Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00868 011057 7491821 na godz. na dobę w sumie
30 znikających trampolin - ebook/pdf
30 znikających trampolin - ebook/pdf
Autor: , Liczba stron:
Wydawca: Albus Język publikacji: polski
ISBN: 9788389284501 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
UWAGA! PDF w formacie poziomym

30 znikających trampolin Doroty Kassjanowicz to książka napisana przede wszystkim z myślą o dzieciach w wieku 7–12 lat. Składa się z 30 krótkich tekstów opisujących to samo zdarzenie na 30 różnych sposobów. Stylistycznie zróżnicowane formy wypowiedzi, wykorzystujące niektóre gatunki literackie, pozwalają nam poznać opowieść z wielu perspektyw, poziomów wrażliwości, komunikatywności, spostrzegawczości itp. Każda kolejna interpretacja wydarzenia pokazuje, jak różni jesteśmy, jak różnego języka używamy i w jak rozmaity sposób odbieramy rzeczywistość – zależnie od osobowości, nastroju, intencji, wiedzy, a nawet pory dnia. Autorka w humorystycznych tekstach pełnych niespodzianek swobodnie i po mistrzowsku wykorzystuje zabawę słowami i grę konwencjami, pokazując, w jaki sposób język kształtuje nasz obraz świata, i jak to, co postrzegamy, wpływa na nasz język. Książka ta z powodzeniem może być wykorzystywana przez nauczycieli czy instruktorów w domach kultury, do zajęć z kreatywnego pisania, a także (w całości lub we fragmentach) do spektakli bądź mniejszych form „teatralnych”. Pozwalając młodym wykonawcom wcielić się w postaci opisujące tę samą rzeczywistość na wiele sposobów, uczymy ich akceptacji różnorodności ludzi i świata. Książka ta może stać się również inspirującym materiałem do wykorzystania przez trenerów interpersonalnych pracujących z dorosłymi (coaching) w zakresie kształtowania umiejętności komunikacyjnych. Znajdą oni tu warianty interpretacji jednego wycinka świata przez: wzrokowca, słuchowca, kinestetyka, optymistę i pesymistę, ekstrawertyka, introwertyka, osobę młodą i starszą itp. Na uwagę zasługują mistrzowskie ilustracje Pauliny Daniluk, absolwentki Wydziału Artystycznego UMCS, laureatki konkursu na opracowanie graficzne książki, zorganizowanego we współpracy wydawnictwa ALBUS i Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Ilustratorka z wielką swobodą w operowaniu środkami wyrazu, stworzyła niepowtarzalną, pełną humoru i ekspresji, anegdotyczną narrację plastyczną do tekstów Doroty Kassjanowicz. Impulsem do powstania 30 znikających trampolin była książka Raymonda Queneau pt. Ćwiczenia stylistyczne (w tłum. Jana Gondowicza), skierowana do dorosłych czytelników, w której opisał on na 99 sposobów błahe zdarzenie, do jakiego doszło pomiędzy dwoma pasażerami w autobusie linii S w Paryżu.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

Zaczynała się właśnie druga połowa wakacji. W sobotnie słoneczne popołudnie Zosia i Łukasz wracali I żeby skończyć z tymi niedorzecznościami raz na zawsze, razem z Zosią szybko ruszyła za Łukaszem w stronę domu. Lecz na miejscu i ona, i Zosia zdumiały się nie na żarty. Trampolina naprawdę zniknęła. Nigdzie jej nie było. Nigdzie, dopóki Zosia nie wypatrzyła jej w ogródku sąsiada po prawej (z którym mieli wspólne ogrodzenie). – Ale… jak to? – jęknęła mama. z mamą do domu. Byli na basenie, grali w piłkę i jeździli na rolkach. Zdążyli już porządnie zgłodnieć, ale – A nie mówiłem?! – zatriumfował Łukasz. – To Karol! On to zrobił! Z całą rodziną! na szczęście w domu czekała na nich pizza, którą przygotował tata. Wtedy mama mu przypomniała, że ich nieletni sąsiad Karol mieszka tylko z babcią. Ale Łukasz bez I czekała TRAMPOLINA. W ogródku. Ogromna. Prezent od rodziców. Rodzeństwo skakało na niej wahania na to odpowiedział, że prawdopodobnie nie jest ona tym, za kogo się podaje. Zosia natomiast w każdej wolnej chwili. Samo lub z dzieciakami z sąsiedztwa. podsunęła przykład innej niby-babci – przebranego wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. Pizza i trampolina to były dwa ważne powody, dla których powrót wydawał się Zosi i Łukaszowi Zamarli, próbując objąć to wszystko rozumem. naprawdę świetnym pomysłem. Wtem skrzypnęły drzwi tarasowe ich domu i pojawił się tata. Popatrzył na nich z wyrzutem, po czym Kiedy w końcu dojechali na miejsce, Łukasz pierwszy wypadł z autobusu i popędził w kierunku domu, zapytał, dlaczego tkwią na ulicy jak trzy śniegowe bałwanki. W dodatku latem. I przypomniał, że czeka żeby jeszcze przed obiadem trochę poskakać na trampolinie. Nie minęła jednak chwila, a już biegł na nich pizza, palce lizać. z powrotem, machając rękami. Czyżby nie zauważył, co się stało? Łukasz próbował nawet coś mu wyjaśnić, ale tata najwyraźniej – Mamo, nie ma jej!!! – wrzeszczał. – Z n i k n ę ł a!!! Ktoś ukradł naszą trampolinę! myślał tylko o pizzy i niczego nie zrozumiał. Dlatego tym większe było ich zdumienie, gdy nagle Wykrzykiwał o wiele więcej słów, ale taki był zdenerwowany, że co chwila plątał mu się język. powiedział: Mama i Zosia zamarły. Jak to – zniknęła? Kto i jak ukradłby coś tak ogromnego? Żarty sobie stroi? – A jak was nie było, mieliśmy tu straszliwą wichurę. Potworną. Krótko mówiąc, przeniosła naszą Mama nie uwierzyła w jego rewelacje. Podobnie jak Zosia, śmiejąc się zdyszanemu bratu prosto w nos: trampolinę przez płot do ogródka Karola. Jak piórko. Niemożliwe, a jednak prawdziwe. Na własne – Jasne, złodziej wsunął ją sobie pod pachę, a potem przeskoczył przez płot! I tyle go widzieli! oczy widziałem. Ale Łukasz nie dawał za wygraną, rzucając podejrzenia na wszystkich sąsiadów, bliższych i dalszych. Teraz cała trójka naprawdę przypominała bałwanki. To były najbardziej zaskoczone bałwanki  na – Dziecko! – mama złapała się za głowę. – Oni nie są złodziejami! świecie. Zwłaszcza Łukasz, bardzo w dodatku zawstydzony tym, co jeszcze przed chwilą próbował wszystkim wmówić. Dobrze, że Karol tego nie słyszał. Ani jego babcia. Kimkolwiek jest – pomyślał na pocieszenie. Słońce świeciło tak mocno, że trzeba było mrużyć oczy. Jaskrawo błyszczało w oknach budynków i samochodów, drżało drobnymi plamkami na liściach drzew rosnących wzdłuż ulic i błyskawicznie prześlizgiwało się po okularach przeciwsłonecznych nielicznych przechodniów, których upał i wakacje nie wypłoszyły jeszcze z miasta. Ciemnowłose i zielonookie bliźniaki – Zosia (dżinsowe szorty przed kolana, pomarańczowy podkoszulek, sandały na rzepy) i Łukasz (ciemnozielone szorty do połowy łydki, granatowy podkoszulek, trampki) – i ich mama, niebieskooka szatynka (długie włosy ściągnięte w kucyk, grzywka, jasnoszara sukienka bez rękawów, baleriny) wracali do domu. Tego dnia byli na basenie (błękitna woda, błękitne kafelki), grali w piłkę (śnieżnobiałą na zielonej trawie) i jeździli na rolkach (mama na rolkach? Superwidok!). Aż wreszcie usiedli na trawniku, fioletowym od kwiatów koniczyny, i popijając żółty sok, opowiadali sobie różne historie. W końcu jednak zgłodnieli i ruszyli w drogę powrotną do domu, gdzie czekała na nich rumiana pizza z mnóstwem kolorowych dodatków, przygotowana przez tatę. Ale w ich ogródku (niedużym, z przystrzyżoną trawą) przed jednopiętrowym domem ( jednym z kilkunastu podobnych, stojących w długim szeregu budynków z żółtymi ścianami, płaskimi dachami i niewielkimi tarasami) czekało na nich coś jeszcze – okrągła jak pizza TRAMPOLINA. Odkąd się tam znalazła (a była urodzinowym prezentem od mamy i taty), w małym ogródku niemal bez przerwy kłębiły się dzieciaki z sąsiedztwa. I wszystkie chciały sobie poskakać. Rodzice bliźniaków patrzyli na to przez palce. Cóż, to jasne, że tak pięknie prezentująca się trampolina kusiła. Kiedy mama, Zosia i Łukasz dojechali wreszcie na miejsce zatłoczonym autobusem, chłopiec pierwszy z niego wyskoczył i popędził do domu długą alejką między budynkami. Chciał poszaleć na trampolinie jeszcze przed obiadem i bez towarzystwa innych. Mama i siostra odprowadziły go wzrokiem, lecz wkrótce za pierwszym zakrętem zniknął im z oczu. Jednak już po krótkiej chwili ujrzały go ponownie. Biegł w ich kierunku. Wyglądał na wstrząśniętego. – Nie ma naszej trampoliny!!! – wołał, machając rękami. – Z n i k n ę ł a!!! Ktoś ją ukradł! Mama i Zosia znieruchomiały. Jak to – zniknęła? Jakim cudem ktoś mógłby ukraść tak ogromną, solidną konstrukcję? Wysoką na trzy metry, a szeroką prawie na cztery. Mama nie uwierzyła w rewelacje syna, co bardzo wyraźnie malowało się na jej twarzy. A i Zosia tylko wzruszyła ramionami. – Tak, tak, oczywiście – zakpiła, a jej mina mówiła wszystko. – Złodziej wsunął naszą gigantyczną trampolinę pod pachę i przeskoczył z nią przez płot, jednocześnie się od niej odbijając. Już to widzę. Ale Łukaszowi, który przypominał obraz nędzy i rozpaczy, najwyraźniej nie było do śmiechu. – To na pewno ci sąsiedzi z prawej! – zawołał. – Ten chudy Karol zawsze wyglądał na zazdrośnika! Albo to tata Zuzi. Wypisz wymaluj drugi Karol! A ona też nie lepsza. Ma coś takiego w tych czarnych oczkach… A ten jej piegowaty nos... – Łukaszu! – Mama spochmurniała. – Jak możesz oceniać ludzi po wyglądzie?! Ruszyli szybkim krokiem w stronę domu. A gdy dotarli na miejsce, okazało się, że po trampolinie naprawdę nie było śladu. Nie licząc wgniecenia w trawie. Lecz Zosia szybko ją wypatrzyła za krzewami w ogródku u najbliższego sąsiada. Nie wierzyła własnym oczom. – A nie mówiłem?! – Łukasz aż poczerwieniał z zadowolenia. – To Karol! On to zrobił! Razem z rodziną! – Przecież Karol mieszka tylko z babcią starowinką – przypomniała mu pobladła mama. – Czyżby? Ona mi nie wygląda zbyt starowinkowato – zauważył Łukasz, a z jego oczu posypały się iskry. Natomiast źrenice Zosi rozszerzyły się z emocji. – A jeżeli to nie żadna starowinka, tylko wilk przebrany za Czerwonego Kapturka udający starowinkę? – wyszeptała. – A te jej zębiska… Widzieliście? Nie jak u starowinki, oj nie... Sama bym chciała takie mieć. Wtem z rozmachem otworzyły się drzwi tarasowe domu pozbawionego trampoliny, stanął w nich – od stóp do głów oprószony mąką – tata i spytał: – Na co się tak gapicie? Czyżby nie zauważył, że czegoś tu brakuje? – A zauważyliście, że czegoś tu brakuje? – zapytał znienacka. – No? Czego? Zgaduj-zgadula! Bałwanków?  Nie! Karuzeli? Nie! Audi S8? Tak! To znaczy… Nie! A więc?... No? Tram… no? Po… no, no?... Liny! Tak, tak, moje wy bystrzaki! Jak was nie było, wiatr przerzucił naszą trampolinę do ogródka Karola. Gdybym nie widział tego na własne oczy, pewnie wyglądałbym teraz tak jak wy. Kropka w kropkę. Łukasz dostrzegł przeogromne zdumienie malujące się na twarzach mamy i Zosi. Ale on był zdumiony o wiele bardziej. Samym sobą. No bo kto to widział, żeby coś takiego mówić o sąsiadach?! I jak tu teraz spojrzeć samemu sobie prosto w oczy? Właśnie zaczynała się druga połowa wakacji! A upał był taki, że wszystko aż skwierczało. Zosia i Łukasz, przeważnie milcząc, bo zmęczeni (pojękiwania) i głodni (burczenie w brzuchu), lecz zadowoleni (niekontrolowane wybuchy śmiechu), wracali z mamą do domu autobusem, którego silnik mruczał jak stary niedźwiedź. W pierwszej połowie dnia doświadczyli nagromadzenia rozmaitych odgłosów: na basenie chlupała woda (i wrzeszczały rozbawione dzieciaki), w parku piłka odbijała się  od ziemi (i wrzeszczały rozbawione dzieciaki), a rolki – brrruuuuuu! – toczyły się po bruku (i piszczała mama – za każdym razem, gdy zamiast jechać, lądowała na pupie). A kiedy poczuli się naprawdę wycieńczeni (ciężkie westchnienia), klapnęli na trawę i popijając sok (przypadkowe siorbnięcia), opowiadali sobie półgłosem historie o robotach w kształcie smoków (przeciągłe ryki, zgrzyt metalu, syk ognia wypuszczanego z pyska). W końcu jednak burczenie w brzuchu zagłuszyło opowieści. Na szczęście w domu czekała już w piekarniku chrupiąca pizza przyrządzona przez tatę (brzęk naczyń i sztućców). Lecz rodzeństwo miało jeszcze jeden bardzo ważny powód, aby czym prędzej wracać (niecierpliwość aż furczała w powietrzu). Gdy się na ten powód wdrapało (skrzypienie konstrukcji), to można się było od niego odbijać jak piłka (bę, bę, bę, piski i śmiechy). Była nim TRAMPOLINA (czyż to słowo samo w sobie nie brzmi jak podskok?) – prezent od rodziców (pewnej nocy przez tatę i wujka po cichutku i bezszelestnie złożony w ogródku przed domem). Teraz, kiedy wreszcie mama z dziećmi dojechała na miejsce (autobus „na do widzenia” warknął silnikiem jak rottweiler), Łukasz pierwszy popędził do domu (tupot przechodzący w galop), żeby jeszcze poskakać sobie na supertrampolinie (bę, bę, bę) przed obiadem. Lecz mama i Zosia, wciąż stojąc na przystanku, niemal od razu usłyszały narastający galop powrotny, a zaraz potem ciężkie dyszenie. Spomiędzy tych odgłosów z trudem wydobyło się zaskakująco donośnie: Mama i Zosia zastygły bez ruchu i na moment zapadła cisza (nie licząc dyszenia zmęczonego Łukasza). Co ja słyszę? – zadźwięczało mamie w głowie. – Coś tu nie gra. Ktoś, kto ukradłby tak ogromną rzecz, musiałby przecież spowodować przy tym niemożebny hałas! Zosia natomiast prychnęła, bo słowa brata zabrzmiały niedorzecznie. – Tak, tak, oczywiście – zawołała. – Złodziej z trampoliną pod pachą przeskoczył przez płot (trzask, bum, brzdęk, aaaaaaaaaaaaaa! bum!), a potem (łubudu!) – upchnął ją w szafie. Ale Łukasz jakby jej nie słyszał i nadal lamentował wniebogłosy. Podejrzewał każdego, a zwłaszcza małomównego Karola z domu po lewej, bo ten najgłośniej ze wszystkich wołał „hooopa!”, gdy wyskakiwał w powietrze, odbijając się na trampolinie obunóż. – Łukaszu! – huknęła zniecierpliwiona mama, aż chłopcu zaskrzypiały plomby w zębach. – Nasi sąsiedzi nie są złodziejami! Słyszysz?! Ruszyli w kierunku domu. Jazgocząc i się przekrzykując, dotarli do rzędu jednopiętrowych budynków,
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

30 znikających trampolin
Autor:
,

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: