Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00300 007003 15376693 na godz. na dobę w sumie
Aby o nich nie zapomniano. Wspomnienia - ebook/pdf
Aby o nich nie zapomniano. Wspomnienia - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 440
Wydawca: My Book Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7564-353-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biografie
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Jan Radożycki (1911-2003), filolog klasyczny, tłumacz dzieł starożytnych (m.in. Józefa Flawiusza) i współczesnych, uhonorowany nagrodami Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich oraz Polskiego PEN Clubu.
W niniejszych wspomnieniach opowiada o swoim życiu, które w dużej części przypadło na jeden z najbardziej tragicznych okresów w historii Polski. Swój udział w Kampanii Wrześniowej 1939 r. opłacił utratą oka, a uczestnictwo w ruchu oporu skazało go na wieloletnią tułaczkę i nieustającą ucieczkę przed gestapo. Po wojnie, podobnie jak wielu polskich patriotów, nie zaprzestał działalności konspiracyjnej i w efekcie dostał się w ręce UB. Niezwykły hart ducha i dar pokonywania trudności, a także Boża opieka pozwoliły mu przetrwać najbardziej dramatyczne i ciężkie chwile.
Po sześciu latach wojennej tułaczki i dziewięciu więziennej udręki potrafił powrócić do pracy filologicznej, tak że pod koniec życia mógł poszczycić się sporym dorobkiem naukowo-literackim. Dzieje autora stanowią doskonały przykład, jak wielką rolę w życiu człowieka może odegrać siła charakteru oraz optymistyczne i pełne wiary usposobienie.
Opowieść o własnych losach stała się dla autora okazją, aby zapoznać Czytelnika z wybitnymi uczestnikami polskiej walki o niepodległość. Niektórzy oddali życie w bezpośrednich zmaganiach z okupantami, inni pomarli w więzieniach, a części udało się przetrwać. O wielu się już dzisiaj nie pamięta, a byli to ludzie, którzy często wykazywali się nadzwyczajnym bohaterstwem.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Roman Rawicz uznał, że „wymierzona kara jest współmierna wi- nie”, a wszystkie okoliczności łagodzące zostały już wzięte pod uwagę w procesie. Podobny los spotkał też później prośbę mojej matki o ułaskawienie, w której powoływała się na swoje trudne położenie życiowe i moją okupacyjną działalność. W zaistniałej sytuacji, w perspektywie wieloletniego więzienia, zwolniłem moją narzeczoną z obietnicy ślubu. Choć było to dla mnie ciężkim prze- życiem, nie mogłem przecież wiązać jej na tyle lat i uniemożliwiać ułożenia sobie życia. Gdy po wyroku przywieziono mnie, wraz z innymi skazańcami, do więzienia, funkcjonariusze MBP ustawili nas w szeregu i kazali każdemu mówić, jaki dostał wyrok. Skrzywili się bardzo na moje 10 lat, a słowami pochwały obdarowali więźnia, który dostał karę śmierci: – No, to jest wyrok, dobrze żeś się spisał. Na „ogólniaku” Po ogłoszeniu wyroków, gdy nie zachodziła już konieczność ści- słej izolacji skazanych, gromadzono ich w obszernych celach zbio- rowych i co pewien czas wysyłano do więzień, gdzie mieli odbywać swoje wieloletnie kary. Ten sam los spotkał także i mnie. W mar- cu zjawił się w naszej celi oddziałowy, wyczytał moje nazwisko i kazał mi pakować swoje rzeczy, a następnie wyjść z celi i stanąć twarzą do ściany, obok drzwi. Po chwili z sąsiedniej celi wyszedł także z tobołkiem inny towarzysz niedoli i stanął obok swej celi także twarzą do ściany. Był nim, jak się okazało, inż. Franciszek Krajewski. Dalszy wspólny los sprawił, że zostaliśmy przyjaciółmi na całe życie. Zaprowadzono nas obu do celi, w której gromadzo- no więźniów, oczekujących na wywiezienie do szczególnie ciężkich zakładów karnych we Wronkach i Rawiczu (obie miejscowości leżą w dawnym woj. poznańskim, dziś wielkopolskim). Kobiety po wy- roku kierowano do Fordonu k. Bydgoszczy, gdzie panował równie srogi reżim. 329 W nowej zbiorczej celi znaleźliśmy się w chwili, gdy skazani szy- kowali się do snu. Wywarła na nas przygnębiające wrażenie. Przed wojną w celi tej przebywało około 40 więźniów, ale władza ludowa umieściła ich tu w liczbie ponad 150! Na tragikomedię zakrawa to, że wśród nich znalazł się także przedwojenny naczelnik więzienia skazany za to, że dopuszczał do przeludnienia w celach, co stanowi- ło udrękę dla uwięzionych! Rozkładano właśnie na ziemi tak zwane sienniki (było ich około 30). Wypełnione niegdyś słomą, teraz już startą na proch, nie nadawały się praktycznie do użytku. Przy ich układaniu rozszedł się po celi tak gęsty tuman kurzu, że obaj sta- nęliśmy jak wryci przy drzwiach, niczego przed sobą nie widząc. Panował nieznośny smród i zaduch, gdyż okien nie otwierano, a w dodatku wszyscy korzystali z jednego klozetu i kał wylewał się na betonową podłogę. Koło ścian stały ławy, a na środku dwa sto- ły. Panował tak wielki tłok, że obaj nie mogliśmy znaleźć miejsca, żeby się rozłożyć do spania. W końcu głowę oparłem na swoim to- bołku, nogi zaś na jakimś kawałku sąsiedniego siennika, a tułów ulokowałem na betonowej podłodze. Podobnie ułożył się do snu mój współtowarzysz Franciszek Krajewski. W sali przebywał też jakiś prątkujący gruźlik, który rozsie- wał miliony zarazków wśród gęsto stłoczonych więźniów. Awan- turę w tej sprawie wszczął inny więzień, lekarz Bruno Fijałkowski, i przy ogólnym poparciu współtowarzyszy doprowadził do zabrania chorego, ale dokąd? Nie wiadomo, może do innej celi zbiorczej. . . Oczywiście nie było mowy o wyprowadzaniu kogokolwiek na spa- cer. Tylko dla niektórych starczało w ciągu dnia miejsca na ławach, reszta musiała krążyć w tłoku po sali. Mimo tak ciężkich warunków pobyt w tej celi, zwanej „ogól- niakiem”, uznaliśmy za radośniejszy promyk w naszym ponurym życiu. Zebrano tutaj wielu wybitnych i ciekawych ludzi. Już następ- nego dnia rano czekała mnie niespodzianka. Usłyszałem znajomy głos, który zawołał do mnie: – Witam pana, panie Janie! Był to ks. Jan Stępień (późniejszy rektor ATK w Warszawie), znany mi już z czasów studiów na Uniwersytecie Warszawskim jako ulubiony student mojego wuja i opiekuna ks. prof. Jana Stawar- 330 czyka. Już wtedy wyróżniał się dużą wiedzą, niezwykłą pamięcią i zdolnościami. Miałem w nim tutaj od początku drugą bratnią duszę. Opowiedział mi o swoich wojennych losach, a ja słuchałem go z wielką uwagą i zaciekawieniem, gdyż nie miałem od niego wia- domości przez kilkanaście lat. W czasie okupacji niemieckiej zaangażował się w podziemny ruch na szeroką skalę. Brał udział w tajnym nauczaniu, duszpaster- stwie wojskowym jako kapelan Narodowej Organizacji Wojskowej i w działalności Stronnictwa Narodowego, jako członek Główne- go Zarządu i działacz CWP (Centralnego Wydziału Propagandy). W krytycznej chwili, w jakiej znalazł się ten wydział (po aresztowa- niu dotychczasowego jego szefa, Andrzeja Mikułowskiego w maju 1943), ks. Jan Stępień („dr Jan”) bez wahania stanął na jego czele, narażając się na wielkie ryzyko, gdyż właśnie w akcji propagando- wej (zwłaszcza prasowej) dochodziło do najczęstszych „wpadek”. „Strata ta nie zdołała jednak – jak wspomina ppłk Józef Rokicki – powstrzymać rozwoju CWP”86. Właśnie w czasie, kiedy kierow- nictwo CWP objął ks. Jan Stępień, nastąpiła w szybkim tempie rozbudowa działu prasowego. Pojawiło się kilka nowych pism pe- riodycznych oraz książek, które trafiały do mnie (via Kraków), ale do głowy mi wówczas nie przyszło, że ukazywały się dzięki odwadze i energii ks. Jana. Po wybuchu powstania warszawskiego „dr Jan” został odcięty od obu grup, na które rozdzielił członków CWP bieg wydarzeń i przebywając na Mokotowie, sprawował w tej dzielnicy szefostwo BIP-u (Biura Informacji i Propagandy AK). Aresztowany został w Jezioranach k. Olsztyna 5 lipca 1947 ro- ku. Usiłowano nakłonić go do współpracy, ale stanowczo odmówił. Mimo że brał udział w Powstaniu Warszawskim, został skazany na karę śmierci za nielegalną działalność w Stronnictwie Narodowym, ale Bierut zamienił ją na dożywocie. Wieść niosła, że wstawili się za nim Żydzi, do uratowania których miał się przyczynić w czasie okupacji. W celi śmierci, oczekując na wykonanie wyroku, spędził 86Ppłk Józef Rokicki (NOW), Blaski i cienie bohaterskiego pięciolecia, Niem- cy Zachodnie, 1949, s. 58-60. 331 blisko 4 miesiące, od listopada 1947 do marca 1948 roku, mimo że ułaskawiony został już w styczniu! W okresie stalinowskim władze szczególnie skwapliwie szafo- wały wyrokami śmierci w stosunku do przeciwników wprowadza- nego terrorem ustroju komunistycznego. Skazanych na taką karę umieszczano w osobnych celach, zwanych celami śmierci, gdzie ofia- ry z największym napięciem oczekiwały przez długie miesiące na ewentualne ułaskawienie. Tych, co tej „łaski” dostąpili, przeno- szono do zwykłych cel, jako więźniów przeważnie z wyrokami do- żywocia, wolnych od tej tortury, jaką było zmaganie się woli życia z lękiem przed śmiercią. Reszta, skazana na niechybną śmierć, ocze- kiwała często bardzo długo na wykonanie wyroku, różnie znosząc ten okrutny stan beznadziei. Skutki tych stresów, przeżywanych przez umęczonych torturami więźniów w czasie nieludzkiego śledz- twa, udręczonych wieloletnim przebywaniem w zakładach karnych, w których panowały wyniszczające warunki, a szczególnie u więź- niów skazanych na śmierć, stały się przedmiotem badań medycz- nych87. Ks. Jan był zawsze pogodny i miał, by tak rzec, pełne ręce roboty. Dzięki swej ogromnej wiedzy skupiał wokół siebie wielu słuchaczy. Przygnębionych podnosił na duchu, chętnych spowia- dał, odprawiał potajemnie msze święte, a wśród wtajemniczonych rozdzielał komunię świętą. Czasami otrzymywaliśmy pokruszone opłatki, a jeśli ich nie było, to wykorzystywany był w zastęp- stwie zwykły chleb. Wino mszalne wytwarzaliśmy, również pota- jemnie, z winogron, jakie od czasu do czasu docierały do któregoś z współwięźniów w paczce. Ksiądz Stępień miał zadziwiającą pa- mięć: wszystkie modlitwy mszalne potrafił odmawiać bez mszalika. Był jedną z pierwszoplanowych postaci w celi. Prowadził dyskusje 87Badania te noszą fachową nazwę syndromu głębokiego stresu posttrauma- tycznego, co oznacza chorobowy zespół psychicznych powikłań pourazowych, nabyty w stalinowskich więzieniach w Polsce i w Związku Sowieckim, a także w niemieckich obozach koncentracyjnych. Dotyczą one nie tylko losów samych ofiar, lecz także przeżyć rodzin więźniów i bliskich im osób. W kartotekach Col- legium Medicum UJ w Krakowie istnieją materiały dotyczące kilkuset osób z takim rozpoznaniem i liczba ich ciągle się powiększa. 332 na różne tematy, do których i mnie wciągał. Czasami gromadzili się przy stole wokół niego inni księża przebywający w celi i dla- tego miejsce to nazwaliśmy „plebanią”. Poza tym ksiądz Stępień grywał w szachy figurami ulepionymi z zakalcowatego chleba. Od chwili naszego spotkania kolega Franek Krajewski i właśnie ksiądz Jan stali się moimi najbliższymi towarzyszami i rozmówcami. Jak już wspomniałem, w ogólniaku przebywało jeszcze trzech innych księży: Grzechnik, Czajkowski i Pawlina. Ten ostatni był bardzo przygnębiony i kilkakrotnie zwracał się do mnie: – Panie, niech mnie pan pocieszy. Został skazany na 10 lat więzienia, ale nie to było jego zmar- twieniem. Przed aresztowaniem utrzymywał kontakty z szefem stołecznego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP), który nie mógł znieść widoku zbrodni, jakich tam się dopuszczano, i informował o tym księdza Pawlinę. Ten z kolei prze- kazywał te wiadomości redaktorowi mikołajczykowskiej Gazety Lu- dowej Zygmuntowi Augustyńskiemu, skąd przesyłano je za granicę. Po wydaniu się tej sprawy księdza Pawlinę gnębiły wyrzuty sumie- nia, że otrzymanych na piśmie informacji natychmiast nie spalił, skutkiem czego dostały się one w ręce ubeków. Redaktora skazano na 15 lat więzienia, a co gorsza, owego szefa WUBP rozstrzelano. Usiłowałem go w różny sposób pocieszać i tłumaczyć, że taki jest los konspiracji. Zdarzają się wpadki i przecież my wszyscy tra- filiśmy do więzienia właśnie w ten sposób. A temu, że szlachetni ludzie cierpią lub tracą życie, winny jest zbrodniczy system. Jed- nakże ksiądz Pawlina nie mógł sobie z tymi wyrzutami sumienia poradzić nawet jeszcze po wyjściu z więzienia i zginął tragiczną śmiercią pod kołami pociągu, gdy pewnego razu przechodził za- myślony przez tory kolejowe. W naszej zbiorczej celi wyróżniali się liczebnością działacze ru- chu narodowego. Znalazł się tu prawie cały Zarząd Główny Stron- nictwa Narodowego; brakło tylko prezesa Leona Dziubeckiego, tak skatowanego w śledztwie, że dogorywał w szpitalu, oraz płka Wło- dzimierza Marszewskiego, którego stracono. Oto pozostali człon- kowie Zarządu: Ludwik Chaberski, Bronisław Ekert, Lech Hajdu- kiewicz, Marian Podymniak, Tadeusz Maciński („Prus”) i ks. Jan 333 Stępień. Kolega Hajdukiewicz podciął sobie żyły, ale uratował go Bruno Fijałkowski. Po kolejnej próbie samobójczej władze uzna- ły go za nienormalnego i wysłały do Zakładu dla Obłąkanych we Wrocławiu, gdzie zmarł. Poza tym znaleźli się tam działacze SN niższego szczebla, mecenas Bilan i dyrektor szkoły podstawowej Gładysz – obaj nie doczekali wolności, gdyż zmarli później w wię- zieniu. Znaleźli się w tej celi także i inni działacze narodowi: Jan Kornecki, Jan Golka, poeta i aktor z Kielc, Eugeniusz Mieszkow- ski, którego wybraliśmy na celowego i z roli tej świetnie się wy- wiązywał. Na ogół władze same wyznaczały więźnia do tej funkcji, wybierając najczęściej złodzieja lub innego więźnia kryminalnego. Tym razem udało nam się jednak przeforsować kolegę, który umiał rozwiązywać różne konfliktowe sytuacje w celi. Przedstawicielem NZW w naszej celi był tylko jego szef, płk Tadeusz Zieliński Natomiast trzech członków NZW – Lechosława Roszkowskiego, Tadeusza Zawadzińskiego i Jana Morawca umiesz- czono w celi śmierci. Rodzinę Roszkowskiego poznałem, kiedy ob- jąłem stanowisko nauczyciela łaciny w dwóch szkołach średnich w Łodzi. Należałem do Sodalicji Inteligencji Męskiej w tym mie- ście, której przewodniczył prezes SN, mecenas Kowalski (poszuki- wany przez Niemców po ich wkroczeniu do Łodzi w 1939 r. i roz- strzelany wraz z bratem w 1940 r.), a Roszkowski senior był jej aktywnym członkiem. Z Lechosławem spotykałem się na konspi- racyjnych zebraniach SN w pierwszych latach po wojnie. Brał on udział w Powstaniu Warszawskim, w którym zginęła jego żona, osierocając małego synka. Skazany został na karę śmierci, podob- nie jak i jego dwaj wspomniani koledzy (wyrok zapadł 3 listopada 1947 r.). Nie zostali ułaskawieni, lecz na wykonanie wyroku musieli czekać aż do 16 stycznia 1948 r. Trzeba tu podkreślić, że zachowali mężną postawę do ostat- niej chwili. Od kolegi Makarego Sieradzkiego, który otrzymał karę śmierci w związku ze sprawą Witolda Pileckiego i razem z Rosz- kowskim czekał na ułaskawienie (on sam jednak później śmierci uniknął), dowiedziałem się, że Lechosław wykładał w celi ekono- mię nawet wtedy, gdy brat zawiadomił go, że odrzucono prośbę ro- dziny o jego ułaskawienie. Zależało mu, aby dokończyć rozpoczęty 334 temat. Swego synka polecił opiece brata i przez kolegę Makarego przekazał mu książeczkę do nabożeństwa. Prosił, aby mszę świętą w jego intencji ksiądz odprawił w białym kolorze, ponieważ ponosi śmierć za Kościół i Ojczyznę. W okresie oczekiwania na wykona- nie wyroku dręczono go dodatkowo, wyprowadzając co jakiś czas z celi niby to na śmierć, po czym oświadczano mu, że to jeszcze nie dziś. Znosił to z niebywałym spokojem. Pochowano wszystkich trzech w nieznanym miejscu. Rodzina Jana Morawca nie znała daty wykonania orzeczonego wyroku śmierci, ale właśnie w tym czasie, to jest w nocy z 15 na 16 stycznia, z brzękiem miały spaść jego harcerskie odznaczenia, zawieszone na ścianie w wiejskim domu, w którym mieszkał. Spośród członków Komitetu Porozumiewawczego Organizacji Polski Podziemnej (KPOPP), powołanego przez przedstawicieli czterech głównych stronnictw politycznych, obecni byli w ogólnia- ku: płk Wacław Lipiński, ułaskawiony po wyroku śmierci, lecz póź- niej zamordowany już w więzieniu we Wronkach z rozkazu płka Ró- żańskiego oraz przedstawiciel Polskiej Partii Socjalistycznej – Wol- ność, Równość, Niepodległość (PPS-WRN) Adam Obarski. Nato- miast członek Zarządu Głównego SN i prezes Komitetu Marszewski został, jak wspomniałem, rozstrzelany, a przedstawiciel Zrzesze- nia Wolność i Niezawisłość (WiN) Wincenty Kwieciński przebywał w tym czasie w innej celi. Narodowe Siły Zbrojne (NSZ) reprezen- towało 5 osób (tyle zapamiętałem): Michał Ostromęcki, mecenas Mieczysław Paszkiewicz, Michał Pobocha, Stanisław Salski i To- masz Wolfram. Wszyscy mieli wysokie wyroki, niektórzy zostali ułaskawieni po uprzednim skazaniu na karę śmierci. Wojsko, oprócz członków wspomnianego NZW, reprezentowali: gen. Jan Zientarski, płk Wacław Lipiński, płk Starzyński (szef przedwojennej ochrony Prezydenta RP). Spotkałem tu także uczestników głośnego procesu Witolda Pi- leckiego, twórcy ruchu podziemnego w obozie oświęcimskim, do którego poszedł dobrowolnie. Potem wsławił się jeszcze udziałem w Powstaniu Warszawskim. Uważany jest za jednego z najwięk- szych bohaterów II wojny światowej. W tym czasie przebywał w celi śmierci, a następnie został stracony. Oto nazwiska związanych z je- 335 go działalnością więźniów: Ryszard Krzywicki („Jamontt”), adiu- tant kolejnych komendantów ZWZ-AK, Tadeusz Płużański (były więzień obozu w Stutthof, skazany w słynnym procesie rotmistrza Pileckiego, którego był kurierem, na śmierć i ułaskawiony), Witold Różycki (b. więzień obozu w Oświęcimiu), Makary Sieradzki (ska- zany na śmierć i ułaskawiony), którego aresztowano razem z żoną. Rolę naszego lekarza pełnił Bruno Fijałkowski, który badał stan zdrowia współtowarzyszy na podstawie tęczówki oka. Zadzi- wiał wszystkich trafnością swoich diagnoz, odnoszących się także do chorób przebytych w przeszłości. Mnie wyczytał z oka, że cho- rowałem na wątrobę, i nawet podał dokładnie czas, kiedy miało to miejsce. Przedstawicielem świata lekarskiego w celi oprócz Fi- jałkowskiego był także Starostka (tajny uczestnik, z ramienia AK, w Delegacji PCK do Katynia w 1943 r.). Opowiedział mi kiedyś, jak go podstępnie aresztowano. Otóż przygotowywał się w szpitalu do operacji, gdy nagle otrzymał telefoniczne wezwanie do człowie- ka, któremu miał udzielić natychmiastowej pomocy. We wskazanym miejscu czekali już na niego ubecy. Młody i pełen zainteresowań Władysław Bartoszewski zbierał gorliwie różne wiadomości, kierując się swą pasją dziennikarską. Mój krajan z Sanoka, Mieczysław Przystasz, który interesował się historią Polski, chętnie dzielił się swoją wiedzą ze słuchaczami. Mnie przysłużył się po wyjściu z więzienia. Gdy bezskutecznie sta- rałem się o pracę, gdyż wszystkie moje podania, jako byłego więź- nia politycznego, systematycznie odrzucano, on właśnie poradził mi, bym zwrócił się do zacnego dyrektora ORWN PAN, Kazimie- rza Dąbrowskiego, który odniósł się do mnie bardzo przyjaźnie i za- trudnił u siebie. Mietek aresztowany został przez UB pod pretek- stem przynależności do organizacji „Miecz i Pług”. Według władz AK, władze tej organizacji infiltrowane były przez gestapo. Jednak na szczeblu powiatu była ona czysto polska i potem została nawet włączona do AK. Drugi krajan, Jan Łożański z Zarszyna, skupiał wokół siebie towarzyszy niedoli, opowiadając o swoich przygodach kuriera na trasie Warszawa-Budapeszt. W celi przebywał też inży- nier Kazimierz Leski. 336 Wspomniany wcześniej poeta i aktor z Kielc, Jan Golka, uło- żył na spędzone w więzieniu święta Bożego Narodzenia pieśń na melodię góralskiej kolędy. Oto jedna z jej strof: Hej kolęda, kolęda Mokotów kolęda Między nas Pan Jezus wszedł, Na koszuli numer szył, Hej kolęda, kolęda Mokotów kolęda, Między nas Pan Jezus wszedł I w karcerze z nami był. Więźniem, z którym często dyskutowałem w tzw. „kieracie”, był Kazimierz Gorzkowski. Imponował zarówno swą bogatą wiedzą, jak i zdumiewał wielką wrażliwością na ludzkie losy, starając się nawet z więzienia za pośrednictwem swojej rodziny wesprzeć tego, kto nie mógł liczyć na żadną pomoc z zewnątrz. Trudno też nie wspomnieć kolegi Piotra Kononowicza, tłuma- cza snów, przed którym rano ustawiała się kolejka. Nazywano go „Pytią”. Był kawalerzystą i brał udział w kampanii wrześniowej. Mój kompan Franciszek Krajewski pokpiwał sobie z niego nawet, że szablą atakował niemieckie czołgi. Na to Kononowicz robił mu żartobliwe przytyki, że zapewne jako inżynier kominy budował od góry. Tak interpretował on sny, by jednych podnieść na duchu, a po- skromić zbyt pewnych siebie i niezbyt miłych otoczeniu. Czasami też dworował sobie z „klientów”. Na przykład, gdy przychodził do niego „zły” celowy opowiadając mu o śnie, w którym Mikołajczyk obejmuje żyrafę, to tłumaczenie „Pytii” było następujące: We śnie Mikołajczyk z żyrafą – dziwy, czeka cię wypadek bardzo nieszczęśliwy, szykuje się sprawa, szpital albo sąd, jeszcze pan celowy nie wnet wyjdzie stąd. Gdy zaś podobny sen miał „dobry” celowy, np. Eugeniusz Mieszkowski, to wyjaśnienie było inne: 337 We śnie Mikołajczyk z żyrafą – dziwy, czeka cię wypadek bardzo szczęśliwy, wolność się szykuje, wolność i to wnet, będzie pan celowy ulicą se szedł. Jak wyglądało życie codzienne w tej zatłoczonej celi? Budzono nas wcześnie (ok. 5 rano), po czym następowało śniadanie. Składa- ła się na nie lura zwana czarną kawą i (często zakalcowaty) chleb, około ćwiartki na cały dzień. Wielką pomoc stanowiły paczki żyw- nościowe przysyłane przez rodziny. Ponieważ wielu współtowarzy- szy takiej pomocy nie otrzymywało, utworzyliśmy grupy zwane iro- nicznie „kołchozami”. W każdej byli tacy, którzy pomoc z zewnątrz dostawali i tacy, którzy byli jej pozbawieni. Wybierano więc dwóch współtowarzyszy w każdej grupie, którzy dzielili całą otrzymywaną żywność na jednakowe porcje dla każdego. Po śniadaniu więźnio- wie, wyznaczani kolejno przez celowego, myli naczynia po jedzeniu. Do innych czynności, spełnianych też w określonym porządku przez więźniów, należało sprzątanie celi, czyszczenie klozetu i wykonywa- nie pewnych prac poza celą. Gdy jakaś czynność sprawiała komuś wielki kłopot (szczególnie czyszczenie klozetu), zawsze zgłaszał się na ochotnika hrabia Potocki, który trafił do więzienia dlatego, że usiłował wywieźć za granicę własne dzieła sztuki. Był też więzień, inżynier Kobylański, dawny pracownik Gerlacha, który otrzymywał pomoc pieniężną i zakupywaną żywność rozdzielał anonimowo, aby obdarowani się nie krępowali. W dzień panował w celi wielki gwar. Jedni krążyli wokół stoją- cego na środku sali stołu i prowadzili z sobą żywe rozmowy i dysku- sje. Nazywaliśmy to „chodzeniem w kieracie”. Prócz tego w różnych kątach celi skupiały się grupki żądnych wiedzy więźniów. Do mnie zgłosili się ci, którzy chcieli uczyć się łaciny, a zwłaszcza angielskie- go. W gronie moich uczniów znaleźli się m.in. młodzieniec Janusz Krasiński (obecnie znany pisarz) i Jan Łożański. Ten pierwszy był niegdyś członkiem Szarych Szeregów, a potem więźniem obozów hitlerowskich w Oświęcimiu i Dachau. Po wojnie skazany został za działalność konspiracyjną. Nauczanie w celi było zabronione i ka- rane karcerem, a poza tym brak było środków do pisania. Trudność 338 tę omijaliśmy w ten sposób, że miednicę smarowaliśmy tłuszczem i posypywaliśmy proszkiem do mycia zębów, po czym można by- ło na niej pisać jak na tablicy. Pewien pilny uczeń nawet jednego razu pochwalił się, że opanował całą „miednicę słówek”! Dobrym miejscem do pisania były też podeszwy butów. Miały one tę zaletę, że w razie niespodziewanego „kipiszu” można było łatwo napisane słowa zetrzeć. Jako „pióra” używaliśmy zapałek lub guzików. Języka angielskiego uczyli także Marian Podymniak i płk Sta- rzyński, a francuskiego Jan Zarański. Również obaj lekarze mieli sporo słuchaczy, a inżynierowie Franciszek Krajewski i Kazimierz Leski uczyli matematyki. Ten ostatni opowiadał swe bogate prze- życia przedwojenne i powojenne, a także mówił o lotnictwie czy budowie okrętów, co budziło zrozumiałe zainteresowanie. Adam Obarski „wykładał” filozofię i ekonomię, a Mieczysław Przystasz – historię. Tadeusz Maciński utworzył nawet chór, a księża po cichu spowiadali i odprawiali msze święte. Jan Łożański, który zajmował się po amatorsku boksem, oraz pewien zawodowy bokser pochodzą- cy z Francji dali kiedyś pokaz walki, naturalnie niezbyt męczącej i polegającej na zadawaniu sobie ciosów raczej symbolicznych. Kie- dyś urządzono też szopkę, w której „anonimowo” (wszyscy jednak wiedzieli, o kogo chodzi) parodiowano współtowarzyszy. Ironizo- wano na przykład z wszechwiedzy płka Starzyńskiego, który udzie- lał różnych błędnych informacji na tematy mu nieznane. Potem prostowali je przybywający do celi nowi więźniowie, okazujący się fachowcami w danej dziedzinie. Wszyscy, którzy zostali skazani i znaleźli się w tej celi, mieli okazję do bezcennej wymiany zdań na tematy ogólne oraz wła- snych przeżyć. Tak więc, choć warunki przebywania w ogromnie zatłoczonej celi były bardzo ciężkie, łagodziła je możność poroz- mawiania z wyjątkowymi osobami i dowiedzenia się od nich wielu ciekawych rzeczy. Częstym moim rozmówcą był płk Wacław Li- piński. Omawialiśmy z nim głównie kwestie polityczne. Któregoś dnia przyznał mi się, iż zawsze uważał, że endecy są zwariowani na punkcie Żydów, ale obecnie przekonał się, że mają rację. X pawilon na Mokotowie został w istocie opanowany przez Żydów. 339 Głośna była sprawa jego fajki, w której ustniku ukryte zosta- ło pismo skierowane do ONZ przez KPOPP, a dotyczące łamania praw narodowych i ludzkich przez komunistyczną władzę w Pol- sce. Fajkę zabrano do depozytu i Lipiński domagał się jej wydania, twierdząc, że otrzymuje tytoń od rodziny, ale nie może go wyko- rzystać, nie mając fajki. Zależało mu bardzo na zniszczeniu te- go pisma. Po jego ciągle powtarzanych prośbach władze więzienne w końcu postanowiły wydać mu fajkę, ale. . . po dokładnym jej zbadaniu. I tak znaleziono ukryte pismo. Nie można nie wspomnieć pięciu czy sześciu chłopów z Kur- piowszczyzny, którzy byli bardzo solidarni nie tylko między sobą, ale dzielili się wszystkim z każdym, kto znikąd nie otrzymywał po- mocy. Pomoc współtowarzyszom była zresztą tak powszechna, że w całej mojej dziewięcioletniej „karierze” więziennej spotkałem je- dynie 3 osoby, które mógłbym nazwać egoistami. Bywało, że na siedmiu więźniów przebywających w celi tylko jeden otrzymywał skromną paczuszkę, ale dzielił ją na siedem części, traktując to ja- ko rzecz zupełnie oczywistą. W ogólniaku przebywało też jednak dwóch więźniów, którzy jakimś sposobem otrzymywali stosunkowo dużą pomoc od swoich rodzin i dzielili się nią. . . wyłącznie pomię- dzy sobą. Zauważyli to wspomniani chłopi i jeden z nich zapytał mnie: – Panie, czy ci dwaj to inteligenci?. – Jak to – odpowiedziałem – oczywiście, że tak. Jeden jest przecież inżynierem, a drugi generałem. Byli to bowiem inż. Jaszczuk i generał Zientarski. Na to mój rozmówca odpowiedział: – Nie, to nie są inteligenci, bo nie potrafią podzielić się z innymi. Poprosiłem więc generała na rozmowę do „kieratu” i powiedzia- łem mu, co myślą o nim prości chłopi. Generał bardzo zawstydził się i radykalnie zmienił swoje postępowanie. Natomiast inżynier Jaszczuk pouczony został poprzez urządzenie mu „procesu”, któ- rego był głównym bohaterem. Utworzono „sąd”, gdzie rolę sędziego i obrońcy pełnili autentyczni prawnicy skazani na wysokie wyroki, a prokuratorem był Władysław Bartoszewski. Fikcyjnie oskarżyli- śmy sąsiada owego inżyniera, że dybał na czyjeś życie, podkładając 340 pod koc rozkładającą się cebulę. Zarządzono więc rewizję, którą przeprowadził Bartoszewski, i wyciągnął, na oczach nas wszyst- kich, z paczek Jaszczuka całe pęta zzieleniałych kiełbas. Myślę, że otrzymał nauczkę na całe życie. Później, już w więzieniu we Wronkach, spotkałem inną grupę chłopów pochodzących z poznańskiego, których uznano za kuła- ków. Zmuszano ich do nadmiernych dostaw płodów rolnych, z czego nie byli w stanie się wywiązać. Zawieźli więc wszystko pod siedzibę partii i tam zrzucili. Za ten postępek wylądowali w więzieniu jako wrogowie władzy ludowej. Wszystko to tolerowały jakoś władze więzienne, ale jednej rze- czy szczególnie nie mogły znieść, a mianowicie wspólnej wieczornej modlitwy. Zarządziły nawet, aby ujawnili się przez podniesienie ręki najpierw wierzący, a potem niewierzący. Przez jakieś niepo- rozumienie, jedynym niewierzącym okazał się Bruno Fijałkowski! Gdy tylko zorientował się, że chodziło o wyrażenie solidarności i że nawet złodzieje podnosili ręce jako wierzący, podbiegł do zakra- towanych drzwi celi, wołając do oddziałowego, żeby wykreślił go z listy niewierzących. Panującą w czasie mojego pobytu w ogólniaku ciasnotę spo- tęgowało przyprowadzenie ok. 40 niemieckich jeńców, oskarżonych o zbrodnie wojenne; wśród nich 2 generałów – jeden był z Wehr- machtu, a drugi z SS. Dowodzili oni obroną oblężonego Poznania. Esesman miał pretensje do tego drugiego, że zdradził oblegają- cym wojskom system zaminowania miasta, co pozwoliło uratować je przed zniszczeniem. Przebywanie z niemieckim zbrodniarzami w jednej celi było dla nas dużym dyskomfortem. Zatrudniliśmy ich przy myciu naczyń i porządkowaniu celi, co wykonywali bez szem- rania. W naszej celi znalazło się także kilku złodziei, którzy chełpili się swoimi wyczynami. Najbardziej znany nosił nazwisko Kakit. Zachowywał się w miarę przyzwoicie, choć popisywał się swoimi złodziejskimi umiejętnościami. Pewnego razu założył się ze mną, że w ciągu kilku godzin ukradnie mi z kieszeni papierosy, choćbym nie wiadomo jak się pilnował. I rzeczywiście, po czterech czy pięciu godzinach poprosił mnie o poczęstowanie go papierosem. Sięgnąłem 341 do kieszeni i moja ręka trafiła w pustkę. Okazało się, że moją uwagę rozproszyli jego koledzy, którzy przez cały dzień starali się mnie zagadywać. Dla Kakita więzienie było prawdziwym domem mieszkalnym, gdyż wciąż do niego wracał po krótkim pobycie na wolności. Nie- nawidził on księży. Gdy zapytałem dlaczego, opowiedział mi, jak kiedyś starał się niepostrzeżenie dostać do kościoła. Gdy już mu się to udało, zabrał jeden kielich i zaczął wdrapywać się z nim do okna. Tymczasem zauważył go proboszcz i tak zdzielił trzymaną w ręku laską, że ten spadł i musiał oddać kielich. – A przecież – powiedział – ja mu drugi kielich zostawiłem. W więzieniu czuł się dobrze i często do niego wracał. – Na wolności – mówił – nie jest mi łatwo żyć. Muszę zdobyć środki do życia, a to jest trudne. Na przykład pewnego razu upa- trzyłem sobie idącego ulicą dobrze ubranego człowieka. Szedłem za nim i niemało trudu mnie kosztowało, zanim udało mi się wło- żyć mu rękę do kieszeni. I co pan powie? Dwa złote i pięćdziesiąt groszy! Czy to jest inteligent? W celi przebywał też jeden skazany na śmierć zbrodniarz, który gwałcił i zabijał kobiety. Miał na sumieniu ok. 30 ofiar. Spał ze mną pod jednym kocem. Gdy go zapytałem, jak będzie postępował, jeśli zostanie ułaskawiony, odpowiedział bez namysłu: – Tak jak dotąd. Kiedy zaś zawiadomiono go, że nie został ułaskawiony, wpadł w taką rozpacz, że zachowywał się jak półprzytomny. W nocy ję- czał i nie mógł spać, słowem tak się męczył, że nie miałem odwagi powiedzieć mu, iż tyle kobiet uśmiercił i zamierzał nadal to czynić po wyjściu z więzienia, a teraz tak sam się boi śmierci! Pewnego dnia przyszedł oddziałowy i wyczytał trzy nazwiska: moje, tego zbrodniarza i jeszcze innego więźnia, co oznaczało na ogół prze- niesienie do innej celi. Tak zapewne myślał ów zbrodniarz, gdyż spokojnie wyszedł razem z nami na korytarz, ale tam od razu za- wiązano mu usta i zaciągnięto do piwnicy, gdzie wykonywano wy- roki śmierci (poprzednio czyniono to na dziedzińcu więzienia pod murem). Przestępcy kryminalni liczbowo stanowili jednak wśród uwięzionych margines. 342
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Aby o nich nie zapomniano. Wspomnienia
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: