Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00584 010370 11031915 na godz. na dobę w sumie
Ad astra. Dwugłos - ebook/pdf
Ad astra. Dwugłos - ebook/pdf
Autor: , Liczba stron: 301
Wydawca: UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883-242-1015-2 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Powieść Ad astra (1904) to dzieło wspólne Elizy Orzeszkowej i Tadeusza Garbowskiego (pseud. Juliusz Romski) napisane w formie listowego dwugłosu. Narracja oscyluje między esejem filozoficznym a poetycką prozą opisową i alegoryzującą w stylu późno-romantycznym.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ISBN 97883-242-1015-2 W PUSZCZY 5 6 I Na zachodzie, daleko, za przestrzeniami lasu, których wzrok orli nawet przemierzyć by nie mógł, zza miedzianych lub krwistych purpur zorzy wieczornej rozpływa się po błękitach morze bladego ognia i do lasu wlewać się poczyna, jak miód bladozłoty do szma- ragdowej czary. W poświacie tej, z rozpylonych niby pierścieni ślub- nych powstałej, pęka i kruszy się ściskający przedmioty cement leśnych zmroków, a od dna do podniebnej wyŜyny wszystko roz- stępuje się, wyodrębnia, otwiera na ościeŜ głębie tajemnicze i dale niezmierne, w których jak w czarnoksięskim pałacu zaklęta kró- lewna-Ŝycie oddycha na łoŜu, usłanym z zadumy i ciszy. Zadumy, cisze, zmroki wieczorne, ciemności nocne ścielą tu całuny uśpienia i smutku; mgły snują Ŝałobne przędziwa, mróz ze szronu i lodu wykuwa szklane trumny i z grozą gromów, z wirem wichrów przetaczają się burze zimowe i letnie, a zaklęta królewna Ŝyje – i nie przerywa się nigdy, choć niekiedy przycicha lub słabnie bicie jej nieśmiertelnego serca. Nie znikają teŜ nigdy ze stropu jej pałacu, choć niekiedy za chmury się kryją, słońce i gwiazdy, a gdy w rumieńcach jutrzni albo w ogniach zorzy wschodzą nad światem pogodne wieczory i ranki, wzbija się od niej tysiąc głosów, tysiąc woni, tysiąc ech i po tajemniczych głębiach, po niezmierzonych dalach jej komnat tysiącem strumieni rozpływa się czar piękności. Za gęstwinami i drogami, za polanami i łąkami, za strumieniami i rzekami stoi B ó r - L a d a, klejnot puszczy najdrogocenniejszy, odwieczne dziedzictwo olbrzymek. Ze wszystkiego wokół najsta- 7 roŜytniejsze Ŝyją tu same jedne sosny, potęŜnie broniąc państwa swego od najścia plemion innych. Jak przystoi olbrzymkom, nie zbiegają się w tłumy, lecz znacznymi odległościami rozłączone ko- rony rozłoŜyste wznoszą w podchmurne wyŜyny na pniach pro- stych i gładkich, jakby je w kształty kolumn utoczyły dłuta mistrzów- architektów. W siwych koronkach porostów lub rdzawoczerwone od przejmującej miąŜsz ich Ŝywicy kolumny te, występując jedne zza drugich, zdaje się jakby w nieśmiertelnej gonitwie dąŜyły w nie- skończoność bezprzestanną; budują i krzyŜują labirynty portyków z dachami rzeźbionymi we wzory iglaste, z podłoŜami wysłanymi puchem mchów i wrzosów. Czasem na podłoŜach rojem iskier roz- sypują się korony drobnych kwiatów, lecz słabe to Ŝycie na wodzy trzymają olbrzymki, wielkimi hausty wypijające soki z ulubionej swej gleby piaszczystej, w ciszach głębokich i w woniach octowych, któ- re u ich podnóŜy biją z łańcuchów gór mrówczych. Cicho i czysto. Po śliskiej powierzchni opadłego igliwia mrówcze ludy same jedne chodzą drogami przez plemię ich ubijanymi od wieków i gdzienie- gdzie, u stóp kolumn wznoszących pod niebo hymn wzrostu i siły, dawno pomarłe bajraki rozciągają strugi krwistego próchna. Cicho. Ptaki nie mają tu jagód, pszczoły wody, a motyle kwiatów. Nic nie lata, nie śpiewa, nie świegoce. Dzięcioł tylko miarowo kędyś stuka, pisklę krogulcze ostrym poświstem ozywa się na wierzchach i w dali zadźwięczały krótkie, urywane dzwonki. Co zadzwoniło? To jele- nie zaszczekały. Biegną; z głuchym tętentem, po przezroczystych portykach przewijają się rudą smugą ciał potęŜnych a lekkich, które zalotnie kołyszącym się krokiem omijają kolumny, królewskimi ro- gami na tych luźnych przestrzeniach zaledwie potrącając opusz- czające się z gałęzi włochate brody mchów drzewnych. Nagle górą poleciały, w gałęziach zaszumiały wielkie skrzydła ptasie. Orzeł to był, czy jastrząb, albo krogulec? Jelenie stanęły, w długi sznur wycią- gnięte podniosły głowy, rogi pokładły na grzbietach i wszystkimi parami oczu wpatrzyły się w aŜur wysokiego dachu. W oczach tych bojaźń jest i z nieskończoną słodyczą niema prośba. Tak nie- ruchomością posągową tknięte, w błękitne plamy nieba zapatrzo- ne, we wzroku i słuchu całe, stoją pod spływającym na nie miedzia- nym blaskiem zorzy; potem zrywają się znowu i z szybkością myśli czy strzały mkną dalej, dalej, tam, kędy czyni się ciemniej, gęściej, kędy z ziem chłodnych i tłustych, truflami i torfem pachnących nad- 8 chodzi ku państwu olbrzymek silny, młody, wojnę z zagładą niosący – J e ł o s m y c z. J e ł o s m y c z to czysty, Ŝadną przymieszką obcą nie skalany ród świerków. Świerki idą. Tłum postaci wyniosłych i zgrabnych idzie na podbój ziemi i jej Ŝywiących soków. Z ostrymi iglicami gotyckich wieŜ na głowach, w płaszczach rycerskich, z których naokół padają długie cienie, spieszą w bój z rodem prastarym, który ziemię tę zwłokami swymi utuczył i na dalekie morza rozsyłał heroldów jej sławy w postaci niezłomnych masztów. Dwa rody spotykają się z sobą, zwierają się, walczą. Widać, jak na kolumny sosen opadają ze stron wszystkich gęsto tkane płaszcze świerko- we, do stóp ich ścieląc cienie, dyszące wilgotną zgubą. Liściaste podszycia, natarczywie tłocząc się, wojskiem ciurów wspomagają szeregi zaborcze; coraz teŜ częściej i gęściej iglice gotyckie strzela- ją ku niebu, a dokoła olbrzymek staje się coraz ciaśniej, ciemniej: – grzyby pachną, dymna woń torfu napełnia szczeliny, przenika pory gęstwin, czuć jakiś tryumf, tuŜ obok konanie, aŜ u zwęŜo- nych granic staroŜytnego państwa zwycięski J e ł o s m y c z roz- pościerać poczyna ściśliwą, ciemną, iglastymi wieŜycami zjeŜoną, liściastymi firankami zawieszoną – S m u g ę C z a r n ą. C z a r n a S m u g a, to uroczysko pełne postrachów i dziwów. Są tam u góry mosty napowietrzne, które wichry budują z ciał ryce- rzy złamanych i konające czoła opuszczających na łona towarzy- szy; są pod świerkowymi płaszczami nawy niskie, bezkresne, mil- czące i mroczne jak potajemne kościoły; są wśród wywrotów, któ- re z ziemi wydarte korzenie wyciągają w powietrze na kształt nóg przeolbrzymich pająków, trupy prastare, których nagie Ŝebra bie- leją, jak szkielety przedpotopowych potworów; są nory dziwne, ciemności i tchliny pełne, pomiędzy łapami świerków, które na rozstawionych, zda się, nogach wielkoludów, tułowia drzew wyso- ko nad ziemią podnoszą. W czarnych ciemnościach nor tych sze- leszczą gniazda robacze i ostroŜnie wyglądają z nich Ŝółte głowy kun i łasic, gdy wyŜej w gęstwinach igliwia pomykają we dnie wie- wiórki rude, a nocami świecą zielone oczy i do łupieŜczych posko- ków zwijają się kocie ciała rysiów. Wichry goniące się po przestwo- rzach i burze gromami huczące dna Smugi Czarnej nie sięgają. Ulewa kędyś wysoko hełmy gotyckie siekąca, po rycerskich płasz- czach spływa rzadką rosą i w ziemię wsiąkając dobywa z niej za- 9 pach pleśni. Tu czasem orzeł-imperator zajrzy w ciemne rozdoły, załopoce potęŜnymi skrzydły i strąciwszy z drzew trochę gałęzi z dumnym szumem odpłynie w górę. Tu czasem w głębokościach najciemniejszych toczą się niestałe, grobowe mruczenia Ŝubrów, wzbierając i milknąc, chrapiąc i rwąc się, do grzmotu, który by gamy swej we wnętrznościach ziemi próbował, podobne. Podziemne to jest, ponure i roztaczające szerokie kręgi grozy. Nie wiedzieć, w jakiej twierdzy, obwarowanej ścianami rumowisk, zjeŜonej nagimi Ŝebrami szkieletów, kłótnia wybuchła i wszczęły się łoskoty, łomoty, stuki, które echa przewlekłe po lesie roznoszą. Słychać stękanie drzew, potrącanych przez ciała ogromne, trzesz- czenie walących się łomów, suchy łoskot zwierających się rogów, tętenty racic, które w walce zaciekłej wyrzucają spod siebie bryły ziemi. Postrach idzie lasem. Cokolwiek wokół Ŝyje, przypada do trawy, do liścia, do gniazda, do legowiska, do nory; pełza, kurczy się, zwija kręgi albo pierścienie, poŜąda ukrycia się, zniknięcia. AŜ nagle milknie wszystko. Wśród ciszy zaklętej, którą powszechna trwoga las napełniła, stary Ŝubr zwycięŜony rogatą głowę wychyla z gęstwiny i cięŜki tułów przesuwa po przezroczystych kolumnadach Boru-Lady. Od gęstej grzywy, która falą wełnistą wzdyma się mu na grzbiecie, i długiej brody, opuszczającej ku ziemi kądziel starganą, powiało ckliwym zapachem piŜma. ZwycięŜony, zadumany, ponu- ry, opuścił rodzinne stado, aby odtąd pustelniczą swą starość me- lancholijnie i groźnie obnosić pośród świateł i cieni, gróz i piękno- ści, dzikich postrachów i słodkich pieszczot tej puszczy. Chodzić on będzie po szmaragdowych drogach, które wśród ścian niebo- sięŜnych w dalekich dalach otwierają się na błękity lub na chmury niebios i po ścieŜkach swawolnych, które tysiącem skrętów biegną ku srebrnym biegom strumieni. Pójdzie on tam, kędy na olchach łąk wilgotnych wieszają się białe opary i trwoŜnymi błyski migocą ogni- ska pastusze; kędy na róŜowych marglach, na bogatych we wszelki liść Hrudach gibkie graby tysiącem ramion owijają wyniosłe wiązy; kędy z podnóŜami zatopionymi w szkliwie wód czarnych jak smoła dęby pod samo niebo ciskają odwieczne swe wzrosty. Na zawsze uciszony słuchać on będzie w klonowych gajach, jak drzewa drŜe- niem liści, a ptaki śpiewnym chorałem witają radosne poranki, i na zawsze samotny ścigać wzrokiem zza grubej kolumny chyŜe sarny, stadami mknące ku wieczornym leŜom. Spoczynek znajdzie tam, 10 kędy z wiecznie zielonych wąwozów jak z czar malachitowych ogromna i gorzka wybucha woń trawy, noszącej imię jego, albo tam, kędy błotne Nikary na przestrzeniach dla oka niezmierzonych roz- stawiają wojska trzcin w kołpakach aksamitnych. . . . . . . . . . . . . Na ogromnym mokrzadle Wielkiego Nikaru, w nurtach bro- dów posiadały łosie i głowy tylko, konchowatymi rogami oskrzy- dlone nad mętne powierzchnie podnosząc, na kształt samotnych boŜków gryzą rozmarynem pachnące bahony. Wiatry na tych gład- kich przestrzeniach jak bieguny na stepach hasają po niwach aje- rów, irysów, grzybieni, przeciągle gwiŜdŜąc w oczerety – czajki krzyczą, bąk huczy, czapla przelatuje i dokoła głów łosich zorza łuny róŜane ściele po stojących wodach. . . . . . . . . Drobna na wielkim obrazie przyrody, ciemna i cicha wśród jej blasków i głosów młoda kobieta stanęła w gaju osin, które kaska- dami drŜących liści szeleściały pośród milczących sosen. Suknia jej ciemną plamę kładła na rdzawość leśnego olbrzyma, lecz twarz w rumianej smudze zachodu jaśniała młodością promienną, jak w lipcowe upały Jaśnieje wśród cieni leśnych słoneczna korona arniki. Wiosna jej minęła, fiołki uwiędły i na trawy zroszone desz- czami, zryte gromami opadły wątłe płatki anemon; lecz lato Ŝycia tak czyste i silne, jak oddechy tej puszczy, z którą bez przestanku Ŝyła, wyrzeźbiło ją w harmonię kształtów i linii, właściwą wszyst- kim rzeczom skończonym w sobie, czystym i silnym. . . . . . . . . . . . . Szafir źrenic jej, które teraz ku srebrzącym się kaskadom liści wznosiła, pogłębiły ostrza uderzeń serdecznych i blask ich uczyni- ły więcej podobnym do gorejącej łuny zachodu niŜ do radosnych świateł jutrzenki. Od wzniesionej ku górze jej głowy spływał je- dwabnym cięŜarem węzeł włosów z barwą dojrzałej pszenicy, a pal- ce splecione wyprzędły wieki uprawy pokoleń, fizycznej i duchowej. W metalicznym szmerze osinowego gaju, w ślizgających się dokoła smugach rubinowego światła ruchem zadumy czy modli- twy splotła ręce i zatopiła się w myślach. «Stwórco i Władco wszystkiego, co oddycha, co oddycha usty oblanymi rosą szczęścia i tuŜ obok wargami ran, sączącymi krew bólu, jad krzywdy, znój walki, Ŝałobę strat niepowetowanych; – Potęgo i Myśli najwyŜsza, która na niezmierzonej karcie wszech- 11 przestrzeni kreślisz niezliczone drogi i wikłasz je w zagadkę, z uto- pionym na dnie. Tobie jednemu znanym kluczem przeznaczenia; przed Twoją wolą kornie pochylam swą wolę i ku Twym gwiaz- dom wytrwale wzbijam serce, jak wiotki powój wici swe skłania do stóp, a od stóp wspina ku szczytowi leśnego olbrzyma... Tyś to podjął mię z pospolitego mrowiska i w ręku swych wznosił wysoko, wyŜej, aŜ mi w źrenice spłynęły blaski Twoich gwiazd – i zarazem Tyś promienie źrenic tych zgiął ku ziemi, wy- ostrzył w przenikliwość, wyciągnął w dalekowidztwo i ujrzeć im dał mary przeciągające przez świat z garbami nieszczęść i zbrodni, jak z górami, zasłaniającymi gwiazdy. Idą w dymach krwawych i stopy zwierzęce stawiają na gniazdach, na róŜach, na perłach, na śniegach niewinności, na purpurach królewskich ukochań. Słyszę pękanie czaszek ukoronowanych, rzęŜenie piersi bohaterskich, westchnienia róŜ konających, chrzęsty gruchotanych pereł... Od kolebki brałam w siebie tę baśń nad baśniami, która tra- giczną prawdą ciecze u podnóŜy tej puszczy, aŜ zmieszała się ona z krwią moją, zabarwiła opony mózgowe, uczucia w sercu wyprę- Ŝyła jak struny na harfie... a baśń nieskończoną i prawda jej tragicz- ną jest, o Panie! W tę niezmierną kartę, z której czytać mię nauczyłeś, zapatrzo- na, nie oglądałam się, nie zapobiegałam, nie widziałam, jak lata młodości na kształt fal wartkich u stóp mi płynęły, znikały, zanim więcierze swe zarzucić w nie zdołałam, jak własne perły moje w kon- sze serca roztapiały się we łzy, zanim zdołałam wykuć z nich sobie pancerz i diadem. Ranek przeminął, południe nadeszło, przemija... Wieczór juŜ, Panie! Oto leśni ptacy Skłaniają skrzydła ku gwiazdom w polocie... Gniazdo me spadło strącone od gromu... I jak drobne ptaszęta rozlatujące się z trwoŜnym szczebiotem, gdy orzeł wierzchem pusz- czy popłynie; jak trawa tak wybujała, Ŝe unikają jej niskie loty mo- tyle; jak obłok, który nad świerkami stojąc srebrnym okiem wpa- truje się w leśną ciemnicę, gdy inne w swobodzie po błękitach promiennych igrają – tak jestem sama... Oto pól Twoich umilkli śpiewacy, Oto dzień cały przetrwałam juŜ w pracy! 12 Dlaczego, Panie? Są na drogach tej puszczy brzozy płaczące, w których cieniu błogi spoczynek znajdują zmęczeni wędrowce; są na krzakach maliny, z których piją spragnione ptaki; jest na drzewach patoka miodna, ciekąca po korach przepojonych goryczą garbnika. Są na ziemi ręce, które robaczki zagroŜone zdeptaniem prze- noszą na miejsca bezpieczne i latorośle od pni oderwane przywra- cają próchnicy ze zwłok ich przodków powstałej. Są serca, które wtórują wszystkim szumom, echom, trzaskom i hukom tej pusz- czy, bijąc w jej łonie, jak własne jej serce... Czy dlatego? Wsłuchuję się w serce swoje i mówi mi ono: tak! tak! Przez serca Ty, Panie, do ludzi przemawiasz! Mam wiele mogił, do których chodzę w odwiedziny, i jedną najdroŜszą, w której na stepach dalekich brat mój śni o niebie nad puszczą tą zawieszonym. Stara piastunka moja, gdy śmierć zamykała kochane jej oczy, rękę mą ściskając szeptała: ‘Samą zostaniesz, samiutką jedną w tych wielkich pokojach...’ Nie było dla mnie ogniska... Bo raz tylko... ale Ty wiesz o tym, który jesteś w sercu moim... raz tylko rękę wyciągnęłam po szczęście. Odeszło... Kwiaty posnęły majowe...» . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Gdy tak myślała, coś w oddali poczęło z cicha muskać mchy i paprocie. To łania biała biegła tak lekko, Ŝe od jej stąpań niekiedy tylko zachwiała się gibka latorośl osiki lub szerokim wachlarzem powiała paproć-orlica. Biegła wprost ku niej, na cząbrach kwitną- cych stanęła, zatopiła w niej czarne, przenikliwe oczy. . . . . . . Wtedy teŜ poświata bladozłota, która pyłem jasności eterycz- nej napełniała i przeświecała las, poczęła mącić się i gęstnieć. Linie zacierały się, kolory gasły, kształty wzajem na siebie następując przechodziły w stan tych widzeń fantastycznych, które szeregiem metamorfoz przeciągają po tle usypiających powiek. Natomiast w tym, co dla wzroku stawało się juŜ tylko chaosem i fantasmago- 13 rią, o inne zmysły uderzyły dwa napowietrzne chóry: woni i dźwię- ków. Miody i smoły zapachniały, na spotkanie ich od mrówczych wzgórzy wypłynął ostry ocet, z Ŝubrowych siedlisk powiały ckliwe piŜma, zmieszane z goryczą dzikich gorczyc i ajerów, aŜ ziemia wionęła dymnym zapachem torfowisk, smakiem grzybnym i razo- wym, wilgocią gliny, pyłem piasków, próchen i moŜe tych Ŝwirów, które na głębokich spodach pozostawiło przed wiekami ocieka- jące stąd morze. A w przepotęŜnym odetchnieniu ziemi ozwał się chorał dźwięków z początkiem nieznanym i końcem przepadają- cym w otchłaniach oddaleń. Nie wiedzieć gdzie, nie wiedzieć co mówiło, szemrało, pomykało, przelatywało... Jakieś poskrzypy i po- mruki, trwoŜliwe szelesty, klekoty oddalone, turkoty głuche, męt- ne i wnet mdlejące wołania, westchnienia przewlekane przez echa, wszystko mgliste, szkicowane zaledwie, z przyczyną niewiadomą i konaniem towarzyszącym poczęciu... Wtem wyraźnie, jasno, przeciągle popłynęły zapadającym w noc lasem srebrne brzmienia dzwonu. Kto i gdzie dzwoni? Czy w głębi Sarniego Skoku tak głośno rozszczekały się jele- nie? Czy na Zamczysku zagrały ogary, których widma towarzyszą tam nocami widmowym myślistwom królewskim? Nie: był to kościelny dzwon, lecz nie nad takim kościołem dzwoniący, który wznosi się na powierzchni ziemi. Rozbrzmiewał od Mogił, uroczyska, w którym pod ziemią i lasem, ze świątyniami, pałacami, ulicami swymi, całe, Ŝywe, z Ŝywą ludnością, stoi miasto, niegdyś w ziemię zapadłe. Pradawne to było; las niebosięŜny nad nim wyrósł, lecz ono Ŝyje i co dzień o zmierzchu wysyła nad ziemię głos kościelnego dzwonu, aby oznajmiał ziemi, Ŝe Ŝyje. Wyraźne, jasne, przewlekłe są brzmienia dzwonu, przez które miasto pogrzebane wysyła na świat swoją pieśń tragiczną. Czy skarŜy się albo o ratunek woła? Czy wysyła poselstwo rozkazów, upo- mnień i proroctw? Na kwitnących cząbrach, z ręką wspartą o gibką szyję łani kobieta słucha dzwonu rozlegającego się w leśnej pomroce, a gdy nad uciszonymi wierzchołkami osin złotym okiem wybłyskuje pierw- sza gwiazda, wznosi ku niej twarz wśród zmroku białą i usta jej poruszają się szeptem błagań, zwierzeń czy przyrzeczeń. Jeszcze przez chwilę w oddaleniach wielkich rubinowe iskry 14 zorzy błądzą i migocą, lecz wkrótce gasną. Wdzięczna postać bia- łej łani w krepy zmroku spowijana niknąć poczyna i – znika. Dzwon na uroczysku mogiły rozbrzmiewa coraz ciszej, wol- niej, słabiej i – milknie. . . . . . . . . . . . . Nad uciszoną i ciemną puszczą wschodzą wysokie gwiazdy i złotymi oczyma wpatrują się w morze jej nieruchomych, milczą- cych szczytów... . . . Od Wielkiego Nikaru brzegiem puszczy bystro w głębokim łoŜysku płynie Lsna, a tam, gdzie Królewski Most zawiesza nad nią klamrę długą i zgrabną, nad rozległymi polami i łąkami dwór Krasowiecki stoi w odwiecznej, cięŜkiej, ciemnej gęstwinie swych ogrodów. Szemrzącym szlakiem rzeki rozdzielony z puszczą wy- daje się on w dal odrzuconym, końcowym akordem wielkiej pie- śni. . Gęste sploty powojów owijały filary głębokiego ganku. W po- koju obszernym i niskim lampa płonęła nad stołem spiętrzonym ksiąŜkami, dziennikami, więziami kwiatów, nićmi jedwabiów i smu- gi obfitego światła wysyłała na ganek przez drzwi wysokie i wąskie, przez wąskie i nisko osadzone okna. Szły stamtąd oddechy samot- ności, spokoju, pracy. Rezeda i róŜe pachniały. Rozlegały się dźwięki pięknej muzyki fortepianowej. Ktoś w głębi domu umiejętnie i pięk- nie grał. Seweryna Zdrojowska siedziała w smudze obfitego światła i po- godnym wzrokiem spoglądała w wielką plątaninę roślinną, która od brzegu do brzegu okrywała rozległy dziedziniec. Z kruŜy natury napiła się mocnych czarów piękna, przy legen- dowych brzmieniach dzwonu oko w oko patrzała na gwiazdy, z chóru leśnych woni wzięła w siebie kroplę słodyczy miodnej i tro- chę tego pyłu, którym z głębokich spodów wieją Ŝwiry rodzinne, aŜ w serce jej przedtem Ŝałosne i roztęsknione spłynęła czarna perła szczęścia. Czarna, bo blasków tęczowych, których by nie owijały Ŝałobne krepy – nie znała. Pogodnie, prawie wesoło patrzała na drobne światła, mrugają- ce wśród gęstej zieleni dziedzińca. Były to okna oświetlone bla- skiem płonących za nimi ognisk rodzinnych. Przychodziły stamtąd tłumione oddaleniem urywki rozmów, wybuchy śmiechów, świe- goty głosów dziecinnych. Głosy dobrze jej znane i dusze znane. 15 Splot losów ludzkich, drobnych, pokornych, licznych, którego nici spoczywały w jej dłoniach. W głębi wielkiego domu ktoś grał ciągle umiejętnie i pięknie. Seweryna uśmiechnęła się do obrazu młodej artystki, która tam, w wielkim, niskim pokoju opowiadała muzycznymi tonami o du- szy swej, zasmuconej przedwcześnie i cięŜko. O czym to biedne, wdzięczne dziecko myśli, gdy z tak głębokim uczuciem wykonywa utwór genialnego mistrza? Czy o porzuconej w stronach dalekich mogile ukochanej matki? Czy o krótkich a dziwnych dziejach swe- go zakochanego i zawiedzionego serca? Zwiedzione sztucznym światłem opływającym filary ganku dwa kwiaty powoju rozwinęły kielichy i z osrebrzonej zieleni patrzały parą szeroko rozwartych, ciemnomodrych oczu. Seweryna uśmiechnęła się do tych oczu w milczeniu na nią patrzących. Obejmował ją czar kwiatów, muzyki i gwiaździstego wieczoru. Rezeda i róŜe pachniały. Modrzewie jak czarne kolumny wzbijały się nad liściastą gęstwinę sumaków akacji, za którą światełka miesz- kań ludzkich gasły i głosy ludzkie milkły. We wnętrzu domu umilkła teŜ muzyka, a w wysokich i wąskich drzwiach ganku ukazała się postać pełna wdzięku. Światło lampy oblewało wysmukłą kibić dziewczęcą i przesrebrzało płowe włosy, nie ukazując w pełni rysów twarzy białej jak narcyz. ZbliŜyła się ku Sewerynie z zamkniętym listem w ręku. – Od Idalii – rzekła z cicha. Z rozdartego papieru wypadła twarda kartka, na którą Sewery- na nie zdołała rzucić okiem, bo spostrzegła ją Henryka i z mięk- kich, pieszczotliwych ust jej wydarł się okrzyk. Uczucie przestra- chu, zdziwienia, radości niespodzianej i przejmującego bólu za- brzmiało w tym okrzyku. Ręce jej trzymające wizerunek młodego męŜczyzny drŜały i nisko nad nim pochylała zarumienione czoło, aŜ powolnym ruchem osunęła się do kolan towarzyszki i twarz kryjąc w jej sukni cicho załkała. Płacz wstrząsał szczupłymi liniami jej pleców, a ręce białe jak narcyzy rozpacznym ruchem opasywały złoto włosów. Więc tak! więc zawsze! Nie pocieszyła się, ani zapomniała. Idalia Olska, ta płocha kobieta z sercem tkliwym i usty wielo- mównymi, miała od dawna zwyczaj przesyłania tu z szerokiego 16 świata, po którym jak motyl bujała wieści, opowieści, wizerunków. Przysłała teraz ten i ugodziła nim w serce tej dziewczyny jak gro- tem, który pogrąŜając się w ranę ból jej odnawia i zaostrza. Rozko- chanej i opuszczonej cięŜko jej było Ŝyć; nie mogła zapomnieć, nie mogła zrozumieć... Seweryna znająca dobrze te dwoistości natur ludzkich, które częstokroć w uplot nierozwikłany łączą ludzką wspaniałość i mar- ność, nie rozumiała równieŜ. Kto to był? Kim, jakim był? Jakie pobudki, wahania, burze rządzić nim mogły, gdy wszystkimi uro- kami światowca i tą wykwintnością słów i uczuć, która w uczonym odsłania poetę podbijał serce, umysł, zmysły tego pięknego dziec- ka, a potem odjechał, nie wrócił, umilkł, zniknął? Jaką była ta dusza tak potęŜna i zarazem tak licha? PotęŜna być musiała, sko- ro talentem i trudem we wczesnej młodości podbijała juŜ światy wiedzy i sławy; lichą być musiała, skoro po drodze swej siała łzy. Siew łez przeraŜał oczy jej, nawykłe do samotnego wpatrywania się w ideały siejące rosę pociech. Wiedziała o nim wiele, a przecieŜ nie rozumiała... Suchy wiatr kosmopolityzmu odniósł ojca jego w kraje dalekie. Tam wzrósł i w tamtejszej mowie zasłynął myślą niezwykłą, silną i śmiałą. Nie słuchał nigdy szumu zbóŜ na niwach rodzinnych ani rozbrzmiewa- jących po leśnych głębinach dzwonów legendowych. Był latoroślą od rodzinnego pnia oderwaną, wspaniale wyrastającą na niwie obcej i nie zdawał się oglądać za niczym, ani wiązać się niczym, co nie było potęgą, blaskiem, sławą, radością Ŝycia. W rozległym labiryncie drzew dom otaczających i gniazd ludz- kich pełnym pogasły światła, pomilkły głosy, zapanował sen. U okna otwartego na modrzewie i akacje, przy lampie, którą oblatywały drobne motyle nocne, Seweryna wpatrywała się w wizerunek czło- wieka, o którym nie mogła przestać myśleć. Myśl o nim krzesała w niej gorącą iskrę niewiadomego pochodzenia. Brwi jej ściągnęły się do skupionej uwagi, a na ustach zawisł uśmiech niedowierzają- cy. Z doskonale wykonanego wizerunku patrzyły na nią oczy mą- dre i chłodne, a wśród delikatnie zarysowanego owalu twarzy, cien- kie wargi drgały uśmiechem ironicznym; lecz na kształtnym czole okrytym blaskiem myśli leŜała śród brwi zmarszczka bolesna i rzu- cała na twarz całą rys zamkniętego w dumnym milczeniu cierpie- nia. Z młodzieńczej tej twarzy biły: mądrość, duma, ironia – i nie 17 było w niej szczęścia ani dobroci. W zamian, zza jej chłodu i dumy przeglądało coś z tych wiecznych tęskności, które zalewają spody dusz marzycielskich, i coś z tych gniewów, które je przepalają, gdy świat zjawisk ani świat myśli, ani świat uczuć, rojeniom i pragnie- niom ich zadość uczynić nie mogą. Ręce z wizerunkiem na kolana opuszczając pomyślała, Ŝe... nic dziwnego. Nic dziwnego, Ŝe dziecko to pokochało tego pięknego, mą- drego człowieka i Ŝe zapomnieć o nim nie mogło. Wiedziała, jakim ciepłem serdecznym i jaką delikatnością sta- rań Tadeusz Rodowski otaczał Henrykę wówczas, gdy na dalekim Południu śmierć przybliŜała się do ukochanej jej matki. Wiedziała, Ŝe w jakiś wieczór letni nad brzegiem południowego jeziora, w ogromnym szumie wodospadu ogarnął ich płomień momentu takiego, o jakim zapomnieć zawsze niełatwo, czasem niepodob- na. Osieroconym i zranionym ptakiem Henryka pod dach jej zle- ciała, pozostawiając za sobą mogiłę matki i nadzieję szczęścia. Zginęła jej teŜ w dalekiej podróŜy rzecz nieprzepłacona: wiara w prawdziwość i trwałość uczuć ludzkich. I ani cisza jej domu, ani ciepło jej serca, ani przyroda, ani sztuka nie mogły dotąd ukoić serca, w którym z krótkiego kochania sączyły się nieustannie łzy bólu i sroŜsze od nich uśmiechy zwątpienia. Serce to było zbyt młode, ze straŜami zbyt słabo jeszcze umocowanymi, aby zwycię- sko zwalczać mogło ponure czynniki Ŝycia. Przywykła na widok cierpień ludzkich do zapytywania u serca, rozumu, sumienia: co czynić? – Seweryna myślała długo, aŜ u okna otwartego na modrzewie i akacje, w świetle lampy, którą oblatywa- ły motyle nocne, stanęła z powziętym w myśli zamiarem. Wiedziała juŜ, co uczyni. Spróbuje naprawić to, co pękło w ręku moŜe kapry- su albo przypadku. W zamiarze swym widziała jasno to marzycielstwo nieśmiertel- ne, które ją samą wytrąciło z kolei powszednich i losy jej uczyniło niepodobnymi do innych. Daremnie płynęły po nim gorzkie wody Ŝycia; trwało, jak trwać musi ręką Boga naciągnięta w duszy ludz- kiej struna. Trwało i wiecznie czepiając się blasków górnych zry- wało się do walki z ciemnymi marami świata. Własne jej szczęście pękło w nim, jak zdeptana perła, a górne blaski umykały z dłoni. Wątła z niej prządka, z kądzieli ideału snująca nić złotą, którą 18 wciąŜ noŜycami nieubłaganymi przecina Parka, siedząca na nie- skruszonej skale rzeczywistości. Tak myślała – i nagle ogarnęło ją zdziwienie. Nawykła do pilne- go rozpatrywania się w pobudkach zamiarów swych i czynów od- kryła wśród tych, które w tej chwili nią rządziły, jedną, niespodzie- waną i tak niejasną, Ŝe zaledwie rozpoznać ją mogła. Jakkolwiek gorącym było współczucie jej dla cierpiącej, bliskiej i drogiej istoty, łączyła się z nim głucha chęć spojrzenia w głąb duszy niezwykłej i tajemniczej, głuche pragnienie wyrwania się z koła codzienności ku blaskom i płomieniom rzeczy odległych, niezwykłych. Czło- wiek, którego wizerunek trzymała w ręku, stawał przed wyobraź- nią jej w postaci zagadki, wydawał się jej upostaciowaniem samej jednej tylko, niestrudzonej, dumnej, zimnej myśli; a przecieŜ oko przenikliwe wyczytywać w nim mogło równieŜ jak myśl nieubłaga- ne i dumne cierpienie. Dla woli i świadomości tajemnie, pomimo świadomości, pomimo woli, na ustach jej pąsowych, jak dojrzała jagoda kaliny, drgały pytania: kim jesteś? Skąd uderza źródło twe- go bólu? Dlaczego lekcewaŜąco czy lekkomyślnie upuszczasz z rąk róŜe, strząsasz z serca krople napojów rajskich? Jak ze snu obudzona, podniosła schmurzone czoło. CzyliŜ człowiek nigdy nie moŜe do ostatka samego siebie od siebie odtrą- cić? CzyŜ te nawet dusze, które najgoręcej oddane są gwiazdom, wzdychać jeszcze muszą ku prochom drobnym i marnym? CzyŜ zawsze złoto uczuć musi zawierać w sobie przymieszkę lichego metalu? Ciemność i cisza napełniały wielkie pokoje domu. W takich ciemnościach czepiają się po ścianach ćmy pomarłych nadziei i pod sufitami łopoczą nietoperze zwątpień; na takich ciszach kołyszą się jak na całunach melancholie bezdenne i marzenia tęskne... W pobliŜu Lsna szemrała kryształowo; w oddali Bór-Lada to- czył posępną gamę szumu. I szły od niewidzialnej w ciemnościach puszczy westchnienia przeciągłe, wołania niewyraźne, szelesty, szmery, coś jakby lekkie po mchach stąpania łani – coś, jakby konające w odległościach echowych brzmienia dzwonu. 19 II BiałowieŜa – Krasowce. Wspólna krewna nasza, pani Idalia Olska, wyjaśni Panu przy sposobności stopień zachodzącego pomiędzy nami pokrewień- stwa, a jeŜeli i potem jeszcze to przemówienie moje wyda się dziw- nym, to niech Pan pomyśli, Ŝe popełniła je kobieta dzika. Idalia opowie Panu, w jaki sposób, przed laty dziesięciu, towarzystwo w salonach jej zgromadzone obdarzyło mię przydomkiem: dzika. Taką pozostałam na zawsze. Zawsze mieszkam w Puszczy i na świat patrzę spod kąta – puszczowego. Od paru juŜ lat z zajęciem ścigam wzrokiem tę świetną drogę, którą Pan idzie ku wielkiej zapewne przyszłości. Mam trochę na- dziei, Ŝe mię Pan o przyczynę tego zajęcia nie zapyta, lecz jest to tylko nadzieja. Mieszkańcem odległej stolicy będąc moŜe Pan nie spostrzegał nigdy, jak drzewa lasu gałęziami splatają się z sobą i jak kłosy na zagonie spójną falą oddają pokłon słońcu. Co do mnie, często i z podziwem myślę o tych magnesach, którymi natura po- ciąga ku sobie planety jednego systemu, drzewa jednego lasu, kło- sy jednego pola i dzieci jednego rodu. Ja i Pan jesteśmy dziećmi jednego rodu; stąd chęci moje – i prawo – podziękowania za liść wawrzynu, który Pan rzuca na jego ciernistą niwę. Tak wczesne podboje wśród narodu nie tylko obcego, lecz wrogiego są tryum- fem, który dzielimy z Panem, choćby Pan o tym nie myślał i o to nie dbał. Wiem od Idalii, Ŝe miesiące wolne od prac naukowych przepę- dza Pan zwykle w Alpach, nad jeziorami południowymi, nad brze- gami rozmaitych mórz. Czy nigdy nie przyszła Panu myśl spędze- nia ich na wsi polskiej? Czy wiedza i młoda sława wystarczają jeszcze do czynienia widnokręgów Pana zajmującymi i ciepłymi? Bo słyszałam, Ŝe niekiedy blaski ich doświadczają zaćmień i Ŝe bywają na świecie takie śniegi, których one roztopić nie mogą. Czy Pan nigdy jeszcze nie widział zaćmienia swoich słońc, ani uczuł tych szronów, które wśród dróg kwiecistych z nagła oblatują duszę? Inne jeszcze pytania cisną mi się do myśli, bo przecieŜ na Ŝad- 20 nym płótnie malarskim nie ma tylu barw ani w Ŝadnej melodii mu- zycznej tylu tonów, ile w człowieku, wyrzeźbionym przez naszą przesubtelnioną cywilizację, zawierać się musi zawikłań psychicz- nych. Ale – czy podejmie Pan koniec tej nici, którą przez daleką przestrzeń ku Panu zarzucam? WszakŜeśmy na jednym globie – dwa róŜne wcale duchy. Więc juŜ tylko poproszę, aby Pan przyjął od rodaczki i krewnej pozdrowienie najŜyczliwsze, z którym przysyłam trochę leśnych woni naszych, trochę szmeru Lsny, kroplę z mgieł, budujących tu na łąkach pałace czarnoksięskie i promyk ze świecących nade mną gwiazd. III Szwajcaria – Interlaken. Nie tylko odpowiadam Pani jako krewny, który szczerze cieszy się z nawiązania węzłów rodzinnych przez okoliczności i czas roz- luźnionych – lecz podjąłbym z gotowością wielką ową rzuconą mi przez daleką przestrzeń girlandę z woni, mgieł i szmerów puszczy białowieskiej, podjąłbym ją nawet z pośpiechem, gdyby nie obawa, Ŝe połączyła mię ona z pustelnią krasowiecką tylko przez omyłkę, wskutek informacji błędnych. Mam w podejrzeniu wspólną krew- niaczkę naszą, panią Idalię, zawsze bardzo na mnie łaskawą, Ŝe przesadnymi opowiadaniami, zapewne pochwałami, których mi nigdy nie szczędzi, w błąd Panią wprowadziła. Ona to chyba po- trafiwszy wmówić w siebie, Ŝe dokonywam jakichś podbojów, Ŝe juŜ czoło moje opasuje aureola wielkości, usiłuje innych o tym przekonać. Z pięknym pozdrowieniem swym, za które wielce obowiązany jestem, zwróciła się Pani do zwyczajnego śmiertelnika, który tym tylko róŜni sie od przeciętnych szeregowców w Ŝyciu, Ŝe w braku 21 przymiotów potrzebnych do walczenia na arenach innych stał się molem ksiąŜkowym, zgłębiającym problemata tak niezmiernie Ŝy- wotne, jak psychologia ameby albo kwestia: czy przodkom na- szym trylobitowej postaci w epokach sylurskich dogadzała więcej woda słodka czy słona? Dla tak mało zajmującego szeregowca szkoda woni bijących z litewskich lasów, pereł mgły zbieranych na łąkach, szmerów strumieni itd. W ten sposób obdarzony, moŜe bym juŜ dziś nie potrafił naleŜycie skorzystać z tych darów roz- wiewnych, jak asceta, któremu by ręka nieopatrzna rzuciła przez okno celi wiązkę purpurowych róŜ. Jestem istotą wcale nieciekawą; do roli tryumfatora, który by rzucał promień sławy na niwę swego rodu, bardzo mi daleko. O uczoności swojej wiem to jedno, Ŝe nic nie wiem, a rozgłos imienia swego odgadywać mi pozwala tylko wzrastający zastęp współpracowników tak szlachetnych, Ŝe serca ich uderzyłyby nie- kłamaną radością, gdybym się w sposób jakikolwiek potknął na tym gościńcu, który – jak wieść niesie – wiedzie ludzkość do po- znania prawdy. Słońca moje, o które Pani zapytuje, nie świecą wcale albo przynajmniej chwieją się płomykiem niestałym, tak jak ja sam nie jestem na horyzoncie wiedzy pochodnią, lecz chyba lampką, której drobne pobłyski ustawicznie chwieją się i roztapia- ją – w ciemnicy. Oprócz darów powyŜej wymienionych ofiarować mi Pani ra- czyła promyk z gwiazd, które nad głową Pani jaśnieją. WszakŜe to metafora? I pozwalam sobie wyznać, Ŝe wydała mi się piękną. WyobraŜam sobie, Ŝe idzie w niej o tak zwane ideały, czyli błysz- czące cacka, bardzo poŜądane, a nawet konieczne do rozjaśnia- nia puszczy, gdy przed niespokojnym duchem człowieka pootwie- ra ona swe perspektywy mroczne, ogromne, monotonne i bez- ludne. Nie doświadczyłem nigdy, jakimi głosami pustkowie bez na- dziei i bez granic przemawia do człowieka; jednak pojmuję, Ŝe w takim kole zamknięty duch, aby nie zatracić samego siebie, sam sobie musi budować rusztowania podniebne i zawiesiwszy je ko- lorowymi lampkami krzepić się albo bawić ich jasnością. Pojmuję teŜ, Ŝe z tak wielkiej odległości umiejętność wydawać się moŜe jednym z najpotęŜniejszych ognisk w systemacie słońc, ku którym zwracają się źrenice, spragnione ideału. I to właśnie przejmuje mię 22 trwogą. Lękam się, aby przy bliŜszym zetknięciu się ze mną, jako, bądź co bądź, przedstawicielem nauki, nie tylko dumny Faros wie- dzy nie zmalał i nie pobladł w oczach Pani, lecz aby jej własne gwiazdy, czyli te piękne lampki, palące się bezpiecznie i spokojnie nad staroŜytną jej siedzibą, nie zbladły i jedna po drugiej nie zaga- sły, pozostawiając na tle ciemnicy ogólnej otwory, z wyglądającą przez nie wiekuistą i niczym nie nasyconą próŜnią. Więc jeŜeli Pani wyciągnęła do mnie rękę z celem i chęcią zbliŜe- nia się do tego słońca, którego jestem kapłanem, to dla uchronienia Pani od zawodu ostrzegam, Ŝe z bliska oglądana twarz tego boŜysz- cza jest więcej martwa aniŜeli Ŝywa, Ŝe na tym słońcu są plamy i Ŝe to słońce nie grzeje. Zdarzyć by się mogło, Ŝe zamiast znalezienia po- Ŝądanych zachwytów znalazłaby się Pani wobec szyderczych pytaj- ników i bezlitosnych negacji. Zdarzyć by się mogło, Ŝe przy tym dziwnym słońcu stałoby się Pani zimno, Ŝe opustoszałby świat ide- ałów Pani i wymknęłyby się z rąk przedmioty dotychczasowych uko- chań i wierzeń. A szkoda byłoby tych błyszczących cacek z pewno- ścią bardzo w Ŝyciu poŜądanych, a czasem nawet koniecznych. Przykro by mi teŜ było, gdybym to ja właśnie miał roztoczyć przed Panią podwoje tego Sezamu, który tak wiele bierze, a tak mało daje. JeŜeli zaś łaskawe zajęcie się mną jest natury więcej osobistej, o czym skromność kaŜe mi powątpiewać, w takim razie pozwoli mi Pani podaną dłoń uścisnąć i poprosić o względy Ŝyczliwe na przy- szłość. Jesteśmy spokrewnieni z sobą przez matki, ale jak Pani moŜe wiadomo, matka moja nie Ŝyje juŜ od dawna. A poniewaŜ od nie- mowlęctwa prawie jestem mieszkańcem Wiednia, więc nie dziw, Ŝe stosunki rodzinne a zwłaszcza parentela mojej matki tak się w umy- śle moim zatarły, Ŝe obecnie zapytać musiałem o stopień łączącego nas pokrewieństwa. Nie naleŜąc do najbliŜszych, dalekim nie jest. śe Pani chciała przypomnieć sobie o tym, szczerze dziękuję. Głos Pani nie zastał mię w Wiedniu, gdyŜ natychmiast po ukoń- czeniu prac dorocznych uciekliśmy z zakurzonego miasta pod stopy przeczystej Jungfrau. Mówię w liczbie mnogiej, poniewaŜ wkrótce po mnie przybył tu ojciec mój a takŜe pani Idalia zatrzymała się nad Aarem, w drodze do Biarritz. Przedstawia się więc wcale do- bra sposobność do małego familijnego zjazdu. Dla względów ro- dzinnych powinna Pani na kilka tygodni wyrzec się puszczy i od- wiedzić tu panią Idalię. 23 Przyszłoby to Pani tym łatwiej, Ŝe byłby to jednocześnie hołd złoŜony pięknej przyrodzie, którą Pani zapewne kocha, chociaŜ jej bezpośrednio, tak jak ja, nie słuŜy. Przyroda bez wątpienia wszę- dzie jest piękną; o takich wszakŜe pięknościach i czarach, w jakie tutaj się stroi, ani marzyć chyba na waszej północy. NatęŜenie barw i świateł bywa tu niekiedy wprost bajeczne. Jest tutaj tyle słonecznego światła i ciepła, Ŝe pomimo sąsiedztwa lodowców dni letnie przybierają pozór strefy południowej. Panuje tu przede wszyst- kim nadmiar światła i słońca. Jestem czcicielem światła i kosmicz- nego słońca. Dlatego teŜ nie jeŜdŜę nigdy tam do was na północ, bo po niebie waszym przepływa więcej chłodnych łez niŜeli upal- nych promieni – a moje Ŝycie jest krótkie. Bawię tu juŜ od tygodnia i co dzień podziwiam widok rozta- czający się z naszych balkonów, jak coraz nowe czarnoksięstwo. Co dzień od strony lodowców Rodanu wzlatuje na niebo słoń- ce; niby ognisty ptak gorejący złotem szybuje olśniewającą smugą przez firmament i za jeziorem Tuhn znika w poŜarach szkarłatu i krwi. A lecąc świeci szafirowym wodom i srebrnym prądom Aaru, puszystym łąkom i lasom, olbrzymiej falandze Alp śnieŜnych, które oskrzydlają nas mroźnym pierścieniem, i wreszcie nam, którzyśmy taborem stubarwnym rozłoŜyli się w dolinie i mrówczym rojem zalegli okoliczne góry. Oto są widnokręgi widne i ciepłe, które nie doświadczają za- ćmień. W ogólnym tryumfie światła giną tu krajobrazowe szczegó- ły, podobnie jak w duszy turysty giną wszystkie zaćmienia i plamy pozostawione przez Ŝycie. Na tym błogosławionym gruncie, na tle przepysznej dekoracji alpejskich jezior, kaskad, wiecznych śniegów pragnąłbym powitać mieszkankę pustelni białowieskiej i oprowadzić ją po krainie, gdzie, mimo grzmiących w upadkach lawin, bezpieczniej mieszkać niŜ w uśpionych samotniach puszcz i gdzie, pomimo spiętrzonych wo- kół lodowców, istnieją drogi pewniejsze niŜ na zawrotnych szla- kach ducha. 24 IV Krasowce. Pilno mi obawy Pana uspokoić i zarazem sprostować linie ob- razu, który w umyśle pana odmalowała przestrzeń daleka. Dzikości naszej bardzo dosłownie brać nie naleŜy. KsiąŜki, dzienniki, w najrozmaitszych postaciach wieści z szerokiego świa- ta – otrzymujemy i od dawna juŜ bałwochwalcami nie jesteśmy. PoniewaŜ otrzymujemy ksiąŜki i dzienniki, więc z nich, nie z ust Idalii, daleko więcej miłych, aniŜeli w tym wypadku kompetent- nych, wzięliśmy miarę rozgłosu, który zdobyło sobie w świecie imię Pana. PoniewaŜ nie jesteśmy bałwochwalcami, więc nie uderzamy czołem z oczyma zamkniętymi przed boŜyszczem Ŝadnym, choć- by nim była wysoko czczona przez nas nauka. Jest w nas niejaka moc, przez którą nie dajemy boŜyszczom jakimkolwiek gasić na- szych gwiazd, a jednym ze źródeł tej mocy są najpewniej te łzy, o których Pan mówi, Ŝe jest ich na niebie naszym daleko więcej niŜeli promieni. To prawda; lecz niemniej wydaje mi się prawdzi- wym, Ŝe łzy nie zawsze bywają chłodne. Owszem. Znajduje się w nich często wiele ognia i soli; a sól to podobno znakomity oddziaływacz przeciwko anemii i tylko w ska- łach formacji ogniowej w obfitości znacznej znajduje się granit, rzecz, jak wiadomo, do skruszenia trudna. Zanim powiem, co wiem o boŜyszczu, którego fatalnych wpły- wów lęka się Pan dla moich gwiazd, opowiedzieć muszę o pew- nym zwyczaju, na pozór dziwnym, który panował pośród naszych dalekich przodków. Oto wedle świadectw wiarogodnych staroŜytni Litwini wnet po przyjściu na świat niemowlęcia zwilŜali mu usta kroplą soku wyciśniętego z piołunu. Zwyczaj ten miał na celu przyzwyczajenie dzieci ziemi od pierwszych świtów Ŝycia do ziemskich goryczy. Przeminął od dawna, lecz tak wiecznie działalnymi są spadki bra- ne przez pokolenia od pokoleń, Ŝe dziś jeszcze posiadamy w stop- niu rzadkim moŜność połykania soku piołunowego bez trucia się nim i odgadywania kaŜdej jego kropli, gdziekolwiek się znajduje. Kropla piołunowego soku przesączyła się przez zdanie Pana o słoń- 25 cu nauki. Mówi Pan, Ŝe oblicze jego jest więcej martwe aniŜeli Ŝywe, Ŝe ono nie grzeje i Ŝe są na nim plamy. Wiem, dlaczego takim bywa ono niekiedy. Zdarzyło się raz, Ŝe gdy pewien pustelnik i mędrzec wielki opusz- czał pustynię, kwiat myśli swej na pustyni dojrzałej w ręku dla ludzi niosąc, słońce (to kosmiczne) zaszło mu drogę i blask ogromny w twarz mu cisnęło, aby poznał, jak jest dumne i szczęśliwe. A on uśmiechnął się i rzekł: «O wspaniałe ciało niebieskie! CóŜ by się uczyniło z twoją dumą, z twoim szczęściem, gdybyś postradało tych, którym przyświecasz?» Zdaje mi się, Ŝe tak być musi z mieszkańcami wszystkich świa- tów i ze światłem wszystkich słońc, które wówczas tylko szczęśli- wymi być mogą, gdy jaśnieją nad czymś i dla kogoś! Bo czyŜ jest na ziemi jakakolwiek droga ludzka bez piasków suchych, po których błądzą miraŜe zwodnicze, bez głuchych onie- mień, wśród których straszą Sfinksy, blade od wiekuistych dumań nad zagadkami, wiekuiście nieodgadnionymi? Nie ma na ziemi takiej drogi ludzkiej, jak na niebie duszy nie ma światła takiego, które by oświecając pustkę duszy było zarazem ciepłem. Aby pośród miraŜy zwodniczych i Sfinksów bladych nie omdleć i nie zwiędnąć, kwiat myśli potrzebuje wody z tego źródła, które- mu mądry pustelnik przypisał szczęście słońca. Potrzebuje on kie- lich swój rozwijać i koronę rozwierać dla kogoś, dla czegoś kocha- nego. Nauka, pani marmurowa, na wozie Ŝelaznym jadąca, wtedy krainy przebywane ogrzewa i uŜyźnia, gdy przed nią ze złotymi włosy rzuconymi ku celom podniebnym płynie płomienna gwiazda miłości. Wtedy marmurowa pani krainy przebywane ogrzewa, sama rozgrzana tchnieniem gwiazdy, która ogień nieci i ogniem świat przepływa. Trzeba wiedzieć, dlaczego bada się psychologię ameby i Ŝe to jest takie malutkie ogniwko niezmiernie długiego łańcucha, na którym ziemia i to, co na niej powoli, powoli wznosi się coraz wyŜej. Bez tego łatwo przy badaniach nad amebami, tak jak i przy kaŜdej robocie innej, dostać bolesnego skurczu serca, od którego skurczą się takŜe mózg i ręce, albo zakrztusić się suchym piaskiem pustyni sroŜej i śmiertelniej niŜ w epoce sylurskiej jakikolwiek mię- czak krztusił się wodą słoną czy słodką. Tyle o piołunowej kropli, która z ręki Pana spłynęła na ideał 26 nauki i – na ideały w ogóle. Wiem, Ŝe słowa moje jak Ŝadne zresztą słowa wywabić je z duszy Pana nie mogą, ale chcę, aby Pan wie- dział, Ŝe odgadując ją byłam wzruszona, Ŝe oczy moje spoczęły na niej z Ŝyczliwym i współczującym smutkiem. Bo mniejsza o pochodzenie gorzkiej kropli! Gdy w czyjej duszy jest, dusza ta staje się droŜszą i szanowniejszą dla człowieka, który ją równieŜ, choćby skądinąd wziętą, czuje i dźwiga w swojej. A teraz kilka słów o klimatach. Nie mogę obronić się chęci zapytania: w jakiej odległości od bieguna północnego umieszcza Pan Krasowce? Bo jednak, naj- powszechniej, ludzie tu umierają z przyczyn wcale innych niŜ zmar- znięcie, a bieg Lsny nie jest mniej rączy, ani prądy jej nie są mniej srebrne od biegu i prądów Aaru. Co do słońca, to było ono znane Litwinom juŜ za czasów królowej Kruminy, która pierwsza ziemię tutejszą zasiała ziarnami róŜnych zbóŜ. Działo się to niezmiernie dawno, a wówczas juŜ słońce jeździło po tutejszym niebie wozem, zaprzęŜonym w trzy rumaki, z których jeden był srebrny, drugi złoty, trzeci brylantowy. Na usługach swoich miało teŜ dwie nie- bieskie dziewice, z których jedną była jutrzenka, czyli Auszra, a drugą gwiazda wieczorna czyli Wakarine, słuŜebnice wielce czyn- ne i gorliwe, jak się to z dwóch strof zapisanych w pamięci ludu okazuje. Strofa pierwsza opiewa dziewczynę, która w dniu nadchodzą- cym spodziewa się powrotu kochanka-wojaka. Niecierpliwa i usnąć niemogąca wychodzi na próg numy z wołaniem: «Auszro! Auszro! wnijdź na ziemię! wyprządź z nocy dzień!» Ale Auszra brzeg róŜo- wego czoła nad ziemię wychylając odpowiada: «Nie mam czasu; muszę wpierw ogień dla słońca rozniecić!» W drugiej strofie, przeciwnie, siwy dziad, któremu dnie w trzy- kroć wydłuŜa nuda starości, ku zachodowi wyciąga ręce z woła- niem: «Wakarine! Wakarine! wynijdź nad ziemię i wyprządź z dnia noc!» Ale Wakarine złotym puklem włosów nad ziemią pobłysku- jąc odpowiada: «Nie mam czasu; muszę wpierw słońcu łoŜe usłać!» Jasnym jest tedy, Ŝe Litwini w czasach bardzo staroŜytnych posiadali juŜ słońce i to moŜne, bogate, z zaprzęgiem brylanto- wym, ze słuŜba nie byle jaką. Posiadają je i teraz, świecące moŜe 27 i gorejące na sposób inny niŜ się to dzieje nad Alpami, lecz czyliŜ nie jest ono dość potęŜnym i niewyczerpanym, aby w kaŜdą czyn- ność swoją wlewać równe, chociaŜ i róŜne, wdzięki i rozkosze? Z braku słońca ludzie biedy nie miewają, bo ono dobre, wszech- widome, wszędzie jest, wszystkim przyświeca, złotą pieszczotą otula nawet śniegowe chaty Eskimosów i jasnym promieniem jak do- broczynnym palcem wskazuje Grenlandczykowi płynącą ku jego brzegom ławę fok. Lecz bieda w tym, Ŝe istnieją w przestworzach smoki, które ze słonecznego jądra wyŜerają blask i ciepło, a jed- nym z najŜarłoczniejszych spośród nich jest smutek, który ilekroć zasiądzie w oczach ludzkich, tak chciwie wchłania w siebie blaski słoneczne, Ŝe one do oczu tych dojść nie mogą. Wielkie złote słońce świeci na niebie, lecz oczom, które zasiadł smutek, ciemno. Jest to zresztą jeden tylko z mnóstwa nieprzyjaciół, których posia- da ciało niebieskie. Znali juŜ ich staroŜytni Litwini i do walki z nimi wysyłali swoje olbrzymy. Tradycyjną u nas stała się walka ze smo- kami wyŜerającymi ze słońca blask i ciepło. Czy nie uczuł Pan nigdy w Ŝyłach swoich tej kropli krwi przodków, która uzbrajała ich przeciwko smokom? Za zaproszenie pod stopy Jungfrau dziękuję jako za objaw uczuć Ŝyczliwych, ale w tej chwili Krasowiec opuścić nie mogę. PołoŜenie właścicielki duŜego kawałka ziemi tutaj nie jest wcale synekurą, lecz owszem, sprowadza zajęć i obowiązków mnóstwo. Teraz tu pora Ŝniw. Jednak zajęcia róŜne pozostawiają mi dość czasu na przechadz- ki. Dziś z rana, bardzo wcześnie, byłam w lesie i widziałam Auszrę, gdy róŜową wstęgą podszywała lipy, które spokojnie w sinym świ- cie stały z jasnymi wieńcami jemioły na ciemnych czołach. U stóp jednej z lip podjęłam coś błyszczącego. Był to liść świeŜo z gałęzi upadły, gęsto osypany kroplami rosy. KaŜda kropla błyszczała jak brylant, a liść pachniał kwiatem lipowym i mokrym mchem. Z drob- nej tej rzeczy biła taka świeŜość i świetność, jakby nie wiatr tylko co strącił ją z drzewa, lecz Anioł skrzydłem porannym zwiał z raju. MoŜe się mylę, lecz nieraz myślałam, Ŝe subtelność drobnych tworów natury więcej jeszcze niŜ przepych olbrzymich odsłania zdumiewającą niezliczoność i delikatność nici, którymi zasnute są krosna Arcymistrza-Stwórcy. Zresztą, aby wszędzie i we wszystkim uczuwać cuda natury, trzeba tak jak Boga mieć ją w sercu. 28 Upały panują tu silne. Co dzień od strony niezmiernych mo- krzadeł Nikaru słońce wyjeŜdŜa na niebo złotymi i brylantowymi końmi, pędzi olśniewającą smugą przez firmament, a pędząc świe- ci gotyckim wieŜycom świerków, przezrocznym kolumnadom so- sen, lipom stojącym w jasnych wiankach jemioły, jeleniom poją- cym się u srebrnych prądów Lsny, Gwoźny, Narewki, Jelonki i – polom, jak wzrokiem zarzucić, rozległym, których złote przestwo- rza okrywają roje istot nisko nad ziemią schylonych, stalą sierpów błyskających, oblanych znojem pracy... Nie mogę opuścić Kraso- wiec. Jednak pragnę brać duchem udział w zjeździe rodzinnym. Niech Pan przypomni mię pamięci ojca swego, który w porze mego dzieciństwa bywał czasem w Krasowcach gościem mego ojca, a Ida- lię serdecznie ode mnie pozdrowi. Z Panem zaś – do bliskiego rozmawiania! Proszę, aby dalekim nie było. Bardzo chętnie mówić będę Panu o tutejszym słońcu i nawzajem słuchać o – tamtejszym, a jeŜeli Pan tę chęć moją podzieli, moŜe w tej skromnej girlandzie, którą ku Panu zarzuciłam, rozkwitnie dla nas jaki trójliść dobrej wróŜby. V Interlaken. Wzgardziła więc Pani naszym alpejskim rajem, wzgardziła bla- skiem helweckich lodowców i srebrną wrzawą, z którą młode stru- mienie Ŝegnają swe kolebki staczając się w przepaść. Wrzawa ta byłaŜby krzykiem trwogi przed długim i płaskim Ŝyciem na nizi- nach, gdzie wypadnie im ze zgodną biernością splatać się w prądy coraz potęŜniejsze i szerokimi wstęgami rzek spławnych dąŜyć przez rozłogi Europy na północ? Szkoda wielka, Ŝe nie przyjedzie Pani do Szwajcarii, bo pra- 29
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ad astra. Dwugłos
Autor:
,

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: