano o zainteresowania, hobby, teatr, film, muzykę, książki. Na ćwiczeniach, przy receptach na ból brzuszka u dzieci i na peeling twarzy, audytorium zamarło ze zdziwie- nia. Po trzech dniach niektórzy zaczęli z uśmiechem pota- kiwać głowami, po tygodniu szkolenie przekształciło się w zebranie towarzyskie. Egzamin polegał na luźnej rozmowie i przeprowadzony był w... pubie. Po miesiącu zupełnego zastoju sprzedaż zaczęła rosnąć lawinowo. Handlowcy sygnalizowali, że są wręcz zapraszani przez klientów, nawet na małe piwko po pracy, czy na babskie pogaduchy w przypadku dziewczyn. Prawie każdy z klientów dawał im wolną rękę w dostawach, miejsce na sklepowych półkach mieli wybrać sobie sami; przecież wśród znajomych nie będzie się mówiło o interesach! Rafał wziął tydzień urlopu. Wrócił wypoczęty i uśmiech- nięty. Sensacje zdrowotne minęły, jak ręką odjął. Przywiózł ze sobą też setki zdjęć. Siedział teraz przed laptopem i przeglądał zaległą pocztę. Raporty ze sprzedaży były entuzjastyczne. Tylko skąd tyle spamu w skrzynce? I to nawet z zagranicy, po angielsku, włosku i francusku. Dziwne! Wszystko wylądowało w koszu. – No, no – mruknął, gdy dotarł do maila od samego pre- zesa. To było podziękowanie, duża gratyfikacja i zaproszenie na rozmowę na temat awansu. Awansu aż na samą górę!! – Hmmm... to oznacza mnóstwo nowych obowiązków. – Nie był zdecydowany, postanowił sprawę przemyśleć, ale 109 chyba nie miał wyboru. – O, mail od Marcela! – ucieszył się. – „Moje gratulacje staruszku! Wiedziałem, że wypłyniesz na szerokie wody.” – Czytał i niewiele z tego rozumiał. – O czym on pisze? Jakie pierwsze miejsce? Jaka Grand Prix? I jeszcze jakieś wyróż- nienia?! Doczytał jednak do końca i coś zaczęło mu świtać w gło- wie. Natychmiast wyciągnął „spam” z kosza pocztowego. Same gratulacje i zawiadomienia o nagrodach i wyróż- nieniach, jakie zdobyły jego fotografie. Nie, nie same, tylko osiem. Reszta - trzynaście - to propozycje współpracy od czołowych gazet i wydawnictw europejskich. Rafał był w szoku. – Nie wierzę! To zbyt piękne, by było prawdziwe – mamrotał, podczas gdy z drukarki kolejno schodziły wydruki. Musiał tego dotknąć i przeczytać czarno na białym. Przeczytał raz jeszcze całą korespondencję i powoli jej treść zaczęła do niego docierać. Na samym końcu, zupełnie przypadkowo, znalazł się wydruk maila od prezesa. Rafał przeczytał go równie uważnie, ale cały czas zagadkowy uśmiech błąkał się na jego ustach. Spakowanie swoich rzeczy zajęło mu kwadrans. W sekretariacie zostawił kopertę dla prezesa, a w niej dwa pisma: jedno oficjalne, drugie prywatne - nie chciał na koniec okazać się niegrzecznym. Wolność musnęła go powiewem wiatru i zachwyciła kolorem bezchmurnego nieba. – Witaj – powiedział jej. 110 L i s t z p r z e s z ł o ś c i – Ciekawe, ile to może być metrów? – zastanawiałem się głośno, wysoko zadzierając głowę. – Nie, stąd nie sposób tego ocenić. Odszedłem kilkanaście kroków i znowu przyjrzałem się uważnie. – Może z 7-8 metrów – oszacowałem z dużym przy- bliżeniem. – A co tam jest napisane? – Wpijałem się wręcz wzrokiem w zarysy liter, ale te nie chciały odkryć swojej tajemnicy. Zmrużyłem oczy. Trochę lepiej, zauważyłem kontur jakiegoś rysunku. Napis nadal pozostał tajemnicą. W końcu aż stuknąłem się w czoło. – Przecież mam aparat fotograficzny, a w nim zoom optyczny. Zrobię zdjęcie na dużym zbliżeniu i już w domu, na komputerze, rozwikłam zagadkę. Musiałem znaleźć podpórkę dla ręki, zdjęcia z przybliże- niem bardzo ławo mogą być poruszone. – No, mam cię! – mruknąłem, gdy na monitorku wyświetlił się obrazek, nadal jednak mało czytelny. – Kaaarol, Kaaarool, gdzie jesteś? – leśne echo przyniosło nawoływania. Dopiero teraz zorientowałem się, że odłączyłem się chyba od wycieczki. Szliśmy lasem całą grupą, ponad dwadzieścia osób. Z nas wszystkich tylko jedna znała drogę. Nie mogłem więc sobie pozwolić na dłuższy postój, choć sprawa wydawała mi się nader interesująca. Samo zabłądzenie w lesie jest przeżyciem dość przykrym, a zagubienie w górskim lesie mogło wręcz skończyć się bardzo niedobrze. Schowałem aparat i, głośno nawołując, pobiegłem leśnym duktem w kierunku grupy. Był to ostatni moment, gdyż za 111 chwilę opuszczała ona dróżkę i wchodziła w las, stromo pod górkę. Na drugim stoku, dwie godziny marszu dalej, znajdo- wały się urocze ruiny - pozostałość dawnej siedziby książąt dolnośląskich. Czar tego miejsca zawładnął mną zupełnie. Każdy kamień zdawał się tu opowiadać historię, a gdyby wsłuchać się w leśne odgłosy, to pewno można by rozpoznać szczęk oręża i pogwar rozmów wracającej do zamku drużyny. W drogę powrotną wyruszyliśmy późnym wieczorem; w lesie praktycznie panował już mrok. Chciałem jeszcze raz spojrzeć na miejsce, które mnie zaciekawiło, nie odnalazłem go jednak. Trudno, mam za to zdjęcie, z którego pewno odczytam intrygującą inskrypcję. Bowiem, o czym dotychczas nie wspomniałem, zaciekawił mnie prosty napis i rysunek wyryty na gładkiej, srebrzystej korze olbrzymiego buka. Spytacie, co w tym intrygującego? Hmmm... a po co ktoś wskrobał się hen wysoko po gładkim pniu w wyrył ten napis? Wyrył na wysokości około 8 metrów. Po co i jak to zrobił? Wtedy jeszcze to właśnie mnie interesowało, nie przy- puszczałem, że odpowiedź jest taka prosta. Ale wraz z nią pojawiła się następna zagadka, na rozwiązywaniu której spędziłem parę tygodni. Pozostałe dziesięć dni pobytu w Polanicy minęły jak z bicza strzelił. Do domu wróciłem wypoczęty i zrelaksowany. Po odespaniu zaległości (nocne życie uzdrowiska jest niewąt- pliwą atrakcją) zabrałem się za porządkowanie zdjęć i filmów z wywczasów. Oczywiście, natychmiast przypomniałem sobie o niezwyk- łym napisie. Aparat spisał się świetnie, miałem oto na moni- torze doskonałe zbliżenie całej tajemnicy. Mina bardzo mi zrzedła. Nie tego się spodziewałem. No bo co powiecie na 112 kanciaste serduszko, przebite strzałą i napis: „Konstancja i Ferdynand” ? I jeszcze:” Elbląg”. Mocno rozeźlony pomyślałem: – Po kiego ten Ferdek aż tak wysoko się skrobał? Mógł spaść i kark sobie skręcić. Później dopiero mnie olśniło. Przecież drzewa rosną!! To było wyryte na zwykłym dla takich pamiątek miejscu - na poziomie oczu. Drzewo urosło, kora powoli się zabliźniała. Napis wędrował w górę i stawała się coraz mniej czytelny. – Ciekawe, ile to mogło być lat temu? Ciekawe, co się z nimi teraz dzieje? Czy nadal są razem, czy może ich drogi się rozeszły? – zastanawiałem się. Wspomniałem swoje znajomości z młodych lat. Co po nich pozostało? Prawie nic, choć wtedy każda była tą jedyną i wymarzoną. W pamięci, rzadko odkurzane, tkwiły tylko ich imiona i skrawki wspomnień, no, może z jednym wyjątkiem. Cóż, takie właśnie jest życie! Postanowiłem sprawdzić, jeśli to w ogóle możliwe, przy- bliżona datę powstania napisu. Poszperałem w Internecie. Znalazłem zapis, mówiący o 40-metrowym buku, który miała 120 lat. To jednak nic nie dawało, Drzewa tzw. stożek wzrostu mają przecież na samym czubku i ten rośnie najszybciej, pień u dołu – znacznie wolniej. Wciągnęło mnie to! Pojechałem na Uniwersytet na wy- dział biologii. Specjalista dendrolog długo poszukiwał danych, ale tego typu akurat nigdzie nie było. Wpadł na pomysł, by zadzwonić do leśników. Stwierdzili, że to można po prostu obliczyć. Zakładając wysokość 8 metrów i wzrost przeciętnego mężczyzny po godzinie podali - około 40 lat. Tyle liczył sobie napis! Byłem mocno zaskoczony. Taka pamiątka, niby niepo- 113 zorna, pozostawiona na pastwę sił natury - a przetrwała! No, no! Byłem pełen zdumienia. Wiele znacznie młodszych rzeczy, w tym pomniki i budowle „ku czci”, pochłonęła otchłań czasu, a to niepozorne, dziecinne wręcz wyznanie czasowi się oparło. I czeka je jeszcze długie trwanie, buk był bardzo okazałym i mocnym drzewem. – Konstancja i Ferdynand, Elbląg. – Te słowa stały się moją mantrą na najbliższe tygodnie. Cokolwiek nie robiłem, jakkolwiek daleko nie byłem od tego tematu myślami czy to w pracy, czy w domu - ono powracało. A wraz z nim następne: Co teraz robią? Czy są razem? I w końcu: Czy jeszcze żyją? – Jak to wszystko sprawdzić, jak znaleźć odpowiedzi na te pytania? – mruczałem pod nosem. Wreszcie znajoma z pracy, która przyłapała mnie na wpat- rywaniu się w zdjęcie na monitorze, a którą wprowadziłem w swoje dociekania, stwierdziła: – To są bardzo rzadkie imiona, niewielu ludzi je teraz nosi, również tych starszych. A jeśli oni byli z Elbląga, to wys- tarczy pewno sprawdzić w aktach Urzędu Stanu Cywilnego, kiedyś tam zawierało się małżeństwa. Tam też są akty urodzenia i... – Nie dokończyła, a ja postukałem się w czoło. Ale ze mnie gapa! Wziąłem dzień wolny i pojechałem, to była niecała godzi- na drogi. W Urzędzie Miejskim jednak odmówiono mi informacji, dopiero gdy wziąłem urzędniczkę na bok i pokaza- wszy zdjęcie, wyjaśniłem, po co mi one, zgodziła się bez dalszego wahania. Trzy godziny ślęczeliśmy nad starymi teczkami z doku- mentami; dane z tamtych lat nie były wprowadzone do komputera. Później, z wielkim drżeniem serc, poszukaliśmy w ewidencji zgonów, tym razem w bazie danych. Odetchnęliśmy z ulgą. Prawdopodobnie oboje żyją. Teraz 114 tylko Biuro Meldunkowe i oto wychodziłem z Urzędu mając w ręku dwa adresy. – Dwa - więc jednak nie są razem – pomyślałem ze smut- kiem. Natychmiast skierowałem się do pana Ferdynanda. Doskonale wyglądający, postawny mężczyzna, elegancko ubrany, zaprosił mnie natychmiast do środka. Duże, prze- stronne mieszkanie urządzone było ze smakiem, ale jednak czegoś mi w nim brakowało. Lekki bałagan, gdzieniegdzie niepościerane z podłogi plamy, nie pierwszej czystości szyby zdawały się mówić, że stanowczo brak tu kobiecej ręki. I tak było rzeczywiście. Pan Ferdynand był bowiem starym kawalerem. Ze łzami w oczach, długo oglądał wydru- kowane zdjęcie. Później opowiedział mi swoją historię. Była wręcz banalna, jak wiele tego typu zdarzeń: dwa lata wojska i cztery studiów w innym, odległym mieście były ciężką próbą dla młodego jeszcze, ale bardzo mocnego uczucia. Próbą, która zakończyła się klęską. Rodzina Konstancji wymusiła na niej zamążpójście za niekochanego, ale za to bardzo majętnego sąsiada. Ferdynand po powrocie do miasta stanął przed faktem dokonanym, jakże jednak dla niego tragicznym. Wyjechał na kilkadziesiąt lat, postanawiając nie wracać do dawnych wspomnień. Nie ożenił się, żadna z kandydatek nie wytrzymywała porównania z tą jedyną. Dopiero parę lat temu powrócił. Konstancji od roz- stania nie widział ani razu. – Niech pan ją znajdzie, niech pan znajdzie – mówił, a łzy leciały mu po policzkach. – W panu ostatnia moja nadzieja. Znalazłem!! Długo to trwało, gdyż drzwi mieszkania zastawałem ciągle zamknięte, sąsiedzi nie wiedzieli, co się z panią Konstancją dzieje. – Nie ma tutaj żadnej rodziny. Często przebywa w szpitalu – twierdzili. 115 Poszukiwania w Elblągu nie przyniosły rezultatu. Przez trzy tygodnie wydzwaniałem po szpitalach, tych z bliższej i tych z dalszej okolicy. Aż wreszcie znalazłem, była w szpitalu psychiatrycznym, dość odległym, ale sprawę musiałem rozwikłać do końca - pojechałem. Lekarka uparcie kręciła głową: – Nie, nie mogę!! Nie jest pan z rodziny. Dopiero gdy dokładnie opisałem historię swoich poszukiwań, pokazałem zdjęcie i opowiedziałem o spotkaniu z panem Ferdynandem, zastanawiała się długą chwilę i powiedziała: – To rzeczywiście bardzo romantyczne. I myślę, że mogłoby jej pomóc. Pacjentka była w stanie dość ciężkiej depresji. Całymi dniami leżała na szpitalnym łóżku, prawie w bezruchu, trzeba ją było nawet karmić. Ciało i umysł były jednak w doskonałym stanie, groźne było jedynie to, co działo się w duszy. Strzępy czasami wypowiadanych szeptem zdań: stracone życie..., nie mam nikogo..., odeszli wszyscy..., wskazywały na sytuację beznadzieją. Bo jak tu cofnąć czas i zacząć wszystko od nowa? Tego dokonać nie sposób. – A może jednak? – powiedziała lekarka i po chwili doda- ła: – Proszę dać mi tydzień, muszę pacjentkę przygotować, to może być dla niej szok. I niech pan zostawi mi to zdjęcie. Zaprowadziła mnie też do szpitalnej sali, gdzie zoba- czyłem leżącą w bezruchu kobietę. Wzrok skierowany w sufit, twarz i włosy zaniedbane, lecz oznaki dawnej urody pozostały. Tylko te oczy... puste i bez wyrazu. Parę dni później, z samego rana, około szóstej, zadźwię- czała komórka. – Niech panowie natychmiast przyjadą. Ten stan, to polepszenie może długo nie potrwać. – Głos lekarki był mocno 116 podekscytowany. Natychmiast, mimo wczesnej pory, zadzwoniłem do pana Ferdynanda. – No nareszcie, traciłem już nadzieję. Jadę. Zaraz wy- jeżdżam. – W głosie jego zabrzmiała radość, całe morze radości!! Po drodze zadzwoniłem do lekarki. Przekazała mi, jak to kilka razy posiedziała przy łóżku chorej i opowiadała o mi- nionych pacjentki czasach, o jej pierwszym i chyba jedynym uczuciu. Dużo mówiła o nadziei, którą zawsze trzeba mieć. Wydawało się, że pani Konstancja słyszała te słowa. Spoglądała na mówiącą, próbowała się uśmiechnąć, ale czasem i łzę uroniła. Szalę przeważyły dwa zdania wypowiedziane dziś rano: – Ma pani przesyłkę od Ferdynanda. Jest w recepcji. – To miało zmusić ją do zejścia na dół. Po paru minutach z recepcji zadzwoniono po pomoc. Pacjentka zemdlała, cucono ją długo. Pierwsze słowa po dojściu do siebie brzmiały: – Gdzie ja jestem? W kurczowo zaciśniętej dłoni ściskała zdjęcie. Przy śniadaniu, które zjadła już sama i z wielkim ape- tytem, lekarka jeszcze dodała: – Będzie pani miała gości, pani Konstancjo. Nasze samochody zjawiły się pod szpitalem prawie równocześnie, choć z Elbląga było dużo dalej. Bukiet czerwonych róż był wręcz olbrzymi i prawie że skrywał pana Ferdynanda. Staliśmy i czekali przed wejściem, tak nakazała lekarka. Po paru minutach drzwi się otworzyły. To, co zobaczyłem chwilę potem, to było coś niewia- rygodnie pięknego, tego nikt, nawet poeta, nie jest w stanie 117 opisać, ani żaden film pokazać. Odwróciłem się jednak dyskretnie. Szczególnie że musiałem otrzeć oczy. Prawie miesiąc później dostałem list. Nadawca nie podpisał się. Z koperty wyjąłem złożony w pół, ozdobny kartonik. Na pierwszej stronie... wykonane przeze mnie zdjęcie. Przyjrzałem się dokładniej; wmontowano na nim komputerowo dopisek: „1972 - do końca”. Pod spodem napis: Zaproszenie - i odręcznie już - z całego serca... Zadumałem się na długą chwilę. – Szkoda, że mi się takie rzeczy nie przytrafiają – stwierdziłem z żalem. Sam bowiem byłem starym kawalerem, a zostałem nim w podobnych okolicznościach. Po prostu żadna inna, które by- ły później, nie dorównywała tej jedynej... Tej, którą straciłem przez własną głupotę i zbieg przeróżnych okoliczności. Drżącą z emocji ręką wysunąłem szufladę komody - gdzieś jej czeluściach skrywał się pakiecik starych listów, w w którymś z nich był pewien numer telefonu... Gdy sięgałem po słuchawkę, poczułem, że gardło mam ściśnięte. Godzinę później - tyle trwała rozmowa - byłem w stanie, którego nie da się opisać. Wzruszenie, radość, ba! euforia. I wspomnienia. I nadzieja! Jak na skrzydłach popędziłem do kwiaciarni po 30 róż - jedną za każdy rok rozłąki. 118 119
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

20 opowiadań z happy endem
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: