Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00107 006982 13419694 na godz. na dobę w sumie
Afrykańska przygoda - ebook/pdf
Afrykańska przygoda - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8498-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

 

Ambitna i głodna sukcesu Josie Fowler staje przed życiową szansą: ma zorganizować ślub pary celebrytów w luksusowym ośrodku w botswańskiej dżungli. Josie chce jak najlepiej wywiązać się z zadania, co wcale nie jest łatwe. Dwoi się i troi, by zadowolić kapryśnych często gości, uchronić ich przed skutkami lekkomyślnego zachowania w pełnej dzikich zwierząt dżungli. Jednak najwięcej problemów nastręcza jej tajemniczy Gideon McGrath, który ulokował się w chacie zarezerwowanej dla państwa młodych...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Liz Fielding Afrykańska przygoda Liz Fielding Afrykańska przygoda Tłumaczyła Monika Krasucka Tytuł oryginału: A Wedding at Leopard Tree Lodge Pierwsze wydanie: Harlequin Romance, 2010 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Piotr Goc Korekta: Urszula Gołębiewska ã 2010 by Liz Fielding ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2012 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8498-9 ROMANS – 1075 ROZDZIAŁ PIERWSZY ,,Starannie wybierzcie miejsce, w którym urządzi- cie ślub i wesele. Dzięki ciekawej lokalizacji wasza ceremonia będzie inna niż wszystkie’’. Serafina March ,,Ślub doskonały’’. – Przepraszam, gdzie?! Josie Fowler sama nie wiedziała, co zdumiewa ją bardziej: lokalizacja (mimo spekulacji mediów od roku udawało się utrzymać ją w tajemnicy) czy fakt, że Marji Hayes, redaktor naczelna pisma ,,Celebrity’’, zdradza jej tak pilnie strzeżony sekret. Właśnie jej. – Botswana! – powtórzyła jej rozmówczyni szep- tem, jakby obawiała się, że telefon jest na podsłuchu. – Dzwoniłam do Sylvie. Nie ukrywam, że liczyłam... – Na co? – Josie wstukała jednym palcem hasło ,,Botswana’’ do wyszukiwarki. Głupie pytanie, gdy zna się odpowiedź. Marji Hayes miała nadzieję, że arystokratka Sylvie Duchamps Smith rzuci wszystko, by chwytać okruchy z weselnego stołu, o który toczy się gra. A było o co się bić. Propozycja zorganizowa- nia ślubu roku to nie lada gratka. Niestety, panią redak- tor spotkał zawód. Sylvie nie miała zamiaru zostawiać dziecka, by ratować jej pismo z opresji. 6 Liz Fielding – Rozumiem, że Sylvie jest na urlopie macierzyń- skim, ale miałam nadzieję, że impreza tej rangi... Josie spokojnie czekała na dalszy ciąg. Doskonale wiedziała, że Sylvie nie skusi nawet najwspanialsza oferta. Z drugiej strony miała świadomość, jak wielkie znaczenie ma ten telefon. – Wiem od Sylvie, że zostałyście wspólniczkami i teraz pani jest odpowiedzialna za organizację ślu- bów i wesel. – W głosie Marji pobrzmiewało niedo- wierzanie. Nie ona jedna była zszokowana tym awansem. Setki osób uniosły brwi na wieść, że Sylvie uczyniła swoją asystentką dziewczynę, która wcześniej pracowała na zmywaku w hotelowej kuchni. Tak zwane towarzyst- wo poekscytowało się sensacją, po czym przeszło nad nią do porządku dziennego. Bo czym się tu podniecać? W końcu Josie była tylko ,,chłopcem na posyłki’’, taką ,,przynieś, podaj, pozamiataj’’. Pełniła tę podrzędną rolę krótko, bo szybko dała się poznać jako sprawna organizatorka, osoba godna zaufania. I odporna na stres. Była tak dobra, że kilka firm z branży próbowało ją podkupić, kusząc atrakcyjnym wynagrodzeniem i e- fektownym tytułem na wizytówce. Jako drugie skrzyp- ce sprawdzała się doskonale, jednak pomysł, by sa- modzielnie przygotowywała imprezy, okazał się trud- ny do przełknięcia. Ostrzegła Sylvie, że tak będzie. – Jest pani bardzo młoda jak na tak duże przedsię- wzięcie – zauważyła Marji. – I jeszcze ten ekscentrycz- ny wygląd! – Roześmiała się z przymusem. Josie musiała przyznać jej rację. Miała dwadzieścia pięć lat, faktycznie mało jak na współwłaścicielkę fir- my. Chwilami czuła się stara jak świat, ale co z tego? A wygląd zewnętrzny... cóż, na pewno był oryginalny. Afrykańska przygoda 7 Na przykład fioletowe pasemka. Josie uważała, że są równie istotnym elementem wizerunku, jak klasyczne garsonki i perły w przypadku Sylvie. – Sylvie miała dziewiętnaście lat, kiedy założyła ,,SDS Events’’ – przypomniała redaktorce. Sama, bez pieniędzy i dachu nad głową. Za to wiedziała, jak zor- ganizować świetną imprezę. Jednym słowem obie za- czynały od zera; poza tym różniło je wszystko. Jednak Sylvie, pomna swych doświadczeń, nie bała się dać szansy obcej dziewczynie. Podała jej rękę, choć inni na jej miejscu zastanowiliby się dwa razy. A znając praw- dę o Josie, zrobiliby w tył zwrot. Od początku świetnie się rozumiały i uzupełniały. Sylvie wabiła klientów arystokratycznym pochodze- niem i wrodzoną elegancją, a Josie, twarda dziewczyna z ludu, odwalała czarną robotę. Nie straszne jej były nietypowe lokalizacje, pijani goście oraz kelnerzy. Krew- kich imprezowiczów osadzała jednym spojrzeniem. Ro- biła swoje, ale uważnie obserwowała Sylvie, podświa- domie chłonąc jej styl. Niby wciąż wyglądała jak bun- towniczka, ale przeszła wielką wewnętrzną przemianę. Skwapliwie wykorzystała szansę. I cały czas się uczyła: projektowania, zarządzania, marketingu. – Gdybym nagle zmieniła styl, ludzie by mnie nie poznali. – Faktycznie. – Śmiech Marji zabrzmiał protek- cjonalnie. – Na szczęście nie będzie pani musiała nic wymyślać, bo od dawna mamy plan. Musi pani dopil- nować realizacji... Jednym słowem superfucha. Tylko że nikt ,,z na- zwiskiem’’ jakoś nie chciał jej wziąć. Przeklęta baba umiała sprawić, żeby człowiek poczuł się jak śmieć. Josie aż świerzbił język, by powiedzieć pani redaktor: 8 Liz Fielding ,,wsadź sobie gdzieś ten swój ślub’’. Zwyciężył zdro- wy rozsądek, którego nigdy jej nie brakowało. Taka oferta nie trafia się co dzień, więc nie wolno zawalić sprawy. Ślub roku to najlepsza reklama. Jeśli wszystko się uda, to choćby przemalowała się cała na fioletowo, klienci i tak będą walić drzwiami i oknami. Do niej, do Josie, mistrzyni w swoim fachu, a nie tylko zastępczyni Sylvie. – Czy możemy przejść do konkretów? Za dziesięć minut mam spotkanie – oznajmiła, mając dość gry w ,,nie chcę, ale muszę’’, którą uprawiała Marji. Asys- tentka spojrzała na nią pytająco, bo na dziś nie miała nic w planach. – Zatem do rzeczy. Chyba nie muszę pani przy- pominać, że wszystkie informacje są poufne. – Cierp- ka słodycz w głosie redaktorki sugerowała, że jednak musi. I tu się myliła. Josie czytała o przygotowaniach do ślubu najdroższego piłkarza, Tala Newmana, z model- ką Crystal Blaize. Pismo ,,Celebrity’’ przebiło konku- rencję, ale musiało zapłacić fortunę za wyłączne prawo do publikacji zdjęć z imprezy. Nic dziwnego, że właś- ciciele tytułu chcieli zarobić na tym jak najwięcej. Dla- tego miejsce, w którym państwo młodzi powiedzą sak- ramentalne ,,tak’’, było pilnie strzeżoną tajemnicą. W ten sposób podsycano zainteresowanie czytelników i chroniono się przed sabotażem ze strony konkurencji, która mogłaby wysłać szpiega i opublikować kompro- mitujące materiały. Gdyby Josie pisnęła komuś choćby słówko, strzeli- łaby gola do własnej bramki. – Będę milczała jak grób – zapewniła. – Nawet nie wiem, gdzie leży Botswana – skłamała, czytając w kom- Afrykańska przygoda 9 puterze krótki artykuł zachwalający uroki ,,spokojne- go i pięknego kraju na południu Afryki’’. – Botswana jest ostatnio szalenie modna. – Marji była zdegustowana jej ignorancją. – Naprawdę? Nie wiedziałam. – Bo nie tropię obse- syjnie wakacyjnych trendów wśród celebrytów, po- myślała. – Crystal uwielbia zwierzęta! – ekscytowała się Marji. Zwierzęta? W Afryce? – A konkretnie? Co chce zobaczyć? Słonie? Lwy? – Nie, raczej coś mniejszego. – Małpy? – To też. Ale prawdziwą atrakcją będą lamparty! Gideon McGrath, jak każdy przedstawiciel homo sapiens, miał kiepsko rozwinięty węch, a jednak znajo- my zapach Leopard Tree wyczuł, zanim terenówka wjechała na teren ośrodka. Był to świeży i słodki aro- mat traw, który wabił zwierzęta zamieszkujące pusty- nię Kalahari. Spojrzał na rzekę, którą uważał za własną, i serce zabiło mu mocniej. Kierowca zaparkował na cienistym podjeździe, ale Gideon się nie ruszył; zbierał się w so- bie, bo nawet tak prosta czynność jak wysiadanie była w tej chwili sporym problemem. – Dumela, Rra! Jak dobrze znów pana widzieć! – Francis! – Gideon uścisnął dłoń mężczyzny, któ- ry wyszedł na powitanie. – Dawno pan u nas nie był, ale nie traciliśmy na- dziei, że pan wróci. – Szeroki uśmiech znikł z jego twarzy. – Bardzo boli? – Eee tam, to nic poważnego! – Gideon machnął ręką i zaczął wysiadać, ale z bólu zaparło mu dech. 10 Liz Fielding – Jakoś ostatnio zardzewiałem. Podobno za dużo po- dróżuję. Jak rodzina? – zapytał, by choć na moment zapomnieć o piekielnym bólu kręgosłupa. I jego przy- czynie. – Wszystko po staremu. Niech pan do nas zajrzy. – Mam książki dla twoich dzieciaków. – Gideon sięgnął po bagaż, a ponieważ całe życie włóczył się z jednego krańca świata na drugi, brał tylko najpotrzeb- niejsze rzeczy. Tym razem lekka torba wydała mu się tak ciężka, jakby woził w niej kamienie. – Lamparty? A one nie są niebezpieczne? – Może i są, ale to będą młode sztuki, które ktoś przygarnął po śmierci lamparcicy. Dostarczą je do oś- rodka, a pani tylko zawiąże im kokardki. – Aha, to dobrze – mruknęła bez przekonania, wspominając ostre jak brzytwa pazury swojej kotki. – Ślub odbędzie się w hotelu Leopard Tree. To nie- zwykłe miejsce, idealne dla tych, którzy lubią podglą- dać dzikie zwierzęta. Czysty luksus w samym sercu natury. Powiem szczerze, że pani zazdroszczę. – No, rewelacja! – zawołała Josie, udając zachwyt. – Co najważniejsze, zwierzęta można obserwować z własnego tarasu. Nie trzeba się tłuc rozklekotanym jeepem po bezdrożach. Niech pani sobie wyobrazi: le- ży pani we własnym basenie, popija szampana, a w do- le kąpią się słonie. – Rewelacja! – Josie bezbłędnie rozpoznała cytat z katalogu biura podróży. Marji pewnie myśli, że fun- duje jej luksusowe wakacje, a prawda jest taka, że kie- dy koła weselnej machiny idą w ruch, nie ma czasu w głowę się podrapać, nie mówiąc już o podziwianiu widoków. Afrykańska przygoda 11 Relaks w przededniu ślubu to przywilej panny mło- dej, choć w tym przypadku nawet ona będzie musiała się napracować. Josie, jako odpowiedzialna za całość, będzie tyrała od świtu do nocy. Zwykle dzień przed imprezą spędzała w biurze z telefonem przyklejonym do ucha. Nauczona doświadczeniem wiedziała, że mi- mo skrupulatnych przygotowań wpadki są nieuniknio- ne. W ostatniej chwili zawsze coś wyskoczy. W Lon- dynie miała sztab ludzi do pomocy, w botswańskiej głuszy będzie zdana wyłącznie na siebie. A jeśli mały lampart zanadto się rozbryka? Tu groźne spojrzenie na pewno nie wystarczy. No, chyba że ,,dzika i niczym nieskażona przyroda’’ to zwykły slogan reklamowy. A wzmianka o słoniach u wodopoju oznacza, że w pobliżu nie ma żadnego międzynarodowego lotniska. Skoro o lotnisku mowa... – A jak my się tam dostaniemy? – zapytała, tknięta złym przeczuciem. – Wyczarterowaliśmy samoloty – uspokoiła ją Marji. – O to niech się pani nie martwi. – Tak już mam, że martwię się o wszystko. – Łącz- nie ze słoniami i bałaganem, którego mogą narobić lamparciątka. – Dzięki temu śluby, które organizuje- my, przebiegają bez zakłóceń. – Ja myślę! Gdyby Sylvie nie cieszyła się taką reno- mą, do tej rozmowy by nie doszło. Ale o czym to ja mówiłam? – O transporcie – podsunęła Josie, walcząc z naras- tającym zniecierpliwieniem. – A, tak! Serafina miała jutro wysłać pierwszą par- tię rzeczy. Słyszała pani, co jej się przytrafiło? Według oficjalnej wersji Serafina March, ,,desig- nerka’’ uroczystości ślubnych dla śmietanki towarzys- 12 Liz Fielding kiej – tytuł zwykłej ,,organizatorki’’ był oczywiście zbyt trywialny – i samozwańcza ,,królowa ślubów’’, niespodziewanie padła ofiarą wirusa. Dobrze poinfor- mowane źródła utrzymywały, że sama panna młoda posłała ją do wszystkich diabłów. – Prędzej wezmę ślub w urzędzie, ubrana w worek po kartoflach, niż pozwolę, żeby ta przemądrzała kro- wa patrzyła na mnie z góry i dyktowała mi, co mam robić – miała powiedzieć doprowadzona do ostatecz- ności. Josie, którą Serafina zawsze traktowała z wyższoś- cią, doskonale rozumiała tę frustrację. – A jak ona się czuje? – zapytała z obowiązku. – Powoli zdrowieje. Jaka szkoda, że nie będzie mog- ła uczestniczyć w uroczystości, w którą włożyła tyle pra- cy i serca – westchnęła Marji, po czym przeszła do kon- kretów. – Część gości wyruszy już jutro, ale państwo młodzi przyjadą dopiero pojutrze wieczorem, więc bę- dzie pani miała dość czasu, żeby wszystko ogarnąć. – Skoro wszystko jest załatwione, może też pojadę pojutrze? – Josie musiała w końcu sobie ulżyć. – Lepiej dmuchać na zimne. Obie wiemy, że to nie będzie skromna uroczystość. Hotel nie jest duży, bo został pomyślany jako baza dla miłośników safari, więc na wszelki wypadek wynajęliśmy statek wyciecz- kowy z miejscami noclegowymi. Odludzie, woda i dzikie zwierzęta – trzy słowa, któ- re organizatora imprez przyprawiają o zimny dreszcz. Do tego ,,hotel baza’’. Czyli koszmar. Co z tego, że po- noć luksusowy? Namiot to namiot, i basta. – Proszę pamiętać, że najgorsza robota już została wykonana – podkreśliła Marji, nie doczekawszy się okrzyków wdzięczności. Afrykańska przygoda 13 Najgorsza? Chyba najciekawsza. Planowanie. Projektowanie. Układanie menu, wy- bieranie muzyki, kompozycji kwiatowych, kolorów, strojów. Zakupy z panną młodą, szczęśliwą posiadacz- ką karty kredytowej nieobciążonej żadnym limitem. – Do pani należy dopilnowanie, żeby wszystko przebiegło sprawnie – podsumowała Marji. – Aha! – Josie czuła, że za chwilę zagotuje się z wściekłości. Miała nadzieję, że impertynencka baba wreszcie wyczuła jej irytację. Nic z tego. Marji Hayes miała skórę grubszą niż nosorożec. – Serafina nakreśliła idealny scenariusz, zadbała o każdy szczegół. Proszę trzymać się jej wytycznych, bo dla nas to gwarancja udanych sesji zdjęciowych. – Ale mam się postarać, żeby państwo młodzi by- li zadowoleni? – Josie chciała uświadomić nadętej redaktorce, że jej wojenki z konkurencją nie są naj- ważniejsze. – Państwo młodzi? A tak, naturalnie. Czasu mamy niewiele. Przyślę pani mejlem szczegóły dotyczące po- dróży oraz dokumentację do przejrzenia w samolocie. Josie nie miała wątpliwości, że trafiła jej się życio- wa szansa. Jednak w ciągu dziesięciu minut zlecenio- dawczyni obraziła ją tyle razy, że miarka się przebrała. Nie zamierzała dłużej udawać, że wszystko spływa po niej jak po kaczce. – Przyznam, że czegoś tu nie rozumiem – zaczęła głosem anioła. – Skoro wszystko jest perfekcyjnie przygotowane, czemu daje mi pani to zlecenie? Dla- czego nie zajmą się tym pani ludzie? Albo, jeszcze lepiej, pani osobiście? W mgnieniu oka załatwi pani tę parę drobiazgów, a potem będzie pani mogła relakso- wać się w basenie. 14 Liz Fielding I przy odrobinie szczęścia słodkie lamparciątka ze- żrą cię na lunch, durna babo. – Proszę mnie nie kusić! – krygowała się Marji. – Co ja bym dała, żeby tam pojechać! Ale ktoś musi pracować, żeby bawić mógł się ktoś. Mam tu mnóstwo pracy, poza tym takie rzeczy najlepiej powierzyć pro- fesjonalistom. Którzy nie strofują panny młodej. – Obiecałam Crystal, że spełnimy jej marzenia. Jej czy własne? – Nie możemy sprawić jej zawodu – ciągnęła Mar- ji. – Crystal jest bardzo wrażliwa. I jak każda panna młoda czuje tremę. Chyba nie muszę mówić, że trzeba obchodzić się z nią delikatnie. Mam nadzieję, że będzie się dobrze czuła w pani towarzystwie. Aha, teraz już obydwie są traktowane jak dzieci. Albo parweniuszki z etykietką ,,ona nie jest jedną z nas’’. – Rozumiem, że w najbliższym numerze napisze- cie, że jestem odpowiedzialna za przebieg uroczysto- ści? – rzekła Josie spokojnie, choć po raz setny miała ochotę krzyknąć: ,,wypchaj się z tym swoim ślubem’’. – To projekt Serafiny! – oburzyła się Marji. – Naturalnie. Trzymajmy więc kciuki, żeby do jut- ra wyzdrowiała. Czeka ją długa podróż... – Chętnie zamieścimy podziękowania za to, że zgo- dziła się pani ją zastąpić. Obietnica nie była wiążąca, ale zaistniała szansa, że wieść pójdzie w świat. A na tym zależało Josie najbar- dziej. Poza tym w całej sprawie nie chodzi ani o nią, ani o Marji, ani nawet o ,,królową ślubów’’. Sylvie wpoiła jej fundamentalną zasadę, w myśl której żadna panna młoda, a zwłaszcza ta, która trafi na okładki koloro- wych pism, nie może być pozostawiona samej sobie. Afrykańska przygoda 15 Musi mieć kogoś, kto w tym wielkim dniu będzie ją nieustannie wspierał. – Proszę mi dostarczyć materiały. Zaraz prześlę u- mowę. Drżącą ręką odłożyła słuchawkę. – Emmo, wyślij standardową umowę do Marji Hayes z ,,Celebrity’’ – poprosiła asystentkę. – Przejmujemy ślub Tala Newmana z Crystal Blaze. – ,,Celebrity’’! – Emma z dzikim okrzykiem pod- rzuciła do góry notes i długopis. Jej radość sprawiła, że z Josie wyparowała cała złość na Marji Hayes. – Gdzie to będzie? – Jeśli ci powiem, to potem będę musiała cię zabić. – Dzień dobry! Jak pan się czuje? – powitał go Francis. – Bywałolepiej –odpowiedział muwjęzykutswana. Gideon nie planował wizyty w Leopard Tree. Zbo- czył z drogi, burząc precyzyjnie ułożony plan podróży, którą rozpoczął od wizyty w bazie nurkowej nad Mo- rzem Czerwonym. Stamtąd wzdłuż wybrzeża ruszył do Ramal Hamrah, by sprawdzić zaawansowanie prac przy budowie statku wycieczkowego, który zamówił u miejscowych fachowców. Skoro już był blisko pus- tyni, wybrał się na safari. Zwykle takie eskapady doda- wały mu sił witalnych, tym razem było inaczej. Gdy chłodnym pustynnym świtem zziębnięty otworzył oczy i pomyślał o gehennie czekającej go na zatłoczonym lotnisku, zadał sobie pytanie: po kiego diabła ludzie tak się katują dla przyjemności? W przypadku faceta, któ- ry zbił majątek, sprzedając turystom dreszcz emocji, przygodę i marzenie o mitycznej krainie Shangri-La, takie czarne myśli nie wróżyły nic dobrego. 16 Liz Fielding Faktycznie, coś z nim było nie tak, bo od pewnego czasu dokuczał mu ból kręgosłupa. Początkowo nie zwracał na to uwagi, ale w końcu zdał sobie sprawę, że męczy się z tym prawie rok. A zaczęło się w momencie, gdy postanowił sprzedać Leopard Tree. – Fizycznie nic ci nie dolega – oznajmiła Connie, jego lekarka, prześwietliwszy go na wszystkie stro- ny. – Powiedz, co cię gryzie? – Nic – skłamał. – Czuję się jak młody bóg. – Istot- nie miał powody do zadowolenia. Właśnie kupił ran- czo w Patagonii, które miało być kolejną dużą inwesty- cją. – Zapraszam na wakacje w siodle. Connie pokręciła głową. – Z nas dwojga to nie ja potrzebuję wakacji, tylko ty – oznajmiła. – Ostrzegam, że jedziesz na pustym baku. – Co?! – Zwolnij! Zacznij żyć naprawdę. – Popatrz, myślałem, że nic innego nie robię. Wiesz, mam propozycję. Zrób mi zastrzyk przeciwbó- lowy, bo zaraz mam samolot. – Zdajesz sobie sprawę, że ulga będzie krótkotrwa- ła? – westchnęła. – Prędzej czy później i tak będziesz musiał się zatrzymać i poszukać przyczyny swoich do- legliwości. Jeśli sam tego nie zrobisz, zmusi cię do tego twój kręgosłup. Spróbuj choć trochę odpocząć. – Tak jest, pani doktor. Już się robi. Może faktycznie trochę przesadził, śpiąc na pustyni w cienkim śpiworze. Doszedł do tego odkrywczego wniosku w drodze na lotnisko, chwilę po tym, jak ból zaatakował ze zdwojoną siłą. Mimo to nie zrezygnował z planów. Sześć spotkań i cztery loty później siedział na pokładzie awionetki podchodzącej do lądowania na piaszczystym pasie startowym, który dziesięć lat temu wykarczował w buszu.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Afrykańska przygoda
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: