Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00393 020917 17031654 na godz. na dobę w sumie
31.10 Halloween po polsku - ebook/pdf
31.10 Halloween po polsku - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Self Publishing Język publikacji:
ISBN: 978-83-272-3335-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biznes >> zarządzanie i marketing
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Eksperymentalny zbiór opowiadań grozy. Ponad 20 polskich autorów, ponad 30 niesamowitych opowiadań. Daj się porwać niesamowitej atmosferze wieczoru Halloween!

Darmowy fragment nie stanowi całości ebooka! Aby pobrać całość e-książki należy się zalogować i dodać ebooka do koszyka!

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

H A L L O W E E N P O P O L S K U Wydawnictwo WRCW 2011 Alfabetyczny spis autorów: Szymon Adamus 1. 2. Krzysztof T. Dąbrowski 3. Chepcher Jones 4. Anna Klejzerowicz 5. Karol Kłos 6. Antonina Kostrzewa 7. Daniel Koziarski 8. Rafał Kuleta 9. Agnieszka Lingas-Łoniewska 10. Krzysztof Maciejewski 11. Adrian Miśtak 12. Piter Murphy 13. Kinga Ochendowska 14. Romuald Pawlak 15. Katarzyna Pessel 16. Kornelia Romanowska 17. Anna Rybkowska 18. Wal Sadow 19. Jacek Skowroński 20. Michał Stonawski 21. Marek Ścieszek 22. Katarzyna Szewczyk 23. Agnieszka Turzyniecka 24. Karolina Wilczyńska 25. Mariusz Zielke Redaktor zbioru: Kinga Ochendowska Ilustracje: Magdalena Mińko Projekt okładki: Agnieszka Kościsz Skład komputerowy: babental.com Wydawnictwo WRCW Prawa autorskie do poszczególnych opowiadań są własnością ich autorów. Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 978-83-272-3335-6 Drodzy Czytelnicy, Oddajemy dziś w Wasze ręce ze wszech miar niezwykły zbiór opowiadań. Dwudziestu pięciu polskich autorów zebrało się razem, by halloweenowego wieczoru opowiedzieć Wam swoje histo- rie – straszne, śmieszne, odrobinę mistyczne i trochę czaro- dziejskie. Autorzy ci nigdy się nie spotkali, mieszkają w różnych miastach a nawet krajach, zajmują się zupełnie odmiennymi gatunkami literatury i jedyną wspólną rzeczą, którą dzielą ze sobą, jest połączenie internetowe. Nasza książka bowiem powstała w całości online i wiąże się z nią, jak to zwykle bywa, niecodzienna historia. W grupie twórców dyskutowaliśmy na temat rynku wy- dawniczego i publikacji elektronicznych. Opinie były podzie- lone – jest potrzeba, czy jej nie ma? Polscy użytkownicy chcą czytać ebooki, czy też rynek czytników dopiero się rozwija? Pod wpływem tej dyskusji zaproponowałam eksperyment – stworzenie darmowego zbioru opowiadań z okazji Hallo- ween, by naocznie przekonać się, jak sytuacja wygląda w rze- czywistości. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się wielkiego od- zewu, zatem to, co nastąpiło potem przerosło pod każdym względem moje oczekiwania. W ciągu kilku dni, do projektu zgłosiło się prawie dwudziestu autorów, pozostali dołączyli w niedługim czasie. Znaleźli się również graficy, którzy chary- tatywnie zgodzili się stworzyć ilustracje, projekt okładki, ser- wis i promocyjny trailer oraz dokonać profesjonalnego składu książki. Współpraca układała się rewelacyjnie – nasi autorzy są pełni entuzjazmu, kreatywnych pomysłów i dobrej woli. Możecie mi wierzyć, że praca nad tą publikacją była wspa- niałą zabawą – twórcy wspierali się wzajemnie, motywowa- li, podrzucali pomysły i sprawdzali nawzajem swoje teksty. Inicjatywa rozrosła się do takich rozmiarów, że zyskaliśmy patronów medialnych, którym w tym miejscu chciałabym ser- decznie podziękować za wsparcie i rozpowszechnienie infor- macji o naszym zbiorze. Szczególne podziękowania należą się również zespołowi Electric Chair, którego muzyka towarzy- szy naszej książce. Mam nadzieję, że czytając nasze opowiadania będziecie bawić się równie dobrze jak my, w trakcie ich tworzenia. Za- praszamy Was również do aktywnego uczestnictwa w promo- cji zbioru w sieciach społecznościowych, w ramach Weekendu Halloween, który rozpocznie się w piątek, 28 października. Na naszej stronie WWW (www.3110.pl) znajdziecie wszyst- kie konieczne informacje, zaś na Facebooku, pod adresem: www.facebook.com/halloween.po.polsku możecie spotkać się z autorami opowiadań, wymienić opinie i uwagi a przede wszystkim – wziąć udział w konkursach i wygrać wspaniałe, książkowe nagrody! Serdecznie zapraszamy do wspólnej zabawy! Redaktor zbioru Kinga Ochendowska Spis treści 1. Krzysztof Maciejewski – Kudłata Straż ............................... 8 2. Szymon Adamus – Świeczki i psoty ................................. 10 Jacek Skowroński – Historia z bukietem w tle ................. 19 3. 4. Agnieszka Turzyniecka – Sekta .......................................... 22 5. Piter Murphy – Duch z dzieciństwa ................................ 28 6. Michał Stonawski – Jego wola ........................................... 33 7. Anna Klejzerowicz – Zjawa ................................................ 39 8. Marek Ścieszek – Confessio ................................................ 44 9. Wal Sadow – Noc żywych awatarów .............................. 52 10. Mariusz Zielke – Żarłoczne lodówki ................................ 76 11. Anna Rybkowska – Ostatnia relacja na żywo .................. 79 12. Katarzyna Pessel – Łapacz snów ....................................... 85 13. Chepcher Jones – Sklepik Czarodzieja .............................. 94 14. Krzysztof Maciejewski – Pakt z Pierrotem ........................ 98 15. Romuald Pawlak – Equnculus ......................................... 104 16. Kinga Ochendowska – Tajemnica Albionu ..................... 117 17. Agnieszka Lingas-Łoniewska – Demoniada .................... 137 18. Krzysztof T. Dąbrowski – Do domciu!!! .......................... 144 19. Daniel Koziarski – Niania ................................................. 149 20. Karolina Wilczyńska – Matczyna miłość ........................ 174 21. Rafał Kuleta – Ale wciąż żyję .......................................... 187 22. Mariusz Zielke – Dziecko Rosemary .............................. 209 23. Anna Rybkowska – Autostopowiczka ............................ 216 24. Agnieszka Turzyniecka – Pierwszy właściciel ............... 221 25. Karol Kłos – Duch ............................................................. 226 26. Katarzyna Szewczyk – Topielec ....................................... 233 27. Marek Ścieszek – Tama ..................................................... 240 28. Chepcher Jones – Moja własna klątwa ............................ 265 29. Kornelia Romanowska – Epitafium na dwa słowa ........ 278 30. Antonina Kostrzewa – Nikczemnik ................................ 290 31. Krzysztof T. Dąbrowski – Zmałpienie ............................. 308 32. Adrian Miśtak – Ośla ława .............................................. 320 33. Romuald Pawlak – Stwórca cieni, mistrz przemian ..... 334 34. Anna Klejzerowicz – Mgła ................................................ 357 Krzysztof Maciejewski Kudłata straż Siedziałam pod ścianą i szczekałam w pustkę. Takie przy- najmniej wrażenie odnieśli z pewnością moi państwo… Ja tymczasem broniłam domu przed demonem! Zmateriali- zował się w samym rogu pokoju, jego czarny pysk przywo- dził na myśl najgorsze koszmary – te z gatunku budzących cię nagle w pełnym zaskoczenia skowycie. Demon szczerzył kły, a ja ujadałam, ile sił w płucach. Szkaradna zjawa zaczęła w końcu rozmywać się w niebycie, zaś jeden z państwa przy- wołał mnie do porządku. „Niedobry pies!” – usłyszałam, więc natychmiast zamerdałam ogonem i zmieniwszy się w uciele- śnienie skruchy, złożyłam mu głowę na kolanach. *** Często zachodzę w głowę, dlaczego moi państwo są tak ślepi – może zbyt długie i wnikliwe obserwowanie świata odbiera dar widzenia jego prawdziwych barw? Nigdy nie dostrzegają potwora, który zamieszkuje kosz na śmieci i drwi z warkotu dobywającego się z krtani. Śmieją się ze mnie, gdy umykam, podkulając ogon, przed odkurzaczem, bo nie widzą przera- żających twarzy, które przybywają z otchłani, wykrzywiać swoje czerwone oblicza, widoczne w tajemnych zakamar- kach i otworach wibrującego urządzenia. Albo kiedy salwuję się ucieczką na widok tryskającego wodą szlaucha, trzyma- nego przez widmowe ręce posępnego goblina. Moi państwo nie rozumieją, że nocne szczekanie ma odstraszać nie tylko przypadkowych i sporadycznych przechodniów, lecz przede 8 H A L L O W E E N P O P O L S K U wszystkim znacznie groźniejszych intruzów z mrocznych ścieżek otchłani. Dlaczego nie pojmują, że bronię w ten spo- sób wszystkiego, co mi bliskie? *** Och, dziś znowu coś się na pewno wydarzy, czuję to w powie- trzu. Nadszedł wieczór, leżę więc na swoim posłanku i cze- kam na to, co nieuniknione. I rzeczywiście, słychać dzwonek do drzwi! Biegnę z tradycyjnym jazgotem w dół korytarza. Państwo otwierają. Zza ich nóg widzę gromadkę straszydeł. Uff, to na szczęście tylko przebrane dzieci – czuję ich woń spod kapturów, masek i prześcieradeł. Ale chwileczkę... Jeden z przebierańców pachnie inaczej... – Cukierek albo psikus! – krzyczą mali goście. Przeciskam się do przodu. Ten, który wydziela smród pie- kielnej czeluści, stoi trochę z boku. Patrzymy na siebie – spo- glądam na dziury jego oczu i czuję podnoszącą się na grzbie- cie sierść. Nie boję się – wprawdzie Otchłań we mnie spogląda, lecz jeszcze nie widziałam Otchłani, która umie warczeć albo szczekać. Więc rzucam się na oślep w jej kierunku. Dzieci umykają, mój pan chwyta mnie za obrożę i odciąga w głąb mieszkania. Czuję jego wyrzut, wyraźne potępienie. Nie zrozumiał mnie! Wiem już, że będą chcieli ukarać mnie za zachowanie, które w ich mniemaniu nie przystoi dobrze ułożonym psom. Cóż mi pozostaje? Pokornie kładę uszy po sobie i ukrywam czający się na dnie oczu lęk. Ten pierwotny strach przed upiorami, które mogą zawładnąć światem, jeśli nie będę stać na jego straży. I drugi – jeszcze gorszy – przed kolejnym wygnaniem z nawiedzonego domu, gdzieś w pełen zapachów świat, w którym może nie spotkam żadnych widm. Wrrrrrr... Żadnych widm. 9 Szymon Adamus Świeczki i psoty Ciało wyjęto z bagna w pobliskim lesie. Rozgrzane letnim słońcem grzęzawiska po prostu wydzieliły odpowiednią ilość metanu. Gdyby nie to, parka turystów zwiedzających lasy nig- dy nie natknęłaby się na to makabryczne znalezisko. Prawy nadgarstek umarlaka opinała przetarta lina urwana po około dwudziestu centymetrach. Kamień, do którego była kiedyś przywiązana, musiał jeszcze leżeć na dnie. Ktoś się bardzo postarał, by zwłoki nigdy nie wynurzyły się na powierzchnię. Ktoś miał pecha. Eliza rozumiała go doskonale. Przez wszystkie lekcje spo- glądali na siebie wymownie rozmawiając bez słów. Po ostat- niej z nich podbiegli do siebie i jak zwykle wspólnie udali się w stronę ich osiedla domków jednorodzinnych. – Widziałaś? – spytał po chwili. Oczywiście, że widziała. Prowadzili swoje małe śledztwo od dwóch miesięcy, codziennie podkradając ojcom gazety. Sprawdzając też ukradkiem serwisy informacyjne, na które rodzice nie pozwalali im wchodzić. – Tego się obawiałam – odparła po chwili odklejając wło- sy ze spoconego czoła. Przyspieszyli kroku, by jak najszybciej dojść do ostatniego budynku. – Musimy wreszcie dostać się do środka. – Chyba żartujesz – zadrwił z niej. – Nie mamy wyjścia – odparła całkiem poważnie – Musi- my sprawdzić, co ona tam wyczynia. 10 H A L L O W E E N P O P O L S K U Złapała go za rękę i pociągnęła za sobą w stronę budowy naprzeciwko ostatniego budynku. Jak zwykle weszli na ostat- nie piętro nieskończonego domku jednorodzinnego i schowa- li się za stertą cegieł. Ulica pod nimi była pusta i zakurzona. W tym miejscu osiedle było dopiero w trakcie budowy. Tylko jeden dom był zamieszkały i to właśnie ten obserwowali od kilku tygodni. Dwupiętrowy budynek z podpiwniczeniem, czerwoną dachówką i przyjemnie wyglądającym płotkiem z gęstym bluszczem owijającym barierki. Na trawniku po lewej stro- nie stał niewielki billboard z reklamą hurtowni z artykułami na przyjęcia i prywatki, zaś garaż został zmieniony na mały sklepik. Ognistowłosa, szczupła kobieta właśnie zamykała okna, ryglowała drzwi i zapalała świeczki w dyniach stoją- cych na podjeździe. Chwytała je obiema rękoma, zasłaniając wiatr wdzierający się przez poszarpane oczodoły w kształcie groźnych błyskawic i rozgrzewała knot zapałkami na długich patyczkach. Tomek wskazał palcem na ulicę ciągnącą się wzdłuż osiedla. Słońce powoli chowało się za wzgórzami. Podobne światełka rozbłysły już w kilku innych miejscach. Zbliżało się Halloween. Sprzedawczyni gadżetów sprawiła, że zaczęło się ono kilka dni wcześniej. – Moje dynie będą świeże przez kilka tygodni. Do konser- wacji używam specjalnej mieszanki ziół – powiedziała kilka tygodni temu, odwiedzając ich z koszykiem babeczek i poma- rańczowym warzywem pod pachą. – Trzeba tylko pamiętać, by na każdą noc zapalać świeczkę. To niezbędne – dodała, spoglądając na komórkę pod schodami, z której podsłuchiwał ich rozmowę. Było w niej ciemno, a on uchylił tylko centy- metr drzwiczek. Nie mogła go widzieć. A jednak przeszyła go wzrokiem na wylot. Po plecach spłynęła mu strużka potu. 11 H A L L O W E E N P O P O L S K U – Idziemy – rzuciła przez ramię Eliza i już ciągnęła go w stronę zejścia z budynku. Ona też pamiętała dzień wyprze- daży. O wizycie sprzedawczyni gadżetów napisała do Tomka dwie godziny po tym, gdy kobieta spotkała się z jej rodzicami. Trzęsącymi się rękoma wystukała na klawiaturze telefonu in- formacje o kobiecie z ostatniego domu i jej zabawkach. Ostrze- gła, opowiadając o kościstych dłoniach obejmujących tak de- likatnie kolorowe świece i czerwone wstążki. Wspomniała, jak czuła szelest papieru pakowego pod skórą, gdy kobieta prezentowała go rodzicom i jak płomień świeczki rozpalony w dyni na dworze nie zgasł nawet na sekundę, mimo że tego wieczoru wichura zrywała z drzew gałęzie. Nie wspomniała mu tylko, że ukryta pod kocem w swojej sypialni, posikała się w majtki, słysząc szyderczy skowyt wiatru wdzierający się jej oknem. Mama pytała ją, co się stało. Tata namawiał, by się zwie- rzyła. Ale później nie słuchali. Przytakiwali tylko mechanicz- nie. Wymieniali się pobłażliwymi uśmiechami, gdy myśleli, że tego nie widzi. Dwa dni później podsłuchała rozmowę rodzi- ców, którzy umawiali się na wyjście do restauracji z kobietą z ostatniego domu. Zrozumiała wtedy, że musi wziąć sprawy w swoje ręce. Nawet, jeśli na myśl o tym nogi zmieniały jej się w watę. Ruszyli z miejsca. Dopiero zmierzchało, ale w niedokoń- czonym budynku panowała ciemność. W jego korytarzu scho- wali się przy wnęce na drzwi. Stanęli plecami do ścian, tak by tornistry, które cały czas mieli na sobie, nie wystawały poza róg. Eliza wyjęła z plecaka bluzkę i wciągnęła szybko przez głowę. Wiatr się wzmagał. Mimo ciepłego miesiąca, było już czuć jesienny chłód. Oboje wyjrzeli za ścianę spoglądając w stronę domu po drugiej stronie ulicy. Czekali spokojnie na odpowiedni moment, by wyjść z ukrycia i ruszyć przed 12 H A L L O W E E N P O P O L S K U siebie. Gdy tylko światła na ganku ostatniego domu zgasły, przemknęli na drugą stronę ulicy. Biegli szybko i jak najciszej. Czuli się nieco bezpieczniej, pokonując ostatnią część tra- sy prawie na czworakach. Jednak, gdyby ktoś wyjrzał teraz z okna w domu naprzeciwko, na pewno zostaliby zauważeni. W płocie brakowało dwóch szczebelków. Podeszli do dziury, chowając się za bluszczem. – Ty pierwsza – wyszeptał, wskazując na wyrwę. – No co, nie patrz tak. To był twój pomysł. Dziewczynka przecisnęła się przez dziurę w płocie, cią- gnąc plecak, który uczepił się oplatających wejście pnączy. Dopiero po chwili Tomek poszedł w jej ślady. Odgarnął gałę- zie, które ponownie zasłoniły wejście, tworząc prowizoryczną osłonę. Wchodząc rękoma do przodu i odpychając nogami, przeciskał się przez szczelinę, którą jeszcze chwilę temu Eliza pokonała bez większego problemu. – Podaj mi rękę! – krzyknął, wystawiając dłoń przez bluszcz. – Ciszej! – wysyczała. Ciągnęła go ze wszystkich sił. Liście zdawały się szarpać twarz i targać jego ciałem. Czuł ich gorzki smak w ustach i z trudem łapał kolejny oddech oplątaną gałęziami klatką piersiową. Przez chwilę chciał się wycofać, ale nogi nie dotykały już ziemi, a uścisk Elizy nie pozwalał na ucieczkę w drugą stronę. Zacisnął zęby na mię- sistym konarze, z którego prysnął kwaśny sok. Uścisk gałęzi osłabł na ułamek sekundy, a w tym samym momencie Eliza szarpnęła mocniej, dysząc podobnie jak on. Wyleciał z żywopłotu wprost na trawnik. Jeszcze leżąc, zdzierał z siebie resztki bluszczu wbijające się w skórę. Nie miał jednak czasu na odpoczynek. Światło nad wejściem do domu zapaliło się. Leżąc na środku podwórka byli widoczni jak odblaskowy znak oświetlony długimi światłami ciężarów- ki. Nie mieli zbyt wielu możliwości ucieczki. Eliza, kucająca 13 H A L L O W E E N P O P O L S K U bardziej po lewej, odskoczyła w tamtą stronę chowając się za bujnym krzakiem. Wychyliła się zza niego przywołując go ręką. Nie miał już jednak czasu biec w jej stronę. Drzwi wej- ściowe domu uchylały się. Przeturlał się w prawo i wlokąc za sobą własne nogi wskoczył za róg budynku. Przywarł do nie- go najsilniej jak mógł, chcąc zatopić się w cegłach pokrytych białym tynkiem. Światło na podwórku zgasło, ale nadal byli widoczni. Drzwi wejściowe otworzyły się na oścież, wylewając żółtą poświatę z wnętrza domu. Przez chwilę nie było nic słychać. Tomek zbierał się w sobie, by wychylić głowę zza rogu, ale zanim to zrobił, usłyszał rytmiczny stukot dochodzący od strony schodów. Kobieta w czerwieni stawiała długie, ale spokojne kroki. Po czwartym dźwięk lekko się zmienił i chło- pak wiedział, że weszła już na chodnik prowadzący do furtki. Za chwilę pójdzie w lewo lub prawo i znajdzie jedno z nich. Stukot ustał. Weszła na trawnik. Rozejrzał się dookoła w po- płochu szukając drogi ucieczki. Znalazł tylko jedną. Z ziemi podniósł kamień i cisnął go w stronę ulicy za płotem. Trafił w plastikowy kosz na śmieci, który zadudnił jak bęben. Po chwili zawtórował mu pisk otwieranej furtki. Wiedział, że ten fortel zaraz zwróci się przeciwko niemu. Zrobił krok do tyłu i stracił panowanie. Przewrócił się zahaczając nogami o coś miękkiego i ciepłego. Upadł na plecy tuż przy okienku od piwnicy. Przed nim leżała na boku halloweenowa lampa z dyni. Świeca w środku nie przestała płonąć. Wręcz przeciw- nie. Buchnęła płomieniem, który objął bok warzywa wytapia- jąc z niego ostatnie soki. Czerwony jęzor wystrzelił do góry, a syk palonego miąższu zmienił się w potworny pisk. Tomek wycofał się do tyłu na czworaka, a widząc ogień obejmujący całe warzywo, pchnął ze wszystkich sił okienko do piwnicy i wskoczył do środka. Framuga stuknęła za jego plecami z im- petem, gdy wzrok przyzwyczajał się jeszcze do mroku. 14 H A L L O W E E N P O P O L S K U Brnął przed siebie. Mechanicznie zamykał i otwierał po- wieki. Nie robiło to żadnej istotnej różnicy. Małymi krocz- kami doszedł do czegoś, co przypominało biurko. Wymacał krawędź błądząc opuszkami po blacie. Trafił na coś miękkie- go i klejącego. Powąchał palce i poczuł słodką woń, od której zrobiło mu się niedobrze. Cofnął się o krok i przetarł oczy. Żadnej zmiany. Równie dobrze mógłby zamknąć je całkowi- cie i posługiwać tylko dotykiem i słuchem. Chociaż nie słyszał niczego poza paskudnym skowytem od strony okna i delikat- nym piskiem w pomieszczeniu. Nie był już pewien czy to coś obok niego, czy to po prostu od krwi buzującej w ciele piszczy mu w uszach. Komórka! – pomyślał nagle, tupiąc ze złości nogą. Sięgnął do kieszeni spodni i szybko włączył telefon. Jego stopy były zanurzone w pomarańczowo-czerwonej, głębokiej na kilka centymetrów mazi. Dopiero teraz poczuł, że cała piwnica śmierdzi czymś ostrym i okropnie drażniącym nos. Zasłonił twarz ręką i zakaszlał dwa razy, starając się jak najdokład- niej stłumić każdy dźwięk. Ponownie przetarł oczy i nabrał powietrza oddychając przez usta. Spojrzał na komórkę. Bate- ria telefonu była prawie pełna. Chociaż tyle. Wszedł do opcji wyświetlacza i zwiększył jego jasność na maksimum. Skie- rował blade światło przed siebie i wrzasnął. Stał nie przed biurkiem, ale kilkumetrowym stołem z masywnym blatem. Na jego szczycie leżało kilka ciał. Ich głowy były zdeformo- wane. Ludzkie rysy odznaczały się tylko w niektórych miej- scach. Napuchnięte, grube i paskudnie gąbczaste. Jakby ktoś nadmuchał je pompką do roweru. Ale oczy nie były martwe. Przynajmniej nie we wszystkich. Całkiem po prawej, tuż przy skraju stołu, leżał bezwładny korpus. W szyję miał wbitą sie- kierę. Tomek otarł łzy i bezskutecznie próbując opanować drżenie mięśni, kucnął zaglądając pod stół. Musiał zbliżyć się, by światło z ekranu telefonu objęło róg pod masywnym 15 H A L L O W E E N P O P O L S K U meblem. Spod ściany pod stołem patrzyła w jego stronę hal- loweenowa dynia. Miała bledszą skórę niż dojrzałe warzywo i nie była jeszcze wydrążona w środku. Mimo to spoglądała na niego pustymi oczodołami w kształcie błyskawic. Upadł do tyłu, a widząc blask światła z otwierających się u góry schodów drzwi do piwnicy, zaczął się wycofywać jak rak. Komórka upadła mu pod nogi ekranem do dołu. Ukrył się na chwilę w mroku patrząc w stronę oślepiającego bla- sku w pobliżu drzwi do piwnicy. Stała w nich nienaturalnie chuda postać o długich, patykowatych palcach przypomina- jących szpony. Jej czerwone włosy były jedynym elementem wyłamującym się spod jarzma światła dochodzącego z tyłu. Jakby tworzyły wokół siebie małą celę, w której nic oprócz czerwieni nie miało prawa błyszczeć. Schodziła powoli, a od strony stołu słychać było narastający coraz bardziej pisk. Te- raz był już pewien, że to nie dźwięk w jego głowie. Bezradnie, tracąc władanie nad gardłem, wydał z siebie podobną nutę. Zesztywniał od szyi w dół, widząc już tylko kolorowe plamy. Jego ciało odmówiło posłuszeństwa... Pierwszy raz ocknął się tylko na kilka sekund. Jakaś ko- bieta stała przed nim i trzymała coś błyszczącego w ręce. Krzyknął próbując ucieczki, po czym poczuł ukłucie w ramię i znów zasnął. Później śnił. O pomarańczowym ogniu żyjącym własnym życiem i ciele szarpanym przez potwory z dyniowymi głowa- mi. Miały ostre zęby i oczy buchające żarem. Chciał wyrwać się z ich objęć, ale ruda kobieta stojąca z tyłu ruszała rękoma i ustami dyktując im silniejszy uścisk. Gdy spojrzał jej w oczy, wyszeptała coś tylko. Następnie przyłożyła nienaturalnie chu- dy, wskazujący palec do ust i utonęła w mroku, pozostawiając po sobie jedynie palący żar. 16 H A L L O W E E N P O P O L S K U Pierwsze co zrobił, to poprosił o wodę. Dopiero po wypi- ciu trzeciej szklanki przetarł oczy i poznał swój pokój. Mama siedziała przy nim, poprawiając chłodną ściereczkę na czole. Miał na sobie świeżą pidżamę i termometr pod pachą. – Tomek! Obudź się. Tata wszedł do pokoju wyłączając po drodze komórkę. Spojrzał na niego radośnie wyraźnie wymuszając uśmiech. – No jak, tygrysie? Jak zdrówko? – Dobrze – mruknął niemrawo, ale zgodnie z prawdą. Rzeczywiście czuł się dobrze. Dopiero po chwili sobie przy- pomniał. – Eliza! Co z nią? Co z wiedźmą? Rodzice wymienili spojrzenia. Mama zrobiła ruch głową wskazując na reklamówkę z apteki leżącą na stole. Na głos dodała: – Eliza jest w domu z rodzicami. Ma szlaban. Ty zresztą też. I nie mów tak na panią Endorę. Masz szczęście, że nie wezwała policji. Otworzył szerzej oczy. – Niech wzywa! Muszą ją zamknąć. Przecież w jej piwni- cy... – zebrało mu się na wymioty. – Co z jej piwnicą? – No te zwłoki. – Tomek, jakie zwłoki?! Pani Endora ma w piwnicy swój warsztat. Tam cię wczoraj znalazła, gdy poszła pracować nad swoimi manekinami. – Ale... – Koniec dyskusji – wtrącił mu ojciec. – Połknij tabletkę. Pomoże zbić gorączkę. Jutro Halloween. Jeśli będziesz grzecz- ny i przeprosisz naszą sąsiadkę, to pójdziemy razem zbierać cukierki. Spojrzał na rodziców z rezygnacją w oczach i sięgnął po tabletkę. Popił ją szybko, bo strasznie bolała go głowa. Zimna woda zmyła też na chwilę nieprzyjemnie cierpki smak dyni, który czuł coraz silniej w ustach... 17 Jacek Skowroński Historia z bukietem w tle Wysiadam od jakiegoś czasu z metra na Placu Bankowym i przeskakuję do tramwaju. Tak wygodniej, porozkopywane miasto, pozmieniane trasy komunikacji, trudno się w tym połapać. Gdy się wychodzi z metra na powierzchnię, u dołu schodów stoi staruszek. Chyba dawno zdążył zapomnieć swoje siedemdziesiąte urodziny, drobny, niziutki, pomarsz- czony, w grubych tandetnych okularach. Widuję go zawsze popołudniem, niezależnie od pogody. W kurczowo zaciśnię- tych dłoniach trzyma bukieciki kwiatów. Bardzo zwyczajne i bardzo piękne. Nienatarczywie, z takim przeogromnie po- godnym wyrazem twarzy oferuje je spieszącym się ludziom. Kiedy mijam go jak tysiące innych, robi mi się smutno. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś kupił bukiecik. Kaprys, sprawienie komuś przyjemności gestem prost- szym niż nieoczekiwany komplement. Przecież słów szuka się trudniej niż drobniaków w kieszeni. Zawsze sobie obiecu- ję, że kiedyś kupię od niego wszystkie kwiaty. On tam będzie kolejnego dnia, z kolejnymi bukiecikami. Ale tego dnia wróci wcześniej do domu. Kilka razy zwolniłem kroku, zaglądając w myślach do portfela. Dwa, trzy złote by się znalazło, dałbym żonie pre- zencik, ot tak, bez wyjaśnień. Żeby zobaczyć jej uniesione brwi i czające się w kącikach ust pytanie. Którego by nie zada- ła, żeby nie sprofanować chwili. Rzeczy cennych nie powin- no się spłycać. Nie zrobiłem tego jednak, jakby w obawie, że w ten sposób pomysł wykupienia wszystkich kwiatów 19 H A L L O W E E N P O P O L S K U rozmyje się i uleci gdzieś bezpowrotnie. Szaleństwo, które na- wet nie zasługiwało na to miano, bo ileż te wszystkie kwiatki mogły być warte? Mniej niż kolacja we dwoje. Dużo mniej. Obok staruszka stała na betonie wielka siatka z uszami. Równiutko ułożone kwiaty zdawały się specjalnie przystrzy- żone, by żaden płatek nie wystawał nad inne. Przypominały poduszkę z wyszytym kolorową włóczką gęstym wzorem. Dziurawą, bo przecież właściciel dwa bukieciki trzymał w rękach. Puste miejsca dokładnie do nich pasowały. Wszystko było zawsze tak samo, nawet dziury w poduszkach nie zmie- niały położenia. A staruszek, ze swym nieodmiennie pogod- nym wyrazem twarzy, trzymał bukieciki w taki sposób, jakby chciał je po prostu rozdać przechodzącym ludziom. Może dla- tego nikt ich nie kupował. Wyglądały na tak tanie i łatwe do zdobycia, że każdy odkładał ten kaprys na kiedyś tam… Tamten dzień nie różnił się niczym od innych, może tylko jesienna aura sprawiała, że ludzie jeszcze mniej zwracali na sie- bie uwagę, myślami będąc w już w domowych pieleszach. Na mnie też ktoś czekał z kolacją. I z tą nienazwaną wiarą, skrytą w spojrzeniu i gestach, że zawsze będzie miała na kogo czekać. Zbliżając się do staruszka, zwolniłem kroku, ludzka fala opły- nęła mnie jak boję, rozdzielając się i łącząc na powrót. − Chciałbym kupić… − przez sekundę rozważałem jesz- cze myśl, czy to ja jestem dziwakiem, czy też inni po prostu nie wpadli na ten pomysł. Może łatwiej przychodziło im zna- leźć słowa, niż drobniaki w kieszeni. − Poproszę wszystkie. Zawahał się, jakby moje słowa musiały przedrzeć się przez dźwiękoszczelną barierę. Już miałem powtórzyć głośniej, kie- dy wyciągnął powyginane artretyzmem dłonie. − Ile płacę? − Przyjąłem dwa bukieciki i pokazałem mu banknot. Powinno wystarczyć aż nad to. I nie przyjmę reszty, niech to będzie i jego szczęśliwy dzień! 20 H A L L O W E E N P O P O L S K U − Nie, nie… Proszę pana, pan zobaczy, jakie piękne, ja- kie świeżutkie, jeszcze rano rosły w ziemi. − Pochylił się nad siatką i zaczął wręczać mi kolejne kwiaty. − Każdy płatek jak skrzydełko motyla, pan nie płaci, nie musi, bardzo proszę… Chciałem zaprotestować, ale nie dopuścił mnie do głosu, zachwalając z jakąś przedziwną natarczywością maleńkie wiązanki. − Ona się bardzo ucieszy, pan nawet nie wie, jaką radość jej sprawi… Zdawał się zmieniać z każdą przekazaną mi wiązanką. Zra- zu niepostrzeżenie, niczym przecierany z kurzu obraz, potem coraz wyraźniej. Wygładzały się zmarszczki na pobrużdżonej twarzy, wzrok nabierał blasku, staruszek rósł w oczach, gdy przygarbione plecy nabierały smukłości. Któryś z bukietów upadł mi na ziemię, ledwie nadążałem przyjmować następne, uważałem już tylko, żeby żadnego nie upuścić. Uniosłem gło- wę, kiedy zrozumiałem, że nie utrzymam ani jednego więcej. Tylko stary płaszcz i wyświechtane nogawki spodni świadczyły, że to on stoi przede mną. Nie wiem kiedy zdążył włożyć mi swoje okulary, masywne szkła pozwalały dostrzec wyraźnie jedynie rzeczy znajdujące się na wprost. Cofał się krok za krokiem, widziałem jeszcze młodzieńczą twarz prze- ciętą złośliwym uśmiechem, póki nie pochłonął go tłumek ludzi. Moje powyginane artretycznie palce nie zdołały przy- trzymać bukietów, rozsypały się wokół niczym polne kwiaty na skoszonej łące. Stoję codziennie przy wyjściu ze stacji metra, tyle tu lu- dzi, że na pewno ktoś w końcu zauważy, jak piękne są moje bukieciki. Zawsze świeże, z płatkami jak skrzydełka motyli, pachnące jak włosy ukochanej. I można je mieć prawie za darmo. Kosztują tylko tyle, co niespełnione marzenia… 21 Agnieszka Turzyniecka Sekta Gdyby ktoś opowiedział mi tę historię, pewnie nie dałabym mu za grosz wiary. I tak przez te wszystkie lata nikomu jej nie powtórzyłam, w obawie, że zostanę wyśmiana. Tak, moi drodzy, to, co opisuję niżej, zdarzyło się naprawdę, a ja byłam tego niemym świadkiem. Byłam wtedy młodą nauczycielką nauczania początko- wego we wsi, nazwijmy ją Rakczyce. Było to miejsce bardzo ubogie, większość mieszkańców utrzymywała się z roboty w polu. W niedzielę wszyscy chodzili cztery kilometry do najbliższego kościoła, a po południu życie skupiało się wo- kół maleńkiego sklepu spożywczego, w którym nie mogło zabraknąć taniego wina. Sama szkółka była najmniejszą placówką tego typu, jaką w życiu widziałam. Dwie klasy w drewnianym domku, ubikacja na dworze i książki obgry- zione przez myszy. Klasy były bardzo małe, liczyły raptem po kilka osób. Dlatego lekcje odbywały się wspólnie: w tym samym czasie uczyłam klasę pierwszą, drugą i trzecią. Dzieciakom daleko było do ich miejskich rówieśników: umorusane, często w po- łatanych ubraniach, obce im były komputery czy konsole do gier. Mogły się cieszyć, jak było się w co ubrać na komunię i jak ojciec wrócił choć raz na miesiąc trzeźwy z pracy. Dzieciaki lubiły mnie, bo za dobre oceny nagradzałam je słodyczami, a niejedną rodzinę obdarowałam ubraniami czy jakąś formą życzliwości, za które mogłam liczyć na… metr kartofli czy parę kilogramów jabłek. 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

31.10 Halloween po polsku
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: