Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00274 005328 15185824 na godz. na dobę w sumie
A może będzie właśnie tak - ebook/pdf
A może będzie właśnie tak - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 72
Wydawca: Wydawnictwo BIS Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7551-339-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> dla dzieci
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Dzieci często marzą o tym, co będą robić kiedy dorosną. Niejeden chłopiec chciałby zostać strażakiem, a niejedna dziewczyna gwiazdą filmową. Niektórym już w dzieciństwie zdarza się ugasić prawdziwy pożar, namalować prawdziwy obraz lub choćby wyleczyć chore lalki i misie. O takich planach, marzeniach i przygodach pisze Renata Piątkowska w najnowszej książce.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Warszawa 2013 Copyright © Renata Piątkowska 2008 Copyright © Wydawnictwo BIS 2008 ISBN 978-83-7551-339-4 Wy daw nic two BIS ul. Lędz ka 44a 01-446 War sza wa tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84 e -ma il: bis bis@wy daw nic two bis.com.pl www.wy daw nic two bis.com.pl BĘ DĘ STRA ŻA KIEM. Mar twi mnie tyl ko to, że wszy scy chłop cy w na szym przed szko - lu chcą zo stać stra ża ka mi. Na wet Fi lip, któ ry za wsze chciał być kow - bo jem, też na gle zmie nił zda nie. Oni mi chy ba ro bią na złość! Prze cież jak nas bę dzie aż ty lu, to dla wszyst kich nie wystar czy po - ża rów! Skoń czy się tak, że bę dzie my się kłó cić o ga śni ce i wy ry wać so bie si kaw ki. Do brze, że mam wła sne wia der ko i pi sto let na wo dę, to za cznę ga sić, za nim oni skoń czą się bić. A po tem bę dzie jak w fil mach. Wyj dę z pło mie ni tro chę okop co - ny i usma ro wa ny. W ja kimś od le głym ką cie znaj dę bied ną ofia rę i ura - tu ję ją w ostat niej chwi li. Wy nio sę na rę kach le d wo ży wą i za raz po tem wszyst ko z hu kiem się za wa li. Lu dzie bę dą mnie po dzi wiać, po kle py wać i chwa lić, a ofia ra do sta nie coś do picia, opa mię ta się i za cznie mi dzię ko wać. Le ka rze, jak to le ka rze, bę dą chcie li mnie zba - dać i przy kleić pla ster, ale ja mach nę lek ce wa żą co rę ką i po wiem: 5 – Zo staw cie, to dro biazg. Nic mi nie jest. Stra ża cy w fil mach za wsze tak mó wią, na wet jak są cięż ko ran - ni i sto ją w ka łu ży krwi. Le ka rze i tak ni gdy ich nie słu cha ją i od ra - zu przy kle ja ją pla ster ki. W tym cza sie gru by Woj tek stłu cze chłop ców na kwa śne jabł ko, od bie rze im si kaw kę i po le je wszyst ko do ko ła. Po żar bę dzie uga szo - ny, a my po je dzie my wiel kim czer wo nym au tem do do mu. No, tak to so bie wy obra żam. A tymczasem za kła dam stra żac ki hełm, bio rę mój pa tyk, któ ry raz jest to por kiem, raz mie czem, a raz ka ra bi nem, i idę do Ma te - usza. Ma te usz jest mo im naj lep szym ko le gą i miesz ka tuż obok. Nie mu szę chy ba do da wać, że Ma te usz też chce zo stać stra ża kiem i że gdy otwo rzył mi drzwi, miał na gło wie iden tycz ny hełm, a w rę ce pa tyk. – Dzi siaj po ćwi czy my ścią ga nie ko ta z drze wa – oznaj mi łem bez zbęd nych wstę pów, bo do brze wiem, że to rów nież na le ży do obo - wiąz ków stra ża ków. – Do bra, tyl ko że ja nie mam ani drze wa, ani ko ta. – Ma te usz jak za wsze pię trzył trud no ści. – Kę dzior jest prze cież bar dzo po dob ny do ko ta. – Mó wiąc to, spoj rza łem na ku dła te go i wiecz nie roz czo chra ne go cho mi ka, któ - ry jak zwy kle drze mał na sza fie. – A sza fa jest ca ła z de sek, więc to ta kie pra wie drze wo, no nie? – do da łem. 6 – Czy ja wiem? Prze cież sza fa jest nie bie ska, nic na niej nie ro śnie i w ogó le. – Ma te usz zno wu szu kał dziu ry w ca łym. – Co ty, dzi dziuś w pie lu chach je steś czy stra żak? – Roz zło ści łem się. – Ru sza my do ak cji, bo to bied ne zwie rzę nie wy trzy ma tam ani chwi li dłu żej. Po rów na nie do dzi dziu sia zro bi ło swo je, bo Ma te usz wziął się wresz cie do ro bo ty. Przy su nę li śmy do sza fy sto lik, po sta wi li śmy na nim krze sło, po tem jesz cze kil ka gru bych ksią żek i dra bi na by ła go to wa. By łem już w po ło wie dro gi, Ma te usz mnie ubez pie czał, gdy Kę - dzior, nie cze ka jąc na ra tu nek, sam zlazł na zie mię i znik nął pod tap - cza nem. Swo ją dro gą cie ka we, jak stra ża kom uda je się zmu sić ko ta, że by sie dział na drze wie tak dłu go, jak trze ba? – Po wiem ci, że ni gdy nie lu bi łem te go cho mi ka. Mógł roz czo - chra niec je den chwi lę za cze kać. By łem tak bli sko. – Spoj rza łem z nie chę cią w ślad za zło śli wym gry zo niem. – No, jak pech, to pech – skrzy wił się Ma te usz i jak na stra ża ka przy sta ło, po lał sza fę wo dą. W koń cu uzna li śmy, że ćwi cze nia by ły jed nak uda ne. Tak czy siak, Kę dzior zo stał ura to wa ny, a sza fa na wszel ki wy pa dek jest mo - kra. I wszyst ko by ło by do brze, gdy by nie ma ma Ma te usza, któ ra na - rze ka ła, że nie moż na nas spu ścić z oka i za bra ła nam si kaw ki. Te raz już wiem, że Ma te usz to ma ru dze nie ma po ma mie. – Mu si my kie dyś po je chać do mo ich dziad ków na wieś. Tam jest peł no ro bo ty dla stra ża ków – po wie dzia łem, pod czas gdy 7 Ma te usz pod glą dał przez dziur kę od klu cza, gdzie ma ma cho wa na sze si kaw ki. Nie że bym się chwa lił, ale na praw dę mam naj lep szych dziad - ków na świe cie. Mo gę u nich co dzien nie wiel kim gu mo wym wę - żem pole wać ca ły ogró dek, a jesz cze na ko niec do sta ję w na gro dę bu dyń z so kiem. Ale co tam bu dyń, wąż, ogró dek, a na wet ca ły dom – u dziad ków naj faj niej sza jest szo pa na na rzę dzia. Obok gra - bi, ło pat i wia der są tam róż ne skrzy nie, sta re krze sła i w ogó le wszyst ko, co bab cia ka że wy rzu cić, a dzia dek cho wa, bo jak mó wi: „To się jesz cze kie dyś mo że przy dać”. W tej szo pie za miesz ka ła też kie dyś bez py ta nia czar na kot ka, któ ra przy szła nie wia do mo skąd. To wła śnie ja zna la złem ją pew - ne go ra zu w sta rej skrzyn ce na jabł ka. Le ża ła tam so bie jak by ni gdy nic, a przy jej bo ku spa ły trzy ma łe wo recz ki z ogon ka mi jak sznu - rów ki i po pi ski wa ły przez sen. Na wet ta kie bez pań skie ko ty mu szą się ja koś na zy wać. Od ra zu wie dzia łem, że ża den sza nu ją cy się kot nie chciał by mieć na imię Pu szek al bo Mru czek, więc na zwa łem ko - cię ta po stra żac ku: Ża rek, Po pio łek i Dy mek, a ich ma ma, chu da i czar na, do sta ła imię Spa le ni zna. Dzi siaj ca ła czwór ka gra su je po ogro dzie, plą cze się pod no ga mi i broi, ile wle zie. Lu bię, jak ta ko cia ro dzi na przy cho dzi do kuch ni, pi je mle ko i mru czy. A jesz cze bar dziej lu bię, jak przy cho dzi z wi zy tą wu jek Sta szek. Wu jek nie pi je mle ka i nie mru czy, ale za to bie rze mnie na ko la na, pod krę ca wąsa i opo wia da o stra ża kach. Bo wu jek sam jest stra ża - 8 kiem ochot ni kiem, to zna czy, że na co dzień jest pie ka rzem, ale jak się gdzieś pa li, to rzu ca wszyst ko i za mie nia się w stra ża ka. I to wła - śnie jest naj faj niej sze, bo oka zu je się, że moż na być na przy kład za - kli na czem wę ży al bo si ła czem, a jesz cze oprócz te go, na ochot ni ka – stra ża kiem. Wu jek do brze wie, że ja też kie dyś bę dę ga sił po ża ry, ścią gał z drzew ko ty, pod krę cał wąsa i jeź dził wiel kim czer wo nym au tem – dla te go cza sa mi za bie ra mnie do praw dzi wej remizy. Ta ka remiza jest lep sza na wet od dziad ko wej szo py. Kie dy wu - jek za brał mnie tam po raz pierw szy, po wie dział: – Przy patrz się, Ada siu, tu wi si por tret świę te go Flo ria na. To pa - tron wszyst kich stra ża ków. Świę ty Flo rian na ob ra zie wy glą dał na za do wo lo ne go. Stał wśród chmur i po le wał wo dą z dzban ka ja kiś pło ną cy na zie mi do - mek. Miał su perpłaszcz, dłu gi i czer wo ny, któ ry ło po tał mu na wie - trze. Wi dać, jak go ma lo wa li, to wia ło. Tuż obok ob ra zu wi sia ły za szyb ką zdję cia stra ża ków w ak cji. W błysz czą cych heł mach bie ga li tu i tam z to por ka mi i dra bi na mi. Wszę dzie peł no czar ne go dy mu, a oni nic się nie bo ją, tyl ko roz wi - ja ją gru be wę że i le ją aż mi ło. Na in nym zdję ciu stra ża cy w pięk - nych mun du rach sto ją rów niut ko, je den obok dru gie go, a ja kiś bar dzo waż ny pan przy pi na im me da le. Me da le są zło te i ma ją ko - lo ro we wstą żecz ki. Też bym tak chciał. Te raz, kie dy przy cho dzę z wuj kiem do remizy, to już nie tra cę cza su na oglą da nie zdjęć za szyb ką, tyl ko po zdra wiam Flo ria na, 9 zer kam na je go su perpłaszcz i idę po dzi wiać wozy stra żac kie. Ten, któ ry po do ba mi się naj bar dziej, ma wiel ką skła da ną dra bi nę. Na jej szczy cie jest ma lut ki bal ko nik. Jak ca ła dra bi na się wy pro stu je, to ten bal ko nik jest bar dzo, bar dzo wy so ko. Stra żak, któ ry tam się wdra pie, mo że so bie po dzi wiać pięk ne wi do ki, jak z wie ży. Oczy wi - ście mu si też po le wać z wy so ka ogień, ale to już sa ma przy jem ność. Oprócz tych wiel kich czer wo nych sa mo cho dów w remizie jest jesz - cze dłu ga błysz czą ca ru ra, po któ rej zjeż dża ją so bie stra ża cy. Sam już nie wiem, co faj niej sze. – Po do ba ci się, praw da? – spy tał wu jek, wi dząc, że pa trzę na ru rę w za chwy cie. – Jak je dzie my do po ża ru, to li czy się każ da mi nu ta, nie ma cza su na bie ga nie po scho dach. – A ja, na wet gdybym miał strasz nie du żo cza su, i tak wo lał bym zje chać po ta kiej ru rze, niż iść po scho dach – za pew ni łem. I od kąd zo ba czy łem to lśnią ce cu do, nie mo gę się na dzi wić, dla cze go dzia dek z bab cią nie spra wi li so bie ta kiej zjeż dżal ni. Mo gli by po niej śmi gać ze stry chu aż do piw ni cy. Na po że gna nie po gła ska łem ru rę, a na wet się do niej przy tu li łem, no i coś mi się zda je, że ru ra tro chę mnie po lu bi ła. Po tem, idąc w ślad za wuj - kiem, zo ba czy łem dłu gie rzę dy pó łek, a na nich heł my, wy so kie stra żac kie bu ty, pa sy, gru be rę ka wi ce, ko ce i ga śni ce. Na naj niż - szej pół ce sta ło błysz czą ce nie wia do mo co. Mia ło peł no śru bek, bla szek i za wi ja sów. Wu jek po wie dział, że to jest agre gat prą do - twór czy. 11 – Pięk nie się na zy wa – przy zna łem. – Wiesz, wuj ku, nie mo gę się do cze kać, kie dy wresz cie do ro snę i nie bę dę już mu siał cho - dzić do przed szko la. Wte dy, jak na praw dzi we go stra ża ka przy - sta ło, przyj dę do remizy, pod krę cę wąsa, za wo łam Ma te usza i bę dzie my so bie na zmia nę zjeż dżać po ru rze, a po tem po ba wi - my się w cho wa ne go. W ra zie ja kie goś po ża ru to oczy wi ście ja pierw szy wdra pię się na naj wyż szą dra bi nę z bal ko ni kiem i uga szę ogień w oka mgnie niu. Na ko niec, tak dla żar tu, po psi kam tro chę Ma te usza i gru be go Wojt ka. Gdy by jesz cze ma ma uszy ła mi ta ki płaszcz, jak ma świę ty Flo rian, i on po wie wał by mi na wie trze, to by ło by po pro stu pięk nie. – Zdra dzi łem wuj ko wi ca ły plan, a on po ki wał z uzna niem gło wą i od pro wa dził mnie do do mu. Le d wo prze kro czy łem próg kuch ni, dostałem bu rę. Bo ta chwil - ka, któ rą spę dzi li śmy z wuj kiem w remizie, we dług bab ci trwa ła ca - łą wiecz ność. Je dy na do bra wia do mość by ła ta ka, że na ko la cję mia ły być ziem nia ki pie czo ne w ogni sku. W ogro dzie za do mem dzia dek uło żył już pa tycz ki w zgrab ny sto sik, oto czył pa le ni sko ka - mie nia mi, a po tem po wie dział: – Trzy maj się, wnu siu, od ognia z da le ka. Jak się roz pa li, bę dzie dym, iskry i wiel ki go rąc. Po tem, jak tro chę przy ga śnie, to bę dziesz mógł po dejść. Za bra niać stra ża ko wi zbli żać się do ognia to tak, jak by chcieć przy bić bu dyń do ścia ny – po my śla łem, ale nic nie po wie dzia łem. Przy glą da łem się, jak pło mie nie owi ja ły się wo kół ga łą zek, jak by się 12 ni mi ba wi ły, a jed no cze śnie je po że ra ły. Po tem, co raz grub sze i moc niej sze, strze la ły w nie bo. Gdy dzia dek prze stał do kła dać, ogień szyb ko przy gasł. Wte dy bab cia wrzu ci ła do po pio łu ziem nia - ki i obo je z dziad kiem usie dli na we ran dzie. Ja zo sta łem na po ste - run ku, czy li przy ogni sku. Ża rzy ło się, a gdzie nie gdzie po ka zy wa ły się czer wo ne ję zycz ki. I wte dy wła śnie po my śla łem: A gdy by ta ki ję zyk po li zał su chą tra wę? A gdy by wiatr za niósł iskry na drew nia ną ław kę? Każ dy stra żak do brze wie, co by by ło. Już wi dzia łem, jak pło - mie nie z ław ki prze ska ku ją na szo pę, któ ra zmie nia się w wiel ką po - chod nię. Po tem pną się po mu rze i już tań czą na da chu do mu. A w do mu są bab cia z dziad kiem, Ża rek, Po pio łek, Dy mek i Spa le - ni zna. Nie, nie mo głem do te go do pu ścić! Za ło ży łem hełm, po rwa - łem mo je wia der ko i po bie głem do wiel kiej becz ki z desz czów ką. Na bra łem wo dy i chlu sną łem w ogni sko. Za dy mi ło i za sy cza ło jak wście kły wąż, któ re mu po krzy żo wa łem pla ny. Po wtó rzy łem to trzy ra zy i by ło po wszyst kim. Z ogni ska zo sta ła czar na ka łu ża, a wście kły wąż zo ba czył, kto tu rzą dzi. Po tem zo sta ło mi już tyl ko uspo ko ić dziad ków. Wkro czy łem na we ran dę uma za ny i prze mo czo ny, w heł mie i z wia der kiem. Mia łem na dzie ję, że wy glą dam tro chę jak wy baw ca, a tro chę jak Bat man. – No, już po stra chu. Po ża ru nie bę dzie – ogło si łem. – Mo że cie spać spo koj nie. 13 – Dziec ko, o czym ty mó wisz? Jesz cze nie po ra do spa nia. Za raz bę dzie ko la cja. O wła śnie, mu szę spraw dzić, czy ziem nia ki już do - szły. – Bab cia pod nio sła się z krze sła i ru szy ła do ogro du. – A gdzie one ni by mia ły dojść? – zdzi wi łem się. – Dzię ki mnie le żą spo koj nie w za la nej wo dą ku pie po pio łu. Gdy bab cia zo ba czy ła, co zo sta ło z ogni ska, zła pa ła się za gło wę i po bie gła do kuch ni ro bić dla wszyst kich ja jecz ni cę. A dzia dek do dziś na wspo mnie nie tej hi sto rii uśmie cha się pod no sem i mó wi: – Wnu siu, przy to bie to już na wet strach faj kę za pa lić, bo czło - wiek za raz mo że mieć na gło wie wia dro wo dy. Ale nie ma oba wy, nie ob le ję dziad ka, boby mu faj ka za mo kła. A dzia dek bar dzo ją lu bi, chy ba tak, jak ja mo je go mi sia Po ld ka. Dba o nią bar dzo, no si wszę dzie ze so bą i bez prze rwy czy ści. Cza sem faj - ka daw no już zga śnie, a on da lej trzy ma ją w zę bach. My ślę, że to jest dla dziad ka ta ki jak by smo czek i le piej mu go nie nisz czyć. Ja i tak mam się czym po chwa lić. Zna la złem czte ry ko ty, ura to - wa łem jed ne go wred ne go cho mi ka, bab cię i dziad ka, ich ław kę, szo pę i dom. A kto wie, gdyby wiatr prze niósł ogień da lej, to mo że i ca łą wieś. Cał kiem nie źle jak na jed ne go, nie du że go stra ża ka. Aż strach po my śleć, co się bę dzie dzia ło, gdy już uro snę i ra zem z Ma - te uszem zo sta nie my praw dzi wy mi stra ża ka mi. Ogień nie bę dzie miał z na mi szans, bo za nim ktoś zdą ży po my śleć, by za pa lić za pał - kę, to my ją już zdmuch nie my. BĘ DĘ AK TOR KĄ. Naj le piej bar dzo ład ną i bar dzo zna ną. Po dob no już mo ja bab cia chęt nie mó wi ła wier szy ki, a ma ma śpie wa ła naj gło śniej w ca łym przed - szko lu, więc wia do mo, że i ja bę dę gwiaz dą. A sko ro mam być sław - na i bo ga ta, to ko niecz nie mu szę mieć pa znok cie we wzor ki, gru be rzę sy i roz da wać au to gra fy. Na po czą tek na uczy łam się pi sać wiel ki mi li te ra mi swo je imię: BA SIA. I niepraw da, że du że „B” przy po mi na dwie skle jo ne lan dryn ki – jak zło śli wie twier dzi mój brat. Zresz tą on w ogó - le się nie zna na ar tyst kach. Na szczę ście bab cia się zna i mó wi, że je - stem du ża, mą dra i że pięk nie pi szę. Bar dzo lu bię mo ją bab cię i da ję jej co dzien nie je den au to graf, a cza sem na wet dwa. Po lu bi łam też pa nią z wiel kim mi kro fo nem, któ ra przy szła raz do przed szko la i chcia ła się do wie dzieć, co my przez ca ły dzień 16 w tym przed szko lu ro bi my. Obie ca ła, że jak grzecz nie od po wie - my na jej py ta nia, to na ko niec zro bi nam zdję cie i roz da li za ki. Ta pa ni by ła bar dzo mi ła, cią gle się uśmie cha ła i na wet po gła ska ła mnie po gło wie. W za mian za to na jej ślicz nej żół tej to reb ce na - pi sa łam gru bym czer wo nym fla ma strem: BA SIA. Jak to zo ba czy - ła, aż zbla dła ze szczę ścia i chwi lę trwa ło, za nim za da ła na stęp ne py ta nie: – Kto mi po wie, ja ka jest wa sza ulu bio na za ba wa? Ja pierw sza pod nio słam w gó rę pa lusz ki: – Naj faj niej jest, jak chłop cy nas go nią, a my im ucie ka my i pisz - czy my. Cza sem też ba wi my się w ogród ku i zjeż dża my na zjeż dżal - ni. Kto zje dzie na brzu chu gło wą w dół, jest kró lem – wy ja śni łam. – No i jesz cze ma lu je my ob raz ki, gra my w pcheł ki, w szu ka nie grzyb ków i ta kie tam róż ne – do dał Ma ciek. A ta pa ni wszyst ko na gra ła i po tem ka za ła nam usta wić się do zdję cia. – Stań cie wszy scy ra zem i nie ru szaj cie się przez chwi lę – po le ci ła. No więc sta nę li śmy. Ja oczy wi ście na sa mym przo dzie. Prze krę - ci łam tro chę spód nicz kę, że by by ło le piej wi dać wy szy te z bo ku mi - sie, za sło ni łam rę ką pla mę po barsz czu i wspię łam się na pal ce. By łam wy so ka i go to wa. I wła śnie wte dy ta wstręt na Aga ta we - pchnę ła się do pierw szego rzędu i mnie za sło ni ła. Chcia łam ją uszczyp nąć, ale nie zdą ży łam. Bły snę ła lam pa, roz le gło się „pstryk” i by ło po wszyst kim. Zdję cie i ar ty kuł o na szym przed szko lu wy dru ko wa no w ga ze cie na pierw szej stro nie. Bab cia po wie dzia ła, że pięk nie wy szłam, i po - ka za ła ga ze tę wszyst kim na szym są sia dom. Co praw da moż na tam by ło zo ba czyć tyl ko mo je ucho, grzyw kę i jed no oko, ale i tak prze - cież wi dać, że to ja. Aga ta wy szła ca ła, ale w cza sie ro bie nia zdję - cia zie wa ła jak smok i te raz w ga ze cie każ dy mo że obej rzeć so bie jej pasz czę. Tak czy inaczej, je ste śmy sław ne, więc dzi wię się tro chę, że lu dzie nie roz po zna ją mnie na uli cy i nie pro szą, że bym im na pi sa - ła: BA SIA, ale to pew nie dla te go, że te raz mu szę no sić czap kę, spod któ rej nie wi dać mi ani ucha, ani grzyw ki, a po tym jed nym oku trud no mnie po znać, bo czę sto mru gam. Aga ty też nie po zna ją, cho ciaż wczo raj ca łą dro gę do przed szko la szła z go łą gło wą i z otwar ty mi usta mi, że by wy glą dać jak na zdję ciu. Cie ka wa je stem, czy ktoś oprócz bab ci wy ciął so bie to na sze zdję cie i scho wał do szu flad ki? Ja za wsze tak ro bię, jak zo ba czę w ko lo ro wej ga ze cie ja kieś ład ne, sław ne ak tor ki. Po tem przy glą - dam się do kład nie tym gwiaz dom i wy cho dzi na to, że ja koś nie 18 bar dzo je stem do nich po dob na. I to nie dla te go, że one są więk sze, tyl ko po pro stu są ja kieś dziw ne. Ma ją strasz nie du żo wło sów, wiel - kie oczy, gru be rzę sy i cią gle się uśmie cha ją. No szą bar dzo krót kie spód ni ce, bar dzo dłu gie pa znok cie we wzor ki, a no gi ma ją za koń - czo ne szpil ka mi. Nie by ło ła two, ale w koń cu zna la złam spo sób, że by wy glą dać jak ar tyst ka. Oka za ło się, że jak po trzą snę gło wą i roz czo chram grzyw kę, to wło sów mam jak by wię cej, oczy wy star czy ma znąć tu - szem ma my, a wy szcze rzyć zę by po tra fię tak, że aż wi dać te wiel - kie z ty łu. Spód ni cę da się pod cią gnąć, a na wet ob ró cić mi sia mi do przo du, a w sza fie zna la złam peł no bu tów na ob ca sie. Sa ma się zdzi wi łam, że jest ich tak du żo, i nie wiem, po co ma ma cią gle ku - pu je no we, sko ro no ga jej już nie ro śnie. Po ra dzi łam so bie na wet z pa znok cia mi. Wy star czy ło osku bać jed ną pe lar go nię, a po tem po sma ro wać kle jem pa znok cie i na każ dym przy le pić je den czer - wo ny pła tek. Wzor ki ro bi się ma za kiem. Po ja kimś cza sie ta kie pa - znok cie więd ną i tro chę się marsz czą, ale na po cząt ku wy glą da ją su per. Naj więk szy kło pot mia łam z bluz ką, bo wszyst kie mo je ma ją koł nie rzy ki pod szy ją al bo tro chę ni żej, a u tych pań wy cię cia w bluz kach koń czą się gdzieś w po ło wie brzu cha. No i one ma ją tu z przo du ta kie dwie wiel kie gór ki, na któ rych bluz ka pięk nie się opi na, a mój przód nie róż ni się ni czym od ple ców. Dla te go je śli chcia łam wy glą dać jak gwiaz da, to mu sia łam coś z tym zro bić. 19 Roz wią za nie zna la złam w przed po ko ju pod sza fą. A wszyst ko dzię - ki ta cie, bo on lu bi grać w te ni sa i w do mu wszę dzie leżą ta kie faj - ne wło cha te pił ki. Na da ją się ide al nie. Wy star czy we pchnąć je pod bluz kę, ale trze ba uwa żać, bo przy bie ga niu opa da ją na brzuch. I tak roz czo chra na, z pi łecz ka mi na wła ści wym miej scu, w szpil - kach, z lek ko zwię dły mi pa znok cia mi, z rzę sa mi gru by mi jak frędz - le przy dy wa nie, na tknę łam się na mo je go bra ta. – O kur czę bla de – wy ra ził swój za chwyt. – No, nie jest mi spe cjal nie wy god nie – przy zna łam, chwie jąc się na wy so kich ob ca sach – ale już nie dłu go zo sta nę sław ną ak tor - ką i co dzien nie bę dę mu sia ła tak wy glą dać. Jak chcesz, to ci dam au to graf – za pro po no wa łam wspa nia ło myśl nie i na pi sa łam: BA SIA w je go ze szy cie do ma te ma ty ki. Po tem, nie cze ka jąc na po dzię ko - wa nie, wy szłam, stu ka jąc wdzięcz nie ob ca sa mi. I gdy mój brat wrza - snął: – Ma mo, zo bacz, co Baś ka na ro bi ła! – by łam już w swo im po ko - ju i po raz ko lej ny się prze bie ra łam. Bra ko wa ło mi tyl ko wi dow ni, więc usa dzi łam na pod ło dze wszyst kie mo je lal ki, miś ki, dwa ty gry ski, focz kę, je lon ka i sto no gę. Jak na pu blicz ność przy sta ło, sie dzia ły grzecz nie w rzę dach i pa trzy - ły na mnie z za chwy tem. A ja – tym ra zem w noc nej ko szu li bab ci, w słom ko wym ka pe lu szu, z pięk ną ko ron ko wą ser we tą na ple cach – wy glą da łam jak praw dzi wy Kop ciu szek na ba lu. Za tań czy łam 21 ślicznie na środ ku po ko ju, a po tem po bie głam do drzwi, gu biąc po dro dze nie je den, a na wet dwa pan to fel ki. Przy szło mi to bez tru - du, bo o wie le za du że szpil ki ma my i tak cią gle spa da ły mi z nóg. Ukło nom i okla skom nie by ło koń ca. Po tem za mie ni łam się w Kró lew nę Śnież kę. Wzię łam z kuch ni grusz kę, bo ja błek nie by ło, i nad gry złam ten za tru ty owoc. Kie dy w rę ce zo stał mi już tyl ko ogry zek, pa dłam z hu kiem na ka na pę i za - snę łam. Tym ra zem sen był cał kiem praw dzi wy i obu dził mnie nie po ca łu nek księ cia, ale głos ma my: – Ba siu, czas skoń czyć za ba wę. Ko la cja na sto le. Wie czo rem, kie dy za gra łam już wszyst kie ro le – kie dy bab cia za - czę ła do ma gać się zwro tu ko szu li, a ma ma po cho wa ła gdzieś swo - je szmin ki – po my śla łam, że mo że le piej zo sta nę wróż ką. Nie bę dę mu sia ła cią gle się prze bie rać i ma lo wać. Czar ne go ko ta mam od za - wsze, ja kaś szkla na kul ka się znaj dzie, a wy my ślać róż no ści po tra fię jak nikt. Na po czą tek mo gła bym po wró żyć bab ci z rę ki. Do wie dzia - ła by się, że ro bi pysz ne pie ro gi, ma mą drą wnucz kę, zło śli we go wnu ka i że nie za zna spo ko ju, do pó ki nie przy nie sie do do mu cu - dow nej ła cia tej świn ki mor skiej. Wła ści wie to wa ha łam się mię dzy świn ką a kró li kiem, więc po sta no wi łam to prze my śleć. Cią gle jesz cze my śla łam, gdy w przed szko lu za czę ły się przy go - to wa nia do no we go przed sta wie nia – tym ra zem o je sie ni. Na sza pa ni po sta no wi ła, że przy go tu je my pięk ny wy stęp z pio sen ka mi, wier szy ka mi i tań ca mi. 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

A może będzie właśnie tak
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: