Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00105 006097 13649901 na godz. na dobę w sumie
Aj hejt ju tragejszyn - ebook/pdf
Aj hejt ju tragejszyn - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 134
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4365-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Posrany kraj, posrani ludzie to gołębie normalnym też srają na głowę” – pomyślał sobie Z. kiedy pierwsza fala białej mazi zaczęła spływać po jego czole. Po chwili dodał tym razem wykrzykując na głos „K.... mać!!! Czy w tym kraju nawet samobójstwa nie można popełnić w spokoju?! K...! Ani żyć, ani umierać w spokoju tutaj nie można.”

Z. wymamrotał pod nosem „Trzeba było słuchać mamy i zamiast się uczyć tyle lat zwiewać po maturze do Reichu i podcierać staruszkom tyłki, albo zbierać truskawki – teraz może miałbym własny biznes…” Zanim skończył kolejna porcja białej mazi zaczęła zalewać twarz Z.

[...]

Żbik: Ty....[ocenzurowano, można sobie wstawić „bąbelku”], leć po piwo... gnoju, jak nie kupisz mi tu natychmiast sześciopaka, to dostaniesz taki łomot, że nawet rodzona żona cię nie pozna.

Wafelek: Szefie, ale ja kawalerem jestem!

Żbik: Won mi gnoju…..!

Wafelek: taaa....siem robi….szefie już lecę!

[po kilku minutach czekania]

Wafelek: urghhh arghhh uuuu auuuuuu ooooooo haha arghh ..mam sześciopak, oprócz niego przyniosłem radio samochodowe, kilka telefonów komórkowych, laptopa, parę pierścionków i parę innych rzeczy”

Żbik: urghhh arghhh uuuu auuuuuu ooooooo haha arghh no i git, spadaj po coś do wyżerki – myślisz, że będziemy tak chlać bez zagrychy? Gnoju, jak nie załatwisz nam szybko wyżerki, to dostaniesz taki łomot, że nawet rodzona żona cię nie pozna.

Wafelek: Szefie, ale ja kawalerem jestem!

Żbik: Won mi gnoju…..!

 

Wafelek: taaa....siem robi….szefie już lecę!

[...]

'Jak widzicie drogie panie, nie warto zadzierać z facetem jeśli chodzi o elektroniczne zabawki i inne jego hobby. Jeśli zabraknie mu miejsca oddajcie mu wszystkie swoje szafy – przecież nie musicie mieć kilkunastu par butów, setek kompletów bielizny i dziesiątek kilogramów ubrań – wystarczy, że będziecie miały dwie pary super obcisłych, czerwonych mini; kilka par różnokolorowych kabaretek oraz wysokich, dwudziestocentymetrowych szpileczek i koszulek. Bielizna, książki, płyty…niby po co wam takie rzeczy, przecież rozgarnięty i wrażliwy misio wie lepiej co dla was dobre!'

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1. Bajeczka o dzikim gołębiu Czyli kilka zdań o człowieku znikąd część I: Z… jak Zenon Dawno, dawno temu…. Za górami, za lasami, w dziwnym kraju, gdzie wszyscy mili, a każdy nienawidzi mieszkał sobie Z…Zenon, Zbigniew, Zdzisław a może Zygmunt. Tego nie wiem – może to był ktoś kogo znamy, może nieznajomy, a może był nami? Zapraszam do poznania historii tego niesamowitego człowieka…. „Posrany kraj, posrani ludzie to gołębie normalnym też srają na głowę” – pomyślał sobie Z. kiedy pierwsza fala białej mazi zaczęła spływać po jego czole. Po chwili dodał tym razem wykrzykując na głos „Kurwa mać!!! Czy w tym kraju nawet samobójstwa nie można popełnić w spokoju?! Kurwa…. Ani żyć, ani umierać w spokoju tutaj nie można.” Z. dodatkowo wymamrotał pod nosem „Trzeba było słuchać mamy i zamiast się uczyć tyle lat zwiewać po maturze do Reichu i podcierać staruszkom tyłki, albo zbierać truskawki – teraz może miałbym własny biznes…” Zanim skończył kolejna porcja białej mazi zaczęła zalewać twarz Z. Połączenie krwistoczerwonej twarzy z białą mazią, którą były ptasie odchody wyglądało komicznie – dla wszystkich, którzy mogliby obserwować tą scenę tylko nie dla Z., który właśnie stał na dachu jednego z najwyższych mieszkalnych wieżowców w swoim mieście i zastanawiał się co dalej ma zrobić ze swoim życiem, którego celowość od dłuższego czasu podważał tak samo jak jakąkolwiek empatię: pracodawców, przyjaciół i kobiet, z którymi miał przyjemność spotkać się w 17 całym, nędznym – w swoim mniemaniu życiu. Z. pomyślał sobie „ Piękny budynek - i to w mieście nazywanym czarną dziurą, do której każdy mógł śmiało wejść, ale żywy nigdy jej nie opuścił. Do tego wysoki – raz, dwa, trzy i zamienię się w plamę – pewnie wszystkie dewotki z okolicy zlecą się, aby wyć i kajać się nade mną tak jak… Talibowie; dzieciarnia stanie i zapyta się mam – czy to coś co leży na chodniku to soczek truskawkowy i gdzie można go kupić; starsi panowie zdejmą kapelusze, pokiwają głową kilka razy i wrócą do swoich domów zastanawiać się jakby to było wysłać na dach swoje zrzędliwe, brzydkie żony i przypadkiem pacnąć je w plecy, kiedy wieszałyby pranie; młodzi przejdą po tej plamie jakby niby nic, co najwyżej krzykną po kilku krokach pod nosem, że pewnie wcześniej weszli w jakieś główno; a kapitaliści tylko skomentują to ze znanym sobie urokiem i swadą mówiąc, że kolejny roszczeniowy nierób, któremu nie chciało się robić zapił się na śmierć.....” Co do budynku Z. miał rację. Wieżowiec ten liczył sobie blisko trzydzieści pięter, znajdował się w centrum wielkiej betonowej dżungli – zapyziałego, aczkolwiek według wszystkich roczników statystycznych uważanego za jedno z największych w kraju miasto. Z jednej strony otoczony był innymi, podobnie wysokimi olbrzymami - klocami rodem z epoki PRLu, z drugiej miejskimi slumsami rozlatujących się poniemieckich, pożydowskich i porosyjskich pozostałości kiedyś pięknych kamienic, których mury i spadające bardzo często na głowy niczego nieświadomych ludzi cegły były współudziałowcami rodzinnych dramatów, z trzeciej zaś strony znajdowały się piękne centra handlowe, dyskoteki, super mega kina dla tych co chcieli zaznać odrobiny luksusu w swoim nędznym szarym życiu, w którym dotarcie do dwudziestego każdego miesiąca 18 bez debetu było prawdziwym świętem a pensja w wysokości 1500zł netto starczała tylko na życie, a raczej pasożytowanie rodziców w przepełnionym M3, z czwartej strony znajdowało się parę chińskich budek z żarciem, zachwalonym zarówno przez wielbicieli psów, którzy chcieli się ich jak najszybciej pozbyć jak i osoby panicznie bojące się szczurów, myszy i innych, tego typu gryzoni oraz przez przypominających kościotrupy studentów ze wsi, małych miasteczek i wielkich bogatych osiedli na peryferiach miasta, którzy postanowili udowodnić swoim rodzinom, że w Polsce można coś osiągnąć … Z. rozglądał się dookoła siebie, nie zwracał uwagi na to, że zimny wieczorny wiatr smaga jego ciało jak bicz niewolnika, na którego ciało spadają niezliczone ciosy, raniąc go do krwi. Trzęsący się z zimna i podekscytowania Z. obserwował swoje miasto, które powoli zasypiało po ciężkim dniu. Zachodzące Słońce pokazywało różne jego strony, zarówno znacznie oddalone peryferyjne, podmiejskie wille i pałace najbogatszych mieszkańców, olbrzymie hale nowoczesnych fabryk, które powstawały w szybkim tempie, tak jak zamki z klocków lego, powstające w jeszcze szybszym tempie pomniki, przypominające skrzyżowanie przerośniętej waginy ze źle sklejoną sztuczną szczęką, ale także miejsca o których nikt nie chciał pamiętać, ani ich widzieć – opuszczone i zaniedbane, mimo iż mogłyby wiele powiedzieć o współczesnej jak i przeszłej historii miasta i ludziach je zamieszkujących – obecnie zostawione same sobie na pastwę losu, tak jakby wszyscy chcieli im powiedzieć „historia historią – a teraz czas na nowy hipermarket z tanimi napojami, chrupkami i mrożonymi frytkami” – często obskurne, w nocy przyciągające typy spod ciemnej gwiazdy, którzy jednym spojrzeniem potrafili 19 doprowadzić starsze kobiety do ataku serca, „gierojów” z innych miast do ekspresowego wyjmowania szwajcarskich scyzoryków a młode dziewice do dziewięciomiesięcznego procesu produkcji dwukilowego osobnika człekokształtnego …. zresztą kolejnego, który będzie mógł powiedzieć „po co mi było przychodzić na ten świat” i podążać sprawdzoną przez jego nieznanego ojca (oraz innych męskich przodków w rodzinie) drogą: „zapicia tego co najbardziej boli, zdominowania słabszych i wiecznego narzekania na swój los, czy to podczas odbywania comiesięcznej pielgrzymki do rejonowego urzędu pracy, aby móc się po raz kolejny odhaczyć na liście bezrobotnych w celu otrzymania ubezpieczenia zdrowotnego, skomentowania w niewybredny sposób seksownych kreacji bezrobotnych absolwentek prestiżowych studiów oraz zostawienia śladu swojej obecności na wszystkim co miękkie, drewniane, czy też mogące należeć do jednego z wrogów numer jeden: Unii Europejskiej lub Żydów, czy też po dwunastogodzinnej harówce na czarno za trzy złote godzina, przy kopaniu rowów u jednego z przedstawicieli młodych, kreatywnych, twórczych pasjonatów lokalnego biznesu, wzorujących się na Gordonie Gekko z Wall Street, Blejku Carringtonie z Dynastii, czy też najnowszym wynalazku amerykańskiej popkultury Dżordanie Belforcie. Dla typa spod ciemnej gwiazdy liczył się jednak tylko fajrant i możliwość przepicia zdobytej w heroiczny sposób dniówki, we wspomnianych wcześniej „zakazanych rewirach” oraz zamienienie kilku frajerskich w ich mniemaniu twarzy obcych w zręczną krzyżówkę mopsa z cyrkowym klaunem. W dzień wspomniane już ruiny przyciągały inne towarzystwo, tym razem bardziej różnorodne, nadające kolorytu lat sześćdziesiątych, 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Aj hejt ju tragejszyn
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: