Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00358 005429 13647861 na godz. na dobę w sumie
Ambassada. Co by było, gdyby Hitler nie miał wąsów...? - ebook/pdf
Ambassada. Co by było, gdyby Hitler nie miał wąsów...? - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Agora Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-681-280-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Mela i Przemek przyjeżdżają do Warszawy, aby zająć się mieszkaniem wuja. Okazuje się ono nie tylko luksusowe, lecz także niezwykłe. Melania, zgłębia historię domu i odkrywa, że przy ulicy Piusa 17 – dziś Pięknej – przed wojną znajdowała się niemiecka ambasada. Winda, która znajduje się w budynku, nie tylko przenosi mieszkańców z piętra na piętro, umożliwia też podróż w czasie: ze współczesności do sierpnia 1939 roku. Czy przybysze z przyszłości zdążą zapobiec wybuchowi II wojny światowej? Powieść – na podstawie scenariusza Juliusza Machulskiego – opowiada i dopowiada losy bohaterów jego najnowszej komedii „Ambassada”.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

KOREKTA Emilia Niedzielak ŹRÓDŁA ZDJĘĆ Piotr Bujnowicz i Marta Piskorek/Fabryka Obrazu. NEXT FILM OPRACOWANIE GRAFICZNE Elżbieta Wastkowska REDAKTOR NACZELNY Paweł Goźliński PRODUCENT WYDAWNICZY Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak KOORDYNACJA PROJEKTU Katarzyna Kubicka WYDAWCA Agora SA ul. Czerska 8/10 00-732 Warszawa © Copyright by Agora SA 2013 © Copyright by Juliusz Machulski 2013 Wszelkie prawa zastrzeżone Warszawa 2013 ISBN: 978-83-268-1280-4 Druk Drukarnia Perfekt (cid:12)(cid:5)(cid:11)(cid:2)(cid:13)(cid:8)(cid:2) (cid:16)(cid:5)(cid:8)(cid:18)(cid:5)(cid:16) (cid:13)(cid:2) (cid:15)(cid:14)(cid:4)(cid:17)(cid:18)(cid:2)(cid:20)(cid:8)(cid:5) (cid:17)(cid:3)(cid:5)(cid:13)(cid:2)(cid:16)(cid:8)(cid:19)(cid:17)(cid:21)(cid:2) (cid:9)(cid:19)(cid:11)(cid:8)(cid:19)(cid:17)(cid:21)(cid:2) (cid:12)(cid:2)(cid:3)(cid:7)(cid:19)(cid:11)(cid:17)(cid:10)(cid:8)(cid:5)(cid:6)(cid:14) * * * Mam na imię Melania, przepraszam, nie moja wina, chociaż osobom z takim imieniem nie powinno się przydarzać to, co mi się przydarzyło. Co innego Jo- anna, Helena, Maria, niechby Margaret albo Angela. Ale żeby Melania zmieniła bieg historii? Mnie samej trudno w to uwie- rzyć, a teraz będę jeszcze was próbowała przekonać, że to nie blaga, ściema, bujda ani kit. Ale przysięgam na klapki mojej matki i sandały ojca, że to wszystko prawda. Z Ribbentropem, Hitlerem,Enigmą i drugą wojną,której w końcu wcale nie było z powodu pewnego kota. I windy. Oraz szafy. Zaraz, ale po kolei, wybaczcie, mam skłonność do wybiega- nia w przyszłość, choć cała ta historia jest o tym, jak wywiało mnie siedemdziesiąt lat do tyłu. A potem znowu do przodu i do tyłu, i znowu w przód... Melania, uspokój się! Opowiadajżeż po kolei! Tak mówiła mi matka i profesorowie z Akademii Teatralnej, mojej Alma Mater i Pater Noster w jednym.Skaranie boskie z tą Melą – powtarzał dziadek. I wszyscy oni mieli rację. Dlatego muszę się skupić i zacząć od początku.Ale gdzie jest początek tej historii? Jak zaczęła się ta moja przygoda zakręcona jak czter- dzieści cztery słoiki? Mam! || 55 || 1 Chociaż wróciłam do Warszawy po dwóch latach wygnania, na Nowym Świecie wszystko było po staremu. Przechodnie sunęli niespiesznie w popołudniowym słońcu, przystawali i spoglądali za siebie, jakby zastanawiając się, skąd właściwie się wzięli w tym przetrąconym mieście, gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje... – resztę piosenki znacie. Chłopak w kraciastej koszu- li bił pięścią w ścianę obok bezdusznego bankomatu, chociaż to przecież nie maszyny wina, że kasa się skończyła prawie dwa tygodnie przed wypłatą. Długowłosy grubas w spranej koszuli, usadowiony w ogródku piwnym, rozejrzał się ostrożnie, przy- gryzł wargi, szybkim ruchem wydobył buteleczkę z kieszeni i wlał pięćdziesiątkę do kufla. Królewskie pojaśniało. Pasażerowie rozpłaszczyli się na szybie autobusu, Indianie rozkładali stoisko z kompaktami, a ja pielęgnowałam swoją splendid isolation. Jak? Wkładasz słuchawki w uszy, i już. Dźwięki zabierają cię daleko, a wszystkie zadręczające cię drobne kłopoty stają się zwykłymi drobnymi kłopotami. Święty Antoni, święty Antoni, Serce zgubiłam pod miedzą. Oj, co to będzie, święty Antoni, Gdy się sąsiedzi dowiedzą – sączyła mi do ucha Ordonka, a ja zupełnie niepotrzebnie gapiłam się na zegarek – od patrzenia czas raczej nie przyspieszy. Zamknęłam oczy i zaczęłam w duecie z Ordonką przekonywać świętego Antoniego, że noce takie są upalne, a słowiki spać nie dają, gdy jakiś cień przesłonił mi słońce. || 77 || Melania Reiter Pomyślałam, że to nic takiego. Chmura zaraz popłynie dalej. Ale cień nie dawał za wygraną, coś krzyczał i roztaczał wokół siebie intensywny zapach płynu po goleniu. Otworzyłam oczy. Cień okazał się chłopakiem przed trzydziestką, skądinąd całkiem do rzeczy. Stał, wrękach trzymał opasły tom „Dzienników” Mrożka i krzyczał: – Książka pani spadła! Zdjęłam słuchawki. – Mam nazieję, zie się nie śtłukła! – odpowiedziałam, uśmie- chając się do niego głupawo. Chłopak zrobił minę, jakby właśnie przemówiło do niego cielę. – O czym pani mówi? – przekładał Mrożka z ręki do ręki, jakby go parzył w palce. – Boi się pan ksiąziek? Nie gryzą. – Upadła, to podniosłem – położył książkę na blacie obok szklanki z latte, wsunął mój futerał z saksofonem pod stolik, przy- ciągnął krzesło i rozsiadł się z nadzieją na Bóg wie co. – Pani mnie nie pamięta? Przecież przetańczyliśmy parę ładnych kawałków w Pawilonach. – Pomyłka. Ja tam nie bywam, prosię pana. W troście o dusię – odpowiedziałam, ocierając usta wierzchem dłoni. Chłopakowi żyły wyszły na czoło. Chyba poszukiwał skojarzeń z duszą. – Biblioteka! Na BUW-ie! No jasne, jak mogłem zapomnieć! – Nie chodzię do bibliotek. Powietsie za suche, kaźdy lekaź to panu powie. Szczęka chłopaka zawisła nisko nad ziemią, ale walczył dalej. Wyciągnął rękę. – Wiesiek jestem. – Anzielika – nie wiem, skąd wytrzasnęłam to imię, ale nada- wało się idealnie. – Rety, kozackie! Czekasz na kogoś? Może dasz się namówić na ciastko? || 88 || || 88 || AMBASSADA – Jasne – odpowiedziałam natychmiast i chyba nawet przy- gryzłam dolną wargę na zachętę. Chłopak zerwał się i sprężystym krokiem pocwałował w stronę baru. – Nie wieś, na które pytanie ci odpowieziałam! – krzyknęłam za nim, ale chyba nie usłyszał, albo nie chciał usłyszeć. Zresztą już wracał i choć uśmiech podtrzymywał przy życiu już tylko siłą woli, brnął dalej. – Jak cię tylko zobaczyłem, pomyślałem sobie: „Ta dziewczy- na jest inna niż wszystkie”. Przypominasz mi moją matkę, na pewno chciałaby cię poznać... – wyszczerzył się, więc mogłam ustalić, że uzębienie miał w przyzwoitym stanie z wyjątkiem lewej górnej piątki kwalifikującej się do extractio. Ale ten hamburge- rowy chuch. Katastrofa. – To jak, dasz mi szansę? – spytał jakoś tak niemrawo. – Siansia na ciastko? – Szansa na sukces! Święty Antoni, święty Antoni, i jak tu z takim zbłądzić pod miedzą? Nie mówiąc o zgubionym sercu i dalszych konsekwen- cjach. Ale to – jak wiadomo – nie są sprawy dla świętych, same musimy sobie dawać radę, więc jeszcze jeden jego krzywy uśmiech, moja równie krzywa odpowiedź i szept: – No dobzie. Ale psipilnuj mi instrumentu. Idę siusiu. Wiem, to było okropne, głupie i w ogóle nie do przyjęcia, ale nie mogłam się opanować. Naprawdę to było silniejsze ode mnie. Wstałam. Ale to nie było takie zwykłe wstawanie. To był balet, bardzo nowoczesny, na chwiejnych, wykręconych nogach z trudem utrzymujących w pionie całą resztę mojej śmiertelnej powłoki. Poczłapałam przez kawiarniany ogródek, powłócząc nogami, zataczając się, jęcząc i sapiąc. Opierałam się o każdy stolik, przewracałam butelki z mineralną i kieliszki z prosecco. Przerażeni klienci podrywali filiżanki z kawą razem ze spodeczkami, a ja || 99 || || 99 || Melania Reiter przepraszałam i się uśmiechałam, więc ludzie odwzajemniali uśmiech, przyprawiając go obficie litością. W drzwiach restauracji odwróciłam się i posłałam Wieśkowi powłóczyste spojrzenie. W jego oczach była panika. Schowałam się za zasłoną i patrzyłam przez okno, jak ciska na stolik dwie dychy i ucieka, jakby goniło za nim stado dzików. – Może potrzebuje pani pomocy? – spytał jakiś starszy pan pod krawatem przypominającym szczura zagłodzonego na śmierć. W jego oczach nie było nachalności. Naprawdę chciał mi pomóc. Odetchnęłam. – Nie, już wszystko w porządku – odpowiedziałam i swobod- nym krokiem wróciłam do ogródka. – Koniec przedstawienia. Starszy mężczyzna odprowadził mnie wzrokiem. Podrapał się po głowie. Chyba zrozumiał. W ogródku całe szczęście był już Przemek. A właściwie to nie do końca był. Jego obecność od pewnego czasu wydawała mi się częściowa, by nie powiedzieć znikoma. Objął mnie, jak to on, ostrożnie, jakby znudziła go już bliskość między nami. Jasne! Dwa lata małżeństwa, czas na pierwszy kryzys. Ale przecież się nie damy, prawda? Znowu założyłam słuchawki. Noce takie są upalne I słowiki spać nie dają, A przez okno do mej izby Jakieś strachy zaglądają – śpiewała Ordonka, chyba specjalnie dla mnie. 2 Poszliśmy w dół Nowego Światu. To znaczy ja rwałam do przodu, a potem czekałam na Przemka, który w milczeniu targał futerał jak kulę na łańcuchu. Rozgadał się dopiero przed paskudnym gmaszyskiem o oknach ciemnych jak oczy mor- dercy. Bank Gospodarki Krajowej – tyle dowiedziałam się z zakrę- conego napisu wyrytego na fasadzie. – I pomyśl, że gdyby tylko chłopakom się udało, nie byłoby drugiej wojny światowej – Przemek z ulgą postawił futerał na szczerbatym chodniku. – Ty znowu swoje! Masz chyba obsesję... Nie słyszał mnie. Coraz lepiej mu to wychodziło. – Pomyśl tylko. Bomba, była o... – wyciągnął rękę w stronę sztucznej palmy na rondzie de Gaulle’a. – Wyobraź sobie: tu bomba, tam, w oknie saperzy z detonatorem, ulicą jedzie Adolf i nagle buch, wódz przeprowadza się do Walhalli razem z całą swoją bandą. Jest trzydziesty dziewiąty rok, nie ma wojny, nie ma Jałty, nie ma powstania, Baczyński żyje, miasto kwitnie, bajka! A wiesz, czemu się nie udało? – Saper się zawahał – opowiadał mi tę historię po raz iksty- sięczny cielętnasty. – Właśnie! Mnie by nie zadrżała ręka. – A ja nie wiem. – Nie wiesz? Przecież to był Hitler, ten potwór Adolf Hitler! – Do trzydziestego dziewiątego jeszcze nie zdążył narozrabiać. – Jezu, Mela, co ty wygadujesz? || 1111 || Melania Reiter – Ja się tylko zastanawiam, czy byłabym w stanie zabić człowie- ka, który jeszcze nie zrobił nic, za co mógłby dostać czapę. – Nic? A Austria, Czechosłowacja, noc kryształowa, obozy koncentracyjne? Mało ci? Wiesz co? Masz rację, to był ktoś taki jak ty! Saper z miękkim sercem, sercuniem właściwie! Siedział sobie z tym detonatorem i myślał: „A może ten Hitler nie jest taki całkiem zły? Malutki, ze śmiesznym wąsem, tak w ogóle do Chaplina podobny, poza tym to wegetarianin, czy jak ktoś nie je mięsa, to może być złym człowiekiem?”. No i mamy, to co mamy! Dobrze, że nikt nie zwracał uwagi na tę naszą idiotyczną awan- turę. Ewidentnie kwalifikowaliśmy się na wizytę u psychiatry. Ale warszawiaków, zdaje się, niewiele obchodził Hitler, bomba i drżąca ręka sapera. Wylewali się z czerwonych tramwajów, roz- pychali łokciami, wyskakiwali z biur i knajp w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogliby zapalić. Inni po prostu drałowali przez siebie, w stronę placu Trzech Krzyży albo Dworca Centralnego. Młodzi z nosami w ekranach smartfonów potykali się o sterczące płytki chodnikowe i siebie nawzajem. Staruszkowie wyglądali, jakby zbrzydło im nawet wznoszenie rąk ku niebu. Spojrzałam na zegarek. Byliśmy już spóźnieni. – Gdzieś ty zostawił ten samochód? Nasze równie masywne, jak leciwe volvo stało tuż obok. Przemek wrzucił futerał do bagażnika i zamarł, z rękami na masce, wpatrzony w budynek banku. A raczej w jego przeszłość. 3 Z aparkowaliśmy na Pięknej i był to pierwszy z całej serii cudów, jakie przydarzyły nam się w ciągu kolejnych dwóch tygodni. Wyszperałam wmózgu adres, zgadzał się i nie zga- dzał, bo dom, do którego mieliśmy zaraz wejść, obrastał bluszcz, równie szary i wysuszony jak odrapane mury. Na dole krzykliwy szyld kusił ofertą tanich lotów – stówka i jesteś, bracie, w Göteborgu czy innym końcu świata. Wyglądało na to, że budynek, który prze- trwał wojnę światową, pół wieku komuny i kawał wolnej Polski, właśnie nam zawali się na głowy. Spojrzałam na Przemka. Wyglądał, jakby połknął sporej wiel- kości piłkę i właśnie zaczynał się dusić. – Stryj mówił coś o uroczym zakątku i odrobinie luksusu w sercu Warszawy... – wysapał. – W każdym razie Ritz to nie jest – próbowałam żartem rozładować sytuację, ale zdaje się, że nie wyszło. Dobrze wie- działam, jak potoczy się ta rozmowa. Pretensje, złość, milczenie, eksplozja. Kompletnie bez sensu, jak cały ten pomysł z przepro- wadzką. – To tylko miesiąc – Przemek robił dobrą minę do złej gry, ateraz to ja dla odmiany milczałam. – Zachowujesz się, jakby to była moja wina! – krzyknął. – Bo to ty nas tu przywiozłeś. Moja książka, książunia, będą warunki, luksus, skończę, nareszcie, a potem już tylko ty... Naiwna idiotka. || 1133 || Melania Reiter – Przestań! Mam powiedzieć, że jest mi przykro, bo chciałem coś zmienić? Proszę bardzo, tak, jest mi przykro. Nie wyszło. Wracamy. Zadowolona? Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w stronę samocho- du. Zaczęłam krzyczeć za nim, że tak nie można, że wypada przynajmniej powiedzieć stryjowi, że rezygnujemy. Dotarło do niego, więc zawrócił, ale oczywiście musiał wydąć te swoje wargi, które wydawały mi się kiedyś nie mniej seksowne niż jego mózg. A teraz? Wargi te same, więc może coś z mózgiem? Przemek podszedł do drzwi kamienicy i zgarbił się przed domofonem. Sprawdził kilkukrotnie, przejechał palcem po matowych przyciskach i rozłożył ręce: – Nie ma trzydziestego trzeciego. Kamienica się sypie, stry- jek wyparował, zostałem na lodzie. Normalka. – Może do niego zadzwonisz? Przemek wciągnął na twarz minę naburmuszonego dziecia- ka. Tak robił zawsze, gdy przypominałam mu o oczywistoś- ciach zbyt oczywistych, by zaplątały się w bezcennych zwojach jego szarej masy. Wygrzebał telefon z kieszeni, wybrał numer i przestępując z nogi na nogę, czekał na połączenie. W takich chwilach zawsze wydawał mi się bezbronny i śmieszny. Jak postać z kreskówki, która ma jednak tę wadę, że nie można jej przytulić. Z Przemkiem to się udawało, przynajmniej do czasu. Stryj w końcu odebrał, Przemek warknął do słuchawki, wsłuchał się w odpowiedź, zrobił wielkie oczy i się rozłączył. – Szesnaście – powiedział. – Piękna szesnaście, a nie pięt- naście. Jak ty to zapisałaś? – Tak jak mi kazałeś. – Ty zawsze coś poprzekręcasz! – Hej, wyluzuj, to tylko zły numer. Nabrał powietrza i wyrzucił z siebie godny Hamleta mono- log o tym, jak bardzo się stara i czego nie dostaje w zamian. || 1144 || AMBASSADA Przypominał po kolei każdą naszą kłótnię, każde ciche popołudnie i był tym tak zafrasowany, że dał mi się wziąć za rękę i przeprowadzić na drugą stronę ulicy. – I co? – zapytałam przymilnie. – Teraz chyba lepiej? Przed nami popisywała się niezbrukaną jeszcze przez graffi- ciarzy bielą fasada nowiutkiego apartamentowca. Wyglądał jak akwarium dla naprawdę grubych korporacyjnych ryb. Objęłam Przemka i skubnęłam go w ucho. – Wygląda na doskonałe miejsce, żeby pewien arcyzdolny facet skończył swoją wielką książkę... Przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Przez chwilę znów było mi nieprzyzwoicie dobrze. – Skończy, jeśli pewna piękna dziewczyna będzie wciąż blisko niego – zerknął za siebie, na starą kamienicę. – Tu rudera, tam luksus. Pokręcone miasto ta Warszawa, co? Niedostępne w wersji demonstracyjnej. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki w serwisie
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ambassada. Co by było, gdyby Hitler nie miał wąsów...?
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: