Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00277 005442 13433224 na godz. na dobę w sumie
31.10 Wioska przeklętych - ebook/pdf
31.10 Wioska przeklętych - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Self Publishing Język publikacji:
ISBN: 978-83-272-3192-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biznes >> zarządzanie i marketing
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Kolejna odsłona bestsellerowej antologii grozy '31.10 Halloween po polsku'. Daj się porwać magii wieczoru Halloween!

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H 1 H A L L O W E E N P O P O L S K U Wydawnictwo WRCW 2012 Alfabetyczny spis autorów: Szymon Adamus Ewa Bauer Kamil Czepiel Grzegorz Gajek Marek Grzywacz Chepcher Jones Anna Klejzerowicz Antonina Kostrzewa Daniel Koziarski Tomasz Krzywik Krzysztof Maciejewski Paweł Mateja Piter Murphy Kinga Ochendowska Andrzej Paczkowski Thomas Percy, Marcin Janiszewski Marcin Podlewski Tymoteusz Raffinetti Kornelia Romanowska Marek Rosowski Anna Rybkowska Arkadiusz Siedlecki Sylwia Skorstad Michał Stonawski Marek Ścieszek Karolina Wilczyńska Magdalena Witkiewicz Redaktor zbioru: Kinga Ochendowska Ilustracje: Magdalena Mińko Projekt okładki: Michał Olejarski Skład komputerowy: babental.com Wydawnictwo WRCW Prawa autorskie do poszczególnych opowiadań są własnością ich autorów. Wszystkie prawa zastrzeżone PDF: 978-83-272-3190-1 EPUB: 978-83-272-3192-5 MOBI: 978-83-272-3194-9 Spis treści 6 10 24 45 51 72 114 121 141 161 184 197 221 231 245 254 268 283 295 304 319 324 332 354 370 390 395 401 Wstęp Z nieba zstąpienie – Kinga Ochendowska Wurdałak – Grzegorz Gajek Zbłąkana dusza – Andrzej Paczkowski Wioska przeklętych – Michał Stonawski Obok – Marcin Podlewski Wywiad z Wiedźmą – Chepcher Jones Wielkie powroty mistrza Gottentota – Paweł Mateja Skrzypce... – Anna Rybkowska Rachunek nie do spłacenia – Tomasz Krzywik O jedną noc za dużo – Piter Murphy Pielgrzymka – Ewa Bauer Transparentni – Arkadiusz Siedlecki Korepetytorka – Karolina Wilczyńska Noc – Anna Klejzerowicz A co, jeśli zło wygląda jak ja? – Sylwia Skorstad Kwestia smaku – Daniel Koziarski Długa noc w Strzyżewie – Tymoteusz Raffinetti Łaknienie – Kornelia Romanowska Krypta – Thomas Percy i Marcin Janiszewski Witaj w domu – Kamil Czepiel Sekret leśnej sadzawki– Marek Ścieszek Utylizacja – Marek Grzywacz Przyjaciel z dzieciństwa – Szymon Adamus Rzeźnik – Antonina Kostrzewa Noc Trzynastego – Marek Rosowski Koty ze Strzyżewa – Krzysztof Maciejewski Voodoo – Magdalena Witkiewicz H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H Wstęp Drodzy Czytelnicy, Na wstępie, chciałabym podziękować serdecznie wszyst- kim za fantastyczne przyjęcie zeszłorocznego wydania „31.10. Halloween po polsku”. Wasza spontaniczna reakcja zasko- czyła zarówno autorów zaangażowanych w tworzenie tej an- tologii, jak i sam rynek wydawniczy. Od tego czasu wiele się zmieniło. Jak zapewne zauważyliście, nasz zbiór udowodnił, że Internet otwiera nowe możliwości wydawniczo-dystrybu- cyjne, udostępniając środki, dzięki którym możemy szybciej i skuteczniej docierać do czytelników. W ciągu ostatnie- go roku, na rynku pojawiło się wiele wspaniałych e-antolo- gii opowiadań i cieszymy się niezmiernie, że mieliśmy swój udział w tej przemianie, która dokonała się nie tylko w umy- słach czytelników, ale również w samym podejściu autorów. Książka drugiej kategorii, zwana e-bookiem, stała się równo- prawną publikacją i zyskuje sobie coraz szersze rzesze zwo- lenników. Stało się tak głównie ze względu na niższe ceny, szybkość dystrybucji i stale zwiększającą się dostępność czyt- ników elektronicznych. W zeszłym roku, jeden z głównych patronów medial- nych – serwis Virtualo.pl, specjalnie dla nas wprowadził do swojej oferty długo oczekiwany format .mobi, z którego ko- rzystają przede wszystkim użytkownicy czytników Amazon Kindle. To właśnie nasza antologia, „31.10. Halloween po polsku” jako pierwsza została udostępniona w tym formacie. Dziś możemy cieszyć się znacznie szerszym zakresem usług – mamy możliwość zakupienia książki w „multiformacie”, automatycznego wysłania e-booka na czytnik czy też otrzy- mania kodu, pozwalającego na pobranie zakupionej, papiero- wej książki w formacie elektronicznym. Spore udogodnienia 6 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H otrzymały również wydawnictwa i serwisy promujące czytel- nictwo elektroniczne, które dzięki wspomnianym już kodom mogą przekazywać legalne kopie książek w konkursach, jako materiał recenzencki lub reklamowy. Wracając jednak do naszej antologii. „31.10. Halloween po polsku” jest projektem mającym na celu z jednej strony akty- wizację środowiska autorów, z drugiej strony umożliwienie nawiązania bezpośredniego kontaktu z naszymi czytelnika- mi. Nie jest działaniem komercyjnym, lecz formą zabawy, ma- jącej przynieść radość i rozrywkę wszystkim uczestniczącym w niej stronom. Dlatego też, w tym roku zdecydowaliśmy się na przyjęcie do grona autorów nie tylko już znanych pisarzy, lecz również debiutantów, fascynatów słowa lub po prostu naszych zeszłorocznych czytelników. Przed wszystkimi uczestnikami Halloweenowej zabawy postawiliśmy zadanie: mieli napisać opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w Strzyżewie, niewielkiej wsi na południu Polski. Wsi znanej szerzej pod nazwą „Wioska przeklętych”, w której magia, horror i zbrodnia znajdują się na porządku dziennym. Autorzy mieli ograniczoną wiedzę na temat tego, o czym piszą pozostali uczestnicy – mogli co najwyżej wchodzić w interakcje z postaciami, które przypadły w udziale innym. W ten sposób powstała książka, którą właśnie czytacie. I już za chwilę będziecie mogli sprawdzić, jak nasi autorzy poradzili sobie z tym niełatwym, ale zarazem inspirującym zadaniem. Podobnie jak w zeszłym roku, chciałabym serdecznie podziękować zarówno patronom medialnym, jak i wszyst- kim, którzy przyczyniają się do sukcesu naszej antologii. To wspaniałe doświadczenie – móc pracować z grupą zaanga- żowanych, kreatywnych umysłów. Bo książkę tworzą nie tyl- ko sami autorzy, ale również ci, którzy wykonują zupełnie inne, równie ważkie zadania. Jest to między innymi Chris Babental, który odpowiedzialny jest za profesjonalny skład naszej 7 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H publikacji. Kolejne podziękowania należą się Michałowi Ole- jarskiemu, który zaprojektował okładkę tegorocznej edycji. Nie zapomianjmy również o Magdalenie Mińko, której ilu- stracje zabierają Was do magicznego świata wsi Strzyżewo. Wszystkim, którzy przyłożyli ręce do postania naszej antologii, należą się serdeczne podziękowania. To zaszczyt i przywilej móc z Wami pracować. Bardzo się cieszę, że zeszłoroczne konkursy i zabawy, któ- re dla Was przygotowaliśmy, spotkały się z tak szerokim za- interesowaniem. W tym roku postanowiliśmy kontynuować tę tradycję. Na naszej stronie internetowej oraz w serwisach społecznościowych znajdziecie informacje o tym, jak przyłą- czyć się do Halloweenowej zabawy. Zdradzę Wam tylko, że w ramach nagród, jakie czekają na Was w tym roku, znajdują się między innymi papierowe egzemplarze naszej zeszłorocz- nej antologii! Zapraszamy zatem na: http://www.facebook. com/halloween.po.polsku, gdzie możecie również spotkać się i porozmawiać z autorami opowiadań. Czekamy nie tylko na Wasze gorące komentarze, ale i na na Wasze okolicznościowe zdjęcia, muzykę i przepisy kulinarne. Zabawę zakończymy o północy, 31 października, zapalając na naszej ścianie symbo- liczne świeczki, kończąc tym samym Halloween i upamiętnia- jąc nadejście typowo polskiego Święta Zmarłych. Nie pozostaje mi już nic innego, jak tylko pozwolić Wam przewrócić stronę i wybrać się w podróż do Strzyżewa, gdzie czekają na Was nasi autorzy i wykreowany przez nich świat. Niech prowadzą Was ich błędne ścieżki! Tylko uważajcie, by nie stracić gdzieś po drodze głowy. Happy Halloween! Redaktor wydania, Kinga Ochendowska 8 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H 9 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H Z nieba zstąpienie Kinga Ochendowska Źródło mocy znajdowało się dokładnie pod domem sołtysa. Oczywiście, nie było w tym nic niezwykłego, ponieważ naj- okazalsze domostwo we wsi zbudowane zostało na ruinach starego zamku, zaś stary zamek wznosił się w miejscu, gdzie znajdowały się piekielne wrota. Historię zamku i otaczającej go osady znało każde dziecko w Strzyżewie. Nawet, gdyby młode matki nie szeptały tej opowieści do ucha już niemow- lętom w kołysce, niezwykłość wsi i tak byłaby nie do ukrycia. W końcu, trudno żyć spokojnie na wrotach piekieł, zwłaszcza, gdy raz w roku otwierają się one z hukiem i nad osadą szaleją tajfuny rozsierdzonych demonów. Tak, życie w Strzyżewie nigdy nie było proste. *** Dawno, dawno temu, w czasach gdy rycerze i smoki chodziły jeszcze po ziemi, pewien dobrze urodzony mąż po- dróżował wąskimi, leśnymi duktami, wraz ze swoją młodą małżonką i wiernym sługą Janem. Była późna jesień, chłodne wiatry zapowiadały rychłe nadejście zimy. Drzewa straciły kolorowe wieńce liści, które teraz wirowały i tańczyły w rytm uderzeń końskich kopyt. W drodze byli już od dawna. Świetne kiedyś ubrania poszarzały i zbladły, halki młodej szlachcianki pokryły się grubą warstwą błota. Zmęczone konie z trudem wyciągały kopyta, rozglądając się tęsknie za połacią soczystej, zielonej trawy. Natura była jednak nieubłagana i jedynym, na co liczyć mogły konie, były pożółkłe kępki, wystające tu i ów- dzie spod leśnego poszycia. Zarówno ludziom jak i zwierzę- 10 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H tom groził głód i doskwierało zimno. Zdawali sobie sprawę, że schronienie muszą znaleźć szybko, w przeciwnym bowiem razie, któryś z poranków zastanie ich martwych, pokrytych pierwszym szronem nadchodzącej zimy. Toteż ucieszyli się niezmiernie, gdy pomiędzy drzewami zamajaczyły im ka- mienne mury okazałego zamku. Szlachcic miał nadzieję, że zo- stawiwszy młodą żonę pod opieką mieszkańców ruszy szybko w drogę, dotrze do stolicy i pokłoni się przed królem, który w uznaniu jego bitewnych zasług, obiecał mu zamek i połać ziemi. Jeśli więc obróci wystarczająco szybko, zanim przyjdą pierwsze śniegi, niebawem zamieszka z żoną w nowym domo- stwie. Popędzili zatem konie i w niedługim czasie stanęli przed opuszczonym zwodzonym mostem. Niewiele myśląc, z na- dzieją na odpoczynek, trójka wędrowców wjechała do zamku. Szare mury zdawały się wznosić do samego nieba, zaś odgłos kopyt, uderzających o kamienny dziedziniec, roznosił się głuchym echem. Nikt nie wyszedł im na spotkanie, więc szlachcic posłał służącego Jana, by ten odszukał mieszkańców i dał im znać o przyjeździe niespodziewanych gości. Jednak mimo tego, że wierny sługa przemierzył cały zamek wzdłuż i wszerz, nie znalazł żywej duszy. Jednak sam zamek nie wy- glądał na opuszczony. Na ciężkich kotarach i złoconych me- blach nie widać było ani śladu kurzu, kuchnia okazała się być w najlepszym porządku, z całkiem nieźle zaopatrzoną spi- żarnią, zaś w kominkach czekały szczapy drewna, gotowe do podpalenia i ogrzania zimnych, kamiennych komnat. Chcąc nie chcąc, postanowili zostać w zamku i poczekać na powrót jego właścicieli. Służący Jan przygotował im obfi- ty posiłek z zapasów znalezionych w spiżarni, zasłał wielkie łoże w jednej z sypialni. Po raz pierwszy od wielu tygodni, zasnęli spokojnym snem. Dni mijały powoli, a właścicieli zamku ani widu, ani sły- chu. Szlachcic wysłał więc sługę, by rozejrzał się po okolicy, 11 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H odnalazł ludzi i być może dowiedział się czegoś o tajemni- czych mieszkańcach fortecy. Jan wyruszył bladym świtem i powróciwszy wieczorem miał do przekazania swemu panu interesujące nowiny. Otóż, całkiem niedaleko, pół godziny drogi od zamku, znajdowała się niewielka, przytulona do zbocza góry wieś. Jej mieszkańcy przyjęli Jana przyjaźnie, jednak gdy dowiedzieli się skąd przybywa, zaczęli rzucać niespokojne spojrzenia w stronę, gdzie znajdował się zamek. Na początku nie chcieli rozmawiać o ukrytej w lesie fortecy, jednak gdy Jan zaczął nalegać, wyjaśnili, że zamek jest bar- dzo stary, znajduje się w lesie od dawna i najbardziej wieko- wi wieśniacy nie pamiętają, kiedy został zbudowany. Ostatni jego mieszkańcy opuścili go w środku nocy, załadowawszy na furmanki i bryczki cały ruchomy majątek i oddalili się w nieznanym kierunku. Nikt ich więcej nie widział. Jako, że wieś należała do posiadłości, wieśniacy nie przejmowali się tym zbytnio, ponieważ pod nieobecność właścicieli zamku nie musieli oddawać daniny, dzięki czemu ich życie, zwłaszcza w trudnych, zimowych miesiącach, stało się łatwiejsze. Słudze wydawało się, że wieśniacy nie mówią mu wszystkiego na temat zamku, jednak żaden z nich nie powiedział nic więcej. Właściciele zniknęli i nikt o nich więcej nie słyszał. Z takimi właśnie nowinami Jan powrócił do swego pana. Szlachcic zamyślił się nad opowieścią sługi. Skoro miesz- kańcy zamku wyjechali, pozostawiając wspaniałą posiadłość samą sobie, a król obiecał mu dwór, może mógłby poprosić o ten właśnie zamek? Z opowieści Jana wynikało, że pola ota- czające wieś wyglądały na żyzne, obory pełne były zwierząt a stodoły zboża. W otaczających zamek lasach z pewnością znajdzie się wystarczająco dzikiej zwierzyny, by utrzymać dwór, zaś same zabudowania były imponujące i dobrze utrzymane. Jak pomyślał, tak zrobił. Kilka dni później ucało- wał małżonkę, dosiadł wypoczętego konia i pognał jak wiatr 12 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H w kierunku stolicy, by prosić króla ofiarowanie mu zamku. Miał nadzieję, że powróci szybko, zanim nadejdzie zima i zdąży jeszcze poczynić odpowiednie przygotowania. Stało się jednak inaczej. Do stolicy dotarł szybko a na miej- scu okazało się, że król właśnie rusza na wojnę i potrzebuje każdego miecza. Zanim zdążył wyłuszczyć swoją sprawę, już został przydzielony do oddziału zbrojnych, który wyruszył na północ – oddalając się zarówno od zamku, jak i oczekującej jego powrotu młodej małżonki. Minęły dwa lata i skończyła się wojna. W uznaniu kolej- nych zasług szlachcica, król bez wahania przyznał mu zamek, o który prosił, zwłaszcza że nikt nie mógł tej posiadłości od- naleźć w żadnych rejestrach. Szczęśliwy szlachcic pognał co koń wyskoczy na południe, gdzie jak miał nadzieję, oczekiwa- ła go wytęskniona małżonka oraz nowe, spokojne i dostatnie życie. Była późna jesień, deszcz uderzał zimnymi strugami w korony drzew. Ziemia rozmokła i kopyta konia zanurza- ły się głęboko w błotnistej mazi. Rycerz poganiał konia bez ustanku. W końcu zmęczone zwierzę poślizgnęło się na wy- stającym, oblepionym błotem śliskim korzeniu i padając na ziemię przygniotło szlachcica swoim ciężarem tak, że ten stra- cił przytomność. Ocknął się pod wpływem strug zimnego deszczu, które spływały mu po twarzy. Koń nadal leżał na boku, raz na jakiś czas próbując się podnieść i natychmiast opadając z powro- tem na ziemię. Szlachcic przysunął się do zwierzęcia, ostroż- nie oglądając jego nogi i kopyta. Niestety, jak się okazało, noga konia był złamana. Oznaczało to, że żaden z nich, ani koń, ani rycerz nie dotrą do zamku. Co gorsze, wjechali już w niezamieszkany, leśny obszar, na którym trudno było spo- dziewać się żywej duszy, a co za tym idzie – kogoś, kto mógł- by udzielić szlachcicowi pomocy. Rycerz ciężko zwalił się na 13 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H plecy, pozwalając by strugi marznącego deszczu spływały mu po twarzy. Nagle, do jego uszu dobiegł niewyraźny, odległy tętent końskich kopyt i oczy rozszerzyły mu się ze zdumienia. Słaby i zziębnięty poczołgał się w kierunku ścieżki, wzywając pomocy ile tchu w piersiach. Tętent kopyt przybliżał się i w niedługim czasie usłyszał pokrzykiwania woźnicy. Z ciemno- ści, na leśnym dukcie wyłonił się czarny powóz, zaprzęgnię- ty w cztery czarne konie. Wysoko na koźle siedział woźnica, który ujrzawszy szlachcica gwałtownie ściągnął lejce i konie zahamowały, zapadając się kopytami w gęstym błocie. Na leśnej ścieżce zapanowała cisza, przerywana tylko par- skaniem koni. Drzwi powozu otworzyły się i wysiadł z niego wysoki, przystojny i dobrze ubrany mężczyzna, wyglądający na dworzanina lub dobrze prosperującego szlachcica. Spod karmazynowej, aksamitnej narzutki wystawały nieskazitelnie białe koronki kołnierza i mankietów. W ręce trzymał jasną, haftowaną chustę, kontrastującą z kaskadą ciemnych, gęstych loków, które swobodną falą opadały mu na ramiona. Postąpił kilka kroków i zatrzymał się tuż przed wciąż leżącym na zie- mi rycerzem, rzucając przy tym spojrzenie na spoczywającego w niedalekiej odległości, niespokojnego, wyraźnie cierpiącego konia. Rycerz wymamrotał kilka słów, próbując unieść głowę, by spojrzeć na nieznajomego, zabrakło mu jednak sił i opadł z powrotem na ziemię. Przed oczami wirowały mu ciemne plamy i czuł, jak opuszczają go siły. Z ciemności dobiegł go głos nieznajomego, dziwnie dudniący i odległy. Nieznajomy ów zaoferował rycerzowi pomoc, stawiając jednak przy tym warunek – szlachcic miał oddać mu pierwszą rzecz, o której dowie się w domu, a o której nie wie i której się nie spodziewał zastać. Stojąc w obliczu śmierci, szlachcic przyjął propozycję nieznajomego, mimo że od razu rozpoznał prawo niespo- dzianki. W owych czasach, kiedy jeszcze mistyczne stworze- 14 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H nia wędrowały po ziemi, stosowanie prawa niespodzianki było dość powszechne. W większości przypadków chodziło o dzieci, o których ojcowie nie zdążyli się dowiedzieć, wy- jeżdżając na wojny i długie wyprawy. W ten właśnie sposób czarodzieje i wiedźmy zyskiwały nowych uczniów, którym przekazywały tajemną wiedzę. Zadrżał rycerz na samą myśl o oddaniu swego dziecka nieznajomemu, jednak strach i zmę- czenie wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem. W końcu – tłu- maczył sobie – nawet jeśli będzie zmuszony oddać dziecko na służbę mistrzowi magii, to zawsze mogą z żoną postarać się o kolejne. Jeśli zaś przyjdzie mu umrzeć gdzieś przy drodze, tak niedaleko domu, jego żona na zawsze pozostanie sama, bez żywiciela i obrońcy. Jak pomyślał, tak zrobił i obiecał nieznajomemu to, o czym nie wie, czego się nie spodziewa i o czym dowie się zaraz po przyjeździe do domu. Nieznajomy zbliżył się do szlachcica i przyłożył białą chustę do jego rozpalonego czoła. Ten zaś poczuł, jak gorączka znika i myśli stają się jaśniejsze. Wspiera- ny ramieniem swego wybawiciela pokuśtykał w stronę powo- zu, z najwyższym trudem wspiął się po trzech niestabilnych schodkach i opadł na siedzenia. Nieznajomy przytknął mu do ust pucharek z gorzkawym w smaku napojem, który jed- nak natychmiast dodał mu sił i niezwykle orzeźwił zmęczone ciało. Kilka chwil wystarczyło, by poczuł się na tyle silny, że wychylił głowę przez okienko powozu, by zobaczyć, co robi tajemniczy przybysz. Ten zaś podszedł do konia, nadal leżą- cego na boku i rżącego niespokojnie. Następnie nachylił się nad nim i nucąc cichą pieśń położył chustę na zranionej nodze zwierzęcia. Zaklinał przez chwilę z półprzymkniętymi ocza- mi, potem ujął konia za uzdę, a ten przyklęknął podnosząc się i w końcu stanął pewnie na nogach. Nieznajomy przywią- zał konia z tyłu powozu, sam zaś wsiadł do środka i z kufra wyciągnął ciepłe ubranie i pelerynę, które polecił szlachcicowi 15 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H założyć. Potem pstryknął palcami na woźnicę, a ten ściągnął lejce i cztery czarne konie pognały przez las, unosząc ze sobą powóz, nieznajomego i szlachcica. Nie ujechali daleko, gdy pomiędzy drzewami zamajaczy- ły szare mury zamku. Powóz zatrzymał się w pewnym odda- leniu, nieznajomy nakazał szlachcicowi dosiąść konia i jechać dalej samemu, a nade wszystko – pamiętać o danej obietnicy. Szlachcic obiecał ponownie, podziękował za pomoc i co koń wyskoczy, pognał do zamku zastanawiając się, czy dziecko to chłopiec, czy dziewczynka. Z dziewczynką byłoby łatwiej, bo wydanie panny za mąż wiąże się z koniecznością wyłoże- nia dużego posagu, zaś chłopiec może wnieść posag żony do rodzinnego majątku. Poza tym, chłopiec byłby prawowitym dziedzicem świeżo nadanych mu przez króla włości. Tak czy owak, będzie musiał stanąć przed trudnym zadaniem przeka- zania wiadomości żonie. Jednak, czego by nie myśleć o prawie niespodzianki, zachowanie życia było dużo bardziej istotne niż coś, do czego jeszcze nawet przywiązać się nie zdążył. Dojeżdżając do zwodzonego mostu zauważył ze zdumie- niem, że w okolicy coś się zmieniło. Otóż, niespodziewanie, jego oczom ukazała się niewielka, dobrze utrzymana osada, przyklejona prawie do murów zamku. Okazało się bowiem, że żona rycerza była kobietą wygodną i przedsiębiorczą. Uznała ona, że półgodzinna wycieczka do wsi to za dużo. Potrzebo- wała też służby, bowiem mimo tego, że wierny Jan był bardzo zaradnym człowiekiem, nie mógł występować w roli praczki, pokojówki i kucharki. Udała się do wsi i nakazała młodym mężczyznom wybudować pierwsze, skromne domy na pod- zamczu. Z czasem pojawiły się kolejne, bowiem rodziny nie chciały być rozdzielane. Nie można było powiedzieć, by do nowych domów przenosili się chętnie, bowiem zamek cieszył się we wsi złą sławą. Opowiadano o nim straszne i dziwne historie. Sami wieśniacy skarżyli się, że w nocy coś nie daje 16 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H im spać. Zdawało im się, że coś ciężkiego spoczywa na ich piersiach sprawiając, że trudno im był złapać oddech. Starsi mieszkańcy orzekli, że ani chybi musi to być jakaś strzyga, która nocami wędruje po osadzie. Mądra baba, której nikt nie ważył się nazwać czarownicą, chociaż nią właśnie była, dała im ziół zebranych przy pełni księżyca i kazała wrzucać ich po trochu do płonącego w chałupie ognia, by strzygę odegnać. W końcu nocne duszenia się skończyły i mieszkańcy mogli spać spokojnie. Z czasem stara wieś całkiem opustoszała, po- zostały po niej tylko samotne chałupy. Wszyscy mieszkańcy przenieśli się w okolice zamku. Na pamiątkę owej pierwszej strzygi wioska ochrzczona została Strzygowem. O tym właśnie szlachcic dowiedział się, gdy tylko do- jechał do bramy, a żona wybiegła mu na spotkanie. Rycerz małżonkę utulił w ramionach, następnie zaś zaczął rozglądać się za dzieckiem-niespodzianką. Gdy zapytał o nie żonę, ta ze zdziwieniem odpowiedziała, że żaden potomek jeszcze się nie narodził, jednak jeśli rycerzowi bardzo zależy, mogą rozpo- cząć starania już najbliższej nocy. Z dumą za to opowiedziała mężowi historię nowo powstałej osady, oczekując że będzie zachwycony jej zaradnością. I wtedy właśnie szlachcic zro- zumiał, jak przewrotne bywa prawo niespodzianki. Przecież nieznajomy wyraźnie powiedział, że ma to być coś, o czym nie wie i czego się nie spodziewa. A ponieważ spodziewał się dziecka, od razu powinien zrozumieć, że nie tego dotyczył układ z tajemniczym wybawicielem. Tak oto szlachcic pojął, że oto musi oddać we władanie tajemnym mocom nowo po- wstałą osadę, o którą z pewnością nieznajomy upomni się nie- bawem. Po prawdzie, rycerz odetchnął z ulgą. Jeśli wybawiciel chce rządzić tą głupią osadą, niech mu będzie! Uznał, że oku- pił swoje życie niebywale niskim kosztem. Chce Strzygowo? Proszę bardzo, wieś należy do niego! 17 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H Ostatni dzień października powitał wszystkich desz- czem. Od samego rana na niebie kłębiły się gniewne, burzo- we chmury. Wicher szarpał konarami drzew, które trzeszcząc uginały się przed jego mocą. Mieszkańcy uszczelniali szpary w oknach i drzwiach suchym mchem, by nie stracić resztek ciepła. Jeszcze przed południem, rozległo się pukanie do bram zamku. Wierny Jan wyszedł na dziedziniec, zobaczyć kogóż to niesie w tak straszną pogodę. Ze zdziwieniem zauważył drobną, blondwłosą dziewczynę, odzianą w stare łachmany. Dziewczyna wyjaśniła, że niedawno straciła rodziców i wę- drowała w poszukiwaniu służby, a w tak wspaniałym zamku z pewnością znajdzie się jakaś praca. Jan, wzruszony losem dziewczyny, zaprowadził ją do kuchni. Tam polecił kucharce, by nakarmiła ją i pozwoliła się ogrzać, zaś następnie znalazła jakieś drobne prace, na przykład rozpalanie ognia w komin- kach, czy wynoszenie ziarna ptactwu. Dziewczyna podzięko- wała Janowi i z wdzięcznością zajęła miejsce przy piecu. Październikowe dni bywają krótkie, toteż szybko nad- szedł zmierzch. Zerwała się olbrzymia ulewa, błyskawice raz po raz rozdzierały niebo. Mieszkańcy wsi, przerażeni gwał- townością burzy, wystawili przed domy zapalone świece, które dla ochrony przed wiatrem umieścili w wydrążonych rzepach. Miały one odegnać demony, upiory i zagubione du- sze. Z daleka zdawać się mogło, że cała osada usiana jest drob- nymi płomykami, które tańczyły i migotały na wietrze. Szlachcic i jego żona siedzieli przy kominku w komnacie rycerskiej, gdzie na ścianach wisiały trofea w postaci wypra- wionych skór i głów upolowanych przez szlachcica jeleni oraz dzików. W kącie, na drewnianym krzyżu wisiała zbroja z hełmem, mieczem i tarczą ozdobioną nieznanym, rodowym herbem. Pod ścianą przemykała jasnowłosa, drobna dziew- czyna, z zamiarem dołożenia kilku szczap do trzaskającego w kominku ognia. Właśnie przyklękła, by wymieść nadmiar 18 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H popiołu, gdy rozległo się donośne puknie do bram zamku, które głośnym echem rozniosło się po pustych korytarzach. Szlachcic i jego żona popatrzyli po sobie zastanawiając się, któż to podróżuje w taką pogodę. Wierny Jan pobiegł otwo- rzyć bramę i po niedługiej chwili powrócił w towarzystwie gościa. Szlachcicowi zimny dreszcz przebiegł po plecach, od razu bowiem rozpoznał tajemniczego nieznajomego, który pomógł mu w drodze powrotnej do domu. Niczego nieświa- doma żona uśmiechnęła się niepewnie, zapraszając gościa by usiadł i wysyłając Jana by przyniósł więcej wina i dodatkowy puchar. Nieznajomy rozsiadł się wygodnie w pobliżu kominka. Szlachcianka zauważyła dziwne zachowanie męża i rzuciła mężowi pytające spojrzenie. Ten zaś bez słowa przypatry- wał się swojemu wybawcy, którego karmazynowy surdut wydawał się jednym z płomieniami tańczącymi w palenisku. W końcu szlachcic zapytał nieznajomego z czym przybywa, ten zaś odrzekł, że przychodzi po to, co mu się należy, to cze- go szlachcic się nie spodziewał, a o czym dowiedział się po po- wrocie do domu. Zdumiona szlachcianka spojrzała na męża, zaś on opowiedział jej o przygodzie, która przydarzyła mu się w drodze powrotnej i przyznał, że prawem niespodzianki, w zamian za uratowanie mu życia, wieś Strzygowo muszą od- dać tajemniczemu wybawcy. Żonie nie w smak było oddawać swoją wieś, rozumiała jednak, że nie mają wyjścia. W owych czasach, wszyscy okazywali respekt dla magicznych zasad. Prawo niespodzianki zaś było najważniejszą z nich. Nieznajomy strzepnął śnieżnobiałą chusteczkę trzymaną w dłoni i na ziemię poleciały z komina drobne iskierki, które opadły na kamienną posadzkę, by po chwili zgasnąć, pozosta- wiając po sobie drobne płatki popiołu. Na zewnątrz przeto- czył się grzmot. Mieszkańcy wsi zadrżeli ze strachu w swoich chatach przeczuwając, że oto zdecydowały się ich losy. 19 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H Nieznajomy powstał, klasnął w dłonie i na ten znak otwar- ły się drzwi komnaty. Puste korytarze zaroiły się od dziwnych stworów – strzyg, duchów i demonów. Przestraszona szlach- cianka uniosła się na krześle i zemdlała, zaś szlachcic pode- rwał się na równe nogi. W kandelabrach, jasnym płomieniem rozjarzyły się tysiące woskowych świec a mieszkańcom wsi zdało się, że nad zamkiem rozbłysła ognista łuna. Na głowie nieznajomego zapłonęła ciemnym światłem korona, na której przedzie widniał herb, taki sam, jak na ozdobnej zbroi stojącej w rogu komnaty. Niezwykła gra świateł jeszcze się jednak nie skończyła. W rogu komnaty pojawiła się łagodna, jasna łuna. Gdy szlachcic odwrócił się w tamtą stronę dostrzegł po raz pierwszy drobną dziewczynę w łachmanach, stojącą spokoj- nie obok sterty suchych szczap drewna, spoczywających na podłodze przy palenisku. Na ten widok, w oczach nieznajo- mego pojawił się wyraz głębokiego niezadowolenia. Dziew- czyna, nie zważając na wyraźną niechęć czarnego księcia, wykonała drobny gest dłonią i drzwi komnaty zatrzasnęły się z hukiem, pozostawiając po drugiej stronie wszystkie kłębiące się tam demony. Następnie postąpiła kilka kroków w kierun- ku szlachcica i łagodnym głosem przemówiła do wszystkich obecnych w komnacie. Oznajmiła, że siły ciemności próbowa- ły nadużyć prawa niespodzianki, które powinno być stosowa- ne tylko w wyjątkowych przypadkach. Jednak umowa została zawarta i nic jej zmienić nie zdoła. Siły dobra mogą jedynie złagodzić skutki owej umowy tak, by dusze mieszkańców zamku i wioski mogły kiedyś zaznać spokoju. Otóż, każde- go roku, ostatniego dnia października, gdy zasłona pomiędzy światem żywych i umarłych jest najcieńsza, odbywać się bę- dzie bitwa, do której piekielne i niebieskie moce przedstawią swoich wysłanników. Bitwa ta zwana będzie „Z nieba zstą- pieniem”, ponieważ tylko w tym dniu jasne moce będą mogły postawić stopę na wrotach piekieł. W zależności od wyniku 20 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H bitwy, przez kolejny rok, zamek i wieś pozostawać będą we władaniu zwycięzcy, a mieszkańcy czynić będą tak, jak naka- że im obecnie panująca siła. Żaden z mieszkańców nie może, do końca swojego życia, ani po jego zakończeniu, opuścić wsi. Pozostać w niej muszą również wszyscy przyjezdni, którzy przybędą do niej z własnej woli i pozostaną przez trzy noce z rzędu. Szlachcic dowiedział się, że zamek, w którym tak nieopatrznie się zatrzymał, od wieków należał do czarnego księcia, który zbudował go na samych wrotach piekieł. Ponie- waż jednak wieś została stworzona przez człowieczą żonę, nie podlegała pod władzę sił zła. Dlatego właśnie piekielne siły sprawiły, że szlachcic w drodze powrotnej uległ wypadkowi i zmusiły go podstępem, by wypełnił prawo niespodzianki. Rycerz zrozumiał, że cena, która zrazu wydała mu się niska i bez większego znaczenia, ostatecznie okazała się najwyższą z możliwych. Ani on, ani jego dzieci, za życia i po śmierci, nie będą mogły opuścić Strzygowa a wieś stanie się polem wiecz- nej walki pomiędzy siłami dobra i zła. Jeszcze przez wiele lat przeklinał dzień, w którym on, jego młoda żona i wierny słu- żący Jan dostrzegli pomiędzy drzewami szare, dostojne mury piekielnego zamczyska. Ulewa ustała nad ranem. Zniknęły demony, strzygi i upiory. Nigdzie nie można było znaleźć ani tajemniczego czarnego księcia, ani jasnowłosej służącej. Szlachcic wsiadł na konia i popędził przed siebie by sprawdzić, czy to wszystko mu się aby nie przyśniło. Jednak okazało się, że pomimo iż zdawało mu się, że oddala się od zamku, za każdym razem błędne ścieżki sprowadzały go z powrotem w okolice szarych murów. Wiele razy próbował i nie mógł opuścić Strzygowa. Ani on, ani żaden z mieszkańców wioski. Pozostawało czekać i wierzyć, że kiedy granica pomiędzy światami będzie naj- cieńsza i nadejdzie czas wielkiej bitwy, siły dobra zwyciężą i uwolnią potępione dusze. 21 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H *** Bliskość wrót piekieł i źródła mocy, znajdującego się pod domem sołtysa, emanowała na całą wieś. Zatruwała wodę, zmieniała rośliny i zwierzęta. W końcu, nie pozostał ani je- den nienaznaczony przez zło kamień, ani jedno drzewo, ani nawet najmniejsza drobina piasku. Wioska pulsowała ukrytą mocą, wabiącą do siebie niczego nieświadomych podróżni- ków, wyciągając swoje zatrute, lepkie macki. Drzewa prze- mieszczały się z miejsca na miejsce, ścieżki znikały nagle pozostawiając wędrowca w dzikiej głuszy, gdzie czyhały na niego zmiennokształtne zwierzęta. Wieś trwała, zawieszona w czasie i przestrzeni. Mijały wieki i wszystko wokół zmie- niało się powoli. Wygodne, asfaltowe drogi zastąpiły leśne dukty. Pojawiły się zdobycze cywilizacji takie jak prąd, te- lefony, komputery i codzienna prasa. Wszystko to przeni- kało również do Strzygowa, którego nazwa została w końcu zapisana na mapach administracyjnych jako Strzyżew, zaś następnie Strzyżewo. Z prostych chałup wyrosły gospodar- skie budynki. Powstał i sklep, i szkoła, a nawet murowany kościół. Z pozoru – zwykła wieś, jak wiele innych w tym regionie kraju. Pod powierzchnią zaś, do szpiku przeżarta przez królujące tu od wieków zło. Wiedzieli o tym, a może przeczuwali, mieszkańcy okolicznych osad i zamiast używać nazwy Strzyżewo, szeptali o niej „Wioska Przeklętych”. Nikt o zdrowych zmysłach nie wybierał się nocą w jej pobliże, a jeśli zbłąkany wędrowiec zmuszony był do przemknięcia się obok wieczorową porą, niejednokrotnie uczynił znak krzyża lub wysunął mały i wskazujący palec prawej dłoni na kształt rogów, by odegnać czyhające na niewinne dusze zło. Odnaleźć Strzyżewo było trudno i łatwo. Ci którzy go rozmyślnie szukali, błądzili w okolicznych lasach i jedyny pożytek miały z nich wilki, całymi watahami krążące po okolicy. Jeśli starali się je ominąć, błędne ścieżki prowadziły 22 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H ich wprost na polanę, na której stoją, przysłonięte mglistymi oparami, stare, podupadłe budynki. Straszne krążyły opowieści o zamieszkującej tam czarow- nicy. Prawdziwej wiedźmie z piekła rodem. Pisali nawet o niej w gazetach. Na językach znalazł się również sołtys i cała jego rodzina, łącznie ze śliczną jak obrazek, malutką córeczką. Ko- ściół i znajdująca się nieopodal krypta, nawet w środku dnia sprawiała, że przechodniom dreszcze chodziły po plecach. A pisarz? Ten który pojawił się nagle w Strzyżewie i nigdy go już nie opuścił? Pisarz, to zupełnie inna historia. Nie mniej straszna niż ta, o wioskowej nauczycielce. Co tu kryć – zło toczyło wszystkich i wszystko w Strzy- żewie. I co więcej, mieszkańcy tracili już nadzieję na ratu- nek. Nauczyli się żyć w sąsiedztwie zła. W zasadzie, gdy się przyzwyczaić, wcale nie było najgorzej. Raz w roku zbierali się więc na placu przed domem sołtysa, by z umiarkowanym zainteresowaniem obserwować wielką bitwę, której wynik zdawał się być z góry przesądzony. Zło w Strzyżewie miało głębokie korzenie. A pomiędzy jednym zstąpieniem a drugim, przemieszcza- jąc się w czasie i przestrzeni, wioska przeklętych zdobywała coraz to nowe dusze. Od czasu do czasu, w samym środku nocy, uchylały się wrota piekieł i na świat wypełzały straszli- we kreatury, by dręczyć, kusić i sprowadzać na ciemną stronę każdego, kto znalazł się w ich pobliżu. *** Witajcie w Strzyżewie, wiosce przeklętych. Czy odważycie się przenocować tu trzy noce z rzędu? 23 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H Wurdałak Grzegorz Gajek Cracovia, 27 Novembris mensis, A.D. 1517 Marcus Monescius ad suum patrem Iulium Czcigodny Ojcze, Wielce jestem wdzięczny za księgę, którą przesłaliście, ale bardziej jeszcze za opowieść zawartą w dołączonym do niej liście. Była mi ona główną ekscytacją ku temu, abym Wam opisał pełny przebieg wypadków towarzyszących memu zranieniu. Wybaczcie tylko, jeśli mym słowom zbraknie cy- ceroniańskiej gracji Waszego pióra. Bliższą mi zawsze była cezariańska zwięzłość, a i opowieść moja tak jest dziwną i nie- pokojącą, że jedynie suche przedstawienie faktów może mnie utrzymać w przekonaniu, że nie uległem złudzeniu. Jak wiecie, pan mój, Ludwik, z Bożej Łaski król Węgier i Czech, nieledwie jeszcze pacholęciem jest odumartym przez ojca zeszłej zimy. Do opieki nad nim zobowiązało się dwóch wielkich mężów, jako to Maksymilian, cesarz rzymski, oraz Zygmunt, król Polski, a Ludwika stryj. Celem umocnienia ro- dzinnej zażyłości pan mój z początkiem lata tego roku został za- proszony na dwór Zygmunta. Muszę przy tym pochwalić się, że i ja w owym zaproszeniu byłem imiennie wymieniony, gdyż król wielką atencją darzy Italię. Chodzą pogłoski, że poszukuje żony spośród naszych wielmożów, może nawet z Medicich. Pod koniec czerwca stanęliśmy na zamku w Krakowie. Król podjął nas godnie, nie szczędząc pieniądza na uczty, żon- 24 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H glerów i śpiewaków. Owe krotochwile szybko mi spowsze- dniały, jednak tyle z nich wyniknęło dobrego, że wszedłem w zażyłość z pewnym uczonym mężem imieniem Wawrzy- niec Choroszewski herbu Jastrzębiec. (Osobliwe jego imię, jak mi eksplikował, bliskim jest naszemu Lorenzo i należy je kojarzyć z laurowymi wieńcami poetów). Odnalazłszy w nim pokrewny umysł, zyskałem przewodnika, który wielce mi był pomocnym w moich studiach nad wschodnimi krajami, za- równo w materii ich fauny i flory, jak i obyczajów i wierzeń. Z końcem lipca zbrzydło i królowi ucztowanie, więc uda- liśmy się ku przepastnym borom przy wschodnich rubie- żach Rzeczypospolitej – na łowy. Przy okazji stryj mego pana chciał mu pokazać siedliska polskiego wołu leśnego, którego w miejscowej mowie zwą „żubrem”. Zwierzęta owe wyda- ły mi się wielce interesującymi ze względu na swe rozmiary i siłę. Z zaciekawieniem przyjąłem również informację, że są one chronione specjalnym królewskim nakazem i nie wolno nikomu na nie polować pod karą gardłową. Szersze ich opi- sanie zamieszczę w traktacie, nad którym pracuję, tymczasem wracam do opowieści. W pierwszych dniach sierpnia dotarliśmy do miejscowo- ści Strzyżewo-Wieś, należącej do zamieszkałego w odległo- ści kilku stajań Hieronima Strzygłowa herbu Sulima. Król z większą częścią dworu osiedli w pobliskim pałacyku my- śliwskim, reszta musiała stanąć we wsi rozlokowana po róż- nych tabernach. W tej drugiej grupie znaleźliśmy się również ja i pan Wawrzyniec, co było nam na rękę, gdyż zamiarowali- śmy przed udaniem się na łowy rozpytać się wśród szlachec- kiej drobnicy i chłopstwa o lokalne wierzenia. Aborigini nie przyjęli nas życzliwie. Łatwo było zmiarko- wać, że tameczny lud jest ponury i radziej trzyma sam ze sobą niźli z obcymi. Przechadzając się po osadzie od taberny do ta- berny zauważyliśmy też, że jakowyś niepokój wisi nad chału- 25 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H pami jakby cień mrocznej tajemnicy. Kto miał okiennice, trzy- mał je zatrzaśniętymi, a na wielu drzwiach wisiały krzyże. Aby wyjaśnić to zjawisko, zaszliśmy do farny. Tameczny proboszcz powiedział nam, że zeszłej zimy do wsi zawitała zaraza, a wygłodniali wilcy mnóstwo bydła poszarpali. Goło- ta, chłopstwo i insza ciemnota, eksplikował, boi się, że i tego roku się to powtórzy. Człowiek ten nie pojmował prawdziwej istoty goszczące- go wśród prostego ludu strachu, czego mieliśmy się wkrótce dowiedzieć. Polak, choćby niewiadomo jak skryty w sobie, to urodzony gawędziarz, trzeba mu tylko półgarnca miodu lub kwaterki wódki. Mając to na uwadze, wróciliśmy do jednej z tabern i powtórzyliśmy swoje zapytania, hojnie sięgając do kiesy. Okazało się, iż zdaniem wielu aboriginów za zarazę i stra- ty wśród bydła i trzody winny jest stwór zwany vurdalacus. Ów vurdalacus, pół-człowiek, pół-bestia, to upiór zrodzony z kazirodczego związku, pożywiający się ludzką krwią lub mięsem, duszący dzieciątka w kołyskach, przynoszący ze sobą mór i nieuro- dzaj. Ten i ów, podochociwszy sobie więcej niżby wypadało, prze- bąkiwał, że taką bestią jest pan miejscowy, Hieronim Strzygłów, jednak insi zaraz ich uciszali. Zapewne bali się gniewu pana. Parobcze gadanie, rzekł nam karczmarz, młody żydowin. Później jął tłumaczyć, że może pan Strzygłów i dusi dzieci, ale podatkami, a krowy porywa jako daninę. Surowy ów pan nie cieszył się wielką miłością, gdyż niezależnie od urodzaju trzymał się ściśle litery prawa, a przy tym wielki był oryginał i odludek. Jak wielki, miałem się przekonać. Jak również o tym, ile prawdy jest w gadaniu prostaczków, a już teraz mogę rzec, że więcej niźli się onemu karczmarzowi zdawało. Tymczasem jednak oburzała mnie ciemnota, z którą się spotkałem. Następnego ranka ruszyliśmy wreszcie na łowy. Przez trzy dni musiałem znosić niewygody spania na twar- dej ziemi i przyglądać się, jak młódź rycerska ciska oszczepem 26 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H lub strzela z łuku, choć radziej zaszyłbym się w ciepłej komo- rze z jakąś księgą. Za to pan mój Ludwik bawił się znakomicie. Trzeba Wam wiedzieć, Ojcze, że od kołyski nieomal zdradzał ciągoty ku sprawom rycerskim, choć jako dziecię był słabe- go zdrowia. Stryj jego, mimo iż posunięty wiekiem i tuszą, również wielką przyjemność znajdował w łowach. Sam byłem świadkiem jak przy pomocy włóczni powalił sporego dzika. Czwartego dnia, bardziej z nudy niż jakowejś głębszej po- trzeby, dałem się namówić na udział w nagonce na knura. Na swoje nieszczęście. Uciekał nam przez większą część dnia, klucząc po ba- gnach, gdzie konie nie mogły pewnie stąpać. Zwodził nas, drażnił, raz nawet napadł na naganiacza i śmiertelnie poha- ratał dwa psy. Zanim zagnaliśmy go w jar, z którego nie miał dogodnego wyjścia, zaczęło się już ściemniać. Pamiętając, jaki los spotkał owe psy, które wcześniej we- szły mu w drogę, nie byłem bardzo prędki, by podążyć za nim. Widząc moje niezdecydowanie, przodem ruszył pan De- ciusz herbu Topór, aby zakończyć sprawę. Prawdopodobnie, nieświadom, oddał swoje życie za moje. Z jaru wypadła na nas jakaś bestia. Czy był to ów dzik, którego tropiliśmy? Nie wiem. Usłyszałem kwik koni, krzyk. Bardzo wyraźnie poczułem ohydny smród, którego nie potra- fię nazwać inaczej niż smrodem śmierci. Kojarzył mi się z gni- jącym mięsem, krwią i mokrą sierścią. Potem mój koń upadł, a ja straciłem zmysły. Co zaszło, wiem z opowieści. Wedle nich dzik, wyjątkowo potężna bestia, wypadł z jaru, powalił pana Deciusza, tratu- jąc go śmiertelnie, a potem uderzył kłami mego wierzchow- ca, rozpruwając mu brzuch i wywlekając wnętrzności. Konie reszty naszego towarzystwa popłoszyły się tak, jakby sam diabeł na nie napadł, więc mało kto widział, co dokładnie się dzieje. Zanim udało im się nad nimi zapanować, bestia znikła. 27 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H Mnie znaleźli nieprzytomnego ze strzaskaną nogą, przygnie- cionego truchłem własnego wierzchowca. Zabrali mnie czym prędzej do królewskiego obozu, gdzie cyrulik stwierdził, że należy mnie przenieść do łoża i porządnie opatrzyć. Najbliższym dworem w okolicy okazało się Strzyżewo, sadyba pana Strzygłowa herbu Sulima. Ocknąłem się dopiero po tygodniu, wychudły i blady. Miałem paskudnie złamaną nogę, pęknięta kość przebiła skó- rę i mięśnie. Cyrulik bał się, że zabierze mnie zakażenie krwi; gorączka długo nie ustępowała. Ostatniego dnia byli pewni, że nie wyżyję, ale po przesileniu przyszła poprawa. Rankiem – otworzyłem oczy. Nadal wzdrygam się na wspomnienie człowieka, którego wówczas ujrzałem. Zdawało mi się, że ciągle majaczę. W komorze panowała duchota, śmierdziało starą krwią i przepoconą pościelą. Mo- ich przyjaciół nie było w pobliżu. Tylko on jeden odcinał się czarną plamą na tle roziskrzonych od słońca bielonych ścian, bardziej cień niż człowiek. Mój gospodarz. Sam jego wygląd budził niepokój. Niewysoki, chudy, żół- tawy, miał w sobie coś chorobliwego, jakby dawno nie oglą- dał słońca. Jego rzadkie włosy były kruczoczarne. W odróż- nieniu od innych Polaków policzki miał gładko wygolone, więc wąs nie zasłaniał nadmiernie mięsistych ust. Oszczędny w ruchach, zawsze mówił cichym głosem. Jeśli, jak powiadają, oczy są zwierciadłem duszy, to człowiek ów najwyraźniej du- szy nie posiadał, gdyż jego oczy zdawały się martwe. Tego dnia, któregośmy się po raz pierwszy ujrzeli, nie zamieniliśmy ani słowa. Pan Strzygłów przypatrywał mi się dłuższą chwilę. Cień uśmiechu błąkał mu się po ustach. W końcu wyszedł, a ja poczułem się tak, jakbym dopiero w tej chwili obudził się z koszmaru. Później zaszedł do komory mój przyjaciel pan Choroszewski wraz z kilkoma serdecznymi mi dworzanami Ludwika. Na mą prośbę roztworzyli wszystkie 28 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H okna. Chłód poranka, wesołe głosy kompanów i wrychle po- dane wino przepędziły cienie z mojej duszy. Niestety następnego dnia towarzystwo musiało dołączyć do bawiących się łowami królów, jednak do tego czasu na tyle sił mi wróciło, że byłem w stanie moje wcześniejsze niepokoje zrzucić na karb choroby i zasłyszanych w tabernie bajań pija- nego chłopstwa. Nie powiem, żeby przymusowa gościna wi- działa mi się miłą, ale cóż było czynić? Następny tydzień minął jak tydzień katorgi. Sen męczył mnie więcej niż odprężał. Ból i nawracająca czasami gorączka przynosiły koszmary. Budziłem się późno, z piekącymi oczyma i sztywnym karkiem, tylko po to by ujrzeć mojego ponurego gospodarza i ponownie nie zamienić z nim słowa. Dni spędza- łem w łożu, bez ruchu, z utęsknieniem wyglądając wizyt cyru- lika lub przynoszącego mi jedzenie olbrzymiego, gburowatego sługi. Były to jedyne okazje do tego, by z kimś słowo zamienić i przerwać nieznośną nudę. Wiadomość, że mogę spróbować stanąć na nogi, przyjąłem jak błogosławieństwo. W dniu, w którym wreszcie opuściłem łoże, zostałem poproszony na wieczerzę do gospodarza. Przy długim stole w sali bawialnej poza nim samym zastałem również jakąś damę. W pierwszej chwili założyłem, że musi być jego sio- strą. Po pierwsze, dlatego że pan Strzygłów nie wyglądał mi na kogoś, komu mogłoby zależeć na niewieścich wdziękach. Po drugie, dama poza jedną posiadała wszystkie te same co on cechy urody, jako to kruczoczarne włosy, kontrastujące z nimi jasne oczy, bladą cerę i drobną budowę kości. Różniło ich to, że, podczas gdy mój gospodarz straszył odrażającą wręcz szpetotą, ona zachwycała rzadkim, delikatnym pięknem. Pan Strzygłów nie spieszył się z prezentacją, zatem przed- stawiłem się sam i w zamian dowiedziałem, że dama jednak jest jego żoną. Katarzyna Strzygłów, tak się nazywała. Siedliśmy. Służba wniosła dania. 29 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H Ku memu zdziwieniu, zostałem usadzony na jednym koń- cu długiego stołu z panią Katarzyną po prawicy, podczas gdy pan Strzygłów zasiadł na końcu przeciwnym – samotny. Nie powiem, żebym nie cieszył się tym stanem rzeczy. Żona go- spodarza okazała się o wiele lepszym kompanem do rozmów niźli on sam. Szybko zmiarkowałem, że jest to dama wielkiej ogłady i do tego uczona. Łaciną władała z pełną swobodą. Choć nie światowa, z lektur wiele wiedziała o obcych krajach i zachęcała mnie, abym opowiadał o osobliwościach Italii. In- telektualna ekscytacja, jak i – nie ukrywam – kilka kielichów wina sprawiły, że poczułem się na tyle kontent, aby popró- bować konwersacji również z panem Strzygłowem. Uderzyło mnie, że, podczas gdy ja i jego małżonka zajadamy w najlep- sze, on tylko obraca w palcach kielich z winem i przygląda nam się, samemu nie tykając potraw. Zagadnąłem go o to. Nie odpowiadał tak długo, że przyszło mi do głowy, iż mnie nie dosłyszał lub zignorował. Zmieszany, nie powta- rzałem zapytania. On jednak po jakimś czasie drgnął, jakby dopiero co się przecknął. Popatrzył na mnie. Zaśmiał się, zakrywając dłonią usta. Wreszcie rzekł: Miły panie, proszę o wybaczenie, jadam tylko specjalnie przygotowane potra- wy. Później zapatrzył się na swój kielich. Myślałem, że jego zainteresowanie moim pytaniem już minęło, lecz myliłem się ponownie. Nie odrywając wzroku od kielicha zaczął mówić cichym, aksamitnym głosem. Rozwodził się szeroko nad starym zranieniem, które otrzy- mał podczas wojny moskiewskiej. Bełt z kuszy, powiedział, ugodził go prosto w wątpia. Cudem wyżył, ale organy jego dotąd nie odzyskały dawnej sprawności, dlatego jadał jedy- nie delikatne, długo gotowane mięsiwa. Z jakiego zwierzęcia, nie powiem, skwitował. A na zakończenie, ku mej najwyższej odrazie, wdał się w rozważania nad trudnościami wydalni- czymi, które miewał. 30 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H Do tego czasu żałowałem już, żem się w ogóle do niego zwró- cił. Spróbowałem przeprosić się bólem w nodze, który zresztą na- prawdę od jakiegoś czasu mi doskwierał, ale pan Strzygłów upie- rał się, żebym poczekał, aż wniosą jego danie. Chciał mi pokazać owo cudo, które z taką łatwością przechodziło przez jego jelita. Rad nierad musiałem wytrwać. Odrobinę pociechy odna- lazłem w tym, że gospodarz umilkł, pozwalając żonie przejąć zadanie zabawiania mnie. Pomimo bólu i spowodowanego wzburzeniem nawrotu gorączki odpowiadałem grzecznie, starając się wykrzesać z siebie wcześniejszy entuzjazm. Nareszcie wniesiono danie dla pana Strzygłowa. Nie wyglą- dało imponująco. Ot, podługowaty kawał szarego mięsa. Najwy- raźniej gotowany. Bez sosu. Nie zwróciło wówczas mej uwagi, że wcale nie wydaje się delikatny, odpowiedni dla kogoś cierpiącego na wątpliwe schorzenia. Nie zastanowiłem się też, pomimo wcze- śniejszej uwagi pana Strzygłowa, z jakiego może być zwierzęcia. Radowałem się tylko, że dane mi będzie wreszcie oddalić się do swej komory. Wstałem. Zakręciło mi się nieco w głowie. Pani Katarzyna przyzwała znanego mi już potężnego sługę, aby mnie podtrzymał i odprowadził. Przeprosiła, że tak długo mnie trzymali, a potem zaczęła chwalić mą ogładę. Wtem pan Strzygłów ponownie się odezwał, nie patrząc na nas, nie odrywając się od posiłku, całkiem jakby mówił do siebie. Jego słowa wprawiły mnie w osłupienie i zażenowanie tak wielkie, że spłoniłem się jak panna. Zachwycał się bowiem mą urodą, chwaląc zwłaszcza me wyraźnie silne – achillejskie, jak rzekł – łydki oraz kształtne uda. Nie byłem pewien, czy wziąć tę wypowiedź za afront, zresztą nie bardzo wypadało, abym ganił swego gospodarza, więc wycofałem się pospiesznie z sali. Położywszy się, długo nie mogłem zasnąć. Rozbolała mnie głowa i czułem się słabo. Noga dawała mi się we znaki nie mniej niż pierwszego dnia po przebudzeniu. Wypełnia- 31 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H ła mnie odraza wobec dworu, w którym byłem uwięziony, i siedzącego na nim pana. Zastanawiałem się, ile jeszcze będę musiał czekać, nim ktoś mnie stamtąd zabierze. Współczułem też biednej damie, która w tym ponurym miejscu spędziła pewnikiem większą część żywota. Zdarza się tak czasem, że gdy intensywnie o kimś myśli- my, samą siłą umysłu sprowadzamy tego kogoś do siebie. Dla mnie pewnie lepiej by było, gdyby wtenczas tym kimś okazał się pan Wawrzyniec, miast niego jednak jeszcze tej samej nocy do drzwi mojej komory zapukała pani Katarzyna. Jej wizyta nie wydała mi się niczym niestosownym, tym bardziej, że przyszła wraz ze sługą. Nie ma zresztą nic zdroż- nego w tym, że dama odwiedza mężczyznę, gdy ten zaległ zmożony chorobą. Ponadto godzina nie była wcale późną, gdyż, zmęczony wieczerzą, szybko się położyłem. I proszę, Ojcze, nie myślcie, że się Wam tłumaczę, jak to robią win- ni. Daleki jestem od tego, by ukrywać swoje grzechy. Tam- tej nocy moje spotkanie z panią Katarzyną, przynajmniej dla mnie, było zupełnie pozbawione grzesznych intencji. Przyszła, aby przeprosić mnie, jeśli poczułem się dotknięty zachowaniem jej męża. Nalegała, abym mu wybaczył, gdyż ze względu na słabe zdrowie stał się zgorzkniałym i nieraz nie cał- kiem władnym nad słowy i czyny. Przyniosła mi też księgę, abym miał czym się zająć w ciągu następnych dni rekonwalescencji. Od tamtej chwili widywaliśmy się regularnie. Przychodzi- ła miast cyrulika zmieniać mi opatrunki, a czasami po prostu zobaczyć jak się mam. Wieczerzaliśmy razem każdego dnia, rozmawiając przy tym z sobą i unikając uwagi pana Strzygło- wa. Przy ładniejszej pogodzie prowadzała mnie po podwór- cu, choć z konieczności te spacery musiały być krótkimi. Kie- dy skończyłem książkę, którą mi dała, przyniosła następną. Nie było to nic wartego wspomnienia, ale pozwalało wypełnić czymś nudę chwil spędzanych bez niej. 32 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H Przez jakiś czas rosłem w siłę, ale potem pogoda się zmie- niła. Nadszedł okres słotny, zapowiedź coraz bliższej jesieni. Wraz ze wzburzeniem elementów najwyraźniej wzburzyły się również humory w moim ciele. Ból w nodze stał się silniej- szym, coraz częściej cierpiałem na nawroty gorączki. W tym okresie pani Katarzyna jeszcze czulszą otoczyła mnie opieką i jeszcze więcej czasu spędzaliśmy wspólnie. Aż pewnej nocy odwiedziła mnie w łożnicy i – niech Bóg mnie osądzi – nie opierałem się jej. Ból i gorączka zamiast ostu- dzić mój zapał tylko go zwiększyły. Nie wiem, skąd wzięła się we mnie ta grzeszna ciągota, czy była wynikiem choroby, czy związanego z brakiem aktywności niepokoju ducha, czy może wreszcie wynikła z niesamowitej aury miejsca, w któ- rym się znalazłem. Piszę Wam o tym, Ojcze, zanim powierzę moje grzechy Bogu przez spowiedź, gdyż wiem, że mnie nie potępicie, a potrzebuję z kimś podzielić się brzemieniem, by lepiej zrozumieć szaleństwo własnej natury. Odrazą napawa mnie to, co uczyniłem, ale nie tak wielką jak to, co nastąpiło potem. Przez dwa albo trzy dni moje kontakty z panią Katarzyną straciły na częstotliwości, co jest naturalne, biorąc pod uwagę sytuację. Nie czułem się jednak winny. Dlatego, kiedy przyszła znowu nocą, przyjąłem ją ochoczo. Dopiero gdyśmy się zbli- żyli, spostrzegłem, że w jakiś czas po niej do komory wkradł się jej mąż. Byłem wstrząśnięty, bałem się, że przyłapał nas i zareaguje w jedyny możliwy dla mężczyzny sposób – się- gając po żelazo. Tymczasem on siedział tylko i przyglądał się nam tymi swoimi nieludzkimi, wyłupiastymi oczyma. Pani Katarzyna wyczuła moją nagłą drętwotę. Rozejrzała się po pokoju, a ujrzawszy go, roześmiała w sposób wyuz- dany. Miast przerwać, zachęcała mnie do dalszych igraszek. Lecz ja straciłem po temu wszelką ochotę. Obrzydzony, ode- pchnąłem ją od siebie. Krzyknęła coś po polsku, po czym wy- 33 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H szła w stanie najwyższego oburzenia. Pozostałem sam na sam z jej mężem. Wtenczas zaczął mnie ogarniać strach. Absurd sytuacji i jej kontradykcja wobec naturalnego porządku rzeczy sprawi- ły, że - kolejny już raz - poczułem się jak w koszmarze. Oto ja, w ciemnej komorze, w łożu splamionym grzeszną rozpustą, a naprzeciw mnie para pustych zwierzęcych oczu. Jeśli przeżyję tę noc, wyjadę – postanowiłem sobie. Pan Strzygłów po dłuższym czasie poruszył się wresz- cie. Wstał i podszedł do mnie. Wyciągnął dłoń. Cofnąłem się odruchowo. Coś głęboko we mnie podpowiadało mi, że jego dotyk jest nieczysty. Jednak jak długie jest łoże? Nie miałem gdzie uciekać. Dotknął mnie. Delikatnie musnął palcami mój policzek. Uśmiechał się przy tym. Potem, równie delikatnie, musnął moją usztywnioną, obandażowaną nogę. Zakłuło lekko. Wyszedł. Tę noc spędziłem bezsennie, a o pierwszym brzasku za- brałem się za wykonanie swego postanowienia. Sprawa oka- zała się trudna. O jeździe konnej nie było mowy, więc zaczepi- łem parobka z wozowni. Ten nie dość, że nie rozumiał łaciny, to jeszcze okazał się niemową. Próbowałem wabić go obiet- nicami zapłaty, pokazując mu sakiewkę i powtarzając na- zwę Strzyżewo-Wieś. On pokazał tylko, jak jego but grzęźnie w błocie i wzruszył ramionami. Zrozumiałem. Myśl o spędzeniu kolejnego dnia w tak nienaturalnych okolicznościach wydała mi się wstrętną, więc w odruchu desperacji postanowiłem skonfrontować mego gospodarza. Przyjął mnie życzliwie, jakby nic nigdy nie zaszło. Informa- cję o moim wyjeździe zbył machnięciem ręki. Nastawał, abym dokończył kuracji. Lękał się o moje zdrowie. Nie uspokoiła mnie ta rozmowa. Resztę dnia spędziłem na gorączkowych modłach o poprawę pogody, a nocą nie kła- dłem się spać pomimo znużenia. 34 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H Niewiele to zmieniło. Tym razem odwiedził mnie gospo- darz wraz z samsonowatym sługą. Z początku, podobnie jak poprzednio, obaj siedzieli tylko i przyglądali mi się. Próbowa- łem ich zagadywać, ale ignorowali mnie. Później pan Strzy- głów wstał, podszedł do mnie i spróbował znowu dotknąć mojej twarzy. Odtrąciłem jego rękę i w gniewie chciałem ze- rwać się z łóżka i wynieść choćbym miał kusztykać całą drogę przez las, lecz nim zdążyłem się podnieść, dopadł do mnie sługa i oburącz przycisnął do łoża. Zaczęliśmy się szamotać. Uderzyłem wielkoluda w twarz, łamiąc mu nos i już zrywa- łem się do nieporadnej ucieczki, gdy nagła eksplozja bólu osa- dziła mnie na miejscu. Pan Strzygłów otwartą dłonią uderzył mnie w zranioną nogę. Zakręciło mi się w głowie, żółć podeszła do ust. Zrozumia- łem, że w obecnym stanie jestem całkowicie bezradny, zdany na łaskę zwyrodnialca, który przyjął mnie w gościnę. Jego słu- ga otarł krew z twarzy i ponownie skrępował mi ramiona. Pan Strzygłów uśmiechnął się. Jego spojrzenie wyraźnie padło na moje wstydliwe części. Wyciągnął dłoń i dotknął ich. Później powoli powiódł palcami wzdłuż uda aż do pęknię- tej piszczeli. Nacisnął na nią lekko. Ponownie zakręciło mi się w głowie. Krzyknąłem. Spoliczkował mnie. Potem wyszedł nie uroniwszy ani słowa, a sługa podążył za nim. Zostałem sam. Obrzydzenie i strach przelały się prze- ze mnie obezwładniającą falą i musiałem dać im upust, kalając podłogę podle łoża. Humory uszły ze mnie z taką gwałtow- nością, że straciłem zmysły i na kilka godzin popadłem w go- rączkowe majaczenia. Ocknąłem się nad ranem; osłabiony, lecz zdeterminowa- ny opuścić to obłąkane miejsce. Pomyślałem o wymknięciu się oknem, lecz po bliższych oględzinach zorientowałem się, że w moim stanie byłoby to 35 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H po pierwsze niebezpieczne, po drugie – hałaśliwe. Podsze- dłem zatem do drzwi. Na poły spodziewałem się, że będą za- mknięte. Nacisnąłem klamkę – ustąpiły bez oporu. Wyjrzałem do izby. Pusto. Ostrożnie ruszyłem do wyjścia na podwórzec. Niestety po obejściu kręcił się już ten sam potężny parobek, który nawiedził mnie w nocy. Gdyby nie moja noga pewnikiem dałbym radę przemknąć się kole niego, póki był zajęty. Chętnie zaryzykował- bym nawet kradzieży koni byle tylko się wydostać. Tymczasem byłem więźniem, choć nikt nie trzymał nade mną straży. Cofnąłem się do izby. Powoli dochodziło do mnie, że jeśli mam się uratować to tylko jednym sposobem i choć jestem mężem pióra i kałamarza, a nie miecza, gotowałem się do walki. Na początek trzeba mi było znaleźć broń. Fechtunek nie wchodził w grę, więc zacząłem się rozglądać za jakimś pistoletem. Polacy mają w zwyczaju trzymać mnóstwo wsze- lakiego oręża pod ręką, gdyż w razie wojny król mocny jest wszystkich ich powołać do wojska. Trzymają także liczne tro- fea jako znak dawnych wojennych przewag. Jednak ku memu zdziwieniu nie udało mi się niczego znaleźć ani w sieni, ani w izbie, ani w wieczerniku. Postanowiłem zakraść się do prywatnej komory pana Strzygłowa. Jego samego na szczęście tam nie zastałem. W ogóle dwór wydał mi się dziwnie cichy i wyludły; jedynie z kuchni dochodziły dźwięki jakiejś krzątaniny. Zabrałem się za przeszukiwanie sekretarzyka. Znalazłem tam mnóstwo papierów, ale niczego, co mogłoby mi być pomoc- nym w ucieczce. Już miałem porzucić bezowocne wysiłki, kiedy spojrzenie moje padło na potężny, oprawny w skórę wolumen, spoczywający w jednej z szuflad. Na obwolucie widniał eleganc- ki, choć nieco już zatarty, inkrustowany napis: Silva Rerum. W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję, gdyż owe Silvae Rerum są ciekawą osobliwością polskiego obyczaju, 36 H A L L O W E E N P O P O L S K U — W I O S K A P R Z E K L Ę T Y C H którą przyszło mi poznać za sprawą pana Choroszewskiego, a k
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

31.10 Wioska przeklętych
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: