Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00212 004481 18763264 na godz. na dobę w sumie
A nie mówiłem? - ebook/pdf
A nie mówiłem? - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 308
Wydawca: Ringier Axel Springer Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3809-1056-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> naukowe i akademickie >> politologia
Porównaj ceny (książka, ebook (-23%), audiobook).

Tomasz Lis: W tej książce publikuję teksty, które napisałem w czasie ostatnich prawie czterech lat. W większości, przyznaję to z przykrością, celnie  przewiduję to, co się teraz dzieje. Niestety, nie spełniły się głównie przewidywania optymistyczne. Teksty o tym, co może być, czyta się dziś w dużym stopniu jak teksty o tym, co jest. Warto je jednak, tak sądzę, czytać także z myślą o tym, jak być może i jak być powinno.

Trudno jest w Polsce coś prorokować. Ale profetycznych zdolności wymaga jedynie przewidywanie detali. Bo to, co się dzieje teraz, w sumie przewidzieć było łatwo. 25 lat obserwowania Jarosława Kaczyńskiego dało naprawdę sporo materiału badawczego. Wystarczyło więc patrzeć, pamiętać i nie karmić się złudzeniami, że tym razem może być inaczej. Tytuł A nie mówiłem? może sugerować zadowolenie z trafności przewidywań. Nic bardziej mylnego. Nie ma powodów do satysfakcji, gdy w Polsce realizuje się scenariusz fatalny.

Ale cóż w tym i owym się myliłem, czasem bardzo. Jednak w punkcie najważniejszym co będzie, gdy władzę przejmie PiS Jarosława Kaczyńskiego, jaka będzie prezydentura Andrzeja Dudy i czym będzie premierostwo Beaty Szydło, niestety, się nie pomyliłem.

Jak doszliśmy do punktu, w którym jesteśmy? Pisałem o tym przez lata. O tym jest ta książka. '

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tomasz Lis A nie mów iłem? 309 Tomasz Lis A nie mów iłem? A nie mówiłem? N a wo l N o ś ć t r z e b a z a s łu ż yć N o i stało się. Ale właściwie, co się stało? Mieliśmy demokratyczne wybory. Tego nikt nie podważa. W wyniku wyborów partia PiS uzyskała większość w parlamencie i stworzyła rząd. To też zgodne z regułami demokracji. Wcześniej kandydat PiS został prezydentem. Nawet oponenci Pana Dudy nie twierdzą jed- nak, że został prezydentem przez przypadek, nawet jeśli sprawując ten urząd, co- dziennie niemal daje dowody, że jest prezydentem dość przypadkowym. W czym więc problem, jeśli regułom demokracji stało się zadość, a rządzący mają niekwestionowany mandat do sprawowania władzy? Otóż rządzący naj- wyraźniej uznają, że demokracja sprowadza się do samego aktu głosowania, a w okresie między wyborami obowiązuje jakby mniej. A przecież demokracja, w jej prawdziwym wydaniu, polega na tym, że w państwie mamy rządy prawa, a nie rządy ludzi. Krótko mówiąc, rządy sprawują ludzie, ale nawet najważniej- sze osoby w państwie nie są ponad prawem. Nawet pierwszy obywatel, prezydent, nawet premier, nawet będący ich faktycznym zwierzchnikiem tzw. naczelnik państwa Jarosław Kaczyński mają obowiązek przestrzegać prawa. A prezydent powinien dodatkowo stać na jego straży. Na tym polegają rządy prawa. Nikt, ab- solutnie nikt, nie może stać ponad prawem, bo czyni go to uzurpatorem, a system władzy staje się bardziej autorytarny niż demokratyczny. Nie jest też tak, że ponad prawem jest – jak coraz częściej się mówi – jakieś dobro ludu czy jego wola. Przyjęcie tej teorii oznaczałoby, że istnieje jakaś nie- zmienna wola ludu, jakieś niezmieniające się jego dobro. To absurd. Oznaczało- by to bowiem, że jeszcze we wrześniu mieliśmy jedną wolę ludu i jedno jej dobro, a w listopadzie mamy inną wolę i inne dobro. Takie rozumowanie nasuwa też problem praktyczny. Kto jest uprawniony do definiowania dobra ludu? Sejmowa większość? Lider partii rządzącej? 3 PiS zdobyło w wyborach niecałe 19 proc. głosów dorosłych Polaków. Dość, by zdobyć większość, ale z całą pewnością za mało, by uznać te głosy za wyraz woli narodu. Części narodu, owszem, ale w sumie nieznacznej części. Wystarczającej, by rządzić; niewystarczającej, by definiować dobro narodu i uzurpować sobie pra- wo do łamania obowiązującego prawa. PiS ma w Sejmie ponad 230 posłów i uznaje, że w związku z tym reprezentu- je i dobro, i wolę narodu. Pytanie, czy gdyby PiS straciło 10 posłów, wola i dobro narodu byłyby zupełnie inne? Czy gdyby Zjednoczona Lewica zdobyła kilka dzie- siątych procent głosów więcej i weszłaby do Sejmu, co oznaczałoby, że PiS nie ma większości, wola byłaby zupełnie inna? Jaka? Doprowadzam tę interpretację woli narodu do absurdu, ale nie jest to wielki wysiłek, bo sama w sobie jest ona absur- dalna. Abstrahując już od tego, że teoria wyższości owego dobra narodu i woli na- rodu nad prawem już kilkadziesiąt lat temu totalnie się skompromitowała. Była bowiem szalenie popularna wśród nazistów. Świat musiał przeżyć tragedię świa- towej wojny, a Europa przejść przez największy koszmar w historii, z Holokau- stem na czele, by okazało się, że przyjęcie takiej definicji woli narodu może rodzić dramatyczne konsekwencje. Zgódźmy się więc, że rządy prawa są lepsze od rządów ludzi, a wierność kon- stytucji lepiej zabezpiecza prawa ludzi niż uzurpowanie sobie przez kogokolwiek prawa do definiowania dobra i woli ludu. A skoro tak, to pojawia się pierwszy po- ważny problem z partią Prawo i Sprawiedliwość. Uznaje ona, że prawo, owszem, obowiązuje, ale najlepiej to, które ta partia sama przyjmuje, albo które może z ła- twością zmienić. Gdy prawo stanowi dla tej partii barierę albo gdy jakaś instytucja tej partii przeszkadza, prawo można zignorować, a instytucję zmarginalizować, zdeptać i ośmieszyć. Dlatego przy całym dramatyzmie PiS-owskiego ataku na Trybunał Konstytu- cyjny, w którym uczestniczył prezydent, należy za ten akt prawnego i politycznego wandalizmu podziękować PiS. Na własne oczy zobaczyliśmy całą bezceremonial- ność tej partii i jej prezydenta. Zobaczyliśmy, o co w całej tej grze idzie, poznali- śmy, aż do bólu koncepcję sprawowania władzy przez PiS. Ponieważ PiS przeszkadza prawo, konstytucja i Trybunał, konstytucję wyrzu- ca partia do śmietnika, a Trybunał spycha na margines. W praktyce oznacza to, 4 że dla wszelkich pozaprawnych, prawnie wątpliwych albo wprost bezprawnych działań nowej władzy nie ma już absolutnie żadnych hamulców. To z kolei ozna- cza, że Polska przestała być demokratycznym państwem prawa. Przestała być li- beralną demokracją. A ponieważ dla partii PiS, dla jej prezesa i jej prezydenta nie ma też granic przyzwoitości, rozpoczęły się rządy bezprawia. BEZ SATYSFAKCJI Tytuł tej książki – „A nie mówiłem?” – może sugerować, że odczuwam jakiś rodzaj satysfakcji – wiedziałem, przeczuwałem, ostrzegałem. Jakiś rodzaj perwersyjne- go schadenfreude, że to, co zapowiadałem, spełnia się co do joty. Realizacja czar- nego scenariusza nie jest jednak dla mnie źródłem żadnej radości czy satysfakcji. Przeciwnie, jest źródłem autentycznego smutku. Cóż to za radość, że PiS okazał się taki, jaki był zawsze. Jakaż to miałaby być satysfakcja, że spełnia się czarny sen, a mój kraj pogrąża się w jakiejś demokraturze. Żadna demokracja nie jest idealna, każde państwo potrzebuje zmian, prawo zaś wymaga korekt, czasem nawet radykalnych. Nie mamy jednak do czynienia z zapowiadaną przed wyborami „dobrą zmianą”. To zmiana bezdyskusyjnie na gorsze. Spychająca Polskę na margines demokratycznych krajów europejskich, gdzieś w stronę Budapesztu, a może Turcji. A może, już niedługo, w stronę Biało- rusi czy Rosji. Oby nie. Ale widząc impet, bezwzględność tej władzy, i takiego sce- nariusza bym nie wykluczał. Problem z władzą PiS nie polega oczywiście tylko na tym, że burzy ona funda- menty państwa prawa i miażdży niezależne od siebie instytucje. Polega głównie na celach, które w ten sposób chce osiągnąć. Dokładniej na celu głównym. Celem głównym jest realizacja wizji ideologicznej, wykluczającej większość społeczeństwa. Zakłada ona, ni mniej, ni więcej, tylko usankcjonowanie ultra- konserwatywnego państwa narodu katolickiego. Nie mam problemu ani z kon- serwatyzmem, ani z narodem, ani z katolicyzmem. Ale ultrakonserwatywnego państwa narodu katolickiego nie chcę, podobnie jak miliony Polaków. Po pierw- sze dlatego, że wśród Polaków są nie tylko konserwatyści. Po drugie dlatego, że państwo powinno być światopoglądowo neutralne. Po trzecie dlatego, że respek- tując, co oczywiste, prawo do wyznawania przez obywateli wiary, państwo nie 5 może używać narodowo-katolickiego stempla. Po czwarte dlatego, że takiego państwa nie życzy sobie także cała masa katolików. Uważają oni bowiem, że ich wyznanie jest kwestią prywatną i nie uprawnia nikogo do nadawania wyznanio- wego charakteru państwu. Władza dobra, mądra władza nie skupia się na ideologizacji państwa, na pro- pagowaniu i narzucaniu jakiejś jego wizji, ale przede wszystkim na tym, by czy- nić życie ludzi łatwiejszym. To nie znaczy, że państwo z założenia ma rezygnować z promowania idei. Nie mogą to być jednak idee, które sprawią, że ktokolwiek czu- je się w tym państwie źle, obco, nie u siebie. Państwo należy do wszystkich i ma być dla wszystkich. Musi być sługą, a nie oficerem politycznym. Takie państwo już mie- liśmy – nazywało się PRL. Większość Polaków nie chce PRL-PiS, czyli PRL bis. PiS-owska władza, tworząc takie państwo, petryfikuje głęboki podział społe- czeństwa. Podział, który od lat służył politycznie Jarosławowi Kaczyńskiemu, ma być teraz pokropiony święconą wodą. Stworzenie państwa narodu katolickiego sankcjonuje demagogiczny i niemądry podział na Polaków lepszych i gorszych, bardziej patriotycznych i mniej patriotycznych. Niby kto, w imię czego, na jakiej podstawie, ma prawo takiego podziału dokonywać. By urzeczywistnić ideologiczną wizję Jarosława Kaczyńskiego, nachalnie nad- używa się słów „naród” i „patriotyzm”. Nikt nikomu nie dał w Polsce monopolu na patriotyzm. A już na pewno miarą patriotyzmu nie jest energia, z jaką wyma- chuje się biało-czerwoną flagą, ani częstotliwość, z jaką wypowiada się słowo „na- ród”. Narodowa telewizja, narodowe kino, narodowa sztuka, narodowa nauka, narodowe wychowanie. Chcę, podobnie jak – zgaduję – miliony Polaków, dobrej i uczciwej telewizji, dobrych filmów, ambitnej sztuki, sensownej szkoły, solidne- go wychowania dzieci i młodzieży. Najlepiej wychowania na dobrych ludzi. Pa- triotów też, ale niekoniecznie według jednej miarki – wiary, wyznania, orientacji seksualnej czy poglądów politycznych. Nie Polska dla Polaków, bo to hasło wyklu- czające, ale POLSKA DLA ABSOLUTNIE WSZYSTKICH POLAKÓW. Nadużywanie słowa „narodowy” służy ukryciu celu najprawdziwszego. A jest nim stworzenie państwa partyjnego, państwa PiS. Państwa, w którym naczelni- kiem, wodzem, cesarzem, panem i władcą będzie pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego PiS. O to tu idzie. Przy czym Jarosław Kaczyński ma ambicje dalej 6 idące niż ambicje, które miał którykolwiek z pierwszych sekretarzy PZPR. Chce nie tylko władzy niekontrolowanej. Chce władzy totalnej. Chce nie tylko rządu. Chce rządu dusz. Komunistyczna władza musiała się z Kościołem układać. Ka- czyński chce zdominować także Kościół. I dlatego mówi dziś językiem Cyrankie- wicza – „ręka podniesiona na Kościół jest ręką podniesioną na Polskę”. Mówi, jakby był i głową państwa, i głową Kościoła, choć nie jest ani jednym, ani drugim. Sprawą Kościoła jest jego stosunek do części tej uzurpacji. Czy kardynałowie i bi- skupi nie widzą, że oto Kaczyński zaprzągł ich do swojego rydwanu? Tego chcą? Nie rozumieją opłakanych tego skutków także dla siebie. Jarosław Kaczyński nie chce być więc tylko pierwszym sekretarzem partii rzą- dzącej. Chce być pierwszym sekretarzem całej Polski. To jemu hołdy składają prezydent i premier. To jemu mają być wdzięczni wszyscy, którzy sprawują jakie- kolwiek funkcje z nadania PiS. To jemu ma być wdzięczny cały naród, bo przecież, jak to powiedział prezydent Duda, prezes jest „wielkim politykiem, strategiem, patriotą i człowiekiem, a dowody jego wielkości są jednoznaczne”. Otóż, panie prezydencie, podobnie jak miliony Polaków wcale nie uważam, że pan Kaczyń- ski jest wielkim politykiem, strategiem, patriotą i wielkim człowiekiem. Nie wi- dzę też żadnych dowodów jego wielkości. Małości, owszem. Kaczyński chce być odpowiedzialny wyłącznie przed Bogiem i historią. Żywi nie mają wszak prawa oceniać półboga. To już pierwsze kroki w stronę kultu jednostki. Otóż nie podoba mi się państwo, w którym ktokolwiek przypisuje sobie taką władzę. Kaczyński jest liderem rządzącej partii. I tyle. Nic więcej. Mieliśmy już wielu liderów partii sprawujących władzę. Będziemy ich mieli jeszcze bardzo wielu. Żaden z nich nie ma władzy większej niż ta, którą daje mu prawo. CZAS NA NAS Wielu Polaków jest dziś zaszokowanych tym, co się dzieje, tempem niebezpiecz- nych zmian, bezczelnością partii władzy. Bezceremonialnością jej funkcjonariu- szy. Wielu Polaków zastanawia się, co przyniosą następne dni, tygodnie i miesiące. Bardzo wielu z nas ma poczucie, że oto w majestacie prawa albo przy pomocy na- ginania czy łamania prawa pozbawia się nas najcenniejszych zdobyczy minione- 7 go ćwierćwiecza. Łatwo przyzwyczailiśmy się do wolności. Jest jak powietrze. Docenia się je zwykle dopiero wtedy, gdy zaczyna go brakować. Na większość pytań, które postawiłem wcześniej, nie znamy jeszcze odpowie- dzi. Widzimy jednak tupet nowej władzy. Uzasadniona jest więc obawa, że ta wła- dza nie powstrzyma się przed niczym, by umocnić samą siebie, zmarginalizować politycznych przeciwników, zagarnąć kolejne sfery życia społecznego i poddać je ideologicznej kontroli. Nie przez przypadek do realizacji ideologicznego projektu i walki z wrogiem zaangażowano panów Ziobrę, Macierewicza i Kamińskiego. Już nieraz udowad- niali, że potrafią posunąć się naprawdę bardzo daleko i że nie zamierzają się w re- alizacji swych celów przejmować ani prawem, ani głosami sprzeciwu. Mają święte przekonanie o słuszności swej misji. Ad maiorem Dei gloriam. Musimy jednak znaleźć odpowiedzi na najważniejsze pytanie: co możemy zro- bić my, Polacy, którym nie podoba się to, co się dzieje w kraju? Zabrzmi to boleśnie, ale trudno: czas mroku będzie długi. Nic tu się nie skoń- czy ani za miesiąc, ani za rok. Nie obudzimy się nagle z myślą, że koszmar był tylko snem. Czeka nas długi marsz, długa batalia o normalność, o demokrację, o odbu- dowę państwa prawa. Tym bardziej że oponent jest zdeterminowany. Tym bar- dziej że już gwałci prawo, i pogwałci je zapewne jeszcze wiele razy. Będzie miał więc świadomość, że przyjdzie mu za to ponieść konsekwencje, gdy tylko okaże się, że władza jednak nie była dana raz na zawsze. Co mamy robić? Musimy robić swoje. I dużo więcej. Czeka nas wielki test spo- łeczeństwa obywatelskiego. Właśnie teraz musimy odpowiedzieć na pytanie – kim jesteśmy, ile naprawdę warta jest dla nas wolność i demokracja, jaką cenę gotowi jesteśmy za nią zapłacić. Pierwsze sygnały podnoszą na duchu. Jakby uśpione przez tyle lat społe- czeństwo obywatelskie staje na nogi. Tworzą się komitety obrony demokracji. W internecie powstają nowe inicjatywy wspierające opór wobec nielegalnych, półlegalnych i ćwierćlegalnych działań władzy. Przyzwoicie zachowuje się wie- lu sędziów i prokuratorów. Niezwykle ważna jest rola, którą będą odgrywać dziennikarze, tym bardziej że niezależne media wkrótce będą celem brutalnego ataku. Nowi władcy mogą za- 8 właszczyć publiczną telewizję, uczynić ją telewizją narodową, mogą powierzyć wszystkie funkcje w tej telewizji PiS-owskim propagandystom. Ale ta nachalna propaganda będzie tylko obiektem szyderstw i drwin, gdy zostanie skonfronto- wana z rzetelnymi informacjami i opiniami przekazywanymi przez inne telewi- zje, przez wolną prasę, przez internet i media społecznościowe. Władza jest tego świadoma, będzie więc próbowała uderzyć we wszystkie me- dia niezależne. Spróbuje je zawłaszczyć, przejąć, zmarginalizować, zaszantażo- wać. Będzie potrzeba wielkiej determinacji właścicieli mediów, dziennikarzy i widzów, słuchaczy oraz czytelników, by się temu oprzeć. Wojna o wolne media będzie kluczowa dla przyszłości naszej demokracji. Jeśli ją przegramy, w mroku pogrążymy się na dekadę albo dłużej. Już dziś niemal każdy głośny oponent władzy jest celem brutalnych ataków ze strony polityków PiS i pro-PiS-owskich mediów. Nie miejmy złudzeń. Ataków bę- dzie więcej, będą bardziej brutalne, bardziej dotkliwe, bardziej kłamliwe. Gdy już nowa władza weźmie za twarz publiczne media, wyleje się z nich lawina pomyj. Technika jest zawsze ta sama. Oponentów władzy trzeba Polakom obrzydzić. Odsądzić ich od czci i wiary. Zmienić im życiorysy, przypisać im najniższe pobud- ki, zohydzić na wszelkie sposoby. Tak robiła komunistyczna propaganda i nie ma powodu, by przypuszczać, że tym razem będzie inaczej. Poniewieranych i oplu- wanych będzie wielu. Nikt z nich nie powinien pozostać sam. Nie poradzimy so- bie z nawałnicą bez autentycznej solidarności. Bez niej władza będzie wybierała sobie kolejnych wrogów, wskazywała ich i eliminowała, zastraszając i używając oczerniającej ludzi propagandy. Jeśli władza stwierdzi, że może to robić bez prze- szkód, rozpędzi się jeszcze bardziej. A gdy ludzie zobaczą, że zniszczyć można każdego, wielu ucichnie. Solidarność jest potrzebna nie tylko ofiarom. Jest po- trzebna nam wszystkim. Będziemy musieli zdawać test nie tylko z solidarności i obywatelskości, ale także z chrześcijaństwa. PiS-owska władza chce Polaków podzielić na amen. Na to też nie można pozwolić. Tak jak władza często odmawia wielu z nas patrio- tyzmu, tak często po naszej stronie zwolennikom władzy odmawia się rozumu. Fakt, wielu nie może pojąć, jak wielu innych mogło poprzeć projekt tak dla Polski fatalny. Często wynikało to jednak po prostu z antypatii do poprzedniej władzy, 9 z głębokiego przekonania, że Polska może być lepsza, że Polską można rządzić le- piej. A także z poczucia, że część Polski biegnąc za nowym, Europą, dostatkiem, nowoczesnością, zapomniała o tych, którzy biec często nie potrafią, a przed no- wym, nieznanym, odczuwają po prostu lęk. Często uzasadniony. Także z poczucia, że część Polaków odciętych jest nie tylko od możliwości, ale także od szans, któ- re są udziałem innych. To nie jest powód do pogardy, lecz do poważnej refleksji. Bo innej Polski niż ta, którą mamy, mieć nie będziemy, bo żadna połowa Polaków z Polski się nie wyprowadzi. I kiedyś, w sensie politycznym, a na pewno społecz- nym, będziemy musieli Polskę i Polaków posklejać. Tak, by na następnym okrą- żeniu nie było znowu triumfatorów i tych, którzy ponieśli klęskę, ale by w imię solidarności i przyszłości stworzyć szanse dla wszystkich. Chcą nas podzielić. Będziemy głupcami, jeśli im na to pozwolimy. Właśnie po- dział uznają za gwarancję swojej władzy, dokładniej – wszechwładzy. Temu mu- simy się przeciwstawić. Nie tylko w imię wielkich idei, ale także w imię dobrze pojętego własnego interesu. Interesu całego społeczeństwa. PRACA DOMOWA Obecne rządy to będzie zapewne długi antrakt. Ale to nie czas na emigrację wewnętrzną. To czas na odrobienie pracy domowej. Nie podoba się nam PiS- -owska wizja Polski. Ale czy naprawdę mamy jakąś inną, spójną koncepcję? Nie zbiór haseł, ale zbiór idei i sensowny program na lata? Bądźmy szczerzy – nie mamy. To wszystko trzeba wypracować. Cierpliwie, krok po kroku. Byśmy kie- dyś, gdy zmiana polityczna nastąpi, byli na nią dobrze przygotowani. Odzyskanie wolności często jest o niebo trudniejsze niż jej zagospodarowanie. A Polskę wciąż czeka bardzo długa droga, by dołączyć do grona najbogatszych społeczeństw i naj- lepiej rządzonych państw. I tu wielka praca czeka naukowców, ekspertów. Trzeba nam watchdogów, którzy będą obserwować i kontrolować władzę, trzeba nam think tanków, któ- re pomogą wymyślać Polskę na nowo i opracować programy sensownych zmian w każdej dziedzinie. To też będzie wielki test. Nie możemy go oblać. Polska wpadła w turbulencje, gdy wydawało się, że przy wszystkich trudno- ściach, błędach, niedomaganiach oraz wadach państwa jesteśmy na dobrej dro- 10 dze. Gdy za granicą stawiano nas za wzór. Skala zmiany akurat w takim momencie jest dobrym materiałem badawczym dla socjologów. Ale trzeba pogodzić się z tym, że zdaniem milionów Polaków aż tak dobrze w Polsce nie było, że zmia- ny są potrzebne. Zamiast korekty dającej szansę na rozwój wypisano nam re- ceptę na regres. Ale to wcale nie znaczy, że nie powinniśmy myśleć nad sensem i treścią zmiany. Ta praca zajmie wiele czasu. Warto ją zacząć już dziś. Szybciej skończymy. Moje pokolenie dostało wolność i demokrację na tacy. To był cud. Kiedy wcho- dziliśmy w dorosłe życie, zaczynała się nowa Polska, niespodziewany nowy roz- dział w historii. Miliony z nas z tej szansy skorzystały. Uznawaliśmy jednak, bo taka jest ludzka natura, że skoro ją dostaliśmy, to się nam należała. Że możemy zbierać owoce historycznego przełomu. Najwyraźniej tak nie jest. O to, co dostaliśmy za darmo, dziś znowu musimy walczyć. W warunkach, powiedzmy sobie szczerze, niepomiernie mniej drama- tycznych niż pokolenia naszych ojców, dziadów i pradziadów. Wystarczy, że od- zyskamy to, o co oni walczyli i co wywalczyli. Nic nam się nie należy. Także my na to, co najważniejsze, musimy zasłużyć i zapracować. Albo może po prostu odpra- cować to, co wzięliśmy z tacy, którą podała nam historia. Nie pytajmy więc, komu bije dzwon. Bije on nam. W tej książce publikuję teksty, które napisałem w czasie ostatnich prawie czte- rech lat. W większości, przyznaję to z przykrością, celnie przewiduję to, co się teraz dzieje. Oczywiście nie we wszystkich. Niestety, nie spełniły się głównie przewidywania optymistyczne. Pesymistyczne spełniły się i spełniają co do joty. Teksty o tym, co może być, czyta się dziś w dużym stopniu jak teksty o tym, co jest. Warto je jednak, tak sądzę, czytać także z myślą o tym, jak być może i jak być powinno. Tomasz Lis, grudzień 2015 11 2012 r. 13 A nie mówiłem? M i ę d z y M a r g i N e s a M i P rawdziwa Polska spowita jest mgłą, a najbardziej donośne są w niej głosy dochodzące z marginesów. By dostrzec realny kraj, trzeba się przebić przez mgłę i nauczyć się ignorować nieznośny hałas. Najwyraźniej nie jest to proste, bo mają z tym problem nawet dorośli i mądrzy ludzie. Dlatego wciąż dziwią ich rzeczy, które już dawno dziwić ich nie powinny. Mnie nie dziwią, dziwi mnie jedynie, że dziwią ich. W ostatnich dniach można było zauważyć i usłyszeć wielu zdziwionych. Ich zdziwienie było autentyczne, bo przecież nie artykułowaliby go tak wyraźnie, gdyby było inaczej. Lech Wałęsa wciąż jest bardzo zdziwiony, że będąc na świe- cie symbolem walki o wolność, w Polsce przez wielu jest traktowany jako symbol zdrady. Nie wiem, dlaczego Wałęsa nie jest w stanie zrozumieć, że w naszym pięk- nym kraju zawsze z największą intensywnością kopie się tych, którzy zasługują na wdzięczność i szacunek. Wiedziałby, że kopniaki są u nas jak ordery. Szef naszej dyplomacji Radosław Sikorski zaprezentował w zeszłym tygodniu cele polityki zagranicznej. Pewną dystrakcją w tej prezentacji była konieczność tłumaczenia, że nie jest ruskim agentem, że nie spiskował z Putinem w celu za- bicia polskiego prezydenta i że nie wiedział o nieuchronnej śmierci kilkudziesię- ciorga polskich obywateli, w tym wielu jego znajomych. Musiał więc udowadniać, że nie jest zdrajcą, kanalią i nie zasługuje na karę śmierci, co zasugerował lider opozycji. W całkowicie normalnym kraju takie oskarżenie byłoby czymś niezwy- kłym, ale też... ale też my dziwić się nie powinniśmy. Minister też nie powinien. Premier Tusk miał prawo się dziwić, gdy usłyszał, że dąży do likwidacji naro- du polskiego, co już nie sugerował, ale otwarcie powiedział lider opozycji. Może się nawet premier zdziwił. A może i nie. Dziwić się nie powinien, wiadomo – mgła, hałas na marginesach. 15 Miłość do Polski, takiej jaka jest, wymaga umiejętności niedziwienia się i przyj- mowania z dobrodziejstwem inwentarza rzeczy, słów i zjawisk, które w normal- nych okolicznościach powinny jeśli nie szokować, to intrygować. Nie powinniśmy się więc dziwić, że były sekretarz KC daje wykłady o demokra- cji, że agent SB insynuuje, kto jest rosyjskim agentem wpływu. Nie powinniśmy się dziwić, że autor najbardziej zawstydzającego panegiryku na cześć premiera (tyle że poprzedniego) mówi, kto jest dziennikarzem prorządowym. Nie powin- niśmy się dziwić, że pałkarz z brukowca, mentalny żul i bęcwał wystawia cenzurki dziennikarzom. Nie powinniśmy się dziwić, że mistrz łatwych rymów (stąd na- zwisko) nazywa większość z nas ludnością tubylczą. Nie powinno nas to wszystko dziwić. Ale nie dlatego, że to Polska właśnie, lecz dlatego, że także taka bywa Polska. To normalny kraj w ogromnej większości faj- nych ludzi, często zagłuszanych niestety przez margines. W biografii Steve’a Jobsa jej autor, Walter Isaacson, pisze, że Jobs świadomie dokonywał „zniekształcenia pola rzeczywistości”, by siłą wizji i woli rzeczywistość zmienić. My w Polsce mu- simy codziennie wykazywać siłę woli, by nie dopuścić do zniekształcania pola naszej rzeczywistości. Tym bardziej że efektem tego zniekształcenia byłby nie postęp, ale totalny regres. „Newsweek” nr 14/2012 (2-9 kwietnia 2012) 16 A nie mówiłem? d l a c z e g o s i ę b oj ę 10 kw i et N i a? d o h y M N u! B oi się, no tak, sam się przyznaje, że się boi. Dlaczego się boi? Bo wie, że naro- dowy duch się odradza, a jak się odrodzi, o tym też wie, to takich jak on, za- przańców, zdmuchnie z placu boju. Tak pewnie przeczytam na jednym czy drugim prawicowym forum. Ale nieważne. Dlaczego się boję 10 kwietnia? Nie dlatego, że boję się tłumu. Lubię tłumy. Nie dlatego, że boję się wspólnoty. Kocham poczucie wspólnoty. Nie dlatego, że nie lu- bię patriotycznej atmosfery. Lubię ją. Nie dlatego, że nie lubię manifestowania, że my, że razem, że Polska, że biało-czerwoni, że jeszcze nie zginęła i nigdy nie zgi- nie. I flagi też lubię, dużo flag. Boję się, bo nie trzeba wielkiej umiejętności przewidywania, by wiedzieć, że kolejny raz, tak jak w czasie uroczystości rocznicowych sprzed roku, pojawi się w stolicy wspólnota, ale będzie to – swego rodzaju paradoks – wspólnota wyklu- czająca. My tu to patrioci, my wiemy, co się wtedy stało i kto to zrobił, my wiemy, że Lech Kaczyński był wielkim prezydentem, kto nie z nami, jest Polakiem gor- szym, a może jest Polakiem wyłącznie z paszportu i miejsca urodzenia. Czy to są jakieś rojenia i fobie? Nie. Po stronie, jak ona sama się nazywa – niepodległościowej czy niepokornej, mamy bowiem do czynienia z patriotyzmem wykluczającym. Nie jest przecież przypadkiem, że idol tej Polski zaraz po katastrofie napisał, że „co się podzieliło, to się już nie sklei ”. Nie jest przypadkiem, że niedawno całkiem poważnie stwier- dził, iż jedna czwarta Polaków to patrioci, a reszta to takie tubylcze barachło. Ro- zumiem, że takie stwierdzenie ma być fundamentem sklejania dwóch Polsk, tak? 17 Nie śmieję się z patriotyzmu zwolenników Jarosława Kaczyńskiego i miłośni- ków Lecha Kaczyńskiego. Szanuję go. Szanując ich, nie godzę się jednak na to, by mnie samemu patriotyzmu odmawiano. A czyni się to, czyni się to regularnie, w niepokornych tygodnikach niemal co tydzień, na portalach „po stronie prawdy” właściwie codziennie. W słowach czę- sto wybitnie brutalnych. Czasem glanowany niemiłosiernie odgryzam się, pew- nie za mocno niekiedy, ale ta moc jest jakby manifestacją, że pognębić się rąbance nie dam. Teraz, w nastroju przedświątecznym i przedrocznicowym, pytam jed- nak na spokojnie. Czy mogę być uznany za patriotę, uważając prezydenturę Lecha Kaczyńskiego za nieudaną? Czy mogę być traktowany jak patriota, skoro koncepcje Jarosława Kaczyńskiego i jego praktyka polityczna zwykle są według mnie nie do zaakcepto- wania? Czy mogę być uznany za patriotę, skoro wszystkie słowa o zamachu uwa- żam za brednie? Czy mogę być patriotą, skoro uważam, że pomysł z Wawelem był niedoważony? Czy mogę być patriotą, skoro uważam, że Rosjanie nie mieli z tym nic wspólnego, a Niemcy nie są naszym wrogiem? Czyż uważając tak, nie dowodzę, że patriotą nie jestem, a w najlepszym razie jestem głupcem? Tak, kocham nasze poczucie wspólnoty, ale nie wspólnoty wy- kluczającej, nie wspólnoty wrogości, nie przeciw komuś i czemuś. Trudno dziś o nią w Polsce. Co się podzieliło, to się może rzeczywiście nie sklei. Może więc jedyną możliwą wersją wspólnoty jest ta stadionowa, biało-czerwo- na, gdy razem rykniemy hymn, wierząc, że za chwilę nasi tam sięgną, gdzie wzrok nie sięga, i złamią, czego rozum kibica nie złamie, i poczują swą młodość razem z jej orlą potęgą. Gdy rykniemy „Jeszcze Polska”, na kilkadziesiąt sekund, a potem na 90 minut nikt z nas nie będzie miał politycznych poglądów, wszystko to stanie się dosko- nale nieistotne. Mury choć na chwilę runą. Przynajmniej na 90 minut naprawdę „złączym się z narodem”. Też coś. NaTemat.pl, 5 kwietnia 2012 18 A nie mówiłem? l u st r o T o coś na kształt emocjonalnego terroryzmu – nastrój całego narodu uzależ- niony od fobii i odjazdów jednego człowieka. I ta ogólnonarodowa psycho- terapia – cały kraj zastanawia się, czy ten jeden człowiek jest szurnięty, czy nie. W sensie społecznych skutków działań owej osoby ta diagnoza właściwie nie ma znaczenia. Skutki są, jakie są, niezależnie od tego, czy człowiek ten jest, jak mó- wią niektórzy, paranoikiem i psychopatą, czy też, jak twierdzą inni, uosabia kom- binację wielkich kompleksów i straszliwego cynizmu. A skutki są niespodziewanie głębokie, także u tych, którzy do tego człowieka podchodzą z odrazą. Po pierwsze, masowe poczucie zawstydzenia i zażenowania – przecież ludzie widzą to zakłama- nie, dostrzegają tę dewiację, rejestrują pokraczność wywodów i bezczelność tez. Widzą to, słyszą, czują, a jednak wsłuchują się w te diatryby, w te filipiki, obser- wują te niewydarzone „łańcuchy tautologii, parę pojęć jak cepy”. Czują się, jakby zło ich uwodziło, fascynowało, choć wiedzą, że w gruncie rzeczy jest ono banalne. Nawet jeśli, a w jego przypadku tak jest, to zło ubiera się w szaty moralizatorstwa. Bo banalne jest nawet to, iż zawsze krzyczy, że występuje w samoobronie, bo jest dobrem bezczelnie, w haniebny sposób atakowanym. Człowieka, który budzi tak wielkie społeczne namiętności, wielu uważa za nar- cyza. Precyzyjna kwalifikacja psychologiczna czy psychiatryczna jest jednak nie- istotna. Wszyscy widzą, jak bardzo jest skupiony na sobie. Syci się swoim złem, będąc jednocześnie przekonanym o własnej dobroci. Bez zmrużenia oka potra- fi upokorzyć i pognębić, ale tylko siebie jest w stanie obsadzić w roli ofiary. Tylko jemu zadawane są ciosy, tylko on cierpi, tylko jego krzywdzą. Potrafi się wzruszyć cierpieniem, ale wyłącznie własnym. Powtarza, że działa „powodowany dobrem”. W ogóle lubi mówić o tym, ile w nim dobra. Sprawia wrażenie, jakby mówił to szczerze. Im więcej o tym mówi, tym więcej popełnia aktów zła. 19 Wielu uważa, że jego bezwolnym i bezrefleksyjnym sojusznikiem są media. To one, wiedząc, czego pragnie publika, nagłaśniają jego plugawe słowa. On wie, że nawet jeśli go nienawidzą, są w swej głupocie jego sojusznikami. Gardzi nimi, bawi się nimi, wykorzystuje je. Nie jest jednak wcale pewne, czy rację mają ci, któ- rzy uważają, że kamer, mikrofonów i antenowego czasu trzeba go pozbawić. To prawda, jego werbalne ekscesy, ta cała tupeciarska retoryka, ta swoista apologia arogancji i nieskrywana demagogia mogą być zaraźliwe. I są zaraźliwe. Ale też czy siłą demokracji nie jest to, że jest ona zdolna, by się z tym zmierzyć? Czy prawdziwym testem przywiązania społeczeństwa do wolności słowa nie jest trudna gotowość do tego, by pozwalać korzystać z niej także tym, którzy mylą słowa ze śliną, tym, którzy kłamią, bo otwierają usta, którzy wyrzucają z siebie oszczerstwa i insynuacje, bo inaczej nie potrafią? On, owszem, wykorzystuje de- mokrację, by zafundować całemu krajowi jakąś paranoiczną psychodramę. Ale co to by była za demokracja, która byłaby na nią nieodporna. Kraj, który pozwala mu mówić, perorować, a nawet lżyć, wcale nie daje dowodu, że jest bezbronny. Prze- ciwnie, daje dowód swej siły. Powściągliwość i umiar w zderzeniu z agresją i bru- talnością wydają się skazane na porażkę i bezradne. Ale to one są górą. W każdym razie tak długo, jak długo epidemię nienawiści udaje się powstrzymać. Czy z bredniami, z kłamliwymi oskarżeniami trzeba nieustannie polemi- zować? Czy nie polemizując z nimi, infekcji zła nie czyni się bardziej prawdo- podobną? Ale jak można z nimi polemizować, skoro wytaczają się jak nigdy nietężejąca lawa? Powołać rzecznika zdrowego rozsądku? Dawać odpór każdej bzdurze? Czy byłoby to działanie w imię dobra? A może byłaby to wyłącznie no- bilitacja szaleństwa? Ten człowiek i jego „przesłanie” przez to, jaki jest i co mówi, stanowi wielkie wyzwanie dla wspólnoty. Zmusza on całe społeczeństwo do spojrzenia w lustro i odpowiedzi na pytanie – jakie ono naprawdę jest. On sam funduje temu społe- czeństwu wielki test – test przywiązania do zupełnie elementarnych wartości de- mokracji i chrześcijaństwa, niezależnie od tego, że sam widzi się w roli obrońcy społeczeństwa i chrześcijan przed niewiernymi. Nie ma co ukrywać, za ten paranoiczny seans społeczeństwo płaci bardzo wy- soką cenę. Ale jeśli zafundowany mu test zda, lekcja może być bezcenna. Wartości 20 dla społeczeństwa najważniejsze mogą być i bardziej uświadomione i umocnione. Społeczeństwo będzie lepsze. Zyska też kraj. Jeśli tylko, to najważniejsze, ludzie nie ulegną logice zła i zło naprawdę będą zwyciężać dobrem. Takie to refleksje przyszły mi do głowy w związku z procesem Andersa Beh- ringa Breivika. NaTemat.pl, 20 kwietnia 2012 21 Copyright © by Tomasz Lis Copyright © by Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o., Warszawa Wydawca: Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. ul. Domaniewska 52 02-672 Warszawa Dyrektor wydawniczy: Dariusz Zieliński Menedżer projektu: Bernadetta Byrska Redaktor prowadzący: Łukasz Ramlau Projekt okładki i środka: MMM Korekta: Ewa Leszczyńska-Al-Khafagi Fotoedycja: Rafał Pyznar Warszawa, 2016 ISBN 978-83-8091-056-0
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

A nie mówiłem?
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: