Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00411 005620 13094918 na godz. na dobę w sumie
Alibi - ebook/pdf
Alibi - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 190
Wydawca: Wydawnictwo Pi Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62781-17-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Gdy w kornwalijskiej posiadłości dochodzi do zbrodni, sprawcę spośród kilkunastoosobowej grupy gości wytypować musi ambitny inspektor Travis. Nie pomagają mu w tym ani skomplikowane związki łączące przyjaciół i znajomych ofiary, ani dylemat – jak właściwie zginął Robert Plath? Drobne kanty i wielkie interesy, szantaż, przemytnicy i kolejne zwłoki – tak bawi się na prowincji londyńska socjeta.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Copyright © 2010 by Piotr Jędrosz Copyright for this edition © 2010 by wydawnictwopi.pl All rights reserved Wydawca: wydawnictwopi.pl Redakcja i korekta: Grzegorz Godlewski Projekt okładki: Artur Gosiewski – signature.pl Skład i łamanie: Wojtek Puchniarz ISBN 978-83-62348-12-1 dla całej serii superkryminal.pl ISBN 978-83-62348-10-7 dla tomu Alibi Nr indeksu: 264156 4 Rozdział I 1. Firanka w weneckim oknie poruszyła się bezszelestnie. Czyjś cień cicho wśliznął się do pogrążonego w półmroku gabinetu i zatrzymał za siedzącą w fotelu postacią. Mężczyzna zdawał się drzemać w  świetle dogasającego w kominku ognia. Wpatrzony w żar paleniska, tkwił pochylo- ny w nieporuszonej zadumie, spoglądając niewidzącym wzro- kiem w przestrzeń przed sobą. Na zewnątrz panowała nieprzenikniona ciemność. Mimo to nie towarzyszyła jej cisza nocy. Od czasu do czasu z ogro- du dobiegały przytłumione odgłosy zabawy, przerywane raz po raz dźwiękami przypominającymi pyknięcie otwieranej butelki szampana lub przekłuwanego balonika. Wtórował im śmiech i wzajemne przekrzykiwanie. Wszystkie dźwięki jakby zatrzymywały się na progu gabi- netu, którego dywan dodatkowo jeszcze wyciszał stąpanie in- truza. Cień za plecami mężczyzny w  fotelu poruszył się i  jakby nasłuchując, zbliżył do oparcia. W bladej poświacie kominka zamigotał releks oksydowanej lufy damskiego pistoletu. Błysnął płomyk wystrzału. Mężczyzna w fotelu pochylił się jeszcze bardziej, zapadając w najgłębszą z możliwych zadumę. Firanka znowu poruszyła się na wietrze. Kolejny balonik został przekłuty. Nikt jednak tym razem się nie śmiał. Zabawa nie miała prawa wstępu go gabinetu pana domu. Wkrótce potem odkryto zwłoki. Wielki Robert Plath, mój mąż, nie żył. Uszło z niego całe powietrze. Skurczył się za swoim biurkiem do rozmiarów przeszłości, którą zamierzałam pochować wraz z nim. Poczułam ulgę. 5 Teraz więc tylko tyle chcę wam powiedzieć, że gdy kobieta pragnie zabić swojego męża, nie musi tłumaczyć się z moty- wu. A ten jest oczywisty. Zawsze będzie to obrona własna; akt wyższej konieczności, desperacka próba zachowania godności w obliczu nieszczęśliwego życia, które powinno przynajmniej skończyć się szczęśliwą śmiercią. Podobnie zresztą bywa, gdy kobieta pragnie zabić nie swojego męża. Nie pamiętam jednak, kiedy postanowiłam zabić Rober- ta. Tym bardziej nie pamiętam, kiedy postanowiłam to po raz pierwszy. Nawet nie wiem, kiedy tak naprawdę po raz ostatni. Nazywał mnie Kopciuszkiem. I  to była prawda. Chociaż z pewnością nie cała, gdyż moje stopy miały prawidłowy roz- miar i nie stwarzały kłopotów z dobraniem do nich odpowied- niego obuwia. Byłam zatem nie całym Kopciuszkiem, ale fakt faktem, że wierzyłam w bajki. Znaczyło to mniej więcej tyle, że wierzyłam też w księcia z bajki, a ściślej mówiąc – uwierzyłam mu, gdy się już pojawił. Bajka nosiła tytuł Robert Plath. Książę nie był ani specjalnie młody, ani przystojny, ani na- wet bogaty. Był za to zdrowy i pochodził z miasta, a to dla wiej- skiej dziewczyny zawsze się liczy i będzie liczyło, bo wiejska dziewczyna rzadko liczy na siebie. W dodatku książę był pełen kompleksów i osobiście nie wierzył w bajki. Dlatego wszystko mu się pomyliło i  przez dwadzieścia pięć lat musiałam oddzielać groch od maku zamiast żyć długo i  szczęśliwie. Tymczasem książę mnożył majątek, czyli odre- agowywał kompleksy i głupia, niewykształcona, ale podziwia- jąca go żona była mu tak samo niezbędna, jak inteligentne, wy- kształcone kochanki, o których podziw zabiegał. Pamiętam naszą pierwszą rozmowę. Było to na castingu na statystkę do ilmu. Ktoś podszedł do mnie wtedy (to był właśnie on) i zapytał, co tu robię (głupie pytanie, dobrze wiedział, co tam robiłam). Odpowiedziałam (głupie pytanie, głupia odpowiedź), że biorę udział w castingu. Wtedy on zapytał: – W castingu na co? – W castingu na statystkę do ilmu – odparłam. – Przecież już jesteś statystką – zauważył. Nie zrozumiałam. 6 Dostrzegł to i wyjaśnił. – Jeżeli jesteś anonimowym przechodniem z ulicy, to dla- czego pragniesz otrzymać rolę anonimowego przechodnia z ulicy? Przecież już i tak ją grasz... To było dla mnie rzeczywiście coś nowego. Fakt, nie zostaje się gwiazdą ekranu grając na nim świeczkę. Wiem, nie wypada źle mówić o zmarłych, ale przecież jeśli ktoś kogoś w końcu postanawia zabić, to nie dlatego, że dobrze o nim myślał. Tego wieczoru jednak nie mogłam mieć pojęcia, że nie by- łam w tym zamiarze osamotniona. Cóż zresztą miałam myśleć o Robercie, nie myśląc przy tym o Geraldine Osborn i Mary Bedford... (Widzisz Robercie, udało mi się stworzyć pytanie bez uciekania się do pytajnika, zatem mój styl się poprawia. Co prawda podparłam się wielokropkiem, ale zredukowanym do przepisowych trzech kropek, co samo w sobie też jest do- wodem stylistycznej bezradności, ale któż dałby tobie radę!). Najpierw bowiem pojawiła się Geraldine w charakterze se- kretarki. Geraldine Osborn, długowłosa, tleniona blondynka średniego wzrostu, usiłująca pod każdym względem przypo- minać lilię wodną, co upodabniało ją do wodorostu, była głup- sza ode mnie, ale za to młodsza, miała dłuższe nogi, dłuższe włosy, dłuższe rzęsy i dłuższe paznokcie, a także więcej czasu ode mnie dla Roberta Platha. Za to wzrok miała krótszy (w to- rebce nosiła wstydliwą tajemnicę – okulary). Potem pojawiła się Mary. Mary Bedford mogłaby być z po- wodzeniem kopią Geraldine, tyle że przepuszczoną przez ma- szynkę do makaronu, następnie zaś niedokładnie wysuszoną w  rzadkim słońcu Chelsea. Wyższa od Geraldine, z  równie krzywymi jak zęby chudymi nogami o wystających kolanach, niechlujna i  rozedrgana, prawdopodobnie idealnie nadawała się na idolkę pokolenia fast foodów, zapijanych coca-colą na stojąco. Robert powiedział mi, że musimy się zaopiekować Mary Bedford. To znaczy my oboje. Dlatego Mary Bedford zaczę- ła coraz częściej bywać w naszym domu w Regent’s Park, aż zamieszkała w  jednym z  pokoi gościnnych. Najpierw więc oglądałam ją wieczorami w  telewizji, a  potem, nad ranem w naszym domu, kompletnie zalaną. Mary rzygała równie wy- 7 lewnie, jak śpiewała, ale musiałam ją znosić (i to niemal do- słownie, gdy nie była w stanie zejść sama po schodach na dół na obiad), bo Mary „przynosiła nam dochód”. Zapytałam Roberta, dlaczego nie wynajmie tej kurze zno- szącej złote jajka mieszkania na mieście. – Nie poradziłaby sobie sama – odparł. – Bóg jeden wie, co mogłoby strzelić jej do głowy. Tu jest bezpieczna. Chciałam jeszcze zapytać – bezpieczna dla kogo? Dla nas, czy dla siebie? Ale dałam spokój. Mary była (wtedy) w gruncie rzeczy sympatycznym dzieckiem i  nawet ją jakoś polubiłam. Może nieco przypominała mi mnie samą, z tą różnicą, że po- dobno umiała śpiewać. Nie wiem, czy Robert udzielał jej, tak jak mnie, takich samych rad na temat nienachalnego makija- żu, ale nawet jeśli, najwyraźniej z nich nie korzystała. Ubierała się i zachowywała jak dziwka, lecz miałam pamiętać, że z tego, to znaczy z Mary Bedford, żyję. Ciekawe dlaczego Henry Osmond, ten wspaniały muzyk, u nas nie zamieszkał? Przecież on też był dużym dzieckiem. Wysoki, wysportowany, przystojny, pełen zaskakującego po- czucia humoru. Jego niefrasobliwe, łobuzerskie spojrzenie zawsze wprawiało mnie w dobry nastrój. Gwałtowny i jed- nocześnie nadspodziewanie delikatny pod powłoką non- szalanckich manier, Henry Osmond, mimo upływających lat, nadal pozostawał w głębi duszy dobrym chłopcem. Był już sławny, a właściwie przestawał być sławny, kiedy Robert kupił i  jego do swojej stajni. Ale nadal sprzedawał się cał- kiem nieźle, występując w telewizyjnych quizach i w sezonie wakacyjnym na południu Anglii. Prawdziwy artysta. Długie, rozwichrzone włosy, podkute buty, rozchełstana koszula. I te szare oczy! Oczywiście Henry bywał u  nas często. Grał na gitarze, opowiadał zabawne historie ze swojego życia i  pomagał mi w kuchni. Ale Robert twierdził, że Henry Osmond ma własne życie, na które składają się trzy byłe żony i pięcioro aktualnych dzieci i że Henry Osmond nie wymaga naszej opieki. Wynika- łoby z tego zatem pośrednio, że Mary Bedford nie miała wła- snego życia. W większości więc wypadków życiem Henry’ego Osmonda zajmował się osobiście Robert, wyjątkowo nie wyręczając się 8 w tym nawet osobą Geraldine Osborn, do której obowiązków należało wyłącznie zajmowanie się życiem mojego męża. Skromna, doskonale kompetentna i dyskretna Geraldine; w opinii Roberta, miała mnie zastąpić. Właśnie tak się wyraził. – Już czas, żebyś odpoczęła. Geraldine przejmie twoje obo- wiązki. Zasłużyłaś sobie, Hellen. Innymi słowy, zasłużyłam sobie na Geraldine! I jak nie kochać takiego faceta? A potem pojawił się dom w Kornwalii i moje zesłanie. To zamiast dzieci, których nie urodziłam Robertowi, bo najpierw było na nie za wcześnie, a potem już za późno. W  tym czasie Robert był od dawna szanowanym produ- centem telewizyjnym i  teatralnym oraz prowadził własną agencję koncertową. Wysoki, postawny, o  wyważonych ruchach zaskakująco wypielęgnowanych dłoni i spokojnym, pewnym siebie, błękit- nym spojrzeniu, aspirował do wyglądu typowego angielskiego dżentelmena równoważącego w sobie zamiłowanie do krykie- ta i powieści wiktoriańskiej. Swoim oszczędnym – chciałoby się powiedzieć: wystudiowanie dyskretnym – a tak po praw- dzie przeźroczystym sposobem bycia, przywodził na myśl dużą, lśniącą w słońcu meduzę. Rozsiadał się swoim zwycza- jem, z wdziękiem podstarzałego fauna, w fotelu (tym samym, w którym go w końcu zastrzelono), w gabinecie z widokiem na utrzymywany przeze mnie w  nienagannym stanie ogród i gadał, aksamitnym, modulowanym głosem, na temat pożyt- ków wynikających z właściwie stosowanej interpunkcji. Słu- chałam jego wykładu, myśląc o  przypalającym się obiedzie, by po pewnym czasie, uśpiona monotonią płynących cieniut- ką strużką słów, zagapić na wałęsającego się przy bramie psa sąsiadów i zapomnieć całkowicie o obiedzie (prawdopodob- nie zamiast tego zastanawiałabym się, czy nie kupić własne- go psa lub naoliwić bramę). Od interpunkcji przeszedłby do błędów frazeologicznych i możliwe, że jeszcze zdążyłby przed obiadem napomknąć coś o  niedocenianej kulturze Celtów, kończąc (czy on kiedykolwiek w  ogóle potraił skończyć?) na stwierdzeniu, że jeśli ktoś nie potrai się nauczyć popraw- nie własnego języka, to niewątpliwie musi być głupcem. Tu spojrzałby na mnie przeciągle, a ja, jak zwykle (znowu błąd! 9 – tym razem stylistyczny; należy unikać zestawień głosek po- dobnie brzmiących, czy jakoś tam), a więc ja i tym razem nie miałabym odwagi wylać mu podawanej zupy na tę jego wy- kształconą, szlachetną głowę – mimo iż zawsze miałam gdzieś unikanie dwa razy tego samego słowa w  jednym akapicie, co dla Roberta stanowiło rażące pogwałcenie norm współży- cia społecznego. Tak zatem, zanim doszło do morderstwa, najpierw doszło do domu w Kornwalii. Niczym niecelnie rzucony bumerang, wróciłam na wieś i  nawet nie miał mnie kto złapać, toteż czułam się, jakbym upadła prosto na twarz przed Robertem Plathem, moim mę- żem, który postanowił nie opuszczać Londynu ze względu na ważne obowiązki służbowe. Ale Robert nie żył właśnie od dziesięciu minut i teraz już, zdana wyłącznie na siebie, musiałam podnieść się sama. 2. Jeszcze dziesięć minut wcześniej wszystko wyglądało ina- czej. Rozległy ogród, oczko wodne, równo przystrzyżony ży- wopłot i zielony jeż trawy; wszystko to wymagało pracy i było wizytówką pana domu. Kije golfowe w mrocznym holu oraz czerwony dywan na trzeszczących schodach do sypialń (pro- ducent schodów dawał gwarancję, że zaczną skrzypieć dostoj- ną starością już po paru miesiącach i  dotrzymał słowa). Do tego jeszcze rozciągający się z okien na górze widok na pobli- skie morze, i to po obu stronach domu. Zupełnie bym zapo- mniała – i całych sto dwadzieścia stóp własnej plaży! Rustykal- na sielanka. Nic, tylko żyć, nie umierać. No właśnie. Wszystko to tonące w szarym, niemrawym kapuśniaczku. Jesienna wieś angielska; gumowy buty, watolina w  kamizel- kach, psy i dubeltówki. Codzienne zakupy w zaprzyjaźnionym sklepie, zdrowy zapach końskiego łajna, dobrej whisky i  bu- twiejących glonów. Miało być ciepło, bezszelestnie i  wygodnie. Opadające 10 w promieniach słońca złote liście, przytulny jazz, welur tapi- cerki i co najwyżej prochowce. Ale jesień rozczarowywała nas tego roku. Żadnych długich spacerów, żadnego wygrzewania się w  słońcu pod kocem na leżaku przed domem. To, co się udało, to tylko whisky. Lało jak jesienią w  Szkocji, Atlantyk był lodowaty, wiał porywisty, zimny wiatr, chłód przenikał cały dom i, że się tak wyrażę, także moje serce. Podczas budowy domu poznałam Gordona Browna, a po- tem żonę Gordona – Laurę. Gordon, zażywny jegomość w  naszym mniej więcej wie- ku, był przedsiębiorcą budowlanym. Laura natomiast, jak już powiedziałam, była jego żoną i polubiłyśmy się od pierwszego spotkania. Okrągły, ruchliwy, sztucznie wylewny Gordon, w  spoco- nym krawacie, z tonsurą rzadkich, rudawych włosków wokół łysiejącej czaszki; z piegowatymi dłońmi o żółtych od nikotyny palcach i w rozdeptanych butach, zasmucał mnie dodatkowo wymuszoną witalnością. Laura stanowiła jego przeciwieństwo. Chuda, wysoka, małomówna i  chyba skromna. Dużo paliła i prawdopodobnie niewiele mniej piła. Mimo to zawsze odno- siłam wrażenie, że to ona w ich związku nosi spodnie, a w su- kienkach jest tylko jej wygodniej. Wylądowałam w  Porthpean – zapadłej dziurze na połu- dniu Kornwalii, składającej się z trzech domów na krzyż, me- lancholijnych pól i kawałka plaży. Żeby to jeszcze było odrobinę tylko większe Duporth albo całkiem przyjemne Charlestown lub nieco bardziej oddalone Carlyon Bay, że już nie wspomnę o St. Austell. Doprawdy nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie Frederic i Ester Boltonowie, nasi sąsiedzi, oraz Patrick i Lotta Keatono- wie, którzy mieszkali tuż obok Boltonów. Następnie poznałam Chrisa i  Moirę Daltonów i  zanim się zorientowałam, znałam już wszystkich w Porthpean. W każdym razie czułam się raź- niej (znowu fatalna zbitka, której nie pochwaliłby Robert). Znacznie starszy od swojej żony Frederic większość czasu spędzał w Plymouth, gdzie prowadził salon sprzedaży samo- chodów. Poważny i  niedźwiedziowaty, wzbudzał całą swoją postawą zaufanie, jak każdy dobry sprzedawca aut. Miał moc- 11 ny uścisk dłoni, szeroki uśmiech i  młodą Ester. Filigranowa Ester, introwertyczna brunetka ostrzyżona na pazia, próbowa- ła być malarką. W poplamionych farbami dżinsach i w tramp- kach na bosych stopach, sprawiała wrażenie młodszej, niż była w  rzeczywistości i  bardziej pasowała do okolicy aniżeli do swojego męża. Boltonowie, jak już wspomniałam, sąsiadowali z Keatona- mi. Komandor (w stanie spoczynku – lub raczej wypoczynku) Patrick Keaton wyglądał i  zachowywał się dokładnie tak, jak powinien jego zdaniem zachowywać się komandor w  stanie spoczynku Patrick Keaton. Możliwe, że inny komandor w sta- nie spoczynku wyglądałby inaczej i inaczej by się zachowywał, a  więc nie nosiłby przystrzyżonych niczym szczotka ryżowa wąsów, a jego sposób mówienia nie przywodziłby na myśl ko- mend wydawanych sternikowi w czasie zimowego sztormu na Morzu Barentsa, zaś jego chód byłby mniej energiczny i gesty równie mniej dramatyczne, ale taki komandor w  stanie spo- czynku nie przypominałby tak bardzo komandora w  stanie spoczynku. Jeśli jednak Patrick Keaton rzeczywiście nim był, to jego żona, Lotta, musiała co najmniej być admirałem w stanie czynnym. Dystyngowana i postawna Lotta wydawała z siebie dla odmiany dźwięki kojarzące się z komendami dla sternika żeglującego we mgle. To ona wytyczała kurs na kompasie Pa- tricka Keatona, wyznaczając strony świata swoim posągowym biustem. Puszczający na polu kanonadę wiatrów komandor, zwijał się w domu w kłębek opuszczonych żagli, wychodząc co najwyżej do ogrodu, by wypuścić sobie cichego latawca. Za to Chris i Moira Daltonowie, a ściślej biorąc Christo- pher Dalton i jego żona, lady Moira Hailsham-Dalton, wyda- li mi się całkiem sympatyczni. On był jeszcze całkiem młody i brał udział w amatorskich wyścigach samochodowych. Śred- niego wzrostu, może nieco nazbyt chłopięcy, jak na swoje ja- kieś trzydzieści pięć lat; wysportowana sylwetka, staromodna apaszka pod szyją, kolorowa koszula, jednym słowem playboy w  starym, niemodnym i  na dodatek przerysowanym stylu. W obecności Moiry nazywał mnie Piękną Heleną, co bardziej mi przeszkadzało niż jej. Nigdy nie odgadłam, czym się wła- ściwie zajmuje, poza rozbijaniem kolejnych aut. Przypuszczal- nie zajmował się Moirą, której najwidoczniej to odpowiadało. 12 Atrakcyjna, mniej więcej pięćdziesięcioletnia Moira nie miała kompleksów. Ruda, zgrabna, większość czasu spędzała na le- żaku w ogrodzie, ze szklaneczką burbona i książką, o ile nie towarzyszył jej Chris, a Chris rzadko nie towarzyszył Moirze. Moira, jako jedyna, nigdy nie zadała mi żadnego z tych krępu- jących pytań dotyczących męża, dzieci i skąd się tu wzięłam, słusznie uznając, że prędzej czy później sama jej to powiem, a jeśli nawet i nie, to w końcu i tak domyśli się odpowiedzi. Wkrótce udało nam się zdobyć nawet pewną popularność w  St. Austell, która umożliwiła Robertowi założenie lokalnej gazety. „St. Austell Herald” zaczęła się ukazywać co tydzień, dokładnie od chwili zakończenia budowy przez Gordona Browna. Rok później Robert został wybrany do rady miasta St. Austell. Odtąd coraz więcej czasu spędzałam w Porthpean, a coraz mniej w Londynie, gdzie z powodu mojej nieobecności Robert musiał sam opiekować się Mary Bedford. Tymczasem „St. Austell Herald”, składająca się z  jednego Grahama Newmana, jednocześnie naczelnego redaktora i na- uczyciela wychowania izycznego w szkole w St. Austell, jedne- go komputera i jednego pokoiku od podwórza, wynajętego od Klary Heller w jej domu, urosła do rangi organu opiniotwór- czego, czytanego z  niemniejszym zainteresowaniem od całej prasy londyńskiej. Nasza pozycja w  socjecie St. Austell rosła. Na wyżyny wspomnianej już popularności wzniósł nas zaś charytatyw- ny koncert z udziałem miejscowego chóru paraialnego i or- kiestry dętej, zaszczycony udziałem zamiejscowych gwiazd – oczywiście Mary Bedford i Henry’ego Osmonda. W ten sposób książę Robert, inwestując w transport Mary i Henry’ego oraz w zakup baloników (nie zapłacił nawet pensa Mary i Henry’emu) dochrapał się członkostwa w komisji pla- nowania przestrzennego i inwestycji w St. Austell, której sta- nowisko przewodniczącego piastował od ostatnich wyborów Peter Donovan, prywatnie właściciel stadniny koni i  klubu jeździeckiego w  Duporth (Betty Donovan, jego żona, uczyła języka angielskiego w tej samej szkole w St. Austell, w której pracował Graham Newman). Energiczny, przedsiębiorczy Peter Donovan był dla mnie 13 zagadką. Reprezentował typ współczesnego dżentelmena, pochłoniętego misją odniesienia sukcesu. Średnio przystojny, średnio uprzejmy, średnio wykształcony i średnio zadowolo- ny z  siebie. Trudno mu było coś zarzucić i  jeszcze trudniej za coś pochwalić. Peter nie miał ani wad, ani też zalet. Tylko cechy, które w  danych okolicznościach mogły różnie skut- kować. I to było w nim właśnie niepokojące. Betty Donovan okazywała się taka sama. Jakoś nie mogłabym określić, czy była wysoka, czy niska, szczupła, czy zaokrąglona. Bywają tacy ludzie, na których możesz patrzeć godzinami i niczego o nich nie móc powiedzieć z całą pewnością. Donovanowie mieli dwoje dzieci, lubili psy i konie i nigdy nie pili za dużo. Peter angażował się w życie społeczne Duporth, gdzie wraz z Betty mieszkali i gdzie prowadził swój ośrodek, działał tak- że, jak już wspomniałam, w St. Austell. Znajomość z Rober- tem musiała być dla niego cenna, odniosłam nawet wrażenie, że do pewnego stopnia mu nadskakiwał. Nie ulegało również wątpliwości, że z  kolei Peter stanowi dla mojego męża, jak sam to kiedyś określił – ważne ogniwo w  łańcuchu pokar- mowym St. Austell. Peter otwierał bowiem przed Robertem drzwi do miasteczka, oszczędzając mu tym samym koniecz- ności ich wyłamywania. W tej sytuacji nie mogłam się nie zgodzić i nie zostać naj- pierw członkinią kółka teatralnego w  St. Austell, a  niedługo potem jego przewodniczącą. W ciągu pięciu sezonów udało mi się wystawić osiem pre- mier, w tym po jednej Hamleta, Romea i Julii oraz Makbeta z niezapomnianą Klarą Heller w roli Lady Makbet i nieco od niej mniej sugestywnym, choć chłopięco odkrywczym sier- żantem Tallowem z policji w St. Austell. Z górą pięćdziesięcioletnia pani Heller nadała dramatowi zupełnie nowy kontekst, popychając do zbrodni o wiele młod- szego od siebie Makbeta, wmawiając prowincjonalnemu po- licjantowi, że może zostać królem. Oklaskom nie było końca. Laura Brown, żona naszego budowniczego, gratulowała mi nawet osobiście pomysłu. Bo to był w samej rzeczy pomysł. Kto, jak kto, ale my, to znaczy ona i ja, to rozumiałyśmy. Nawet wyrzeźbiona z dyni czaszka Yoricka w dłoni Ham- 14 leta nie była potem w stanie przyćmić tamtego sukcesu. Bo to Lady Makbet głosiła o swoim być albo nie być. Przemawiała ustami pani Heller, która mimo wieku mogła jeszcze się podo- bać, gdyby miała komu. Premiery jednak odbywały się rzadko, ale w Porthpean by- wałam jeszcze częściej niż dotąd i zatrzymywałam się na coraz dłużej. Tak się bowiem składało, że zawsze było coś do zrobienia, jak to przy domu. Nie mogłam jednak wszystkiego robić sama. W końcu udało mi się zatrudnić na stałe miejscową złotą rącz- kę – Bena Forestera, a do pomocy w kuchni i sprzątaniu Glorię (której nazwisko zawsze mi umykało). Pomoc obojga była mi zresztą nieodzowna. Podczas gdy mój wielki mąż robił równie wielkie interesy w Londynie, ja biegałam po jego letniej rezydencji z  wielkim śrubokrętem i jeszcze większym młotkiem w rękach, wdychając zapach far- by i nawozu z otaczających dom pól (gdyby Robert przeczytał to zdanie, zaraz wytknąłby mi łatwą symbolikę, wskazującą na gnój jako naturalne otoczenie jego szczytowego osiągnięcia życiowego oraz zapach farby, mający w  zamierzeniu pokryć ów gnój warstwą malowanego blichtru). A skoro już o symbo- lice mowa; nasz zamek (my home is my castle), zaprojektowa- ny w stylu myśliwsko-wiejskim, coś pomiędzy tym, co zwykło nazywać się court, a tym, czego nie zwykło się nazywać manor, został postawiony z  czegoś w  rodzaju odpadów stolarskich wymieszanych z klejem, pokrytych jedną dziesiątą cala świet- ności. Rzec by można, że świetność mojego męża, a co za tym idzie i  moja, została zdziesiątkowana najnowszą technologią budowlaną zza Kanału, który tak przewrotnie rozciągał się za oknami naszej sypialni. Czy w tak pomyślanej sypialni mogłam zasnąć spokojnie? Dwadzieścia pięć lat wyrzeczeń sprowadziło mnie z powrotem na wieś, skąd jedyną ucieczką był już tylko Atlantyk. Nie, nie nadawałam się na Ofelię. Nie chciałam dać się uto- pić w morzu mojej krzywdy (Wybacz Robercie ten patos, ale starałam się go osłabić zręcznością skojarzenia). Odtąd zamiast iluminacji Londynu widywałam zmrok za- padający w ogrodzie, a potem, gdy rozpalałam kominek w sa- lonie, nieprzeniknioną czerń za oknami. 15 Przestrzeń za progiem, po otwarciu drzwi, pachniała chło- dem i wilgocią. Poza nią nie było już nic, tylko cisza, podkre- ślona ujadaniem psa gdzieś w oddali. Światła w oknach rozja- śniały ogród na nie więcej niż kilkanaście stóp. Próbowałam zorientować się w  kierunkach. Gdzieś musiał przecież być Londyn... Czasem wydawało mi się, że słyszę odgłos morza. Ale równie dobrze mógłby to być szum wiatru w  gałęziach drzew. Zamykałam za sobą drzwi i machinalnie włączałam telewi- zor. Pewnego razu zobaczyłam Mary Bedford, zaraz po dzien- niku. Wiedziałam już, że to dobry czas antenowy. Jak by to powiedział Robert? – to dzięki niej mogłam ją teraz podziwiać w telewizji? Tu, na tym pustkowiu. – Porthpean to spokojna okolica – stwierdził kiedyś. – Ale na wszelki wypadek coś ci kupiłem. Potem podał mi ładnie zapakowane pudełko, które po otwarciu ukazało pistolet. – Wiem, że to bez sensu... ale jeśli masz poczuć się lepiej... – dodał. Nie zapytałam go dlaczego niby to miałabym poczuć się lepiej z powodu pistoletu. Czy chodziło mu o to, że mogłam teraz kropnąć sobie w łeb? (Z jednej ze strzelb, które już mieli- śmy, byłoby to o wiele trudniejsze). Lecz to nie za przyczyną pistoletu poczułam się w końcu lepiej, ale z powodu doktora Timothy’ego Hestona, którego po- znałam w St. Austell. Właściwie to on mnie poznał, zanim się poznaliśmy. – Czy pani Plath? – zaczepił mnie niespodziewanie na uli- cy w St. Austell. Musiałam wyglądać na zaskoczoną, bo pospieszył z wyja- śnieniem. – Nie wiem, czy zdaje pani sobie sprawę, że wszyscy już tu panią znają... Tylko nie ja... Ależ tak, proszę nie zaprze- czać – uprzedził mój protest – jest pani naszą nową miesz- kanką, a wieści szybko się rozchodzą, zwłaszcza odkąd mamy „St. Austell Herald”. To doprawdy wspaniałe móc poznać ko- goś z Londynu. Jestem doprawdy zaszczycony. Przedstawił mi się, ujmując wylewnie moją dłoń i wręcza- jąc wizytówkę. 16 – Proszę nie poczytywać mi tego za grubiaństwo – do- dał – ale tak rzadko mamy tu kontakt z  wielkim światem, że najchętniej zagadałbym panią na śmierć. Mam nadzieję, że pozwoli pani się kiedyś zaprosić ponownie do St. Austell i poświęci odrobinę czasu na rozmowę z wiejskim lekarzem. Czy mogłam się nie zgodzić? Timothy Heston był mężczyzną w  średnim wieku (może nieznacznie młodszym ode mnie). Jako lekarz prowadził własną niewielką praktykę w St. Austell, która obejmowała także Du- porth, Charlestown, Carlyon Bay, a po pewnym czasie i mnie... Spokojny, uroczo niezgrabny Timothy, z  tą swoją nieod- łączną fajką w zębach; lekko już łysiejący, mówiący powoli i ci- cho. Myślałam, że takich wiejskich lekarzy spotyka się tylko w  kryminałach Agathy Christie. Tymczasem proszę bardzo, oto stał przede mną właśnie ktoś taki; lekko przygarbiony, szczupły, w rogowych okularach (a jakże), głupio uśmiechnię- ty. Marynarka z zamszowymi łatami na łokciach i wypchane na kolanach sztruksowe spodnie... – lokalny spowiednik i mąż zaufania – niepoprawny safanduła i nieoczekiwanie bystry ob- serwator w jednym. Zaopiekował się moim ciśnieniem oraz bezsennością. Wiem, że brzmi to dwuznacznie, ale dobry lekarz leczy nie tylko ciało, lecz i duszę, przy okazji leczenia ciała. No dobrze, wyjaśnię tę kwestię dokładniej. Zapobiegliwy doktor Heston stał się bowiem mile wi- dzianym gościem w naszym, moim i Roberta, cichym domu w Porthpean. Właściwie to był cichym gościem w naszym za- pobiegliwym i  mile widzianym domu w  Porthpean, albo też mógł być zapobiegliwym gościem w naszym mile widzianym, cichym domu w Porthpean. Żadna jednak z powyższych kombinacji nie oddawała całej prawdy. Drogi doktor Heston; nie wiem, co bym bez niego zrobi- ła. Co by to jednak nie było, nie byłoby tym, co chciałabym robić. Trzeba było go widzieć, jak opowiada o grypie któregoś ze swoich pacjentów. Wprost zarażał zapałem niesienia ulgi. Na- prawdę stanowił sympatyczną rozrywkę, zwłaszcza w mono- tonii jesiennych dymów snujących się ponad burymi polami. 17 Ciepła, choć szorstka skóra dzika przed kominkiem (praw- dziwy tym razem marmur), wesoło igrający ogień, odgłos wia- tru za bezpiecznymi szybami i doktor Heston w fotelu Rober- ta, nalewający whisky, która, jak już wspomniałam na wstępie, udawała się każdego roku, jak zawsze. Gloria podaje kolację, gdy Timothy sumituje się (bez prze- konania), że musi wracać do czekających pacjentów, a tymcza- sem salon roztacza cały swój urok domowego ogniska i whisky (która też na swój sposób buzuje). Tak oto zaczynałam mieszkać w Porthpean. 3. Wszystko może jeszcze jakoś ułożyłoby się, niczym sta- rzy małżonkowie w  oddzielnych sypialniach, gdyby Robert pozwolił mi o sobie zapomnieć (Musisz przyznać, że ta kon- strukcja całkiem mi się udała, nie wynika z niej jasno, czy mia- łabym zapomnieć o tobie, czy o sobie samej). Ale Robert, i to bez względu na okoliczności, mi na to nie pozwalał. Jego bar- barzyńskie najazdy w otoczeniu londyńskiego dworu uzmysła- wiały mi tylko jeszcze dobitniej moje odosobnienie. Musielibyście widzieć mojego męża, który nie znosił koni, jak dosiada o wiele większego od siebie ogiera (Sam rozsądź Robercie, czy ta gra słów ma sens). W  idiotycznym toczku na głowie i bryczesach opinających krzywe łydki, paradował sztywno, jak astronauta przed wystrzeleniem go na orbitę wła- snych ambicji. Towarzystwo zwykło budzić się dopiero około południa, gotowe wieść ziemiański, zdrowy tryb życia. Waliło ze strzelb do ptaków i kotów, rozbijało śrutem szyby w oranżerii i odda- wało królestwo za konia. Po południu, Robert, już przebrany, zgadnijcie, tym razem za kogo, a zatem mój mąż, weekendowy włościanin, przebrany na przykład za niejakiego Roberta Platha z Londynu, przedsiębiorcę z branży show-biznesu, wybierał się do St. Austell udawać dobrego wujka, który rozda tamtejszym licealistkom, zrzeszonym w  sekcji piłki ręcznej, piłki ręczne (po dwie na głowę, to znaczy po jednej na rękę – zboczeniec). Ponieważ jednak w weekend było to niemożliwe, gdyż piłkar- 18 ki leczyły kaca po sobotniej dyskotece w zupełnie cudzych rę- kach (St. Austell, za pośrednictwem TV satelitarnej i Internetu, starało się być na bieżąco z obyczajowością), mój mąż zrzucał z siebie przebranie dobrego wujka piłki ręcznej, czyli brata piłki nożnej i zamieniał się w członka (nomen omen) rady St. Au- stell. To przebranie wymagało zaś od niego wizyty w kilku pu- bach. I wszystko to w czasie, gdy ja musiałam bawić Geraldine Osborn i Mary Bedford rozmową o urokach życia na wsi! Sportowy kabriolet Roberta, z niemieszczącą się w bagażni- ku perkusją... Piece Marshala w salonie i rockandrollowy łomot docierający z wiatrem aż do Duporth... Sztuczne ognie, prochy i jak zawsze, wszędzie rzygowiny. Zupełnie obcy ludzie gżący się w moim łóżku, łajno naniesione z pola do kuchni (znowu ta symbolika, od której nie sposób uciec Robercie, mój mężu), łajno w salonie, łajno na schodach, wszędzie ślady krowich od- chodów. Henry Osmond, rzucający przydługie dowcipy przez całą długość holu i kompletnie zalana Geraldine Osborn, usi- łująca przekrzyczeć przy mikrofonie Mary Bedford. Dwie ja- snowłose wyznawczynie najstarszego w świecie kultu, tłukące się po głowach mikrofonem, niczym jakimś współczesnym symbolem fallicznym jakichś tam Celtów, wrzeszczące do sie- bie w  prastarym języku (gaelickim?), którego nie trzeba było wcale studiować, by zrozumieć o co chodzi. Pierwotne wycie na pierwotny temat. Ale, ale – czyż nie znajdowaliśmy się na wsi – miejscu orgiastycznego oczekiwania na zrównanie dnia z nocą, człowieka z naturą i kobiety z mężczyzną? Najpóźniej o  dziewiątej, w  poniedziałek, wszyscy musieli już być w Londynie. To znaczy Robert musiał, a związku z tym (to znaczy z nim) musieli tam też się znaleźć Geraldine, Mary i Henry (o ile Henry akurat nas odwiedził). I kto miał ich tam zawieźć, jeśli skończyli pić przed świtem? No kto? To też zgad- nijcie. Trzeba było wstać naprawdę wcześnie. Potem jeszcze zro- bić śniadanie dla wszystkich, bo Gloria za żadne skarby nie przyszłaby z Duporth przed świtem, natomiast jej nocleg u nas nie wchodził w rachubę. – Ja też, proszę pani, mam swoje życie – powiedziała mi kiedyś, pociągając dumnie nosem, gdy nieśmiało próbowałam jej zaproponować zostanie na noc. 19 W  międzyczasie, to znaczy mniej więcej w  trakcie przy- gotowywania śniadania, należało także dobudzić Geraldine Osborn i Mary Bedford (jeśli ta ostatnia akurat nocowała u nas – bo Geraldine nocowała zawsze). Właściwie najpierw cieszyła mnie ta okazja do odwiedzin własnego domu w  Londynie i  możliwość ponownego zoba- czenia Regent’s Park (nadal tam miałam sporo swoich rzeczy – głównie garderoby, ale również i  wiele osobistych drobia- zgów). Przynajmniej dopóki nie odkryłam w  naszej sypialni olejnego aktu Mary Bedford, naturalnej wielkości, nad swoją połową łóżka (akt był, za przeproszeniem, jeszcze mokry). Kto jeszcze więc pragnął wtedy zabić Roberta? Teraz miałam się tego dowiedzieć. 20 Rozdział II 1. – Zapowiadają przejaśnienia podczas weekendu – poin- formował mnie Robert przez telefon, dzwoniąc pewnego dnia z Londynu. – To znaczy, że przyjedziesz? Wolałam się upewnić, gdyż ładna pogoda mogła podsunąć mu zgoła inny pomysł. – Myślę, że można by urządzić małe przyjęcie. Wiesz, nic zobowiązującego, tylko najbliżsi znajomi i paru sąsiadów z Porthpean. Robert uwielbiał, jak już wiecie, rolę tweedowego gospo- darza. – Dobrze. Porozmawiam z nimi – odpowiedziałam. Chyba wyczuł rezerwę w moim głosie, bo dodał: – Zoba- czysz, będzie całkiem miło. Roger zapowiedział ognie sztucz- ne. Można by także zorganizować jakąś zabawę w ogrodzie; już dawno nie urządzaliśmy na przykład zawodów balonowych... Lubisz je, prawda? Roger Cavendish był dyrektorem artystycznym i  współ- właścicielem agencji reklamowej Graphicus w  Londynie. Drugim współwłaścicielem była Brenda Blake, zwana przez Roberta Black Brandy. Niemniej to Robert wyłożył większość pieniędzy na stworzenie agencji i to on tak naprawdę czerpał z niej największe korzyści. Roger Cavendish byłby uderzająco pięknym mężczyzną, gdyby w takich kategoriach oceniano urodę mężczyzn. Jednak słowo piękny w  jakiś szczególny sposób do niego pasowało. Może było coś miękkiego w tym okazałym, barczystym męż- czyźnie o regularnych rysach twarzy i proporcjach greckiego posągu i  to coś, przy bliższym poznaniu, rozczarowywało. Aksamitny Roger Cavendish, z  wielkimi jak bochny chleba, a mimo to kształtnymi dłońmi, w żadnym razie nie nadawał się na boksera. Za bardzo dbał o  siebie. Olśniewający bielą 21 uśmiech, szpakowate, o  doskonale dobranej długości, sta- rannie przystrzyżone włosy i  nienaganne marynarki, zawsze pasujące kolorem do skarpetek, nie budziły, mówiąc wprost, zaufania do Rogera Cavendisha. Za to Brendy Blake, szczerze rzekłszy, natura nie obda- rowała zbyt hojnie. Niemniej Brenda była żywym dowodem na to, ile można dokonać umiejętnie tuszując niedoskonało- ści ciała. Lecz jej sukces nie na tym bynajmniej polegał. Ta niewysoka brunetka ze skłonnościami do tycia, o dość sym- patycznej, choć w  gruncie rzeczy pospolitej twarzy, miała bowiem coś, co zdecydowanie wyróżniało ją spośród innych. Charakter. I autentyczny... no cóż muszę to przyznać, wrodzo- ny wdzięk. O  tak, silna osobowość Brendy robiła wrażenie. Wykształcona, oczytana, pewna siebie do granic bezczelności i błyskotliwa Brenda Blake owijała sobie mężczyzn wokół pal- ca z szybkością polującej na świnki pekari anakondy. Umiała wybrnąć z każdej sytuacji, pokrywając gafy celnym dowcipem i  nic sobie nie robiła z  porażek (których zresztą rzadko do- świadczała). – Wiem, że mam podły charakter, Hellen – powtarzała mi czasem. – Jestem egoistką, uwielbiam pieprzyć się z facetami i nie boję się Boga. Prawdę mówiąc, powinnaś pluć pod nogi takiej likwidatorce piekła jak ja... A jednak mój libertynizm cię pociąga, prawda? Próbujesz mnie nawet naśladować, czyż nie? Niestety, rzeczywiście tak było. Brenda imponowała mi. Wszystkim. I nic nie mogłam na to poradzić. Miała swój styl, którego nawet nie potraię opisać. W jej sposobie bycia było coś lekkiego, eleganckiego, pełnego jakiegoś egzotycznego uroku, coś, czego nigdy nie nauczył mnie Robert. Wyrainowana, światowa i cyniczna Brenda oraz jej męski odpowiednik, Roger Cavendish (tak na sto procent nie dowie- rzałam jego męskości); nie lubiłam ich, choć nigdy nic złego mi nie uczynili. Wręcz przeciwnie, okazywali, by tak rzec, wie- le kurtuazji. I za tę kurtuazję, podszytą aż nazbyt jawnie pro- tekcjonalnością, miałam prawo ich nie lubić. Teraz mogłam się spodziewać obojga w Porthpean, bo nie- szczęścia zawsze chodzą parami. – Czy Brenda też będzie? Chciałam mimo wszystko się upewnić. 22 Usłyszałam z  drugiej strony słuchawki westchnienie Ro- berta. – Wiem, że nie przepadasz za nią – powiedział – mimo że ona czuje do ciebie autentyczną sympatię. Jesteś uprzedzona. Masz kompleks Kopciuszka wobec Brendy. Zupełnie jednak niepotrzebnie. Brenda szanuje twoją odrębność, może nawet ci jej zazdrości. Już przyzwyczaiłam się do psychoanalitycznych wywodów Roberta i nie robiły na mnie wrażenia. Pomyślałam tylko, że jeśli Brenda istotnie szanuje moją odrębność, to ten niezgrab- ny dureń tylko właśnie ją w tej chwili potwierdził, przyznając niechcąco, że nie należę do świata Brendy. Nie chciałam, żeby ktokolwiek, jej i  Rogera pokroju, darzył mnie „autentyczną” sympatią, jaką odczuwa się do małpek w zoo. Zatem miałam przed sobą Brendę Blake i Rogera Caven- disha i, jakby ich było już nie dość, jeszcze te zawody balo- nowe! Zabawa polegała na znajdowaniu rozwieszonych w ogro- dzie baloników. Należało je odszukać już po zmierzchu, bez użycia światła. Każdy znaleziony balonik przekłuwało się. Zwyciężał oczywiście ten, kto przekłuł ich najwięcej. Nie wiem, kto ją wymyślił. Ale ci intelektualiści za nią przepadali. Zwłaszcza Roger Cavendish, co Brenda traktowała z matczyną wyrozumiałością. Prawdę rzekłszy, nigdy nie rozumiałam związku łączącego ją z Rogerem. Wydawali się, na pierwszy rzut oka, parą ideal- nie zgranych przyjaciół, lecz nic ponadto. Jednak musiała ich łączyć jakaś ukryta zależność i  wszystko wskazywało na to, że nie była to zależność wyłącznie inansowa. Brenda bałwo- chwalczo liczyła się z opinią Rogera i to, jak zauważyłam, nie tylko w kwestiach zawodowych (Brenda była z kolei dyrekto- rem handlowym agencji). – Kogo jeszcze zaprosiłeś? – Sarę Rawlins... – odparł, z niejakim, jak mi się wydawało, wahaniem. – Chyba jej nie znasz. Całkiem dobrze zapowiada- jąca się aktorka. Zobaczysz, spodoba ci się... – Młoda? – Owszem. Dość młoda. Ale jedynie młodzi bywają zdolni... Na dźwięk tych słów ścisnęło mnie coś w dołku. 23
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Alibi
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: