Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00357 004994 15029180 na godz. na dobę w sumie
Aksamitna Velvet - ebook/pdf
Aksamitna Velvet - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo BIS Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7551-341-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Urocza Velvet Moran, by uchronić rodzinę przed ruiną, decyduje się na małżeństwo z oschłym diukiem Carlyle. Zamiast jednak zostać żoną arystokraty wpada w ręce przystojnego rabusia, którego pieszczotom nie może się oprzeć. Tymczasem rabuś porwał dziewczynę nieprzypadkowo - bowiem w takim przebraniu zjawił się niesłusznie przed laty oskarżony prawowity dziedzic tytułu diuka, który chce oczyścić swe imię i odzyskać dziedzictwo.

Napisali o ksiązce:

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tytuł oryginału: Nothing but Velvet Projekt okładki: Olga Reszelska Copyright © 1997 by Kat Martin Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2012 Wszystkie prawa zastrzeżone, w tym prawo do powielania całości lub części w jakiejkolwiek formie. Prosimy o nienaruszanie praw autorskich. ISBN 978-83-7551-341-7 Wy daw nic two BIS ul. Lędz ka 44a 01-446 War sza wa tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84 e -ma il: bis bis@wy daw nic two bis.com.pl www.wy daw nic two bis.com.pl Roz dział1 An glia, 1752 – Za bra niam! Sły szysz mnie? – Pod grzy wą śnież no - bia łych wło sów twarz księ cia Car ly le’a po kry ła się czer - wo ny mi, zna mio nu ją cy mi sil ne wzbu rze nie pla ma mi. – Je steś jed nym z Sinc la irów – po wie dział, wbi ja jąc wzrok w oczy swe go przy stoj ne go sy na. – Je steś hra bią, człon kiem Izby Lor dów i dzie dzi cem. Nie po zwo lę ci na kon ty nu ację te go ohyd ne go związ ku z tą la dacz ni cą. Ja son ze sztyw niał. Sto jąc w pięk nie zdo bio nym, wy ło - żo nym orze cho wą bo aze rią ga bi ne cie dwo ru Car ly le Hall, urzą dzo nej z prze py chem wiej skiej re zy den cji księ - cia, mło dzie niec za ci snął moc no zę by, aby nie wy buch - nąć gnie wem. Wszyst kie mię śnie je go sze ro kich ra mion by ły na pię te jak po stron ki. – Oj cze, na li tość bo ską, prze cież to jest hra bi na Bro ok- hurst, a nie ja kaś tam dziew ka z przy droż nej ta wer ny! Miał dwa dzie ścia je den lat, był wy so kim i do brze zbu - do wa nym do ro słym męż czy zną w peł nym zna cze niu te go sło wa, a jed nak oj ciec trak to wał go jak nie do ro zwi nię te dziec ko. – Jest tak że o osiem lat od cie bie star sza. Wdo wa, z któ rą prze spa ła się po ło wa to wa rzy skiej eli ty. To oczy - wi ste, że ta ka ko bie ta nie spo cznie, do pó ki nie zdo bę - dzie ty tu łu i ma jąt ku Car ly le. Ja son za ci snął pię ści. ~ 5 ~ – Nie po zwo lę ci mó wić o Ce lii w ta ki spo sób. I bez wzglę du na to, czy się zgo dzisz, czy też nie, bę dę się spo - ty kał, z kim tyl ko ze chcę! Nie zwa ża jąc na od głos ude rze nia, gdy wiel ka pięść oj - ca z hu kiem opa dła na wy ko na ny z ró ża ne go drew na blat biur ka, Ja son od wró cił się i wy szedł z ga bi ne tu. Stu kot je - go gniew nych kro ków od bi jał się gło śnym echem na czar - nej mar mu ro wej pod ło dze. Trząsł się ze zło ści, czuł się upo ko rzo ny, a jed no cze śnie po wziął po sta no wie nie, że prze ciw sta wi się oj cu wszel ki mi moż li wy mi spo so ba mi. Na ze wnątrz cze kał je go lśnią cy gnia dosz, nie cier pli - wie prze stę pu jąc z no gi na no gę. Ja son w po dzię ko wa niu kiw nął gło wą sta jen ne mu, po czym wsko czył na sio dło. Za je go ple ca mi w oknie oj cow skie go ga bi ne tu za mi go - ta ła lam pa; to po staw ny ksią żę po spiesz nie wy szedł do ho lu i trza snął za so bą drzwia mi tak moc no, że po głos wy raź nie roz legł się po śród ka mien nych mu rów. Mło dzie niec się za nie po ko ił. Ale prze cież oj ciec nie po je dzie za nim aż do go spo dy. Na pew no nie. Na wet tak upar ty i aro ganc ki czło wiek nie po su nął by się tak da le ko. Ja son pa trzył jesz cze przez chwi lę, lecz męż czy zna nie po ja wił się na ze wnątrz. Ode tchnąw szy z ulgą, za wró cił ko nia. Po czuł się tro chę le piej, sko ro kon fron ta cja do - bie gła koń ca i przez ja kiś czas bę dzie miał spo kój. Ru - szył ga lo pem, a po chwi li mia ro wy bieg wierz chow ca uko ił je go ner wy nie mal zu peł nie. Smu gi świa tła księ ży - ca prze dzie ra ły się przez ga łę zie drzew, de li kat na bry - za tar ga ła ciem no brą zo we wło sy Ja so na, aż w koń cu zu - peł nie ochło nął. Po ko nu jąc ko lej ne mi le, po rzu cił wspo mnie nie o gorz kich sło wach oj ca, a my śli skie ro wał ku ko bie cie, któ ra już na nie go cze ka ła. Ce lia Rol lins, la dy Bro ok- hurst. Wy so ka, szczu pła i pięk na, po cząw szy od czub ka ele ganc ko ufry zo wa nej, ciem no wło sej gło wy, po przez kształt ne pier si, wą ską ta lię, aż po łu ko wa to wy skle pio ne sto py. ~ 6 ~ Spo ty ka li się od trzech mie się cy, czę sto w za jeź dzie Pod Wę drow nym So ko łem, któ ry był nie krę pu ją cym, ele ganc ko urzą dzo nym przy byt kiem dla po dróż nych, w po ło wie dro gi mię dzy Car ly le Hall i wiej ską re zy den - cją hra bi ny, Bro okhurst Park. Na dzi siej szą noc za pla no - wa li so bie wła śnie ta ką schadz kę. Już na sa mą myśl o łóż ko wych przy jem no ściach po czuł tward nie nie w ob - ci słych, czar nych bry cze sach. Nie ca łe pół go dzi ny póź niej uj rzał zna jo my, po ro śnię - ty blusz czem łuk bra my pro wa dzą cej na po dwó rze za jaz - du. Je go ser ce za bi ło ży wiej. Przy wtó rze stu ko tu ko pyt o bruk wje chał na ogro dzo ny mu rem dzie dzi niec, ze sko - czył na zie mię, po kle pał gnia do sza po lśnią cej szyi i po - dał cu gle sta jen ne mu, któ ry cze kał przed wej ściem. Sta wia jąc dłu gie kro ki, ru szył z za pa łem na ty ły do mu. Spe cjal ny po kój dla za moż nych go ści miał za rów no drzwi od środ ka ta wer ny, jak i bez po śred nio z ze wnątrz. Ja son za czął nie mal biec, lecz ja kiś ruch na ro gu bu dyn - ku osa dził go w miej scu. – Wrzuć pół pen sa, pa nie. Wspo móż ślep ca, a Bóg cię po bło go sła wi. Na zie mi sie dział w kuc ki ja kiś par cha ty, okry ty łach - ma na mi czło wiek, trzy ma ją cy w dło ni ma łe bla sza ne na - czy nie. Na wet w ciem no ści Ja son wi dział za dra pa nia na je go zie mi stej skó rze. Wrzu cił do na czy nia drob ną mo ne tę i skie ro wał się na ty ły go spo dy, gdzie ska cząc po dwa stop nie, wspiął się po schod kach na pię tro. Za - stu kał i już po chwi li Ce lia wpu ści ła go do środ ka. – Mi lor dzie – wy szep ta ła, z uśmie chem wtu la jąc się w je go ra mio na. By ła szczu pła, lecz po nęt na, w sła bym świe tle ognia pło ną ce go w ko min ku wy da wa ła się wręcz uoso bie niem cu dow no ści. – Ja son, ko cha nie, tak się cie szę, że przy je cha łeś. Przy ci snę ła usta do je go warg i po ca ło wa ła go z za pa - mię ta niem, po żą dli wie. Na tych miast od czuł sil ne pod - ~ 7 ~ nie ce nie. Od dał jej po ca łu nek z ta ką sa mą pło mien ną żą dzą i za czął wyj mo wać szpil ki z jej je dwa bi stych, dłu - gich wło sów. Za lśni ły od cie niem czer ni i gra na tu, spa da - jąc na ple cy ni czym noc na za sło na, kon tra stu ją ca z je go wła sny mi, kasz ta no wy mi, nie się ga ją cy mi na wet do ra - mion, zwią za ny mi na kar ku w nie du ży ogo nek. – Ce lio… o Bo że, wy da je mi się, że mi nę ły już ca łe la - ta, a nie ty go dnie. Po ca ło wał ją w miej sce tuż za uchem, po czym po - wiódł usta mi wzdłuż ob na żo nych ra mion, by po chwi li roz po cząć gwał tow ne zma ga nia z gu zi ka mi suk ni z cięż - kie go sza fi ro we go je dwa biu o bar wie nie mal iden tycz nej jak ciem ny błę kit je go oczu. Na gle się za wa ha ła. – Ja… oba wia łam się… wiem, co my śli twój oj ciec… są dzi łam, że być mo że nie przy je dziesz. – Opi nia mo je go oj ca nie ma naj mniej sze go zna cze - nia. Nie w tej kwe stii. Zno wu ją po ca ło wał, jak by chciał udo wod nić praw dzi - wość swo ich słów. Już za czął prze su wać usta po jej szyi w kie run ku pier si, gdy na gle znie ru cho miał na dźwięk do no śne go pu ka nia w drzwi. Nie moż li we, że by to był on, po my ślał, wy obra ża jąc so - bie peł ną zło ści, po czer wie nia łą twarz oj ca. Lecz gdy otwo rzył drzwi, po twier dzi ły się je go naj gor sze oba wy: na ze wnątrz stał ksią żę we wła snej oso bie. – Przy je cha łem, że by się z wa mi roz mó wić. Z oboj giem. – Oj ciec i syn mie rzy li się wzro kiem, w nie bie skich oczach sta re go księ cia błysz cza ła twar da stal. Ogar nął gniew nym spoj rze niem roz pusz czo ne wło sy hra bi ny i jej suk nię w nie ła dzie. – Nie wyj dę stąd, do pó ki te go nie uczy nię. Ja son za ci snął zę by. Fu ria wal czy ła z po czu ciem upo - ko rze nia. – Więc mów, po co tu przy je cha łeś, a po tem wyjdź. – Cof nął się, a oj ciec wkro czył do po ko ju i za mknął za so bą drzwi. ~ 8 ~ Ja son opie kuń czym ge stem ob jął Ce lię ra mie niem. W my ślach prze kli nał oj ca, za ra zem dzię ku jąc Bo gu, że jesz cze nie zdą ży li się ro ze brać. Ksią żę Car ly le prze szył ich wzro kiem i już otwie rał usta, gdy wtem zmarsz czył brwi, bo ką tem oka za uwa żył ja kiś ruch po dru giej stro nie po ko ju. Od wró cił gło wę w tam tą stro nę. Od głos strza łu, strasz li wy huk, wy peł nił ca łe po miesz - cze nie, zaś oło wia na ku la tra fi ła księ cia pro sto w pierś. Hra bi na stłu mi ła okrzyk, a Ja son pa trzył z prze ra że - niem na szyb ko po więk sza ją cą się pla mę krwi na sre brzy - stej ka mi zel ce oj ca, któ ry przy ci snął dło nie do ra ny, jak - by chciał po wstrzy mać krwo tok, i za chwiał się, po stę pu - jąc krok do przo du. Ugię ły się pod nim ko la na. – Oj cze! – wy krzyk nął Ja son. Od wró cił się w kie run ku mor der cy i ze zgro zą roz po - znał zna jo mą twarz przy rod nie go bra ta, Ave ry’ego, któ - ry wszedł po ze wnętrz nych scho dach i wy strze lił przez otwar te okno. W tym sa mym mo men cie Ja son po czuł prze szy wa ją cy ból w czasz ce. Świat za wi ro wał, no gi od - mó wi ły po słu szeń stwa. Ja sne pla my ośle pi ły go, od bie ra - jąc zdol ność wi dze nia. – Oj cze… – wy szep tał. Z gło śnym ję kiem za chwiał się i prze wró cił, upa da jąc cięż ko na pod ło gę tuż obok le żą ce go bez du cha księ cia. Hra bi na omi nę ła roz sy pa ne odłam ki szkła z roz bi te go dzba na i otwo rzy ła drzwi. Do po ko ju wszedł mod nie ubra ny męż czy zna. – Bar dzo do brze, mo ja dro ga. – Ave ry Sinc la ir wy gła - dził gru by lok srebr nych wło sów na bo ku ele ganc kiej, spię tej z ty łu pe ru ki. – Za wsze do sko na le pa nu jesz nad sy tu acją. – Igno ru jąc wa le nie w drzwi do go spo dy, przy klęk nął i wci snął jesz cze dy mią cy pi sto let w bez - wład ną dłoń Ja so na. Hra bi na uśmiech nę ła się, za ci ska jąc usta. – Trze ba być przy go to wa nym na każ dą spo sob ność. ~ 9 ~ Ave ry ski nął gło wą. – Mia łem na dzie ję, że oka żesz się na ty le ro zum na, by zdać so bie spra wę, że sta ry ni gdy się nie zgo dzi, abyś wy - szła za je go sy na. – Wie dzia łam o tym, na wet je śli Ja son nie miał tej świa do mo ści. – No cóż, twój pro blem zo stał już roz wią za ny. – Ob - rzu cił peł nym sa tys fak cji spoj rze niem cia ła le żą ce na pod ło dze. – Nie przy pusz cza łem, że sta ry aż tak uła - twi nam ca łą spra wę. – Otwie rać! – za grzmiał z ko ry ta rza grom ki głos wła - ści cie la za jaz du. – Sam to za ła twię – po wie dział męż czy zna. Ce lia unio sła kształt ne czar ne brwi. – A mo że ja? – I pa mię taj, ma ły skan dal to nie wiel ka ce na, ja ką trze ba za pła cić za udział w ogrom nej for tu nie. Wy dę ła pięk ne usta. – Bez obaw, na pew no o tym nie za po mnę… Wa sza Mi łość. Roz dział2 An glia, 1760 Księż na! A więc zo sta nie księż ną! Ich de spe rac ka in - try ga za koń czy ła się peł nym suk ce sem. Ve lvet Mo ran sta ła przy wy so kich, wie lo skrzy dło wych oknach, spo glą da jąc za od jeż dża ją cą, bo ga to zdo bio ną zło ce nia mi ka re tą księ cia Car ly le’a, i cze ka ła, aż znik nie w głę bi wy sa dza nej to po la mi dro gi. Roz my śla jąc nad tą go dzi ną, któ rą spę dzi ła w to wa rzy stwie ele ganc kie go blon dy na – swe go przy szłe go mę ża – le d wie do sły sza ła kro ki dziad ka, któ ry zbli żał się po mar mu ro wej, czar no - -bia łej pod ło dze do miej sca, gdzie sta ła pod krysz ta ło - wym ży ran do lem. – No, mo ja ko cha na, uda ło ci się, co? – Hra bia Ha ver - sham miał dzi siaj do bry dzień. Żad nych luk w pa mię ci, żad ne go za po mi na nia, gdzie się znaj du je al bo co po wie - dział. Ta kie dni nie zda rza ły się czę sto, wła ści wie co raz rza dziej, więc Ve lvet ra do wa ła się każ dym z nich. – Ura - to wa łaś Wind me re, tak jak po wie dzia łaś. Oca li łaś nas obo je od ru iny. Uśmiech nę ła się po mi mo tra wią ce go ją nie po ko ju. – Jesz cze dwa ty go dnie i wyj dę za mąż. Mam wy rzu ty su mie nia, że tak go oszu ka łam. Szko da, że nie ma in ne - go spo so bu, ale na praw dę nie mo że my ry zy ko wać i po - wie dzieć mu praw dy. ~ 11 ~ Sta rzec za śmiał się ci cho. Miał śnież no bia łe wło sy tam, gdzie jesz cze nie po ja wi ła się ły si na, był chu dy jak szcza pa, a je go skó ra sta ła się tak cien ka, że na dło niach i twa rzy wy raź nie by ło wi dać nie bie skie ży ły. – Nie ucie szy się, gdy po ślu bie od kry je, ja kie dłu gi nań spad ną, ale prze cież masz przy zwo ity po sag. To go po win no ob ła ska wić. Po za tym bę dzie miał cie bie, a ża - den męż czy zna nie mógł by za pra gnąć wspa nial szej żo ny. – Uczy nię go szczę śli wym, dziad ku. Nie po ża łu je ożen ku ze mną… da ję sło wo. Sta rzec ujął jej twarz w po marsz czo ne dło nie i za pa - trzył się w ślicz ną bu zię wnucz ki. Mia ła odrobinę za dar ty no sek, lek ko sko śne ja sno brą zo we oczy, przy po mi na jąc mu jej zmar łą daw no te mu mat kę. By ła zgrab na i drob na, mia ła peł ny, jędr ny biust i wą ską ta lię, a tak że fa lu ją ce, dłu gie wło sy o bar wie wy po le ro wa ne go ma ho niu, któ re mie ni ły się zło ci stym świa tłem, gdy nie by ły upu dro wa ne. Wes tchnął. – Wiem, że nic na to nie po ra dzi my, ale mia łem na - dzie ję, że wyj dziesz za mąż z mi ło ści, a nie z roz sąd ku. To, co kie dyś sta ło się udzia łem two jej bab ci i mo im… te go pra gną łem i dla cie bie. Szko da, że tak nie mo że być, lecz ży cie ni gdy nie jest pro ste. Trze ba ro bić to, co do nas na le ży. Ogar nął ją smu tek. Ona tak że mia ła na dzie ję po ślu bić męż czy znę, któ re go da rzy ła by mi ło ścią, cho ciaż nie wie - rzy ła, by mo gła do stą pić ta kie go szczę ścia. – Ksią żę i ja na pew no bę dzie my ży li w zgo dzie. On ma ma ją tek i po zy cję. Ja bę dę księż ną ży ją cą w do stat ku. Cze go wię cej mo że chcieć ko bie ta? Hra bia uśmiech nął się z me lan cho lią. – Tyl ko mi ło ści, mo ja dro ga, tyl ko mi ło ści. Mo że z cza sem znaj dziesz ją w oso bie księ cia. Zmu si ła się do uśmie chu. – Tak, dziad ku, na pew no tak bę dzie. – Lecz my śląc o Ave rym Sinc la irze, czło wie ku za du fa nym w so bie, za - ~ 12 ~ cho wu ją cym się pom pa tycz nie i sztyw no, sa ma w to nie wie rzy ła. – Tro chę tu wie je. – Uję ła star ca za rę kę. – Mo - że po sie dzi my przy ko min ku? Ski nął gło wą, a ona po pro wa dzi ła go na ty ły do mu przez sa lon o czer wo nych, ozdo bio nych wy pu kłym wzo - rem ścia nach, su fi tach z wi ze run ka mi kon nych po wo zów i z efek tow nie rzeź bio ny mi me bla mi. Po tem mi nę li mniej szy sa lo nik, urzą dzo ny z ta kim sa mym prze py chem, gdzie wo kół ko min ka z zie lo ne go mar mu ru wi sia ły je - dwab ne dra pe rie o de se niu przy po mi na ją cym sło je drew na. Gdy mi nę li na roż nik, ca łe to bo gac two na gle zni kło. Hol już nie lśnił od zdob nych kin kie tów i po zba wio ny był por tre tów w po zła ca nych ra mach, gdyż jed ne i dru gie zo - sta ły daw no sprze da ne. Pięk ne per skie dy wa ny, któ re nie - gdyś ocie pla ły pod ło gi, osią gnę ły ce nę, dzię ki któ rej mo gli ku pić wę giel na ca łą zi mę. Te raz ich miej sce zaj mo wa ły po pla mio ne, wy tar te chod ni ki chro nią ce przed prze ni kli - wym zim nem. Dla oka zjo nal nych go ści cie płe, ce gla ne ścia ny i wspa - nia łe par ko we oto cze nie dwu pię tro we go do mu czy ni ły z Wind me re oka za ły dwór ma low ni czo wzno szą cy się nad rze ką. W cza sie, gdy żył jej oj ciec, ma ją tek był praw - dzi wą per łą kra jo bra zu – miał du że kwa dra to we wie że, dwu spa do we da chy, licz ne ko mi ny i set ki akrów łąk wo - kół. Jed nak w cią gu ostat nich trzech lat wszyst ko ule gło zmia nie. Dłu gi, któ re oj ciec za cią gnął przed śmier cią, zu peł nie za sko czy ły Ve lvet i hra bie go. Na wet sam dzia - dek, mi mo że co raz trud niej by ło mu ze brać my śli, zda - wał so bie spra wę, iż po peł nił strasz ny błąd, po wie rza jąc za rzą dza nie ma jąt kiem sy no wi. Jed nak sta ru szek co raz bar dziej pod upa dał na zdro wiu. Nie mógł li czyć na ni ko - go in ne go, nie miał więc żad ne go wy bo ru. Te raz Geo r ge Mo ran już nie żył, tak jak je go żo na, któ ra zmar ła dzie sięć lat wcze śniej. Geo r ge zgi nął w Eu - ~ 13 ~ ro pie, w wy pad ku pod czas po dró ży ka re tą, w to wa rzy - stwie ko chan ki, ak tor ki o na zwi sku So phie La ne. To wła śnie Ve lvet od kry ła – ku swe mu prze ra że niu – że ro dzin ne za so by zo sta ły zdzie siąt ko wa ne, a oj ciec zo sta wił im ogrom ne dłu gi. Za cho wał się tyl ko jej po sag – je dy na do bra rzecz, ja ką uczy nił przez te la ta, gdy za - rzą dzał ma jąt kiem. Po nie waż for tu na hra bie go by ła dość znacz na, po sag rów nież oka zał się spo ry, a na wet był jed - nym z naj więk szych w An glii, mógł więc za pew nić im utrzy ma nie przez wie le lat. Jed nak kło pot po le gał na tym, że Ve lvet mu sia ła wyjść za mąż, za nim pie nią dze zo sta ną uwol nio ne z że la znej re zer wy fun du szu po wier ni cze go. Jej mał żo nek miał więc otrzy mać for tu nę. I ca ły pa kiet dłu gów Ha ver sha ma Dzia dek za trzy mał się w ko ry ta rzu. – Do kąd idzie my? – Do po ko ju dę bo we go. Sne ad już roz pa lił w ko min ku. Sne ad był jed nym z sze ściu za ufa nych słu żą cych, sta - no wią cych ca ły per so nel Wind me re. Na za trud nie nie więk szej licz by osób nie by ło ich stać. – Tam bę dzie cie pło i przy tul nie. – Ale ksią żę… My śla łem, że przy je dzie nas od wie dzić. Po czu ła ucisk w ser cu. Zno wu miał za ni ki pa mię ci. – On już tu był, dziad ku. – A co ze ślu bem? – Pod ko niec ty go dnia po je dzie my do Car ly le Hall. Je - go Ksią żę ca Mość na le gał, aby śmy przy by li kil ka dni wcze śniej, że by wszyst ko sta ran nie przy go to wać na dzień za ślu bin. – Mó wi ła to wszyst ko już wcze śniej, ale sta rzec naj wy raź niej za po mniał. Lecz ja kie to mia ło zna cze nie, sko ro spra wia ło mu przy jem ność to, że mógł wy słu chać te go po now nie? – Bę dziesz pięk ną pan na mło dą – rzekł z sen ty men tal - nym uśmie chem. ~ 14 ~ A on bę dzie bar dzo za sko czo nym księ ciem, po my śla - ła Ve lvet. Jed nak za mie rza ła przejść przez ten most, sko ro już do tar ła tak da le ko. Tym cza sem pod trzy ma tę grę, dzię ki któ rej po zy ska bar dzo bo ga te go mę ża. Zi gno - ru je zim no, ja kie pa no wa ło w do mu, za pach stę chli zny w po ko jach, któ re już daw no za mknię to na czte ry spu sty, smród ta nich ło jo wych świec. Bo gu dzię ki, że bę dzie mu sia ła uda wać jesz cze tyl ko przez dwa ty go dnie. * * * Ja son Sinc la ir cho dził tam i z po wro tem przed mar - mu ro wym ko min kiem, w któ rym le ni wie pło nął ogień; sztyw ne ko ron ki na man kie tach ko szu li z każ dym ru - chem ra mion ocie ra ły się o je go pal ce. Był wy so kim męż - czy zną, miał sze ro kie bar ki i szczu płe bio dra. W cią gu ostat nich ośmiu lat za spra wą go dzin cięż kiej pra cy jeszcze wyszczuplał i nabrał młodzieńczej sylwetki, a mię śnie sta ły się twar de jak ze sta li. Od wró cił się do sto ją ce go na prze ciw ko czło wie ka. – Do li cha, Lu cien, rzu ci li śmy te go dra nia nie mal na ko la na. Nie mo że my te raz po zwo lić mu zwy cię żyć. Lu cien Mon taine, mar kiz Litch field, od chy lił się i roz - parł wy god niej w fo te lu. – Wiem, że nie ta kiej wia do mo ści ocze ki wa łeś, dro gi przy ja cie lu, ale roz my śla nie o tej spra wie nic do bre go nie przy nie sie. Być mo że zaj mie to tro chę cza su, ale prę - dzej czy póź niej znaj dzie my in ny spo sób, aby go do paść. Na tu ra cią gnie wil ka do la su, a ta ki sza kal jak Ave ry na pew no zno wu pad nie ofia rą wła snych wy stęp ków. Ja son pod szedł do przy ja cie la, je dy ne go czło wie ka, któ ry go nie opu ścił w cza sie te go ośmio let nie go pie kła. – Cze ka łem już wy star cza ją co dłu go, Lu cien. On mo - że so bie uda wać bo ga cza, ale obaj wie my, że to tyl ko fa - ~ 15 ~ sa da. Stoi na skra ju ban kruc twa. Więc naj lep szy mo - ment, aby ude rzyć, jest wła śnie te raz. – Nie mo gę się z to bą nie zgo dzić. Wła śnie dla te go tak bar dzo mu za le ży na ry chłym ożen ku. – Chcę od zy skać to, co mi się słusz nie na le ży, Lu cien. A pierw szym kro kiem w tym kie run ku jest Car ly le Hall. Pra gnę spra wie dli wo ści w imie niu mo je go oj ca. Chcę, aby mój brat za pła cił za swo je uczyn ki. I zro bię, co w mo - jej mo cy, aby tak się sta ło. – Do ich ślu bu po zo sta ły tyl ko dwa ty go dnie. Ta dziew czy na to jed na z naj bo gat szych dzie dzi czek w An - glii. Kie dy Ave ry obej mie po sag, bę dzie mógł spła cić swo je dłu gi, łącz nie z hi po te ką, ja ką dzier żysz na Car ly - le Hall. Nie bę dziesz mógł za jąć po sia dło ści. Chy ba że znaj dziesz spo sób, aby do ślu bu nie do szło. – Wła śnie to za mie rzam zro bić, mój dro gi. Lu cien wy so ko uniósł brwi i sze ro ko otwo rzył zdu mio - ne, czar ne jak wę giel ki oczy. Był nie mal tak wy so ki jak Ja son, lecz jesz cze szczu plej szy, miał też bar dziej su ro we ry sy twa rzy i he ba no wej bar wy wło sy. – A czy mo gę spy tać, ja kim że spo so bem za mie rzasz te go do ko nać? Zna li się od dzie ciń stwa, ma jąt ki, w któ rych do ra sta li, przy le ga ły do sie bie. Mar kiz był je dy ną oso bą, do któ rej Ja son miał bez gra nicz ne za ufa nie. Go tów był za wie rzyć mu wła sne ży cie. Co też uczy nił, po wra ca jąc do An glii, chodź po wi nien ucho dzić za zmar łe go. – Po wie dzia łeś, że dziew czy na od bę dzie po dróż do Car ly le Hall w to wa rzy stwie swo je go dziad ka i na stą - pi to pod ko niec ty go dnia. – Zga dza się. – Za tem ja po pro stu prze trzy mam uko cha ną na rze - czo ną bra cisz ka do cza su, aż mi nie ter min za ślu bin. Ter - min płat no ści już pra wie upły nął. Gdy nie bę dzie mógł ~ 16 ~ jej do ko nać o cza sie, my przej mie my nie ru cho mość, któ - ra sta nie się mo ją wła sno ścią. Lu cien ze tknął pal ce dło ni. – Za mie rzasz po rwać tę dziew czy nę? – Nie mam in ne go wy bo ru. – Ja son wy gła dził ko smyk za cze sa nych do ty łu ciem nych wło sów, któ ry wy do stał się spod zwią za nej na kar ku wą skiej wstąż ki. – Oczy wi ście bę dę po trze bo wał two jej po mo cy. Mu szę zna leźć miej - sce, w któ rym ją za trzy mam do cza su, aż od zy skam ro - dzin ny ma ją tek. – Ty na praw dę chcesz to zro bić. Ja son usiadł na prze ciw ko przy ja cie la i roz pro sto wał dłu gie no gi. – Za wsze mó wię po waż nie. Je śli kie dy kol wiek mia łem po czu cie hu mo ru, to w cią gu ostat nich ośmiu lat wy bi to mi je z gło wy. Litch field spoj rzał na nie go po nu rym wzro kiem. – Ona ma do pie ro dzie więt na ście lat i jest nie win - na pod każ dym wzglę dem. Bę dzie śmier tel nie prze ra żo na. – Nic złe go jej nie zro bię. Uczy nię wszyst ko, co w mo - jej mo cy, aby czu ła się bez piecz nie i kom for to wo. – Przez chwi lę ba wił się ko ron ką na man kie cie, po tarł bli znę na wierz chu le wej dło ni. – Po wiem jej, że za trzy ma łem ją dla oku pu, że nie mam po wo du jej skrzyw dzić, pod wa - run kiem że na rze czo ny ją wy ku pi. – Uśmiech nął się zim no. – Za nim dziew czy na się zo rien tu je, że wca le nie cho dzi mi o pie nią dze, da ta ślu bu mi nie, a hi po te ka prze pad nie. Car ly le Hall sta nie się mo ją wła sno ścią, mój bra ci szek zaś sta nie w ob li czu kom plet nej ru iny. Litch field po ru szył się w fo te lu, marsz cząc czo ło. – W nor mal nych oko licz no ściach nie za ak cep to wał - bym two je go po stę po wa nia, ale tym ra zem mo żesz mieć cał ko wi tą ra cję. Uchro nisz ją, przy naj mniej na pe wien czas, przed ślu bem z mor der cą. Je śli do pi sze jej szczę - ście, ni gdy za nie go nie wyj dzie. Już sa mo to uspra wie dli - wia two je za mia ry. ~ 17 ~ Tym ra zem Ja son się uśmiech nął. – Wie dzia łem, że mo gę na cie bie li czyć. Sta łeś przy mnie w cza sie, gdy prze ży wa łem praw dzi wy kosz - mar. A te raz go tów je steś za ry zy ko wać re pu ta cję, po ma - ga jąc mi zno wu. Ni gdy ci te go nie za po mnę, Lu cien. Je - steś naj lep szym przy ja cie lem, ja kie go moż na so bie wy - ma rzyć. – A ty, mój dro gi, za słu gu jesz na szan sę, aby od zy skać to, cze go tak okrut nie po zba wi li cię prze wrot ny los oraz ten mor der ca, twój przy rod ni brat. – Wstał, pod szedł do ozdob nie rzeź bio ne go sto li ka i wy jął ko rek z krysz ta - ło wej ka raf ki wy peł nio nej bran dy. – Dziew czy na bę dzie je chać z Wind me re dro gą po mię dzy Win che ster a Mi - dhurst. Mam chat kę my śliw ską w le sie ko ło Ewhurst, nie da le ko stąd. Jest nie du ża, lecz schlud na i do brze utrzy ma na. Za opa trzy my ją we wszyst ko, co bę dzie po - trzeb ne jej i to bie. Na lał so bie bran dy, po czym pod szedł z ka raf ką do Ja - so na, aby na peł nić je go pu sty kie li szek. – Jest pe wien chło pak, miesz ka w po bli żu i mo że po - móc. Bar dzo lo jal ny i od da ny. Cał ko wi cie god ny za ufa - nia. Bę dzie prze ka zy wał li sty i słu żył wszel ką po mo cą. Po za tym po zo sta niesz zda ny tyl ko na sie bie. Ja son ski nął gło wą. – Je stem two im dłuż ni kiem. Mar kiz po cią gnął łyk bran dy i lek ko wy krzy wił usta. – Po zna łem już la dy Ve lvet. Cza ru ją ca z niej osób ka. Ufam, że bę dziesz miał jej cno tę w ta kim sa mym po wa - ża niu jak ca łą jej oso bę. Ja son od chrząk nął. – Ostat nią rze czą, ja kiej pra gnę, jest tak zwa na da ma. Ce lia dała mi wy star cza ją cą lek cję, do sta łem gorz ką na - ucz kę. – Na wspo mnie nie jej imie nia, aż za pie kła go bli - zna na wierz chu dło ni. Bez wied nie po tarł ją dru gą rę ką. – Wo lę igrasz ki z wy uz da ną dziw ką. Ce na za uwie dze nie da my jest zde cy do wa nie zbyt wy so ka. ~ 18 ~ Lu cien nie od po wie dział. W cią gu ostat nich ośmiu lat Ja son Sinc la ir bar dzo się zmie nił. Mło dzień czość, któ rą kie dyś ema no wał, zo sta ła stłam szo na przez gniew i cier - pie nie, któ re go do znał w ko lo niach. Czte ry z ośmiu ostat nich lat pra co wał ni czym nie wol nik na ba gni stej plan ta cji w Geo r gii, do kąd zo stał prze wie zio ny naj dziw - niej szym zrzą dze niem lo su, a prze cież wcze śniej zo stał ska za ny na śmierć przez po wie sze nie. Te la ta zmie ni ły go, za har to wa ły, uczy ni ły zeń męż - czy znę, w któ rym Lu cien z tru dem roz po zna wał swe go przy ja cie la. Zim ne, ciem no nie bie skie, prze ni kli we oczy Ja so na nie mia ły już w so bie cie pła. To by ły oczy dra - pież ni ka, nie prze nik nio ne i tak sa mo twar de jak je go umię śnio ne cia ło. Każ dy ruch zdra dzał tę zmia nę, po - cząw szy od dłu gich, ty gry sich kro ków, skoń czyw szy na wy ostrzo nej uwa dze, któ rą prze ja wiał za wsze, gdy wy czu wał nie bez pie czeń stwo. Czte ry la ta pra co wał ja ko ska za niec, w koń cu uciekł. Przez ostat nie trzy la ta wio dło mu się bar dzo do brze – ob ra biał wła sną plan ta cję na ma łej wy sep ce nie da le ko St. Kitts. W je go ży cio ry sie bra ko wa ło tyl ko jed ne go ro - ku, o któ rym Ja son ni gdy nie mó wił. Lu cien za sta na wiał się, czy wła śnie ten rok spra wił, iż ry sy twarz przy ja cie la za wsze po sęp nia ły, gdy my ślał, że jest sam. Roz dział3 Ve lvet Mo ran wier ci ła się na plu szo wej ka na pie w lśnią cej ka recie Ha ver sha mów, ostat niej z pół tu zi na, które nie gdyś by ły wła sno ścią jej ro dzi ny. – Jak dłu go to jesz cze po trwa, dziad ku? Mam wra że - nie, że je dzie my już od wie lu go dzin. – Bo tak wła śnie jest, a na dwo rze za pa da zmierzch. Zwy kle nie zwra casz uwa gi na mi ja ją cy czas. Cią gle mnie na ga bu jesz, aby od by wać wy ciecz ki po oko li cy. A te raz, gdy rze czy wi ście je dzie my, ca ły czas się go rącz ku jesz. Wes tchnę ła. – Masz ra cję. Cząst ka mnie pra gnie, aby się śpie szyć i mieć to wszyst ko za so bą. A z dru giej stro ny chcia ła - bym, aby śmy ni gdy nie do tar li do ce lu po dró ży. – Gło wa do gó ry, mo ja ko cha na. Kie dy wyj dziesz za mąż, wszyst ko się unor mu je. W ka re cie by li sa mi. Cho ciaż pa no wał już chłód, słu - żą ca Ve lvet, Ta bi tha Be eson, je cha ła na koź le obok stan gre ta. Sie dzia ła tam od ostat nie go po sto ju w przy - droż nej go spo dzie, gdzie za trzy ma li się na wcze sną ko la - cję, a tak że zmie ni li po gnie cio ne w po dró ży ubra nia na czy ste i świe że. Ve lvet po dej rze wa ła, że słu żą ca czu je mię tę do stan gre ta, i to za pew ne z wza jem no ścią. Z wes tchnie niem opar ła gło wę na ak sa mit nych po du - chach. Jak to jest tak na praw dę za ko chać się? By wa ło, że ~ 20 ~ ma rzy ła o po ślu bie niu męż czy zny, któ ry ją ko cha, lecz co raz czę ściej my śla ła, że wca le nie chce wy cho dzić za mąż. W cią gu ostat nich trzech lat za czę ła ce nić swo ją nie za leż ność. A mał żeń stwo ozna cza ło re zy gna cję z wol - no ści. Więk szość cza su po pro stu pra gnę ła po zo stać sa ma tak jak do tej po ry, bez ogra ni czeń ze stro ny mę ża, któ ry kon tro lo wał by każ dy jej ruch. – Ve lvet? – Tak, dziad ku? – Chy ba za po mnia łem… do kąd my je dzie my? Wy cią gnę ła rę kę i ści snę ła je go chu dą, ży la stą dłoń. – Do Car ly le Hall. Mam po ślu bić księ cia, pa mię tasz już? Z uśmie chem kiw nął gło wą. – No tak, ślub. Oczy wi ście. Bę dzie z cie bie pięk - na pan na mło da. Nie od po wie dzia ła. Za miast te go za czę ła ba wić się ko smy kiem na pu dro wa nych ciem nych wło sów, wy gła dzi - ła przód je dwab nej suk ni na po doł ku i pró bo wa ła nie my śleć o no cy po ślub nej. Al bo o tym, co po wie ksią żę, gdy się do wie, że jej po sag to wszyst ko, co po zo sta ło z for tu ny Ha ver sha mów. Lecz mi mo to Ave ry Sinc la ir wy da wał się dość roz sąd nym czło wie kiem. Był bo ga ty jak Kre zus i chy ba na praw dę upodo bał ją so bie. Mo że zro - zu mie jej sy tu ację. Od chy li ła gło wę do ty łu i za mknę ła oczy w na dziei, że uda jej się prze stać my śleć. Przez chwi lę czy ni ła to z po - wo dze niem. Do cza su, aż ci szę chłod ne go mar co we go wie czo ru prze rwał wy raź ny tę tent koń skich ko pyt. Od - głos był co raz bar dziej do no śny, gło śniej szy od za przę gu cią gną ce go ka re tę. Wtem roz legł się huk wy strza łu, a po chwi li po wóz gwał tow nie się za trzy mał. – Co u li cha…? – Hra bia zmarsz czył czo ło, ła piąc utra co ną rów no wa gę, zaś Ve lvet na chy li ła się i wy sta wi - ła gło wę przez okno. ~ 21 ~ – Do bry wie czór, mi la dy – po wie dział wy so ki męż czy - zna sie dzą cy na czar nym ko niu. W jed nej rę ce trzy mał dy mią cy jesz cze pi sto let, w dru giej miał dru gi, go to wy do strza łu, wy ce lo wa ny pro sto w stan gre ta. Ve lvet aż wstrzy ma ła od dech, prze ra żo na wi do kiem czar ne go jeźdź ca po ły sku ją ce go w sre brzy stym świe tle księ ży ca. – Wszy scy świę ci, miej cie nas w swo jej opie ce! – za wo ła - ła z gó ry Tab by. – To ten roz bój nik, Jed no oki Jack Kin ca id! Ve lvet szyb ko cof nę ła się do wnę trza ka re ty. Za drża - ła ze stra chu. Do bry Bo że, to na praw dę on! Już o nim sły sza ła, tak jak wszy scy. Na pa dał na bez bron nych po - dróż nych ja dą cych z Marl bo ro ugh do Ho un slow He ath. A te raz zna lazł się tu taj, we wła snej oso bie… z czar ną opa ska na oku i w peł nym rynsz tun ku! – Nie ma się cze go bać, mi la dy – po wie dział ba ni ta ci - chym gło sem, w któ rym za brzmia ła jed nak twar da stal. Na chy liw szy się, zdjął za czep z drzwi i otwo rzył je na ca - łą sze ro kość. – Tyl ko daj mi swo je bły skot ki i mo żesz ru - szać w dal szą dro gę. Był du żym męż czy zną, mu sku lar nym, po staw nym, o moc nej bu do wie cia ła. Jed no oko za kry wa ła sze ro ka czar na opa ska, dru gie pa trzy ło na nią błę ki tem tak dzi - kim, ja kie go ni gdy w ży ciu nie wi dzia ła. Zer k nę ła na dziad ka, któ ry wy glą dał na kom plet nie za mro czo ne - go, po czym znów prze nio sła wzrok na jeźdź ca. Miał na so bie czar ne bry cze sy wpusz czo ne w bu ty z cho le wa - mi. Mu sku lar ną, sze ro ką pierś okry wa ła bia ła ko szu la z dłu gi mi rę ka wa mi. – Mo żesz mi wie rzyć lub nie – ode zwa ła się tak spo - koj nie, jak tyl ko po tra fi ła – ale wy bra li śmy się w po dróż z nie wiel ką ilo ścią pie nię dzy i pra wie bez bi żu te rii. Le - piej się ob ło wisz, je śli ob ra bu jesz ko goś in ne go. Przy glą dał się jej dłuż szą chwi lę, w koń cu je go wzrok padł na zło ty herb zdo bią cy drzwi ka re ty, przed sta wia ją - cy go łę bia w lo cie nad dwo ma skrzy żo wa ny mi mie cza mi. Po kój i Si ła. Mot to Ha ver sha mów. ~ 22 ~
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Aksamitna Velvet
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: