Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00261 006973 15921709 na godz. na dobę w sumie
A miałam być księżniczką z bajki... - ebook/pdf
A miałam być księżniczką z bajki... - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 225
Wydawca: Austeria Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-61978-77-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> literatura faktu
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Jak przystosowała się do twardych pionierskich warunków nowopowstałego Izraela 'panienka z dobrego polskiego domu'? Nili Amit ma wielki dystans zarówno do siebie, jak i do świata, który opisuje. Ułatwia to ogromne poczucie humor, dzięki czemu tę niewielką książeczkę czyta się z niezwykłą przyjemnością. Dzięki niezwykłemu darowi obserwacji autorki dowiadujemy się wiele o tym, jak wyglądało – i jak wygląda obecnie – codzienne życie w Izraelu.

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Nili Amit A miałam być księżniczką z bajki... tłumaczenie autoryzowane Katka Mazurczak Wydawnictwo Austeria Kraków • Budapeszt 2011 Maćkowi Edukacja wrocławska Wychowanie jak wiadomo rozpoczyna się we wczesnym dzieciństwie. Psycholodzy twierdzą, że jesteśmy całkowicie ukształtowani już w wieku trzech lat. Problem w tym, że nie pamiętamy wiele z tego okresu, a to, co dociera do nas potem, jest dezinformacją, bo płynie z różnych niewiarygodnych i po- dejrzanych źródeł. Idź, znajdź rodzica, który publicznie przyzna się, że coś sknocił. Tak, byliśmy tymi czarującymi dziećmi, ale to se uz nevrati, bo potem wyrośliśmy i staliśmy się tymi niezno- śnymi, bezczelnymi stworzeniami, które kręcą im się po domu. Opowieści o czasach zamierzchłego dziecięctwa to zwy- kle pochwalne peany naszych rodzicieli wygłaszane na swoją cześć, w których przeciwstawiają swą dobrą pracę wychowawczą naszym nieudolnym wysiłkom, gdy wzięliśmy sprawy w swoje ręce i popsuliśmy im cały macierzysty (i ojczysty) plan. 8 eDUKacJa WROcłaWSKa Należy mieć niezwykle czujne ucho i umiejętność analizy naukowej, aby z tych mitów o wspaniałych rodzicach-herosach wyłuskać ziarenko prawdy historycznej. Oficjalny mit o moim przyjściu na świat, taki, jaki został opublikowany przez odnośne władze (czyli moich rodziców), głosi, że urodziłam się za górami, za lasami, gdzieś tam, na Uralu, jako dziecko pary polskich uchodźców, ocalałych cu- dem z Holokaustu dzięki ucieczce do ZSRR. Para ta posta- nawia uczcić zwycięstwo państw alianckich przez spłodzenie potomka. Jednakże tożsamość moich prawdziwych rodziców, jak i samo urodzenie owiane jest mgłą tajemnicy, gdyż pierw- szą czynnością wykonaną przez mojego zszokowanego ojca, po tym jak pokazują mu owoc jego lędźwi, jest napisanie podania do szpitala w celu wymiany mnie na inne dziecko. Jest przeko- nany bowiem, że nastąpiła pomyłka, bo jego piękna małżonka nie mogła urodzić tak szkaradnego stworzenia. Dyrekcja szpitala wykazuje zrozumienie dla jego stanu psy- chicznego, łączy wyrazy sympatii, lecz twardo i niezmiennie ob- staje przy swoim, że nie zaszła w tym wypadku żadna pomyłka. Być może dziecko ma wygląd mongoloidalny – twierdzi – lecz pozostałe niemowlaki są autentycznymi Mongołami o ciemnej karnacji i skośnych oczach, a ich matki nie są zain- teresowane handlem wymiennym. Moi biedni rodzice zostają nabici w butelkę i obarczeni dziewczynką – rudzielcem o nie- bieskich oczach i kartoflanym nosku. Trudne warunki wychowywania niemowląt w azjatyckiej części ZSRR powodują, że początkom mojego życia towarzyszy eDUKacJa WROcłaWSKa 9 cykl „niemalże katastrof”, z których ja, na podobieństwo mito- logicznych herosów, ratuję się cudem dzięki interwencji deus ex- machina (czytaj: mużyków, u których mieszkamy). Mama przez pomyłkę sadza mnie na rozpalonym piecu kuchennym, potem omal nie duszę się w wiejskiej łaźni parowej. W drodze powrot- nej do Polski zaś, w czasie podróży bydlęcym wagonem, matka dostaje wrzodu na piersi i traci mleko. Na tym etapie wędrówki w wagonie pojawia się koza – któ- ra woli pozostać anonimowa – natomiast ja z podziwu godnym samozaparciem, które już wówczas mnie cechuje, odmawiam pi- cia jej mleka. W przeciwieństwie do boga Zeusa, wykarmionego przez kozę amalteę, stwierdzam, że zapach i smak koziego mleka są obrzydliwe. Mój bohaterski i uzasadniony strajk głodowy zo- staje jednak siłą złamany przez odnośne władze. Obrażona koza nie pozostawia mi przez zemstę rogu obfitości. Tak oto po kilku tygodniach tułania się pociągiem, na prze- kór wszystkim trudnościom, udaje się domniemanym rodzicom dowieźć mnie całą i zdrową na ziemię polską. Znów wnikliwa lektura między wierszami ujawni, że po daremnych próbach za- równo podmienienia, jak i pozbycia się mnie za pomocą wszyst- kich możliwych sposobów, takich jak: spalenie, zatopienie i gło- dzenie, najwyraźniej dochodzą do wniosku, że nie da się mnie tak łatwo pozbyć. Ponieważ moja obecność jest teraz niepodważalnym fak- tem, zostaje podniesiona paląca kwestia, w jaki sposób na- leży mnie wychować. Władze obawiają się wyprodukowania 10 eDUKacJa WROcłaWSKa wybrakowanego towaru zwanego „rozpieszczoną jedynaczką”, stworu, który nie przyniesie żadnego pożytku społeczeństwu. Po uwzględnieniu ostatnich badań naukowych w dziedzinie edukacji oraz wielu aspektów praktycznych, rodzice optują za postępową drogą wychowawczą, która jest ciekawą hybrydą spartańskiej szkoły Likurga oraz rewolucyjnej metody wielkie- go sowieckiego pedagoga, Makarenki. Hasłem przewodnim tej „doktryny” pedagogicznej jest mak- syma dzieci i ryby głosu nie mają. To dźwięczne przesła- nie ma oczywiście znaczenie dwuznaczne: dosłownie zabrania ono odzywać się, zwłaszcza w obecności dorosłych, implicite zaś zakazuje także wyrażania poglądów, zwłaszcza tych, które różnią się od zdania władz. Wiele zachodu wymagało wdro- żenie tego sloganu w życie – co prawda podporządkowują się mu karpie pływające czasem w naszej wannie, lecz w moim wypadku, okazuje się wewnętrznie sprzeczny. Jestem gadułą i mądralą, więc polecenie trzymania buzi na kłódkę kłóci się z próbą karmienia mnie na siłę, sytuacją, w której obowiązuje pozycja ust otwartych. Karmienie dożylne, rozwiązanie proste i eleganckie, nie zo- stało jeszcze wtedy wynalezione, otrzymuję zatem polecenia bez mała mylące, a wręcz sobie przeczące: „Zamknij buzię! Otwórz buzię! cicho bądź! Otwórz, tak, otwórz buzię szeroko! Patrz, ptaszek, ptaszek…! Jedna za mamę, druga za tatę...” – tutaj koń- czy się lista krewnych i nie ma tak bardzo za kogo połykać ko- lejnej łyżeczki klusek na mleku. Sprytnie wykorzystując ten fakt demograficzny i jawne kłamstwo o ptaszku, wrzeszcząc w nie- bogłosy, odmawiam dalszego jedzenia obrzydliwej kaszy manny pokrytej kożuchem, fuj! 11 U góry: Pierwsze zdjęcie rodzinne. Poniżej: Wystawa Ziem Odzyskanych. 12 eDUKacJa WROcłaWSKa Moi rodzice są świadomi tego, że edukacja składa się z czę- ści formalnej, za którą, wedle ich najlepszej wiedzy, odpowie- dzialne są instytucje rządzące, oraz z edukacji nieformalnej, która z pewnością jest czyimś problemem, czyim, nie do końca wie- dzą, ale z pewnością nie ich. Para ta przoduje natomiast na polu krzewienia kultury, cze- go przykładem jest zabieranie mnie do opery, gdzie zasypiam z nudów, bądź ciąganie mnie na przedstawienia w jidysz, języku bogatym i soczystym, którym niestety nie władam. Ze sztuk pięknych w owym czasie interesuje mnie tylko taniec. Na okrągło podskakuję i podśpiewuję. Wszystkie dziewczynki, które znam, chodzą na lekcje baletu klasycznego w żydowskim domu kul- tury. Noszą śliczne spódniczki z białego tiulu. Tak, to jest właśnie to, co tygryski lubią najbardziej! „Błagam was, proszę, obiecuję pić mleko zmieszane z tranem, łykać kożuchy, pić surowe jajka, tylko zapiszcie mnie na lekcje baletu!”. Pomimo ponawiania próśb odnośne władze odrzucają rów- nież i tę moją petycję – jak zwykle bez uzasadnienia odmowy. W przyszłości odkryję przyczynę tych bezdusznych decyzji: moja matka, będąca w tym czasie kierowniczką komitetu kulturalne- go TSKŻ*, obawiała się, że przez wzgląd na jej wysoką pozycję będą mi przydzielane – niesłusznie – wszystkie pierwszopla- nowe role i solówki. * TSKŻ – Towarzystwo Społeczno Kulturalne Żydów w Polsce. Kiedy za- pytałam mamę po latach, co konkretnie robiła w TSKŻ-ecie, odpowiedziała: „Znałam język polski”. Fot. na następnej stronie: Na rowerku z ojcem. › 13 14 eDUKacJa WROcłaWSKa ambicje córki zderzyły się oto z dobrem kolektywu i ja, ko- zioł (koza?) ofiarny walki z nepotyzmem, jestem zmiażdżona w wyniku chorego poczucia sprawiedliwości mojej matki. Wejście do systemu edukacji formalnej, jako uczennicy pierw- szej klasy, nastąpiło prawą nogą. Każdy dzień szkolny rozpoczy- namy od porannego apelu i odśpiewania Międzynarodówki. Ru- szymy z posad bryłę świata! – tak, wszystko jest możliwe, nowy mundurek marynarski i śliczny granatowy fartuszek z białym pikowym kołnierzykiem sprawiają, że do nauki podchodzę z za- pałem. Mam świetną pamięć i ładny charakter pisma, więc wkrótce zostaję prymuską, najlepszą uczennicą, nawet opowia- dają o moich sukcesach w programie radiowym. Spełniam się też towarzysko – mam dużo fajnych kolegów i koleżanek, a kiedy na- sza klasa wstępuje do harcerstwa, zostaję wybrana większością głosów na zastępową. Oczywiście, nie wszystko jest cukierkowo-różowe, mam też kłopoty, ale względnie łatwo udaje mi się większość z nich wyeli- minować. Przede wszystkim kwestia dotarcia do szkoły miesz- czącej się dość daleko – trzy czy cztery przystanki tramwajem. Wrocław w tym czasie leży w gruzach, zawsze też na każdej uli- cy czai się co najmniej dwóch zataczających się pijaków – wkład polskiej awangardy w krajobraz ruchomy. a więc jest i daleko, i strasznie, ale w Sparcie dzieci chodzą wszędzie piechotą (bo to zdrowo), dlatego nie dostaję pieniędzy na tramwaj. Drobnostka, i tak zawsze jeżdżę na gapę, przemieszczając się szybko z jedne- go wagonu do drugiego, gdy tylko widzę kanara. Dla większej pewności, w razie gdyby mnie złapali, mam w kieszeni 2 złote, które dostałam raz od „przyszywanej” ciotki chany. Ta litości- wa kobieta przyuważyła, że „lody bez choroby”, które kupują mi eDUKacJa WROcłaWSKa 15 rodzice składają się z pustych wafli (kulka lodów, jak wiadomo, powoduje natychmiastowe i śmiertelne zapalenie płuc), ukrad- kiem więc wsuwa mi do kieszeni parę monet. Następnym problemem jest śniadanie. Z czasem i na ten te- mat mogłabym napisać przewodnik zatytułowany: „Jak w pię- ciu łatwych krokach pozbyć się śniadania”. Najpierw należy zaopatrzyć się w starą gazetę. Nadmieniam tu, że demokra- cje ludowe nie darzyły zaufaniem papieru toaletowego. Każdy kawałek gazety przechowywało się skrupulatnie, aby tym sa- mym dowieść kapitalistom, że świat socjalistyczny pozostawia ich daleko w tyle w dziedzinie recyklingu. Zgłaszam się za- tem na ochotnika do cięcia gazet na kwadraty i w trakcie tej czynności zawsze udaje mi się ukryć parę wydań w tornistrze. Zaraz więc po wyjściu rodziców do pracy, zamykamy drzwi na klucz i przez sitko wylewamy do zlewu mleko z ohydnej kaszki manny lub lanych klusek. To, co pozostało, owijamy w gazetę. Płuczemy sitko i odkładamy na miejsce. Na ulicy przyjazną środowisku małą paczuszkę kładziemy na jakimś płocie lub parapecie okna i podążamy ochoczo do szkoły, jak gdyby ni- gdy nic. Drugie śniadanie w formie obrzydliwych dwu kromek chleba zlepionych cukrem wyrzucamy do śmieci w drodze po- wrotnej. Trzeci problem wiąże się z mą chorobliwą niechęcią do od- rabiania lekcji. Odkąd nauczyłam się czytać, każda chwila, która nie jest poświęcona książkom, jest chwilą straconą. W klasie sie- dzę teraz w ostatniej ławce i czytam spod blatu. Walczę z okrut- nymi Rzymianami wraz z uczniami Spartakusa, rozwiązuję za- gadki z Sherlokiem Holmesem, płynę pod Samotnym Białym Żaglem. Nie mam czasu na takie głupoty, jak podsumowanie 16 Pierwsza klasa szkoły TPD, przy ulicy Trzebnickiej we Wrocławiu. Z wieloma kolegami utrzymuję kontakty do dzisiaj. Autorka pierwsza od prawej w środkowym rzędzie. eDUKacJa WROcłaWSKa 17 lekcji albo pisanie wypracowań w stylu „Jak spędziłam wakacje w Krynicy Zdroju”. Także ten problem rychło rozwiązuję, co prawda mało ory- ginalnie, ale z całą skromnością mogę stwierdzić, że sztukę czy- tania na głos z pustych zeszytów doprowadziłam do bardzo wysokiego poziomu. Do dwóch ważnych aspektów edukacji nieformalnej – du- chowego i cielesnego – władze się nie wtrącały. Ogólnie wiado- mo, że przyroda nie znosi próżni, dlatego w wychowanie ducho- we w krótkim czasie ingerują gosposie-opiekunki, mieszkające u nas w domu. Wszystkie bez wyjątku są żarliwymi katolicz- kami, które regularnie uczęszczają do kościoła i, rozumie się, ciągają mnie tam ze sobą. Uczą mnie modlitw i opowiadają o Matce Boskiej i Jezusie chrystusie. Jedna z nich przejęta swą misją nawracania nie- wiernych postanawia załatwić nam obu wejście do raju i na- mawia mnie, żebym się ochrzciła. Wizja choinki z bombkami i sukienki do pierwszej komunii zwalcza wszystkie możliwe wahania, ale sympatyczny i roztropny ksiądz nie wyraża zgo- dy na chrzest bez wiedzy rodziców. Brawurowy plan ocalenia mojej duszy kończy się porażką. Rodzice znajdują pod moim materacem schowek z modlitewnikami i wyrzucają je, jak rów- nież i gosposię. Innym aspektem edukacji, wymagającym szczegółowego pla- nowania i bardzo absorbującym, jest czas wolny (rodziców). aby podnieść jakość swoich wakacji, władze wręczają mi dekret do- tyczący mego oddalenia się od domu na okres letnich miesięcy. 18 eDUKacJa WROcłaWSKa Spędzam je na wsi w spartańskich warunkach, z początku w to- warzystwie nianiek, a potem na koloniach w odległych miejscach. Pierwsze kolonie letnie, na które w wieku siedmiu lat wy- syłają mnie moi zwariowani rodziciele, organizowane są przez pracodawcę mojego taty – Ministerstwo Leśnictwa. Tata jest je- dynym Żydem w całym biurze, a ja jedynym żydowskim dziec- kiem na koloniach. Nigdy do tej pory nie miałam problemu ze swoim pochodzeniem. chodziłam do żydowskiego przedszkola, a w naszej szkole TPD 80 procent uczniów było Żydami. Nagle znalazłam się w całkowicie odmiennej sytuacji. Już pierwszego wieczoru ogarnia mnie poczucie wyobcowa- nia – w dużej sali sypialnej wszystkie dziewczynki klękają obok swoich łóżek i zaczynają odmawiać pacierze. W ostatniej chwili ja też padam na kolana i dziękuję w duchu wszystkim byłym opiekunkom, które nauczyły mnie chrześcijańskich modlitw. Dziewczynka z sąsiedniego łóżka zauważa, że nie noszę krzyżyka ani żadnego medalika. Kiedy wyjaśniam jej, że łańcuszek jest właśnie w naprawie, ta sympatyczna osóbka od razu pożycza mi swój „zapasowy” łańcuszek. Wizerunek Matki Boskiej na szyi to moje „aryjskie papiery” na ten miesiąc, lecz przez cały czas towarzyszy mi strach, co się stanie, jeśli wyjdzie na jaw moja prawdziwa tożsamość? Wiedza o cielesności, rzecz jasna w teorii, należy do edu- kacji nieformalnej, to jest do szarej strefy, która wybiega poza zakres odpowiedzialności rodziców. Znów, według prawa za- chowania się próżni, strzępki informacji na ten temat wyłapuję „z ulicy”, czytaj: od wszystkich dzieciaków, z którymi stykam się na podwórku, w szkole czy na koloniach… W naszym domu eDUKacJa WROcłaWSKa 19 nie dość, że nie było wychowania seksualnego, to nawet naj- mniejsza aluzja w tej sprawie stanowiła „tabu”. Zadziwiające, w jaki sposób już w młodym wieku dzieci czują, co wolno opo- wiadać, a czego nie (nie wspominając o tym, co wolno, a cze- go nie wolno robić). Przecież nie mówiliśmy po powrocie do domu: „Dzisiaj bawiłam się z Witkiem w «pokaż mi swoją, a ja ci pokażę swojego»”. Kiedy miałam dziesięć lat, na obozie zimowym dziewczy- ny ze starszaków odkryły przede mną tajemnicę, jak się robi dzieci. Jestem oczywiście totalnie zszokowana, z początku nie chcę wierzyć, ale coś mimo wszystko szepcze mi, że one mówią prawdę, bo przecież nie można wymyślić czegoś tak pokręco- nego i okropnego. To znaczy, że wszyscy tak robią? Także mój tata? Nie umiem pogodzić się z tym straszliwym odkryciem i tej nocy nie mogę zasnąć. W końcu dochodzę do wniosku, że na- wet, jeśli to jest prawda, to jest jeden człowiek, który na pewno tego nie robi – towarzysz Stalin. O świcie nachodzą mnie pierwsze wątpliwości. Wiem, że Stalin ma dzieci; jego syn, pilot Wasilij, jest bohaterem wo- jennym, a piękna córka Swietłana – wzorem i przykładem dla każdej dziewczynki bloku wschodniego. a skoro on ma dzieci, to znaczy, że… O nie! Nasz uwielbiony wąsaty Wódz, który tak kocha wszystkie dzieci świata… On też??? To znaczy, że skoro i on robi to obrzydlistwo, to może wcale nie jest taki do- skonały, jak sądziłam. Jeśli zaś nie jest doskonały, to bardzo być może, że komunizm nie jest do końca tą czystą i szlachet- ną doktryną, w którą do tej pory tak mocno wierzyłam. W mojej duszy zalęgają się wątpliwości i heretyckie myśli o reżimie, na którego czele stoi człowiek tak zdemoralizowany. 20 eDUKacJa WROcłaWSKa Za pomocą prostego sylogizmu odsłaniam prawdziwe oblicze Słońca Narodów i wyprzedzam tym samym o rok rewelacje chruszczowa z XX Zjazdu partii komunistycznej. Good-bye Stalin!!!!!!! Mój duchowy świat został zdruzgotany, staję się człowie- kiem złamanym, wypalonym i zagubionym, poszukuję meta- fizycznego znaczenia wszechświata. Zarówno oficjalny system wychowania, jak i ten nieformalny poniosły porażkę i obnażyły swoją nagość. Postanawiam, że nie będę już dłużej polegać na podejrzanym systemie wychowawczym dwojga pedagogów- dyletantów, z którymi przyszło mi mieszkać, ani na metodach edukacyjnych skorumpowanej biurokracji państwowej – „Wy- klęty, powstań ludu ziemi!”. Od tej pory całą odpowiedzialność za moje wychowanie biorę we własne ręce. Już ja im pokażę!
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

A miałam być księżniczką z bajki...
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: