Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00518 010258 10710865 na godz. na dobę w sumie
A komu czasem nie odbija? - ebook/pdf
A komu czasem nie odbija? - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 275
Wydawca: SELF-PUBLISHER Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3625-4117-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook (-20%), audiobook).
Zwolnienie z pracy każdemu może się zdarzyć, zdarzyło się również Jurkowi, filarowi firmy produkującej dewocjonalia. Życie jednak nie znosi próżni. Nasz bohater przypadkowo wygłasza mowę pogrzebową i zostaje zatrudniony w firmie zajmującej się pochówkami jako mówca. Jest jednak niedostosowany społecznie i popada w konflikt z kolegami z pracy, policja bierze go za seryjnego mordercę zwanego Maniusiem Brzytewką i jeszcze się nieszczęśliwie zakochuje w cudzej żonie, która ma zamiar wyjechać na stałe na Wyspy Kanaryjskie. W sumie, jedna wielka tragedia z wieloznacznym męczeniem kota w tle. Do tego dialogi bez wątpienia pretendujące do miana kultowych i postacie, w których można się od razu zakochać, jak pan Miecio przedsiębiorca pogrzebowy z doktoratem z filozofii, fałszywy rabin Lejczower czy przestępcygawędziarze: Bibuła i Graf.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 Bożydar Grzebyk A komu czasem nie odbija? Grodków 2011 2 Okładka Zamaskowani obrońcy Atlantydy Skład i łamanie BeNo ISBN 978-83-62541-17-1 copyright © by Bożydar Grzebyk, Kraków 1998 copyright © by „Dobre Słowo”, Grodków 2011 „Dobre Słowo” ul. Traugutta 12 49–200 Grodków www.grodkowskie.pl e–mail: redakcja@grodkowskie.pl 3 Prolog Sierota po Kuferku Jurek był przerażony. Czuł strużki potu spływające z czoła i nieznośny ucisk w gardle. Wbijał spojrze- nie zbitego psa w twarze mijanych ludzi i czekał na chwilę, kiedy zostanie zdemaskowany. Kiedy ktoś wyciągnie w jego stronę palec i zacznie krzyczeć. A może tylko ryknie pełnym szyderstwa śmiechem? Tak, najgorsze było to oczekiwanie i towarzyszące mu napięcie. No i wstyd. Bo przecież trzydziestolet- ni mężczyzna spacerujący w godzinach szczytu po centrum miasta ubrany jedynie w zbyt krótki pod- koszulek musi czuć wstyd. Chyba że jest ekshibicjo- nistą albo artystą happeningowym. A Jurek nie był ani jednym, ani drugim. Kiedy mijał rząd budek telefonicznych zobaczył uroczą szatynkę w żółtej sukience. Zamknął oczy i odetchnął głęboko. Wiedział, że to już koniec. To właśnie ta dziewczyna pierwsza dostrzeże jego na- gość. Tak przynajmniej było do tej pory... 4 Szatynka wyciągnęła w jego stronę rękę. Jakaś ko- bieta zasłoniła oczy dziecku, staruszek potrząsnął groźnie parasolem i Jurek zapadł się w mrok. Pościel była mokra od potu. Wstał z łóżka, strącając z kołdry kotkę. Popatrzyła na niego z politowaniem w oczach, ziewnęła i zeskoczyła z łóżka na podłogę. Powoli podeszła do miseczki z chrupkami i zaczęła jeść. Jej właściciel stanął przy oknie i w milczeniu pa- trzył na pogrążone w szarości świtu miasto. Bał się. Ten nudystyczny sen zawsze zapowiadał jakieś nie- szczęście. Oblany egzamin, wypowiedzenie umowy o wynajem mieszkania albo spotkanie z osobą, któ- rej za żadne skarby nie chciał spotkać. Wschodziło słońce. Zapowiadał się piękny dzień. Dobry dzień na to, żeby mieć pecha. * * * –Jesteś leniem – oznajmił mu dyrektor Wiesław Kuferek. – Myślisz, że będę trzymał takiego pracow- nika, który nic nie potrafi? Nawet z hurtownikiem po ludzku pogadać nie umiesz. Za kogo ty się uwa- żasz? Że jak ktoś ma tylko zawodówkę, to można go jak traktować jak pomietło? Tylko on ma kupę forsy, a ty ten inteligencki uśmieszek i nic poza tym. Dlate- go już u mnie nie pracujesz. Dyrektor westchnął. Klepnął przyjacielsko Jurka po plecach. –Masz szczęście, że to się tylko tym kończy – dodał poufale. – Krzychu to cię chciał nawet po gębie obić, 5 za to żeś poprawiał każde jego słowo. Na szczęście to ludzki gość. Wypiliśmy i dał ci jeszcze jedną szansę. Ale przecież z każdym klientem pił nie będę. I nie będę trzymał pracownika, który mi klientów odstra- sza. Dyrektor wyjął z kieszeni kilka pomiętych bankno- tów. –Masz tu pensję za następny miesiąc – włożył Jur- kowi pieniądze do kieszonki koszuli. – Znaj moje dobre serce, bo przecież robisz tu „na gębę”. Jurek bez słowa odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Kiedy położył dłoń na klamce zatrzymał się i rzekł do Kuferka: –Dziękuję panie dyrektorze. Były szef niecierpliwie machnął ręką. Jurek zaczął się przeciskać przez mroczny korytarz zastawiony pudłami z plastikowymi butelkami w kształcie świę- tych, których głowy pełniły funkcję zakrętki, pach- nącymi Matkami Boskimi i gipsowymi aniołkami ściskającymi w dłoniach ogniste miecze. Mijał je z obojętnością, choć sprzedaży tych arcydzieł sztuki odpustowej poświęcił niemal rok ze swego trzydzie- stoletniego życia. Na zewnątrz świeciło słońce. Świat spowity w jego promienie wydawał się być urzekająco piękny, co było niezbitym dowodem na to, że naszą najbliż- szą gwiazdę można zaliczyć do grona największych kłamców jakich znała ludzkość. Przygnębiony ra- dosnym widokiem roztaczającym się przed oczami, 6 Jurek ruszył w stronę pobliskiej piwiarni, aby alko- holem etylowym zamordować kilka tysięcy szarych komórek, które były odpowiedzialne za jego per- manentną depresję. Minął białe BMW wypełnione czworgiem małych Kuferków, których płci nie po- trafił rozróżnić. Nie spojrzał nawet na swoją byłą pryncypałową, która, na widok jego obojętności, za- stygła w bezruchu równie doskonałym jak ukarana za ciekawość żona Lota. Najwyraźniej lekceważenie okazywane przez pracowników firmy było dla niej kataklizmem porównywalnym z tym, który zniszczył z woli Boga rozpustne miasta. W pijalni piwa miał swoją główną kwaterę okolicz- ny półświatek. Oprócz różnego rodzaju niebieskich ptaków zabijali tam nudę zdegenerowani inteligen- ci, nieszczęśliwi mężowie i notoryczni bezrobotni. Było to miejsce magiczne. W zadymionej, cuchną- cej tanim tytoniem i skwaśniałym piwem sali pijacki bełkot mieszał się z artystyczną gwarą i przestęp- czym slangiem, tworząc metafizyczną symfonię de- kadentyzmu i nihilizmu. Były sprzedawca dewocjonaliów obrzucił klien- tów lokalu nieufnym spojrzeniem. Z niesmakiem stwierdził, że większość stolików obsiedli niezreali- zowani twórcy, którzy godzinami rozprawiali o nie- sprawiedliwości świata wobec prawdziwej sztuki. Programowo unikał takich konwersacji, gdyż serce miał litościwe i jęki artystów spychały go na samo dno baudelaire’owskiej otchłani smutku, z której od 7 miesięcy usiłował się wydostać. W kącie dostrzegł Bibułę i Grafa, dwóch cieszących się powszechnym szacunkiem bandytów. Pierwszy z nich zyskał sławę uprowadzając ciężarówkę pełną tekturowych pudeł, w których spodziewał się znaleźć papierosy z prze- mytu, a była tam jedynie kolorowa bibułka. Graf na- tomiast zyskał przydomek dzięki uprawianiu handlu filmami pornograficznymi. Kiedy zatrzymała go na jednym z miejskich bazarów policja, oznajmił funk- cjonariuszom z rozbrajającym uśmiechem, że jest pornografem. Było to słowo zbyt długie, nieekono- miczne w wymowie, więc stróże prawa nobilitowali go z niemiecka, czym sprawili mu wielką przykrość. Z przekonania był bowiem bolszewikiem i arysto- kracja w jego mniemaniu stanowiła klasę pasożytni- czą, którą trzeba ograbiać z wszelkich bogactw. Jurek podniósł do ust kufel piwa podsunięty mu przez bez słowa przez Grubą Helkę. Wręczając jej pieniądze spostrzegł wielki nagłówek na pierwszej stronie leżącej na ladzie gazety „Seryjny morderca tnie równo”. Przez chwilę stał wpatrując się w duże czarne litery, jakby żałował, że to nie jego jakiś sza- leniec pochlastał brzytwą. Nagle mruknął coś nie- zrozumiale pod nosem i ruszył w głąb sali. –Mogę się dosiąść – zapytał zatrzymując się obok stolika niebieskich ptaków. Bibuła spojrzał na niego spod przymkniętych powiek. –Pewnie Święconka – rzucił po chwili. – Cóżeś taki zmizerowany jak cieć na kacu? 8 Graf wyszczerzył zęby w uśmiechu. –Ten wieprz wywalił mnie z roboty – Jurek uśmiechnął się smutno i pociągnął duży łyk piwa. Bibuła pokiwał ze smutkiem głową. –Dobierałeś się do Kuferkowej czy kradłeś? – za- pytał poważnie. –A co tam kraść? Gipsowe aniołki? Zresztą Kufe- rek wcześniej odwali kitę niż da się okraść. Przez ta- kiego pana Krzysia. Nie mogłem się z nim dogadać, bo na trzy wypowiadane przez niego słowa dwa opi- sują najstarszy zawód świata. No i naskarżył, że mu zwróciłem uwagę... – Jurek zawiesił dramatycznie głos. Po chwili dodał: – To taki dupek, który przy- jeżdża pod dom Kuferka czerwonym audi. To pra- wie nówka... Do tego facet jest tak skąpy, że zamiast alarmu zainstalował sobie migającą diodę. –To rzeczywiście prawdziwy dupek – powiedział w zamyśleniu Bibuła. – Powinieneś mu dokopać. –Już od dziecka wszyscy uważają, że jestem gene- tycznie obciążony, bo brzydzę się przemocą – Jurek pociągnął kolejny łyk piwa. – I uczciwy, cholera, je- stem. Nikogo bym nie skrzywdził i nie okradł. –Święconka, ty nic w życiu nie osiągniesz – Graf poklepał nieudacznika po plecach. – Ale od czego ma się kumpli, załatwimy ci robotę... Do piwiarni wszedł niski, gruby mężczyzna w czar- nym garniturze. Odszukał wzrokiem Grafa i Bibułę, podniósł rękę w geście pozdrowienia i szybkim kro- kiem zaczął zbliżać się do stolika. 9 –Robota sama idzie – mruknął do Jurka Graf. –Dzięki Bogu, że tu jesteście – grubas wyjął z kie- szeni chusteczkę i zaczął wycierać sobie czoło. – Za dwie godziny trzeba obstawić nieboszczyka. Rodzin- ka chce przyjaciół na zdjęciu. –Panie Mieciu, bujaj się pan sam – Bibuła po- tarł palcem nos. – Znowu się impreza przeciągnie, a cmentarz miejsce święte. Nawet dymka pociągnąć nie wypada. Do tego jeszcze w gębę można zebrać. Grubas zaczerwienił się i opadł zdenerwowany na stojące obok krzesło. –Panowie, czy to moja wina, że wdowiec oszalał i rzucał się na trumnę? – pan Miecio nagle rozindy- czył się. – A po jaką cholerę zaczęliście go podnosić? Płaciłem wam za to? –Cóż zrobić, serce mam miękkie i zawsze chcę po- móc, kiedy ktoś cierpi – Bibuła podrapał się po gło- wie. – W każdym razie za te pieniądze już nie pój- dziemy. –Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pienią- dze – grubas rozpromienił się. – Dostaniecie dychę więcej niż ostatnim razem. –Trzy albo szukaj pan kogo innego – Bibuła splu- nął w stronę ściany. –15 złotych to maksimum i pod warunkiem, że buty sobie wypastujecie i nie będziecie rozpinać kołnie- rzyków – pan Miecio był już całkiem rozluźniony. – I tak daję wam to kosztem moich małych dzieci. –Panie Mieciu, pan przecież nie masz dzieci – Graf pociągnął nosem. 10 Grubas zmarszczył czoło. –Nie doceniasz mnie. Jakbym wam opowiedział jakim byłem kiedyś pistoletem, to byście nie uwie- rzyli – wyrzucił z siebie z przekonaniem. – Kiedy pomyślę o owocach szalonych, letnich nocy mojej młodości, to zaczynam cierpieć na bezsenność. Co ja bym zrobił, gdybym musiał wszystkim płacić ali- menty? Bandyci pokiwali w zrozumieniu głowami. Sami co miesiąc powinni przekazywać pieniądze na utrzy- manie łącznie trzech dzieciaków. Bibuła nagle wska- zał palcem na Jurka. –Ten nowy idzie z nami – stwierdził. Grubas zamyślił się. Po chwili zmrużył powieki. –Mogę mu dać tylko połowę stawki – powiedział stanowczo. – Niedoświadczony jest. Graf i Bibuła spojrzeli pytająco na Jurka, który uśmiechnął się nieśmiało. –Dobrze – rzucił od niechcenia. –Gdzieś ty chłopie tak nauczył się targować? – Graf pokręcił z dezaprobatą głową. –Pewnie na uniwersytecie – Bibuła roześmiał się. Zawtórował mu pan Miecio i Graf. Uniwersytet jest bowiem bardzo śmiesznym miejscem. 11 Rozdział 1 Firma Firma pana Miecia, „Święta Pamięć”, od kilku lat przeżywała prosperity. Było to niewątpliwie zwią- zane z faktem, że miasto bardzo podupadło. Dy- namiczne firmy przeniosły się w inne strony, gdzie urzędnicy mieli więcej umiaru w braniu łapówek, decyzje zapadały szybko i nikt nie organizował protestów i pikiet przed siedzibami inwestorów. Mieszkańcy miasta szybko to odczuli. Ich dochody od kilku lat spadały. A brak kasy wywoływał słyn- ny w całym kraju spleen, który określano mianem „artystycznej atmosfery”. Taka gra pozorów wywo- ływała stres, który niewątpliwie sprzyjał rozwojowi wszelkich chorób, podobnie jak ogrzewanie miesz- kań w starych kamienicach kupowanymi za grosze od bezdomnych eksploratorów śmietników, plasti- kowymi butelkami i innymi łatwopalnymi śmiecia- mi. Zimą, kiedy promienie słoneczne nie były w sta- nie pobudzić w organizmach produkcji hormonów 12 optymizmu, w mieście panowały nastroje depresyj- ne, a w powietrzu unosiła się chmura rakotwórczych dioksyn i śmiercionośnych pyłów. Wszystko to niezwykle korzystnie wpływało na interesy pana Miecia, który zresztą nie liczył jedy- nie na warunki naturalne, lecz aktywnie pomagał swojemu szczęściu, ze zrozumieniem podchodząc do rosnących z roku na rok potrzeb pracowników pobliskiego szpitala i hojnie sponsorował ich przed- sięwzięcia budowlane i komunikacyjne. W zamian otrzymywał informacje o operacjach, które nie mo- gły skończyć się dobrze, pacjentach, których stan nie rokował wielkich nadziei i świeżo wystawionych ak- tach zgonu. Inwestycje w pracowników służby zdro- wia były bardzo rentowne i z pewnością, gdyby nie branża, w której przyszło robić interesy panu Mie- ciowi, otrzymywałby tytuły najlepszego menedżera i przodownika biznesu. Właściciel „Świętej Pamię- ci” znał jednak naturę ludzką i wiedział, że nie na- leży afiszować się zarówno z własnym bogactwem, jak i z obrotami firmy. Zatajał je nie tylko przed opinią publiczną, ale także przed urzędem skarbo- wym. Szczególnie brzydził się podatkiem od warto- ści dodanej, zwanym potocznie VAT-em. Twierdził, że jego firma realizuje wszystkie najwyższe wartości i żadnej innej dodawać nie pozwala mu moralność, a tym samym nie może płacić podatku od czegoś, co nie istnieje. Straty, jakie ponosiło społeczeństwo na jego oszu- stwach podatkowych, usiłował rekompensować 13 przez przerost zatrudnienia. Dzięki niemu nie po- bierało zasiłku czworo pracowników biurowych i pięciu facetów, którzy twierdzili, że potrafią ciąć i heblować drewno. Niektórym dał etat z litości, in- nym przez protekcję. Nie miał ani jednego pracow- nika, który trafił do jego firmy tylko dlatego, że był dobrym fachowcem. Specjalistów zatrudniał doryw- czo i niechętnie, nadając im dumnie brzmiący tytuł stałych współpracowników. Działo się tak z prostej przyczyny. Pan Miecio należał do pierwszego poko- lenia biznesmenów. Nie miał więc jeszcze zdrowego dystansu do klasy wyzyskiwanej. Wszystko chciał kontrolować i wtykał nos w sprawy, na których w ogóle się nie znał. Wpadał na przykład do stolarni i rwąc włosy na głowie krzyczał: –Bój się Boga, panie Jasiu, ile pan tego kleju sma- rujesz! To się cieniutką warstewkę nakłada! Pan mnie z torbami puścisz! – chwytał za pędzel i sam maźgał po deskach. Mruczał przy tym ostentacyjnie: –Dzisiejsi ludzie! Na niczym się nie znają, wszyst- ko muszę sam robić! I jeszcze pensje chcą takie, jak- by chcieli człowieka zrujnować! Takiego traktowania nie zniósłby żaden szanują- cy się majster i pan Miecio wyleciałby z warsztatu z dłutem w głowie lub plecach, a w najlepszym razie zostałby zelżony słowami, którymi, według potocz- nych wyobrażeń, lubi szafować szewc. Właściciel „Świętej Pamięci” miał już podobne doświadcze- nia dlatego unikał fachowców jak diabeł święconej 14 wody. Zresztą na dobrą sprawę nie byli mu oni po- trzebni. Jego firma kreowała bowiem rzeczy ulotne, które po kilku godzinach mogły się po prostu rozle- cieć, rozpaść na tysiące kawałków, pogrążyć w cał- kowitym niebycie. A do robienia takich prowizorek pracownicy pana Miecia nadawali się wyśmienicie. A skoro tworzyli nietrwale, niechlujnie i często amorficznie pryncypał miał czyste sumienie, nie szanując ich czasu i płacąc im niewiele więcej niż dostawali bezrobotni zasiłku. Jurek nieśmiało przekroczył próg biura „Świę- tej Pamięci”. Czuł się nieswojo w garniturze, który otrzymał w prezencie od rodziców z okazji obrony pracy magisterskiej. Marynarka miała niemodny krój, do tego uszyta była z elektryzującego się ma- teriału, przez co Jurek zwracał na siebie uwagę trza- skami wyładowań elektrycznych. Strój ten miał jed- nak wielką zaletę. Był prawie czarny, więc idealnie nadawał się na pogrzeb. –Czego pan tu chce? – zapytała sekretarka szefa, pani Hania, mierząc go ponurym spojrzeniem. –Pan Mieczysław kazał mi się zgłosić do obsługi pogrzebu – wyjaśnił spokojnie Jurek. Pracownicy biurowi wbili w niego pełen ciekawości wzrok. –Pana dyrektora Wróbla nie ma teraz, ale jak panu kazał przyjść to niech pan zaczeka... Na zewnątrz – pani Hania odwróciła się do niego plecami. Jurek wyszedł na korytarz. Kiedy zamykał za sobą drzwi, usłyszał głos sekretarki: 15 –Ten stary matoł znowu jakiegoś nowego krymi- nalistę wynalazł. –Świetnie to pani ujęła – pochwalił ją Mareczek, prawa ręka szefowej sekretariatu. Jurek wzruszył ramionami. * * * Pogrzeb zapowiadał się pięknie. Trumna błyszcza- ła w promieniach słońca. Kwiaciarnia, której wła- ścicielką była siostrzenica pana Miecia dostarczyła siedem wieńców z goździków, róż i lilii. Dalsza ro- dzina nieboszczyka dodatkowo przytaszczyła kilka- naście ogromnych wiązanek kwiatów. Nie było tylko księdza i dźwigających żałobne chorągwie mini- strantów, gdyż zmarły kilka miesięcy przed śmiercią został wyznawcą jednej z importowanych z Ameryki religii, według której niejaka Abelaida Jong–Pang jest prorokiem zesłanym przez Wielkiego Ducha, aby pokazać ludziom jedyną słuszną drogę do życia po życiu. Wdowa była przekonana, że to niezwykłe nawrócenie było spowodowane nie tyle nagłym ob- jawieniem, co słabością jej męża do drobnych bru- netek ze skośnymi oczami. Umocnił jej poglądy fakt, że Abelaida wygłaszała kazania całkiem naga, gdyż, jak twierdziła, nie miała przed słuchaczami nic do ukrycia. Słowo objawione było rozprowadzane na kasetach wideo i zyskiwało zwolenników przede wszystkim wśród podstarzałych panów, którzy doszli już do tego etapu w życiu, kiedy ważniejsza 16 staje się wyobraźnia i wspomnienia niż realne czy- ny. Abelaida wiedziała jak ich przyciągnąć do sek- ty. Swoim wyznawcom obiecywała, że Wielki Duch nagrodzi najbardziej oddanych zdolnością wiecznej prokreacji. Wdowa obawiała się, że innowierstwo męża bę- dzie przyczyną nikłego zainteresowania pogrzebem. Dlatego przezornie zamówiła u pana Miecia profe- sjonalnych żałobników, którzy mieli odgrywać rolę przyjaciół zmarłego i ronić łzy, kiedy fotograf będzie robił zdjęcia. Musiała być niezmiernie zdziwiona, widząc tłum kłębiący się wokół świeżo wykopanego grobu. Pan Miecio zbliżył się do stojących na uboczu wy- najętych żałobników. –Panowie, widzicie, że wasze usługi nie są potrzeb- ne – powiedział nonszalancko. – Wypłacę wam jed- ną czwartą za gotowość i możecie iść do domu. Bibuła spojrzał na Grafa. Na jego twarzy wykwitł promienny uśmiech. –Panie Mieciu... życie panu niemiłe czy co? Chcesz pan iść w ślady nieboszczyka? – wolno cedził słowa. Policzki Pana Miecia ozdobił silny rumieniec. –Panowie, panowie... – powtarzał z niepokojem. –Wynająłeś nas pan, to płać – powiedział dobitnie Bibuła. – A jak nie, to zaraz z tego pogrzebu będzie wesele, takie jak w Porąbce... Święconka, kopsnij się po jakiś sztachet. Pan Miecio nadął się jak ryba głębinowa po wycią- gnięciu na powierzchnię. 17 –Ależ panowie... Nie róbcie jaj z pogrzebu – szep- tał błagalnie. – Przecież jesteśmy wykształconymi ludźmi i możemy prowadzić dialog w sposób cywi- lizowany. Po pierwsze kto wam nie chce zapłacić za usługę? –Od razu trzeba było tak mówić panie Mieciu – Bi- buła westchnął głośno. – Nadszarpnąłeś pan jednak nasze zaufanie. Dlatego szefie, forsa z góry! Właściciel „Świętej Pamięci” rozejrzał się wokoło bezradnie. Machnął zrezygnowany ręką. –Chodźcie za ten grobowiec – wskazał wielką gra- nitową bryłę pomnika wystawionego ku czci rodziny Ogórów w czasach, kiedy właściciele szklarni i drob- ni wytwórcy deficytowych dóbr byli elitą finansową kraju. Kiedy skryli się przed wzrokiem uczestników po- grzebu, pan Miecio drżącymi rękami wyjął portfel i zaczął odliczać nowiutkie dziesięciozłotówki. Pra- wie ze łzami w oczach patrzył jak znikają w kiesze- niach wynajętych żałobników. –To chyba możemy już iść – ni to zapytał, ni to stwierdził Jurek. Graf popatrzył na niego pełnym dezaprobaty wzro- kiem. –Święconka, my jesteśmy poważne ludzie. Za- płacone. Wykonane. Jak w banku. Reklamacji nie przyjmujemy – wyjaśnił i wyciągnął z kieszeni pół litra wyborowej. – Najpierw trzeba się pokrzepić... Tymczasem większość osób zgromadzonych na pogrzebie oczekiwała, że zaraz przed nimi wystąpi 18 jakaś skośnooka kapłanka sekty, jeśli nie rozebra- na całkiem, to chociaż do pasa. Tkwili więc wśród mogił, żądni sensacji i skandalu, lecz całkowicie się zawiedli. Okolicznościowe przemówienie miał bo- wiem wygłosić bliski przyjaciel rodziny zmarłego Wojciech Pincher. Mężczyzna ten dumnie wypinał wydatny brzuszek, który opinała nieco staroświec- ka i odrobinę za ciasna marynarka. Tuszował nato- miast inne felery swojej urody – łysinkę zakrył tupe- cikiem, a brak zębów kamuflował sztuczną szczęką. Bohatersko usiłował również powstrzymać atak swojej odwiecznej przypadłości, kataru siennego. Dyskretnie przecierał nos białą chusteczką z wy- haftowanym monogramem i kichał, a raczej par- skał w rękaw. Kiedy położono obok grobu trumnę, a wdowa pochyliła się nad nią w konwencjonalnym geście żałoby, rzucił się, by podtrzymać zrozpaczoną kobietę. Pincher dbał bowiem o image gentlemana, który udało mu się zachować, mimo różnych rewo- lucji obyczajowych przez prawie 50 lat dorosłego ży- cia. W momencie, kiedy ujął przyjaciółkę pod ramię, zakręciło mu w nosie potężniej niż zwykle, a winę za to ponosiły ciężkie, rozsiewające wokół woń piżma i szlachetnych przypraw korzennych perfumy, któ- rymi wdowa skropiła się obficie przed pogrzebem. Kichnął, a potem drugi raz i trzeci. –Niech pan przemówi – szepnęła mu na ucho na wpół omdlała wdowa. – Bo ludzie już są znudzeni. Rzeczywiście, żałobnicy podświadomie okazywa- li znużenie przedłużającą się ceremonią. Niektórzy 19 kopali dołki obcasami, inni zaczynali zbyt głośno rozmawiać, a przedstawiciele młodego pokolenia, od czasu do czasu, wybuchali tłumionym śmiechem. Pincher niepewnym krokiem wyszedł na środek. Wciągnął nosem powietrze. Nie wykrztusił jednak z siebie ani słowa. Jego oczy wypełniły się łzami, poczerwieniał na twarzy, a z gardła wydobyło się ko- lejne potężne kichnięcie. Krztusząc się i prychając zszedł ze sceny cmentarnych wydarzeń i schronił się za grobowcem Ogórów. –Kompromitacja! – wydusił z siebie pomiędzy kichnięciami i sapnięciami. – Jak ja im w oczy spoj- rzę? –Napij się pan, to panu przejdzie – Bibuła podsu- nął mu flaszkę, a pan Wojtek pociągnął z niej ostro. –Miałem powiedzieć ostatnie słowo o zmarłym! – rozpaczał dalej Pincher. –Też ma pan problemy – Graf splunął pod nogi. – Kiedyś miałem zeznawać w sądzie, całą noc ustala- łem z papugą co powiedzieć, żeby kumpla nie posa- dzili. I wyobraź sobie pan stoję na tej mównicy i ani dudu. Ze łba wszystko wyleciało i nie rozumiem na- wet, co do mnie mówią. Podobno oczy takie durne miałem, że sędzia chciał mnie na badania wysłać, czym nie jest naćpany. Najgorzej, że kumplowi piąt- kę wtedy dali. A co zrobią nieboszczykowi? Przysy- pią go prędzej? –Co tam nieboszczyk! Jak ja się znajomym na oczy pokażę? Taki wstyd! – nie dawał się pocieszyć pan Wojtek. 20 –Daj pan na litra, to znajdziemy zastępstwo – oznajmił nagle Bibuła wskazując na Jurka. – Ten oto Święconka, człowiek wykształcony i bywały na- wet w uniwersytetach, ma niezłe gadane i mówkę odpowiednią palnie. Oczywiście, jak już wspomnia- łem, nic nie ma za darmo, bo za wysoko wykształco- ne usługi trzeba płacić. Nauka kosztuje. To jak bę- dzie panie starszy? Pincher spojrzał na Jurka, a jego w jego oczach pojawił się błysk nadziei. Zaczął grzebać w kieszeni i triumfalnie wydostał z niej banknot pięćdziesię- ciozłotowy. –Z nieba mi pan spadł – powtarzał z ulgą, tłumiąc ataki kaszlu. –Ale ja... – Jurek był zbyt zaskoczony, żeby powie- dzieć coś sensownego. – Ale ja... Nie znałem tego faceta. Bibuła sprawnie wyjął z dłoni pana Wojtka pienią- dze. –Usługa zapłacona, będzie wykonana – powiedział uroczyście. – Święconka ludzie się niecierpliwią. Strzel to ostatnie słówko i idziemy do knajpy. Delikatnie wypchnął Jurka zza grobowca. –Chyba nie zawiedziesz kumpli, którzy serce przed tobą otworzyli – szepnął mu do ucha Graf. Jurek podrapał się po głowie. Ruszył niepewnie w stronę zgromadzonego wokół grobu tłumu. Sta- nąwszy obok trumny spojrzał w stronę cmentarnej kwatery rodu Ogórów. Zza granitowego pomnika 21 wystawały trzy, wpatrujące się w niego z zacieka- wieniem, głowy. Bibuła machnął niecierpliwie ręką, co Jurek słusznie odczytał jako zakodowaną zachę- tę: „No co frajerze stoisz, nawijaj!”. Gardło ścisnęła mu trema. Czuł, że gdyby nie wypił dwóch kolejek, to z pewnością padłby na ziemię zemdlony. Wiedział, że powinien uciec stąd jak najszybciej. Bał się jednak swoich knajpianych znajomych. Przypomniał sobie, jak Graf mówił kiedyś, że to niehonorowo oddawać forsę, a jak ktoś raz honoru swojego nie uszanuje, to jest szmata i nawet podłogi nim nie wypada czyścić, bo się można pochlapać. Zacisnął pięści. Chrząknął dla dodania sobie odwagi. –Proszę państwa – usłyszał nagle swój głos docho- dzący gdzieś z oddali. – Proszę państwa – powtórzył i ze zdziwieniem dostrzegł, że ludzie zamilkli i wpa- trują się w niego uważnie. – Żegnamy dzisiaj wspa- niałego, niezwykłego człowieka... – zrobił efektowną pauzę i zerknął na tabliczkę z nazwiskiem zmarłego. – Józef, któremu dzisiaj towarzyszymy w ostatniej drodze zapisał się w naszej pamięci różnymi czyna- mi. Być może nie wszystkie były godne pochwały, ale przecież wszyscy jesteśmy grzesznikami i nie zawsze postępujemy, tak jak powinniśmy... Znajomi nieboszczyka kiwali głowami, niektóre panie, zaczęły wycierać oczy chusteczką. –Ale czy warto pamiętać złe rzeczy? – kontynuował Jurek. – Czy nie lepiej zapamiętać zmarłego Józefa jako wybitną indywidualność, człowieka, który za- 22 wsze idzie własną drogą, dokonuje wyborów, za- pewne niepopularnych, ale prowadzących do roz- kwitu osobowości. Bo Józef, proszę państwa, miał niezwykłą osobowość. Może ją ukrywał, nie okazy- wał swojego wnętrza, jednak ci, którzy go dobrze znali, mogli sami się przekonać, jakie skarby kryją się w jego duszy... –Tak, tak! – krzyknęła wzruszona kobieta w ka- peluszu z woalką. Wdowa oderwała chusteczkę od oczu i zmierzyła ją uważnym spojrzeniem. –Kiedy trumna znika pod ziemią, szybko zapomi- namy o zmarłym. W przypadku Józefa będzie jed- nak inaczej – Jurek wbił nawiedzony wzrok w prze- suwającego leniwie po niebie cumulusa. – Jego nie sposób będzie zapomnieć. Jeszcze długo będą nam towarzyszyć jego mądre słowa i kiedy je wspomni- my, pojawi się żal, że taki człowiek odszedł tak wcze- śnie. Żegnaj Józefie, być może niedługo spotkamy się tam, gdzie ty teraz zmierzasz... Jurek ze zdumieniem patrzył jak emerytki ocierają łzy, a posiwiali mężczyźni udają twardzieli, lecz nie bardzo im to wychodzi. –Pan musiał dobrze znać zmarłego – powiedział do Jurka jakiś starszy pan, ściskając mu mocno dłoń. –Dobrze, że dałeś chłopcze do zrozumienia, że cza- sami był zwykłym skurwysynem – szepnęła mu na ucho energiczna staruszka. Pan Miecio stał z otwartymi ustami, a przez jego głowę najwyraźniej przelatywało tysiące myśli. Na- 23 gle zwarł szczęki, wargi wydął w refleksyjny dziubek i podszedł do Jurka. –Tak, tak, całkiem nieźle panu idzie – powiedział pełnym zadumy głosem. – Może trochę za mało eks- presji, a za dużo egzaltacji, ale ma pan jakieś zdol- ności w tym kierunku. Niech pan przyjdzie jutro do mnie do biura. O 8 rano. * * * Bywalcami piwiarni Grubej Helki nie byli pełni ra- dości turyści ani przedstawiciele miejscowych elit, którzy z perspektywy finansowanych z budżetu, do- brze płatnych posad z optymizmem mogli patrzeć na świat. Przy odrapanych stolikach siedzieli ludzie, którzy w złocistym płynie usiłowali utopić swoje kompleksy i żale. Patrzyli smutnym wzrokiem na co- raz bardziej puste kufle i zastanawiali się skąd wziąć kilka złotych na kolejną porcję rozluźniającego elik- siru. Miejsce to idealnie nadawało się na stypę. –No widzisz Święconka – klepnął Jurka w ramię Graf. – Raz człowiekowi nie wychodzi, a tu nagle in- nym razem szmal sam pcha się w ręce. –Miałem takiego kumpla – powiedział Bibuła. – Zrobił jedno włamsko, same ciuchy, drugie włam- sko i znów nic. Ale ktoś zaczął chrobotać do drzwi, to przez balkon, myk, przeskoczył do sąsiada. A tam El Dorado. Buzery i bajery, nawet frajerzy gotówkę trzymali w bieliźniarce. Przez rok żył jak panisko i pracować nie musiał. 24 –Ja też tak miałem – pokiwał głową Graf. – Mówią mi kumple, że do mojej baby taki taryfiarz z niebie- skiego opla zachodzi. No to wsiadam, kurs za miasto i tłumaczę gościowi. Okularki mu się potłukły, limko wyskoczyło pod okiem, ale mi się coś nie zgadza. Bo to był brunet, a ja szukałem blondyna... Popędliwy jestem i czasem zapomnę pomyśleć... No to prze- praszam i wsiadam do innego opla. Kurs za miasto. Jest blondyn, to ja mu tłumaczę. Rękę sobie wybi- łem, boli jak cholera. A gościu wyjmuje porfel i mi daje. A tam ma zdjęcie w objęciach innego faceta. Pedzio jak nic. To przepraszam. Szukam kolejnego opla, ale już się rozeszło. Podchodzę na postój, a tu jeden gościu z piskiem opon i rura. Czerwone świa- tło, a on rura. I buch w autobus. Aż go straż musia- ła wycinać... Już się u mojej baby nie pokazał. To mi się dopiero udało, bo ręka mnie cholernie bolała i nic bym mu nie był w stanie wytłumaczyć... –Może i mnie opuści pech? – zaczął się zastana- wiać Jurek. – Do tej pory zawsze wpadałem w jakąś bryndzę. Albo mi nie płacili, albo wywalali, bo szef miał kuzyna, którego trzeba zatrudnić, albo i to, i to naraz... –Ej, Święconka – westchnął Graf. – To nie wiesz jak to się załatwia... Niech no by mi taki frajer nie zapłacił... –Co chcesz od chłopaka – wtrącił się Bibuła. – To gość po studiach, a wiadomo, że takich to się szyje, bo co najwyżej popyskują, ale już nawet do sądu nie pójdą, bo nie stać ich na papugę... 25 –To po co im, cholera, te uniwersytety? – zdziwił się Graf. –No właśnie Święconka na co? – zapytał Bibuła. –Sam jestem ciekawy... – wzruszył ramionami Ju- rek. – Dziesięć lat temu wiedziałem. Teraz... Pewnie cofnąłem się przez te lata w rozwoju intelektual- nym... –Siedziałem kiedyś z takim intele... Intelektualnym doktorkiem, ale nie lekarzem – skrzywił się Graf. – Żonę bił. Mówił, że to dlatego, bo miał jakąś świa- domość rozszerzoną czy coś tam. W każdym razie to było coś z oczami, bo widział podobno wszystko, co złe robią inni. To go bardzo stresowało. No to, jak przychodził z pracy, młócił swoją babę, żeby odre- agować... W nocy na celi wzięliśmy go pod koc i łubu- du. Taki eksperyment chcieliśmy zrobić okulistyczny. I okazało się, że nic nie widział. –No bo widocznie nie zrobiliście nic złego – uśmiechnął się Bibuła. –Pewnie tak – przytaknął Graf. – A ty Święconka, to nie możesz być miętki, bo takie Miecie to wy- czuwają na kilometr... Trzeba gościowi w oczy po- patrzyć, żeby aż we flakach poczuł. Nawet nawijać wiele nie trzeba, choć taki Bibuła lubi zawsze coś palnąć, jak z filmu. –A pewnie, dobra gadka to połowa sukcesu – po- kiwał głową Bibuła. – Ostatnio jeden gość przyszedł nawtykać mojemu dziecku, że poszturchało jego syna. A był nieźle pyskaty. Widzę, że gościu przyje- 26 chał niezłą furą. Podciągnąłem rękawy, żeby widział moje tatuaże i mówię, że ma niezłą brykę i pytam czy ma autocasco. Facio zamilkł. Patrzył na mnie przez chwilę, rączki zaczynają mu się trząść. Prze- prosił i pojechał. Pewnie oszczędny był. –To się nazywa stymulowanie wyobraźni... – po- wiedział z podziwem w głosie Jurek. – Ale ja tak nie umiem. W oczy nie mogę patrzyć, bo zaraz mi głu- pio, a z gadką to w ogóle do kitu, zaraz zaczynam się jąkać... –Eee tam, nieźle ci poszło na pogrzebie – prychnął Graf. – Nawijałeś jak z kartki. –To co innego... – skrzywił się mówca pogrzebo- wy. – Głupawki dostaję, jak mam coś załatwić. Mój kumpel, psycholog, mówił mi, że to przez mojego staruszka. Ciągle mi powtarzał jak chciałem coś zro- bić: A na co ci to!? Zostaw to, niech się inni nażreją! –Psycholodzy! – burknął Graf. – Mam z takim jednym rachuneczek. Jak siedziałem, to taki jeden goguś obraził moją mamusię. To ja mu musiałem wytłumaczyć. Aż mi ręce napuchły. To jeden taki psycholog wziął mnie na rozmowę. No to mu mówię, że gość moją mamusią gębę wycierał, a ten mi mówi, że mam kompleks Edypa. Jak ja bym wiedział, co to znaczy, to ja bym mu wytłumaczył. Ale dopiero na celi mi ten doktorek, co to nic nie widział, powie- dział co to za jeden ten Edyp... –Ten mój jest w porządku – pokiwał głową Jurek. – Zajmuje się głównie nałogowcami. 27 –To powinien tu wywiesić plakat reklamowy – po- wiedział Bibuła. – Miałby dużo klientów. –On lubi szmal – uśmiechnął się mówca. – Woli zajmować się wyższymi sferami... –A pewnie, niech bulą za naćpanych synalków – wzruszył ramionami Bibuła. Do ich stolika podszedł wymizerowany mężczyzna w pomiętej marynarce. –Panowie dajcie i mnie poświętować – wydyszał. – Od dwóch dni nic w ustach nie miałem. –Pij mleko będziesz wielki – rzucił w jego stronę Graf. – Nie po to zapieprzaliśmy w pocie i pyle, żeby komuś stawiać. Mężczyzna mruknął coś pod nosem, co najwyraź- niej rozsierdziło Grafa, który zerwałby się z krzesła i, zapewne, wytłumaczyłby intruzowi co nieco, gdy- by nie przytrzymał go Bibuła. –Uważaj na rączki, bo ci spuchną albo znów so- bie wybijesz – powiedział uspokajająco. – Co zro- bisz, że tu taka specyfika, że wszyscy tylko chcą na krzywy ryj... Jak ci się nie podoba, to się prze- nieś... –Zasrane miasto – Graf pociągnął spory łyk piwa. –Panowie, ja mam już dosyć – powiedział Jurek. – Jutro będę miał monstrualnego kaca, a o ósmej mam być u pana Miecia. Graf i Bibuła spojrzeli na siebie porozumiewawczo. –O ósmej to pan Miecio dopiero przewraca się na drugi bok – powiedział Graf. 28 –Ale za to bardzo lubi, żeby na niego czekać – uśmiechnął się Graf. – I całować w pierścień... Jak na audiencji u Papieża. * * * Tuż przed umówioną godziną Jurek zjawił się w biurze „Świętej Pamięci”. Pani Hania spojrzała na niego przekrwionymi z niewyspania oczami. –A pan tu znowu czego? – zapytała. –Byłem umówiony – Jurek uśmiechnął się. –Znowu?! Szef już nie ma co robić – burknęła groźnie. – Nie ma go, zresztą on rzadko przychodzi przed 10... Jej słowa przerwało potężne sapanie pana Miecia, który wpadł do biura niczym lokomotywa z wiersza Tuwima. –Pani Haniu, nie ma mnie dla nikogo – zdążył po- wiedzieć nim zniknął za drzwiami swojego gabinetu. –Nie mówiłam – pani Hania rzuciła od niechcenia. –To ja poczekam – powiedział nieśmiało Jurek i usiadł na krześle przy ścianie. Sekretarka wzruszy- ła ramionami. Powoli schodzili się podwładni pana Miecia. Siadali przy biurkach i wzdychali żałośnie. Krystynka zaczęła robić zaległy manicure, Jadzia pi- sała kolejny list do ukochanego, który uciekł od niej do Ameryki, a Mareczek usiłował zamówić przez telefon 234 cegły z których chciał wznieść ścianki działowe w swoim nowym domu. Pani Hania nie dała mu jednak dokończyć transakcji. Wskazującym 29 palcem wcisnęła klawisz „off” na telefonie. Mare- czek zrobił minę, która miała wyrażać zarówno zdzi- wienie, jak i poczucie wielkiej krzywdy. –Nie będę czekać z korespondencją aż wybudujesz sobie chałupę – wyrzuciła z siebie sekretarka. – Coś mi miałeś przygotować i lepiej nie mów, że zapo- mniałeś, bo... Groźba zawisła nad głową Mareczka, który wes- tchnął boleśnie i zaczął grzebać w podniszczonej, skórzanej aktówce. Wyjął z niej przezroczysty ofer- townik i z namaszczeniem przekazał go szefowej. –Całą noc nad nim siedziałem – oznajmił z dumą w głosie. Sekretarka wyjęła kartkę maszynopisu i zaczęła czytać półgłosem. –W odpowiedzi na wasze pismo stwierdzamy, że płatne reklamy na naszych samochodach i budyn- kach mogą zostać umieszczone pod warunkiem, że będą płatne w gotówce. Płatne reklamy nie mogą być zbyt jaskrawe, bo będą się rzucać w oczy. Płat- nych reklam nie możemy umieszczać na trumnach, gdyż rodziny zmarłych się na to nie zgodzą. Jeśli jednak odpowiednio zapłacicie, możemy spróbo- wać przekonać rodziny zmarłych, żeby zgodziły się na płatne reklamy. Treść płatnych reklam musi być zgodna z interesem naszej firmy. Z poważaniem.... –Prawda, że dobrze to wymyśliłem... – bladą twarz Mareczka jeszcze bardziej rozjaśnił uśmiech. –Zmień tylko „rodziny zmarłych” na „zamawiający pogrzeb” i będzie dobrze – pani Hania podrapała się 30 za uchem. – Przecież nie zawsze płaci rodzina. Cza- sem to opieka społeczna albo zakład ubezpieczeń. Drzwi gabinetu pana Miecia otworzyły się. Pryncy- pał obrzucił chmurnym wzrokiem biuro. –Pani Haniu, jaką trumnę dostał Zazulski? – za- pytał. Sekretarka rozziawiła nieprzystojnie usta. –Jak to jaką panie dyrektorze. Standard pana Ja- sia – wyrzuciła z siebie pełnym zdziwienia głosem. –Standard, a jakie było zamówienie? – Pan Miecio wypiął brzuszek w geście oburzenia i dezaprobaty. Mareczek z zapałem godnym odkrywcy nowych lą- dów zaczął wertować znajdujące się w szafce skoro- szyty. –Mam – krzyknął triumfalnie. – Zazulscy zamówi- li trumnę dębową z mosiężnymi uchwytami i zdo- bieniami. –Standard! – pan Miecio zmarszczył brwi. – Czy wiecie, że nieboszczyk zawarł w testamencie zapis, że chce leżeć w dębie ze złotymi ozdobami? Czy wie- cie, że wydziedziczeni krewni skierowali sprawę do sądu, bo ci, którzy dostali szmal nie wykonali ostat- niej woli Zazulskiego? We wczorajszej poczcie zna- lazłem wezwanie na rozprawę. I teraz mam do was pytanie, jaki im wypisaliście rachunek, za standard, czy za dąb? Mareczek nerwowo przewrócił kilka kartek w sko- roszycie. Zatrzymał wzrok na jednej z nich. Ręce za- częły mu drżeć. 31 –Za dąb – wyskrzeczał. –Co za idiota wystawił ten rachunek? – głos sze- fa przypominał brzęk kostek lodu uderzających o ścianki szklanki wypełnionej trucizną. –Ttto pana pieczątka i podpis... – Mareczek naj- wyraźniej żałował, że z własnej woli zaczął grzebać w szafce. –Co?! Kto mi zrobił to świństwo. Ja nigdy nie wystawiam rachunków. Kto wziął moją pieczątkę i mnie podpisał? – Pan Miecio rozindyczył się na dobre. – Ja i tak poznam po piśmie! –Nnnie pozna pan – Mareczek podał pryncypałowi akta. –Ktoś... wypełnił... na maszynie... Pan Miecio chwycił się za głowę. –Dlaczego właśnie Zazulscy – targał sobie resztki włosów. – Jest tylu frajerów, których można osku- bać, a wy jak jakie głupie, buch Zazulskich na kilka stów! Jeden dziennikarz, dwóch pracuje w magi- stracie, jest jeszcze prokurator i adwokat. Młody, bo młody, ale tacy najgorsi, bo chcą się wykazać. I ja mam teraz przyznać się takiej rodzinie, że ich prze- kręciłem na głupie parę groszy! Jurek wstał z krzesła i chrząknął nieśmiało. –A może wymienicie trumnę? – zapytał. – Grobo- wiec Zazulskich ma piękne, kute drzwi zamykane na kłódkę, a Bibuła potrafi otworzyć każdy zamek... W sądzie powie pan, że akurat nie było takiej trum- ny jak trzeba albo, że drewno okazało się mieć wady ukryte i w ostatniej chwili musieliście przenieść nie- 32 boszczyka do innej skrzynki. A na drugi dzień po pogrzebie dokonaliście po cichu zamiany i teraz nie- boszczyk spoczywa tak jak sobie życzył przed śmier- cią. To może nie bardzo etyczne i niezbyt zgodne z prawem, lepsze jednak niż... Pan Miecio spojrzał na Jurka pełnym podziwu wzrokiem. –Ależ z pana mąciwoda – uśmiechnął się. – Ma pan rację, kiedy nie mamy argumentów, trzeba przeciw- nika zarzucić sofizmatami, tak, żeby nie tylko w nie uwierzył, ale przede wszystkim, żeby ich nie zrozu- miał... Pani Haniu, osobiście upoważniam panią do przeprowadzenia ekshumacji. Weźmie pani ze sobą pana Mareczka i kogoś od pana Jasia. Panna Jadzia załatwi dębową trumnę, a Krystynka skoczy po gu- mowe rękawiczki. Sekretarka zbladła, a podbródek zaczął jej drżeć z irytacji. –Ależ panie dyrektorze... – wymówiła słabym gło- sem. – Ja jestem wykwalifikowanym pracownikiem biurowym a nie grabarzem... Pan Miecio spojrzał na nią i przygryzł w zamyśle- niu wargi. –Ale pracuje pani w firmie zajmującej się grzeba- niem zwłok –powiedział po chwili. – A kto pracuje w brudnym biznesie, ten musi się ubrudzić. Jestem jednak szefem, który wykazuje dużo zrozumienia dla postawy pracowników, dlatego panna Krystynka oprócz rękawiczek kupi jeszcze na koszt firmy dez- odorant. 33 Pani Hania spuściła wzrok i zaczęła nerwowo prze- kładać kartki na biurku. Panna Krystynka wygra- moliła się ze swojego fotela, strząsnęła z sukienki okruszki herbatników. –Jaki dezodorant kupić? – zaszczebiotała słodko. – Bo są normalne dezodoranty i perspiranty, które powodują, że człowiek się nie poci. Pan Miecio wbił w nią wzrok, a jego źrenice zwęziły się, jakby nie był dwunożnym ssakiem, tylko wężem. –Pocić to wy się będziecie, że wam perspiranty nie pomogą! To wam solennie obiecuję... – wysyczał i nagle uśmiechnął się. –Oczywiście kup najtańszy moje dziecko. A co do pana – zwrócił się nagle do Jurka. – Widzi pan, że w obecnym stanie rzeczy nie jestem w stanie przeprowadzić z panem rozmowy. Niech pan przyjdzie jutro. Tylko na sto procent, bo będę musiał tu zrobić porządek i potrzebni mi będą nowi pracownicy... Pan Miecio wskazał ręką na biuro. Pracownicy za- stygli w bezruchu. –Taaak – wyjąkał Jurek, który właśnie zastana- wiał się, czy przypadkiem wszystko wokół nie jest sennym majaczeniem po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu. Przecież w rzeczywistości nikt nie wpro- wadziłby w życie tak idiotycznego pomysłu, który Jurek rzucił przecież dla żartu. Uszczypnął się dys- kretnie w ramię. Zabolało. Wszystko wskazywało więc, że był w tzw. „realu”. W jego oczach uważny obserwator mógłby dostrzec przerażenie. Powoli ru- szył w stronę drzwi. 34 –I niech pan zachowa w tajemnicy to, o czym dzi- siaj mówiliśmy – pan Miecio rzucił w stronę wycho- dzącego. – Bo przecież jest pan już członkiem naszej rodziny... A takie rzeczy zostają w rodzinie... Jurek odwrócił się w drzwiach i spojrzał w oczy właścicielowi „Świętej Pamięci”. –Jestem jak trzy małpki – oznajmił uśmiechając się.– Nie widzę, nie słyszę, nie mówię. Kiedy zamknęły się za nim drzwi. Pan Miecio po- kiwał głową. –On jest dobry – powiedział do siebie, tak, żeby usłyszeli go pracownicy. Wrócił do gabinetu i wy- godnie rozsiadł się w fotelu. –Tak on jest dobry – powtórzył. – Za dobry, żeby pracować w mojej firmie. *** Jurek miał wadę, która sprawiała mu sporo kło- potów. Był bowiem nieśmiały. I to nieśmiały w bar- dzo dziwny sposób. Kiedy trzeba było występować w obronie innych, potrafił pokonać niechęć do pu- blicznych wystąpień, działał nawet w czasie studiów w komisji studenckiej opiniującej podania o akade- mik i niejeden ubogi amator uniwersyteckiej wiedzy dzięki niemu miał gdzie spać. Walcząc o cudze do- bro zapominał jednak o własnym. Mógł na przykład załatwić dla siebie jednoosobowy pokój w najlepszej bursie, lecz zawsze odkładał takie działania w nie- skończoność, aż lądował w trzyosobowym pokoju 35 w budynku, którego ściany wybudowano z radioak- tywnych pustaków. Po prostu, kiedy przyszło pro- sić o coś dla siebie, Jurka ogarniał niepohamowany wstyd. Nie potrafił wtedy wydusić z siebie marnych kilku zdań, które otworzyłyby mu drogę jeśli nie do wielkiej kariery, to przynajmniej do wygodnego życia. Dlatego też przez dwa miesiące przesiady- wał co najmniej godzinę dziennie przed gabinetem pana Miecia i nie miał odwagi nawet przypomnieć o swoim istnieniu. Właściciel „Świętej Pamięci” nie zapominał jednak o nim. Codziennie sam, albo za pośrednictwem pani Hani przepraszał go i przekła- dał spotkanie na dzień następny, składając przy tym coraz to nowe, bardziej fantastyczne obietnice. Gdy- by Jurek nie był urodzonym sceptykiem zapewne nie spałby po nocach, myśląc o tym co będzie, kie- dy za kilka dni zostanie dyrektorem w firmie pana Miecia. Mało tego, każdego ranka pytał się swojego odbicia w lustrze, po jaką cholerę znów idzie do tego hochsztaplera? I szedł prosto do biura „Świętej Pa- mięci”. Przyczyna takiego schizofrenicznego zacho- wania była prosta. Jurek bał się wypłynąć na otwarty ocean bezrobocia i wolał zostać w zatoce, w której, co prawda, groziła mu śmierć głodowa, była jednak przytulna i znajoma. Przesiadywał więc na krzeseł- ku w sekretariacie zgodnie z odwieczną zasadą nie- udaczników, że przecież każdy kiedyś umrze, a le- piej wyzionąć ducha w miejscu, w którym znamy każdy kąt niż na obcej ulicy. 36 W sześćdziesiątym dniu oczekiwania Jurka na roz- mowę z panem Mieciem zdarzył się wypadek, któ- ry diametralnie zmienił sytuację. Dwóch z pięciu pracowników stolarni niespodziewanie zaniemo- gło, trzeci przeszedł do konkurencji, a czwarty kilka dni wcześniej wyjechał w nieznanym kierunku na urlop i miał wrócić dopiero za dwa tygodnie. Pryn- cypał biegał po biurze zdenerwowany siejąc popłoch wśród pracownic biurowych, które obawiały się, że nagle wyciągnie w ich kierunku swój gruby paluch i każe im iść zbijać deski i malować trumny najtań- szym dostępnym na rynku lakierem bezbarwnym, w którym aż bulgotało od przeróżnych toksyn i ete- rycznych trucizn. Ktoś na poczekaniu wymyślił mro- żącą krew w żyłach historię, że pracownicy stolarni zatruli się ołowiem ze stosowanych tam farb i teraz leżą przygnieceni tym ciężkim metalem, nie mogąc nawet ręką i nogą ruszyć. Prawda była jednak inna. Z powodu głodowych pensji płaconych przez pana Miecia, stolarze stołowali się w najtańszej jadłodaj- ni w mieście, zwanej powszechnie „Jatką Wacka”. Pan Wacek również nie lubił godziwie opłacać pra- cowników, więc miał poważne kłopoty z fachowym personelem i zatrudniał osoby z ulicy, bez referencji oraz aktualnych badań lekarskich. Nie mogło więc dziwić, że specjalność zakładu – kotlet mielony w 10 nazwach zawierał oprócz odpadów mięsnych, soli i rozmoczonej bułki także spore ilości salmonelli, gronkowców i bakterii coli. Pech chciał, że pomoc 37 kuchenna akurat kilka minut przed tym, kiedy do jatki weszli chłopcy ze stolarni pana Miecia, znalazła pod zlewem patelnię, na której leżały cztery blade bryzole. Zalegały na niej od paru dni, dokładnie nie wiadomo ilu, gdyż w trakcie dochodzenia okaza- ło się, że przez ostatni miesiąc nikt u pana Wacka nie pracował, co jasno wynikało z dokumentów do- starczonych przez ZUS. A skoro nikt nie pracował, to również nikt nie mógł powiedzieć kto i kiedy zo- stawił pod zlewem wspomniane mielone. W każdym razie przez te kilka dni komórki drobnoustrojów bez przeszkód dzieliły się, tworząc nowe, identycz- nie płodne mikroorganizmy, czym dały niewątpliwy dowód geniuszu przyrody. Doskonałość bakterii nie szła jednak w parze z doskonałością ludzkiego ukła- du pokarmowego, który okazał się zupełnie nieprzy- gotowany do pokojowego współistnienia z feerią mikrożycia. Nic więc dziwnego, że stolarze i dwaj bezdomni skierowani do lokalu pana Wacka przez opiekę społeczną, znaleźli się w szpitalu i nic nie wskazywało, że szybko z niego wyjdą. Pan Miecio zupełnie nie wykazywał zrozumienia dla praw natury. Powiedział pani Hani o chorych pracownikach, że są mięczakami, którym byle pan- tofelek potrafi dokopać i że robią to celowo, żeby wpędzić go w kłopoty. Potem przez chwilę stał nad Mareczkiem, który, choć mikrego wzrostu, skurczył się do jeszcze mniejszych rozmiarów. Pryncypał nie skierował go jednak do warsztatu pana Jasia. Do- 38 konał najwidoczniej szybkiego podliczenia zysków i strat wynikających z takiego rozwiązania, docho- dząc do wniosku, że Mareczek w stolarni zbyt drogo by go kosztował. Ryzyko było tym większe, że warsz- tat nie był ubezpieczony. I wtedy pan Miecio do- strzegł Jurka. Na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech. –Och jak to dobrze, że tu pana widzę. Mam dla pana świetną pracę – mówił jaśniejąc coraz bar- dziej. – Proszę za mną. Stolarnia była wielkim barakiem przylegającym do muru cmentarza. Królował w niej niepodzielnie pan Jaś. Ten zwalisty mężczyzna o gołębim sercu po- trafił litować się nad każdym nieudacznikiem. Jeśli więc jego podwładni źle przycięli deski i wieko wy- stawało o pięć centymetrów poza dolną część, kiwał flegmatycznie głową i mówił: „To się nadbije” i nad- bijał własnoręcznie. Pan Jaś słynął z tego, że każda trumna, która wy- szła spod jego ręki musiała być ozdobiona aniołka- mi z ocynkowanej blachy. Do aniołków bowiem czuł prawdziwą słabość. Kiedy rano przychodził do pra- cy, pierwsze kroki kierował do starej, odziedziczo- nej przez pana Miecia po poprzednich właścicielach, prasy, na której wyciskał owe transcendentne istoty. To prymitywne urządzenie w sposób ostateczny roz- wiązało nurtujący filozofów od tysiącleci problem płci tych bożych sług. Wytłaczane w nim skrzydlate po- stacie były bowiem wyposażone w obfity biust, a jed- 39 na z nich była nawet przewiązana sznurkiem w talii, dzięki czemu widać było pod szatą szerokie, kobiece biodra. Upodobania pana Jasia często były przyczyną kłopotów właściciela „Świętej Pamięci”. Zdarzało się bowiem, że klient, zatwardziały ateista, nie ży- czył sobie aniołków, które nie należą do istot neu- tralnych światopoglądowo. Główny stolarz firmy nie chciał nawet o tym słyszeć. Mówił, że niebosz- czykowi i tak wszystko jedno, a za aniołkami prze- mawia tysiącletnia, a może i starsza tradycja. Tym samym nie można pozwolić, żeby trumna była goła jak święty turecki. „Wcześniej trupem padnę!” – wykrzykiwał wtedy do pryncypała, który patrzył na niego szeroko otwartymi ze zdumienia oczami i ule- gał przemocy poglądów zwalistego chłopa. Później zakradał się do furgonetki, którą wieziono wytwór pana Jasia do domu zmarłego i wyłupywał ozdob- ne blachy wielkim dłutem. Dziury po gwoździach szpachlował i zamalowywał drogim, szybko schną- cym lakierem, mamrocząc pod nosem wulgaryzmy, których nauczył się od grabarzy. Nie wyrzucił jed- nak stolarza z pracy. Miał do niego słabość natury sentymentalnej. Otóż, pan Miecio w młodości ma- rzył, żeby być wielkim facetem. Prężył przed lustrem swoje mikre mięśnie, a przed oczami duszy widział potężne bicepsy i wspaniały byczy kark, na którego widok chłopcy z podwórka wrzeszczą z przerażenia i zwiewają pod skrzydła równie przestraszonych, 40 tłustych mamuś. Kiedy kilka lat temu spotkał pana Jasia stanął jak wryty. Zobaczył bowiem siebie z lu- stra. Od tego czasu gotów był wiele wybaczyć stola- rzowi. Tym bardziej, że bardzo marnie mu płacił. Pan Jaś flegmatycznie przycinał deskę, która miała w niedalekiej przyszłości zwieńczyć wieko trumny. –Panie Jasiu mam dla pana nowego pomocni- ka – oznajmił Pan Miecio radośnie. – Panie Jurku, przedstawiam panu najlepszego stolarza w mieście, a może nawet w kraju. Majster od drewna spojrzał obojętnie na świeżo upieczonego pracownika zakładu pogrzebowego, po czym wrócił do swojego zajęcia. –Niech pan się czuje jak u siebie – dyrektor Wró- bel zachęcił Jurka do objęcia nowych obowiązków. – Popracuje pan tu kilka dni, a potem mam dla pana ekstra stanowisko... Tak zaczęła się wielka kariera Jurka w „Świętej Pa- mięci”. 41 Rozdział 2 Kariera Zapału do pracy mógłby pozazdrościć Jurkowi niejeden stachanowiec. Kiedy nazajutrz zjawił się w stolarni wprost kipiał energią. Przez głowę prze- mykały mu jak błyskawice projekty trumien. Przed oczyma duszy widział skrzynie półokrągłe, z po- dwójnie otwieranym wiekiem, prostopadłościenne z ozdobnymi gzymsikami, czy wreszcie klasyczne, zwężające się tam, gdzie powinny leżeć nogi nie- boszczyka. Jedne ze szlachetnego mahoniu, inne hebanowe, wszystkie ze złoconymi, srebrzonymi, a dla wybranych również platynowanymi uchwyta- mi. Dokładnie takie jakie podziwiał wczoraj wieczo- rem we francuskich i włoskich katalogach pożyczo- nych z biurka pani Hani. Po kilku minutach myszkowania po warsztacie przeżył pierwsze rozczarowanie. Nie znalazł tam bowiem egzotycznych gatunków drewna. Jedynie w kącie, leżała przysypana wiórami sterta sosno- wych, źle oheblowanych desek. 42 –Co mam robić? – zapytał pana Jasia. Stolarz wzruszył ramionami i pochylił się nad pra- są. Naciskał raz po raz wajchę i wyciągał spod for- my aniołki. Kiedy wbijał w nie wzrok, sprawdzając, czy nie mają jakiejś wady, uśmiechał się anielsko. Jurek poczuł się bardzo samotny. Podszedł do sto- jącej pod ścianą, zapomnianej heblarki. Podobną miał sąsiad jego mieszkających na wsi dziadków. Jej wycie budziło go we wakacje o siódmej rano, wywo- łując napady wściekłości i niekłamaną chęć odwetu. Potem jednak odkrył dobre strony maszyny. W żni- wa, kiedy sąsiad nie miał czasu, można było dzię- ki niej zarobić na wakacyjny wyjazd. Jurek strugał więc deski na podłogi w nowo budowanych domach okolicznych lekarzy i krawędziaki na romantyczne altanki. Dźwięki jakie wydawała przestały mu całko- wicie przeszkadzać. Widok heblarki trochę go wzruszył. Zdjął z niej za- kurzoną plandekę i raźnie przystąpił do uruchamia- nia. Sprawdził czy kabel jest bezpiecznie podłączony do silnika, pomacał pasek klinowy i zerknął, czy ktoś nie wrzucił do wnętrza urządzenia jakiegoś dłuta czy młotka. Wepchnął wtyczkę do gniazdka i delikatnie nacisnął guzik, pod którym widniał częściowo starty napis „start”. Silnik zabuczał, po czym zaczął praco- wać z cichym szmerem. Jurek chwycił deskę i wsunął jej koniec do heblarki. Maszyna zawyła i na ziemię zaczęły się sypać wióry. Pan Jaś podbiegł rączo, jak na jego zwalistość, i sprawnie wyłączył urządzenie. 43 –Co pan robisz – prawie krzyczał. – Po co pan to ruszasz? Co zrobimy jak to się zepsuje? A ile to prą- du żre? A po co nieboszczykom oheblowane deski? Jurek podrapał się po głowie, nie wiedząc jak za- reagować na zarzuty przełożonego. Stolarska logika wydawała mu się równie egzotyczna jak heban i ma- hoń. –W porządku, ale może mi pan w końcu powie, co mam robić? – zapytał. –Jaja drobić – niespodziewanie zażartował po chłopsku pan Jaś. Przez kilka dni praca Jurka polegała na tym, że był obecny w baraku. Poza tym nie robił nic, gdyż pan Jasio nie pozwolił mu przycinać desek, a nawet malować gotowych trumien. Zbijanie bąków bardzo go irytowało, gdyż zawarł z właścicielem „Świętej Pamięci” ustną umowę, że na razie będzie otrzymy- wał pieniądze za trumny, do których powstania się przyczyni. Postanowił więc zostać w stolarni po faj- rancie, kiedy pan Jaś strudzony wytłaczaniem anioł- ków uda się na zasłużony odpoczynek. Na początek chciał zrobić prostopadłościenną trumnę z ozdob- nymi listwami dookoła podstawy i płaskiego wieka. Podobną widział we włoskim katalogu. Jej nazwę przetłumaczył sobie jako „Duma Florencji”. Najlepsze pióro nie jest w stanie opisać długich go- dzin zmagań Jurka z oporną materią drewna. Nie sposób wysłowić jego metafizycznego lęku, że dzieło okaże się tylko karykaturą tkwiącej w mózgu wizji. 44 Świtało, gdy ostatni raz maźnął pędzlem. Był zmę- czony. Najchętniej sam położyłby się w tej trumnie, żeby dać wieczne wytchnienie strudzonemu ciału. Nie zrobił tego tylko z jednego powodu – był cały zakurzony i z pewnością zabrudziłby białe obicie wewnątrz skrzyni. Tymczasowo więc przygotował sobie legowisko na kupie trocin. Przykrył się starym kocem i zasnął. Obudziły go dziwne odgłosy, które kilka godzin później wypełniły stolarnię. Kiedy otwarł oczy zo- baczył pana Jasia, który nerwowo krążył dookoła zrobionej w nocy skrzyni. Burczał przy tym pod nosem i kręcił w zdenerwowaniu głową, a w dło- niach ściskał dłuto i młotek. Jurkowi krzyk zamarł w gardle, kiedy zobaczył, że stolarz najwyraźniej zabiera się do demontowania ozdobnych listew z wieka. Nim jednak miłośnik aniołków rozpoczął dzieło destrukcji, drzwi do baraku otworzyły się, wpuszczając do wnętrza światło poranka. –Oto nasza stolarnia – oznajmił pan Miecio dys- tyngowanej parze w średnim wieku. – Zatrudnieni tu specjaliści spełnią wszystkie państwa życzenia. A to nasz główny fachowiec, pan Jaś – wskazał na zwalistego stolarza. – Panie Jasiu, trzeba będzie zrobić trum... Wypowiedź pryncypała urwała się w pół słowa. Z niedowierzaniem patrzył na skrzynię zrobioną w nocy przez Jurka. –Panie Jasiu... Panie Jasiu... – szef zabełkotał z lekka nieprzytomnie. – Pan to zrobił? 45 –O, właśnie chcemy coś takiego – powiedziała na- gle kobieta wskazując na trumnę. –Oczywiście – pan Miecio nagle odzyskał energię. – Niestety, to kosztuje nieco drożej niż standard... –Proszę pana, na mamusi nie zamierzam oszczę- dzać – kobieta rzuciła przedsiębiorcy pogardliwe spojrzenie. – Ona była niezwykłą kobietą i podoba- łaby się jej taka ekstrawagancja. Prawda Zdzisiu? Towarzyszący jej mężczyzna patrzył na trumnę obojętnym wzrokiem. –Oczywiście kochanie. Nikt tak jak ja nie miał oka- zji się przekonać, że była niezwykłą kobietą – powie- dział spokojnie. –W takim razie państwo przejdą do biura załatwić formalności – pan Miecio uśmiechnął się promien- nie wskazując wyjście. Kiedy znikli za drzwiami pan Jaś chwycił się za gło- wę, po czym zawył i rzucił dłutem i młotkiem o ścia- nę. –Zabiję gówniarza! – ryknął potężnie. Przez długą chwilę miotał się pomiędzy trumną a warsztatem. Zatrzymał się nad leżącą na me- talowym taborecie siekierą. Wolno podniósł ją i w przypływie szaleństwa wzniósł nad głowę. Zbli- żył się wolno do dzieła Jurka, zamierzając najwyraź- niej spuścić na nie topór z całą siłą swoich mięśni. –Stój na Boga! – pan Miecio nagle pojawił się w drzwiach. Stolarz zastygł w bezruchu, po czym gwałtownie odwrócił się w stronę szefa. 46 –Widział pan co on mi zrobił?! – wyrzucił z siebie drżącym od emocji głosem. –Zrobił trumnę – pan Miecio wzruszył ramionami. –On chce mnie zniszczyć! – pan Jaś potrząsnął sie- kierą, jak Janosik ciupagą. – Chce zająć moje miej- sce. Planuje mnie stąd wygryźć! –Ależ co pan, panie Jasiu – pryncypał zrobił naj- bardziej niedowierzającą ze swoich min. – Chłopak zrobił jedną trumnę. Chciał się po prostu wykazać, jak każdy nowy. –Co pan mówi! – stolarz popatrzył na szefa z wy- rzutem. – Kiedy młodzi tu przychodzą, to najpierw noszą za mną narzędzia, potem przygotowują deski, żebym mógł je przyciąć i co najwyżej malują gotowe trumny. Dopiero po kilku miesiącach mogą samo- dzielnie przybijać gwoździe... A ten co?! Wie pan co zrobił w pierwszy dzień?! Uruchomił heblarkę! –Rzeczywiście trochę dziwny jest... – pan Miecio pokiwał głową w geście zrozumienia dla racji pra- cownika. –Dziwny?! – pan Jaś zdenerwował się. – On spi- skuje przeciwko mnie! Nie rozumie istoty pracy w stolarni, a chce pokazać, że jest lepszy ode mnie. A cóż on wie o przycinaniu desek! Ja to robię od lat. Tnę, zbijam, kleję, szlifuję! Kiedy puknę w drewno, to po dźwięku jaki wyda poznaję, czy się nadaje na trumnę, czy nie. A on? Efekciarstwo i tyle! Kształ- tem chce zaskoczyć, omamić klienta, narzucić mu swój gust i wolę! A gdzie tradycja, gdzie ustalony 47 przez lata porządek rzeczy i klasyczna forma?! Wie pan ilu nieboszczyków leży w takich trumnach, ja- kie ja robię? Cały cmentarz! A w jego? Nikt! To jaka trumna jest wygodniejsza i bardziej odpowiada klientom? No niech pan sam powie? –Oczywiście, że pańska – przytaknął taktownie pan Miecio. W oczach pana Jasia nagle pojawiły się łzy. Rzucił się na przedsiębiorcę i obejmując go szlochał mu do ucha. –Niech pan się go pozbędzie – jęczał. – On zni
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

A komu czasem nie odbija?
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: