Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00527 007821 11499817 na godz. na dobę w sumie
Ameryka. Polityka, prawo, społeczeństwo - ebook/pdf
Ameryka. Polityka, prawo, społeczeństwo - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Aspra Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7545-520-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> naukowe i akademickie >> politologia
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

'Czytelnik otrzymuje podstawowe, klarownie podane informacje związane z powstaniem i rozwojem Stanów Zjednoczonych, które ukazane z punktu widzenia tak zróżnicowanych dziedzin jak historia, polityka zagraniczna, militarna i imigracyjna, ustrojowe i prawne zasady działania państwa, gospodarka, szkolnictwo, religia, media i szeroko pojęta kultura - słowem książka przekazuje kompleksową wiedzę o Stanach Zjednoczonych.'
prof. dr hab. Elżbieta H. Oleksy (Uniwersytet Łódzki)

'Autorzy w krótkich esejach zawierają zarówno historię omawianej przez siebie problematyki jak i współczesne jej uwarunkowania. Podkreślają też atrakcyjność wzorców amerykańskiego stylu życia dla współczesnego świata. Praca stanowi kompendium wiedzy o dziejach i polityce Stanów Zjednoczonych i może zainteresować wszystkich, którzy chcą poznać to państwo z istniejącą tam różnorodnością instytucji, ludzi oraz tradycji.'
prof. dr hab. Izabella Rusinowa (Uniwersytet Warszawski)

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego Warszawa 2014 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Recenzenci Prof. dr hab. Elżbieta Oleksy Prof. dr hab. Izabella Rusinowa Projekt okładki Barbara Kuropiejska-Przybyszewska Skład i łamanie OFI, Warszawa Korekta Zespół © Copyright by Ofi cyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2014 © Copyright by Zbigniew Lewicki Wszelkie prawa zastrzeżone. Każda reprodukcja lub adaptacja całości bądź części niniejszej publikacji, niezależnie od zastosowanej techniki reprodukcji (drukarskiej, fotografi cznej, komputerowej i in.), wymaga pisemnej zgody Autorów i Wydawcy. Wydawca Ofi cyna Wydawnicza ASPRA-JR 03-982 Warszawa, ul. Dedala 8/44 tel. 602 247 367, fax 22 870 03 60 e-mail: ofi cyna@aspra.pl www.aspra.pl ISBN 978-83-7545-520-5 Objętość 17,6 ark. wyd. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Spis treści Wstęp Zbigniew Lewicki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Kolonizacja i imigracja Zbigniew Lewicki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9 Polityka imigracyjna Wojciech Kwiatkowski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 25 Zarys historii Zbigniew Lewicki. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 39 Polityka zagraniczna i militarna Tadeusz Chabiera. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 59 Zasady ustrojowe i prawa jednostki Wojciech Kwiatkowski . . . . . . . . . . . . . 91 Partie polityczne i grupy nacisku Tomasz Płudowski . . . . . . . . . . . . . . . . . 109 System władzy Wojciech Kwiatkowski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 125 System prawny Wojciech Kwiatkowski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 147 Gospodarka Zbigniew Lewicki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 161 Pomoc publiczna Wojciech Kwiatkowski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 181 Religia Zbigniew Lewicki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 197 Edukacja Zbigniew Lewicki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 215 Media Tomasz Płudowski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 231 Relacje rasowe Tomasz Płudowski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 247 Kultura Tomasz Płudowski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 261 Noty o autorach . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 277 5 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Wstęp Dzięki nowoczesnym mediom Stany Zjednoczone przestały dla Europejczy- ków stanowić jedynie przedmiot odległego „marzenia amerykańskiego”, a stały się codziennym niemal tematem relacji telewizyjnych i gazetowych, nie mówiąc już o bezustannej obecności w naszym życiu amerykańskich serwisów interne- towych. Ponieważ jednak, jak mówi angielskie przysłowie, „bliska znajomość niszczy szacunek”, żaden kraj, jego instytucje czy obywatele nie są wystawieni na tak powszechną krytykę wszystkiego niemal, co robią, lub czego nie robią. Po części są to zapewne opinie uzasadnione, przede wszystkim jednak wyni- kają z braku wiedzy o ludziach, którzy w ciągu zaledwie 400 lat przekształcili kilkudziesięcioosobowe osady na brzegu Atlantyku w państwo kontynentalne i najpotężniejsze mocarstwo świata. Stany Zjednoczone swą historię wywodzą od brytyjskich osadników, ale po- tęgę zawdzięczają umiejętności wchłaniania kolejnych wzorców kulturowych, dzięki czemu naród amerykański skuteczniej niż jakikolwiek inny dostosowy- wał się do gwałtownych przemian politycznych i gospodarczych zachodzących w ostatnich dwóch stuleciach. Czyniąc to, nie zatracił zarazem swoich specyfi cz- nych cech: indywidualizmu, czyli reguły polegania w pierwszej kolejności na sobie, a nie na państwie, oraz wyjątkowości, czyli przekonania o doskonałości obranego modelu i potrzeby propagowania go możliwie szeroko. Przedstawiany tu zbiór artykułów ma na celu przybliżenie tego fenomenu polskiemu odbiorcy nie w formie skomplikowanych wywodów teoretycznych, lecz możliwie przystępnych prezentacji elementów składowych pojęcia „ame- rykańskości” – od historii pierwszych osadników po najnowsze (w momencie publikacji) działania globalne Stanów Zjednoczonych. Publikacji takiej brakuje na polskim rynku, a jej potencjalnymi odbiorcami mogą być wszyscy, którzy pragną rzetelnej, a zarazem przystępnej wiedzy o cywilizacji stale obecnej w ży- ciu znaczącej części mieszkańców globu. Zbigniew Lewicki 7 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Zbigniew Lewicki Kolonizacja i imigracja Pierwsze wyprawy europejskie na kontynent północnoamerykański były dziełem odkrywców hiszpańskich, francuskich, holenderskich i skandynaw- skich. Nie miały one jednak charakteru osadniczego lecz jedynie komercyjny, gdyż zakupione od Indian skóry i futra można było sprzedać w Europie z dużym zyskiem. Hiszpanie natomiast, którzy przybywali z Ameryki Południowej, po- szukiwali złota, co jednak nie przyniosło rezultatu. Także angielska obecność na kontynencie amerykańskim miała początkowo charakter komercyjny, gdyż po odkryciu wielkich ławic rybnych u wybrzeży Nowej Fundlandii zaczęły tam przybywać kutry angielskie. W 1579 r. natomiast sir Francis Drake, uciekając przed Hiszpanami, przybił do lądu w okolicach dzi- siejszego San Francisco i nazwał ten rejon Nową Anglią, Nova Albion, czego nie należy mylić z późniejszą o pokolenie, identyczną nazwą wschodniego wybrze- ża Ameryki. Ani Drake jednak, ani władcy angielscy nie podjęli żadnych działań mogących utrwalić panowanie Anglii nad tym obszarem. Kilka lat później sir Walter Raleigh, faworyt Elżbiety I, otrzymał od niej pole- cenie zorganizowania wypraw do Ameryki Północnej. W 1584 r. Raleigh wysłał dwa statki do Ameryki celem rozpoznania terenu, a następnie opracował plan kolonizacji. Królowa ze swej strony zgodziła się na nazwanie całego wybrze- ża Atlantyku, od Nowej Fundlandii aż po Florydę, „Wirginią” na swoją cześć jako Królowej-Dziewicy, Virgin Queen. Wielka wyprawa z 1585 r. składała się z siedmiu statków i sześciuset ludzi, którzy ustanowili osadę na wyspie Roanoke u wybrzeży dzisiejszej Karoliny Północnej. W czerwcu 1586 r. na Roanoke zawinął sir Francis Drake, a koloniści posta- nowili powrócić wraz z nim do Europy. W 1587 r. Walter Raleigh zorganizował kolejną wyprawę i w ten sposób powstała druga kolonia na Roanoke. Dowódca wyprawy odpłynął wkrótce do Anglii, by zorganizować zaopatrzenie, natomiast inni uczestnicy wyprawy pozostali na miejscu. Groźba wojny z Hiszpanią spo- wodowała jednak królewski zakaz opuszczania Anglii przez jakiekolwiek statki, i powrót na Roanoke możliwy był dopiero w 1590 r. Okazało się wówczas, że na ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 9 Zbigniew Lewicki wyspie nie było żadnych osadników. Raleigh podjął jeszcze kilka prób odnale- zienia kolonistów, ale do dziś nie wiadomo, jaki los spotkał „zaginioną kolonię” Roanoke. Po nieudanych próbach Waltera Raleigh Anglia zaniechała na jakiś czas kolo- nizacji Ameryki. Sytuacja zmieniła się dopiero po śmierci Elżbiety I w 1603 r.; jej następca, Jakub I, powrócił do idei poszukiwania złota w Ameryce. Domniemana dostępność tego kruszcu była kluczowa, gdyż w tym okresie podstawową doktry- nę ekonomiczną stanowił merkantylizm. Głosił on, że siła (i bezpieczeństwo) pań- stwa mierzone są ilością posiadanego przezeń złota. Import uszczuplał te zapasy i osłabiał państwo, pożądaną sytuacją był natomiast eksport zwiększający zasoby kruszcu. Anglia znajdowała się pod tym względem w niekorzystnej sytuacji, gdyż eksportowała jedynie wyroby wełniane, musiała natomiast importować znacznie więcej artykułów. Źródłem bogactwa mógł być jedynie rozwój kolonii, które do- starczałyby metropolii zarówno złota, jak i niezbędnych surowców. Dodatkowym czynnikiem promującym kolonizację był fakt, że liczba lud- ności Anglii zwiększyła się z 2,5 mln pod koniec XV w. do 5,5 mln w połowie XVII w. i dalszy wzrost groził istotnym zubożeniem obywateli. Emigracja ko- lonizacyjna była nader pożądana dla metropolii i Anglia aktywnie zachęcała do niej swoich obywateli. Pierwszą trwałą osadą angielską powstałą w Ameryce Północnej było James- town, choć i ono zostało początkowo utworzone w 1607 r. jako czasowe przedsię- wzięcie komercyjne. Natomiast pierwsza osada, która powstała z zamysłem trwa- łej emigracji do Ameryki, to Plymouth – założona w 1620 r. W I połowie XVII w. osada Jamestown rozwinęła się w kolonię Wirginia, a nieco później w jej sąsiedz- twie powstała kolonia Maryland. Z kolei w okolicach Plymouth powstała znacznie większa kolonia Massachusetts, z której z czasem wyrosły kolonie Connecticut, Rhode Island, a także New Hampshire. W II połowie stulecia pojawiły się Nowy Jork (wykształcony z wcześniej założonego przez Holendrów Nowego Amsterda- mu), dwie części Jersey, Pensylwania i związane z nią Delaware, a także Carolina, rozdzielona następnie na dwie części. W sumie do końca XVII w. z Europy prze- niosło się na nowy kontynent prawie 250 tys. osób. Najpóźniej, bo w latach 30. XVIII w., powstała Georgia, ostatnia z oryginalnych Trzynastu Kolonii. Wszystkie one zostały utworzone na stosunkowo wąskim pasie między wy- brzeżem Atlantyku a ciągnącym się przez ponad dwa i pół tysiąca kilometrów pasmem Appalachów. Taka wielość stosunkowo małych kolonii wynikała przede wszystkim z charakteru wybrzeża umożliwiającego przybijanie statków w wielu miejscach. Ponieważ kolonie w niewielkim tylko stopniu kontaktowały się ze sobą, nie tylko poszły one innymi drogami rozwoju gospodarczego, lecz także wykształciły zróżnicowane systemy polityczne, specyfi czne relacje między gru- pami społecznymi, a wreszcie odrębne podejście do kwestii religijnych. Podstawowym kryterium rozróżniającym kolonie angielskie w Ameryce był ich podział według stosunków właścicielskich. Część kolonii, jak Rhode Island 10 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Kolonizacja i imigracja czy Connecticut, była bezpośrednią własnością Korony i działała na postawie statutu, charter, nadanego przez króla. Znacznie więcej kolonii było własnoś- cią kompanii, czyli spółek handlowych (Jamestown, Plymouth, Massachusetts, a wreszcie Georgia). Koloniami „prywatnymi” były z kolei Nowy Jork, Pensyl- wania, Delaware, Jersey, Maryland i Carolina: król przekazywał określony teren w Ameryce wskazanej przez siebie osobie, ta zaś zajmowała się ustaleniem obo- wiązujących na nim reguł, sprowadzeniem kolonistów, inwestycjami itp. We wszystkich koloniach wykształciły się instytucje administracji lokalnej, które z zasady łączyły funkcje wykonawcze, prawodawcze i sądownicze. Działo się tak, ponieważ ani Korona, ani koloniści nie rozróżniali koncepcyjnie tych trzech sfer: władza była łączna, a nie rozdzielna. Wszędzie władzę nad kolonią sprawował mianowany przez angielskich właścicieli gubernator. Miał on szero- kie uprawnienia administracyjne, dysponował ziemią i był odpowiedzialny za kwestie obronne, w tym za organizację oddziałów armii obywatelskiej, zwanej milicją, w której służba była obowiązkowa. Gubernatora wspierała Rada, której członków wyznaczał on sam. Prawdziwą reprezentację kolonistów stanowiła natomiast izba niższa, nosząca najczęściej miano Zgromadzenia i licząca od 50 do 100 członków. W jej skład (różny w po- szczególnych koloniach) wchodzili przedstawiciele jednostek administracyjnych tworzących kolonię, a sposób ich wybierania był zróżnicowany. Zgromadzenia kolonialne miały prawo inicjatywy ustawodawczej oraz decydowania o podat- kach (częściowo także o wydatkach, w tym o pensji gubernatora) i stanowiły niewątpliwie początek systemu demokratycznego. Mieszkańcy kolonii nie oczekiwali od władz specjalnej aktywności. Wyzwo- liwszy się spod bezpośredniej kontroli Korony i urzędników królewskich w An- glii, koloniści nie dążyli do odtworzenia podobnego systemu, lecz realizowali charakterystyczną dla późniejszej Ameryki regułę nieskrępowanej inicjatywy. W Europie urzędnik państwowy reprezentuje sobą taki czy inny wymiar władzy, w Ameryce natomiast od XVII w. wykonuje jedynie prawo. Obywatel nie ma obowiązku okazywać posłuszeństwa innemu człowiekowi, a jedynie prawu. Osada Jamestown, podobnie jak inne tego typu przedsięwzięcia, była wysoce kapitałochłonna. W jej przypadku koszty założenia osady, rekrutacji pracowni- ków i dostarczenia im niezbędnych produktów wyniosły łącznie około 200 tys. funtów (około 120 mln dzisiejszych złotych). Kompania założycielska musiała zapewnić transport przez Atlantyk oraz przez dłuższy czas dowozić tam żyw- ność i wyposażenie; musiała też stale poszukiwać nowych chętnych do wyjazdu. Ponoszone nakłady miały się zwrócić z zysków ze złóż cennych metali, które spodziewano się znaleźć w kolonii. Wyprawa do Jamestown w sile 144 ludzi wyruszyła w grudniu 1606 r. i przy- była do Ameryki w następnym roku. Uczestnicy stawiali sobie za cel znalezienie złota, w związku z czym nie interesowała ich uprawa roli. Co więcej, większość przybyszów była żołnierzami, którzy pracę na roli uważali za dyshonor. Chcieli ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 11 Zbigniew Lewicki szukać złota, a nie orać czy siać. Jeszcze w 1617 r. w całej osadzie było tylko kilka pługów, a do połowy XVII w. ich liczba nie przekroczyła 150. Można powiedzieć, że przybysze dzielili się na tych, którzy nie potrafi li pra- cować, i tych, którzy pracować nie chcieli, co sprowadziło nieunikniony w tej sytuacji głód. Co gorsza, osada została umieszczona w miejscu zapewniającym jej bezpieczeństwo przed ewentualnym atakiem fl oty hiszpańskiej, a także na- paścią ze strony Indian, ale – o czym koloniści nie wiedzieli – niezwykle nieko- rzystnym dla zdrowia. W 1609 r. zmieniono organizację zarządu kompanii w Londynie, a wprowa- dzenie tych zmian wyznacza w praktyce moment, gdy osada Jamestown prze- istoczyła się w kolonię Wirginia. Kolonistom przekazano więcej uprawnień, a zarząd postanowił też przyciągnąć nowych inwestorów i kolonistów możli- wością uzyskania na własność ziemi. W ten sposób powstał system znany pod nazwą headright, „prawo od osoby”. Każdy „dawny” kolonista otrzymał prawo do 100 akrów ziemi, nowi koloniści natomiast dostawali po 50 akrów (20 hek- tarów). System ten obowiązywał mniej więcej do połowy XVIII w. Możliwość nieodpłatnego otrzymania ziemi była niezwykle atrakcyjna dla rzesz obywateli angielskich, całkowicie pozbawionych takich nadziei w ojczyźnie. Ziemia po- zwoliła budować egzystencję opartą na uprawie roli, a nie tylko na mirażu złota. Wszystkie te zmiany nie ocaliłyby jednak Wirginii, gdyby nie wprowadzenie uprawy tytoniu, która zapewniła byt kolonii. Z kolei sąsiedni Maryland powstał na mocy decyzji królewskiej, którą Karol I uregulował swoje długi wobec George’a Calverta, lorda Baltimore. Król nazwał kolonię Maryland na cześć swojej żony Marii Henrietty. Calvert był jednak katoli- kiem i powszechnie uważano, że nazwa kolonii pochodzi od św. Marii. Wirginia i Maryland to – w największym skrócie – twarz Ameryki zarad- nej: mimo wszelkich przeciwności, mimo nawet własnej nieudolności, grupa źle przygotowanych osadników osiągnęła ostatecznie sukces. To także twarz Ameryki komercyjnej, bo sukces ten miał przede wszystkim wymiar fi nansowy. I historia państwa amerykańskiego przybrałaby zupełnie inny kształt, gdyby nie jego druga twarz: religijna, moralna, skoncentrowana nie na liściach tytoniu, lecz na zasadach. To twarz kolonii Nowej Anglii. Podwaliny pod taką formę państwa amerykańskiego położyli członkowie an- gielskiej sekty separatystów. Wskutek niemożności swobodnego praktykowania swych przekonań w Anglii, gdzie dominował wrogi im Kościół anglikański, po pewnych przygodach udali się ostatecznie w 1620 r. do Ameryki. Płynęli na pokładzie statku Mayfl ower, a przed wyjściem na ląd spisali regu- ły zarządzania osadą. W podpisanym przez wszystkich dokumencie noszącym nazwę The Mayfl ower Compact (Umowa z Mayfl ower) zgodzono się, że celem nadrzędnym jest stworzenie „obywatelskiego organizmu politycznego”. Doku- ment ten nazywany był później „pierwszą konstytucją amerykańską”, ale poję- cia tego nie należy rozumieć dosłownie. The Mayfl ower Compact był jedynie 12 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Kolonizacja i imigracja rodzajem umowy społecznej, zaakceptowanej przez tworzącą się społeczność. Niemniej Umowa ustanowiła dwie podstawowe zasady: że rządy oparte są na zgodzie rządzonych, oraz że obowiązywać ma powszechna równość tak w pro- cesie tworzenia prawa, jak i wobec prawa. W przeciwieństwie do pierwszych przybyszów w Jamestown, którzy za oce- an popłynęli do pracy i na ograniczony czas, separatyści (których dużo później zaczęto nazywać Wędrowcami, Pilgrims) nie mieli dokąd ani za co wracać. Musieli pozostać w Ameryce i próbować przeżyć zimę, głód oraz zagrożenie ze strony zwierząt i ludzi. W ciągu pierwszych dwóch tygodni zmarło sześć osób, a osiem kolejnych w ciągu miesiąca, głównie na szkorbut i „ogólną niemoc”. Łącznie podczas pierwszej zimy ubyło 49 osób, czyli prawie połowa grupy, któ- ra wyszła na brzeg w Plymouth. Ci jednak, którzy przetrwali, dali Ameryce po- czątek, jaki Amerykanie chętnie pamiętają. Początkowo koloniści nie żywili wrogich zamiarów wobec Indian, ale trudno wysnuć z tego wniosek, że między Indianami a osadnikami możliwy był wiecz- ny pokój, najważniejszą zaś przeszkodę stanowił w tym wypadku stosunek do ziemi. Indianie nie operowali pojęciem „posiadania ziemi na własność” i znali jedynie pojęcie „prawa do korzystania z ziemi”. Na terytoriach kontrolowanych przez swoje plemię polowali bądź uprawiali rolę do jej wyjałowienia, po czym przenosili się w inne miejsce. Dla przybyłych z Europy kolonistów własność ziemi była natomiast wartoś- cią pierwszorzędną. Wyrażała się ona widocznymi oznakami posiadania: ogro- dzeniem, zabudowaniami, trwałym przygotowaniem pod uprawę. Ponieważ na nowym kontynencie takich oznaczeń nie było, Europejczycy uważali otaczające ich tereny za „niczyje”. Obejmowali potrzebny im teren, dla bezpieczeństwa wnosząc ustalone opłaty na rzecz lokalnego plemienia, i bezzwłocznie grodzili ziemię, zakazując wstępu wszystkim innym, a zakaz ten gotowi byli egzekwo- wać zbrojnie. Te dwa światopoglądy, wspólnotowy i własnościowy, były nie do pogodzenia, co prowadziło do stałych konfl iktów. W rok po przybyciu Wędrowcy po raz pierwszy w Ameryce celebrowali Świę- to Dziękczynienia w podzięce Bogu za opiekę, a na ucztę zaprosili też sąsiednie plemię indiańskie. W ten sposób zapoczątkowano tradycję najważniejszego ame- rykańskiego święta. Kolejne Święta Dziękczynienia były nieregularnie ogłaszane z różnych powodów aż do XIX w., a formę stałego święta państwowego ustanowił prezydent Lincoln w 1863 r. Obecnie przypada ono na czwarty czwartek listopada i jest obchodzone przez wszystkich Amerykanów, bez względu na religię, rasę czy pochodzenie. Ma swoje rytuały, w tym szczególnie specjalny jadłospis, na który składa się przede wszystkim pieczony indyk z sosem żurawinowym podawany z kartofl ami (zwykłymi lub słodkimi, czyli patatami) i serwowanym oddzielnie nadzieniem chlebowym, tradycyjnym deserem zaś jest tego dnia ciasto z dyni. Wkrótce okazało się, że wydając wystawne przyjęcie, Wędrowcy przeceni- li zebrane w 1621 r. plony. Co więcej, zima 1621/1622 r. okazała się surowa ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 13 Zbigniew Lewicki i w osadzie zapanował głód, po którym nastąpiła długotrwała susza. Władze osady ogłosiły wówczas Dzień Pokory i Postu: w upalny lipcowy dzień wszy- scy osadnicy modlili się bez przerwy przez dziewięć godzin. Następnego dnia rano zaczął padać „słodki i umiarkowany deszcz”1, który utrzymywał się przez dwa tygodnie – i Wędrowcy nigdy już nie zaznali głodu. Sporządzony wkrótce potem opis osady mówi o dwudziestu domostwach i 180 mieszkańcach, a jej wielkość nie ulegała już większym zmianom i jeszcze w 1637 r. wynosiła jedy- nie 550 osób. Główne źródło dochodu Wędrowców stanowił początkowo handel skupo- wanymi od Indian futrami zwierzęcymi, gdyż ziemia w okolicy Plymouth nie pozwalała na uprawę jakiegokolwiek zboża na skalę większą niż zaspokojenie własnych potrzeb. Wkrótce jednak zwierzyna została przetrzebiona, co zmusiło Wędrowców do znalezienia kolejnego sposobu na życie. Stała się nim hodowla bydła i sprzedawanie go mieszkańcom sąsiednich kolonii, szczególnie, że no- wym przybyszom z reguły nie brakowało pieniędzy. Rzeczywisty wpływ Wędrowców z Plymouth na ukształtowanie się później- szej historii Ameryki nie był wielki, choćby ze względu na ich ograniczoną licz- bę, ale wiele legend i opowieści na temat wczesnego okresu kolonizacji dotyczy właśnie ich. Stali się symbolem czasów pionierskich i uosobieniem cnót tego okresu, co zawdzięczają przede wszystkim XIX-wiecznym utworom literackim, których ścisłość historyczna jest nader wątpliwa, ale ładunek emocjonalny – ol- brzymi. W powszechnej świadomości są oni zresztą często postrzegani wspólnie z odrębną, znacznie większą i nieco późniejszą grupą kolonistów purytańskich z Massachusetts, których migracja do Ameryki również była spowodowana względami religijnymi. Purytanie stanowili najliczniejszą, najlepiej wykształconą i najwszechstron- niej przygotowaną grupę migracyjną całego okresu kolonialnego. Pochodzili ze znacznie wyższych sfer społecznych niż Wędrowcy, a w odróżnieniu od poprzed- nich prób migracja purytańska lat 30. XVII w. została starannie przygotowana. Wypływającą w 1630 r. z Southampton fl otyllę żegnał pastor John Cotton swym słynnym kazaniem God’s Promise to His Plantation („Obietnica Boga dla swej kolonii”)2, w którym przypominał podróżnikom, iż udają się do „ziemi obiecanej”. Gdy natomiast zbliżyli się do Bostonu, inny pastor wygłosił kazanie A Modell of Christian Charity („Model chrześcijańskiego miłosierdzia”), mają- ce ukazać purytanom głęboki, wręcz kosmiczny sens ich wyprawy. Posługując się zaczerpniętą z Kazania na Górze metaforą „miasta na wzgórzu”, kaznodzie- ja napominał swych współwyznawców: „musimy pamiętać, że będziemy jako miasto na wzgórzu i oczy wszystkich ludzi będą skierowane na nas”3. Tak się 1 Za: J.S. Smithies, America’s Christian History, Intrepid Books, Mt. Vernon 2010, s. 44. 2 Zob. http://www.archive.org/stream/godspromisetohis00cott/godspromisetohis00cott_ djvu.txt [dostęp: 20 II 2014]. 3 https://archive.org/details/AModelOfChristianCharity [dostęp: 20 II 2014]. 14 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Kolonizacja i imigracja nie działo, ale ich własne przekonanie, że tak właśnie jest, stanowiło główny element spajający i kształtujący Nową Anglię. Kazanie to jest też interpretowane jako wczesny wyraz „amerykańskiej wyjątkowości”, przekonania, że koloniści i ich potomkowie są rzeczywiście narodem wybranym. Misja, z jaką purytanie udawali się do Nowego Świata, miała z nich uczynić przykład do naśladowania – ale zarazem niedościgły wzór, z którym żadna inna społeczność nie mogła się równać. Pierwsze gminy Nowej Anglii zarządzane były przez zebrania mieszkańców, klasyczną formę demokracji bezpośredniej, co podkreśla demokratyczny cha- rakter terenów będących kolebką amerykańskiej niepodległości. Na zebraniach podejmowano decyzje w takich kwestiach, jak: czy i gdzie zbudować nowy zbór, którego kaznodzieję zatrudnić, kogo przyjąć na nowego obywatela gminy i tak dalej. Uczestnictwo w spotkaniach było obowiązkowe, a nieobecność karano grzywną. Znaczenie i częstotliwość zebrań zmniejszały się jednak w miarę poja- wiania się urzędników miejskich. Rozwój terytorialny obszaru dzisiejszej Nowej Anglii był możliwy przede wszystkim dzięki dość luźnemu zaludnieniu tych terenów przez Indian. Kolo- niści potrzebujący (albo tylko pożądający) więcej ziemi mogli zdobyć ją rela- tywnie blisko istniejących osad. Specyfi cznym powodem powstawania nowych osiedli bywał też fakt, iż z Anglii przybywały często całe kongregacje pragnące odtworzyć na nowym kontynencie swoją strukturę. Zdarzało się również, że ko- loniści, którzy nie godzili się z obowiązującą w kolonii Massachusetts doktryną religijną, nie prowadzili wyniszczającej walki wewnętrznej, lecz zakładali włas- ne kolonie. Pojęcie Nowej Anglii z biegiem lat umacniało się jako określenie nie tylko geografi czne, lecz także kulturowe, społeczne czy ekonomiczne. Obecnie jest to najmniejszy, a zarazem najbardziej homogeniczny z amerykańskich rejonów geo- grafi cznych, zajmujący północno-wschodnią część dzisiejszych Stanów Zjedno- czonych. Skoncentrowanie na tym terenie dobrze wykształconej i ceniącej wiedzę imigracji purytańskiej sprawiło, że tradycja intelektualna była tam i jest ceniona jak nigdzie indziej, silnie zarazem oddziałując na resztę kraju. Na trwałość takiego charakteru Nowej Anglii wpłynął też fakt, że aż do połowy XIX w. kolejne fale źle wykształconej imigracji zarobkowej omijały Nową Anglię. Osada Jamestown w południowej części wybrzeża Atlantyku stanowiła pierwszą trwałą obecność angielską na kontynencie, a z osadą Plymouth na północy tego wybrzeża związanych jest najwięcej amerykańskich „mitów za- łożycielskich”. Nieco w cieniu tych dwóch pionierskich obszarów powstawały w XVII w. kolejne kolonie, w tym przede wszystkim tzw. kolonie środkowe, czyli Nowy Jork i Pensylwania, a także Delaware i New Jersey. Ich znacze- nie dla kształtowania się amerykańskiej tożsamości również było nader istotne, przede wszystkim ze względu na powstałą tam tradycję pluralizmu oraz toleran- cji religijnej i etnicznej. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 15 Zbigniew Lewicki Inaczej niż miało to miejsce w Massachusetts czy Wirginii, na obszarze póź- niejszych kolonii środkowych jako pierwsi pojawili się Holendrzy. W pełni wy- korzystali fakt, że lokalne rzeki zapewniały łatwy dostęp do głębiej położonych terenów łowieckich, gdzie mieszkały wyjątkowo dobrze zorganizowane plemio- na indiańskie, i skutecznie rozwinęli skup futer. Obecność holenderska nigdy nie osiągnęła jednak większych rozmiarów z braku czynników, które zadecydowały o wielkiej skali kolonizacji angielskiej: w Holandii nie odczuwano przeludnienia, nie było znaczących obszarów biedy i nie występowały istotne prześladowania na tle religijnym. I chociaż Nowa Niderlandia była coraz lepiej zorganizowana i rosła liczebnie, osiągając w 1664 r. 10 tys. ludności, nie była w stanie oprzeć się ekspansji terytorialnej osadników angielskich. W 1664 r. Karol II odebrał te tereny Holandii, a Nieuw Amsterdam został w 1665 r. przemianowany na New York (Nowy Jork). Z kolei założyciel kolonii Pensylwania William Penn był wyznawcą kon- cepcji „państwa prawa” i zadeklarował w regulacjach konstytucyjnych kolonii, że najwyższą wartością jest prawo, któremu wszyscy, rządzący i rządzeni, pod- legają w równej mierze. Koncepcja ta stała się później fundamentem państwa amerykańskiego i jego systemu prawnego. Pensylwanię różniła też od pozosta- łych kolonii zasada wybierania Rady gubernatorskiej przez obywateli zamiast zwyczajowego mianowania jej członków przez właściciela. Pensylwania słynęła z tolerancji religijnej, co przyciągało do niej osadników, kuszonych zarazem dostępnością bardzo żyznej i taniej ziemi. Za 100 funtów (około 60 tys. dzisiejszych zł) można było nabyć obszar 2 tys. hektarów, można też było kupić mniejsze działki, a nawet tylko je wydzierżawić od władz ko- lonii. Wkrótce do Pensylwanii zaczęli przybywać religijnie motywowani imi- granci z Niemiec. Dało to początek kulturze Pennsylvania Dutch (lub Pennsyl- vania Deitsch). Słowo Dutch nie oznacza w tym wypadku „holenderski”, lecz jest zniekształconą formą przymiotnika deutsch, „niemiecki”. Ogółem w latach 1683–1775 do Pensylwanii przybyło ponad 100 tys. imigrantów z Niemiec. Nie tylko byli oni zapobiegliwi i oszczędni, lecz także starali się unikać jakichkol- wiek kłopotów i rzadko włączali się w polityczne życie kolonii. Zachowali też zarówno swoje religie, jak i cały szereg zasad życia codziennego. O ile cechą charakterystyczną osad niemieckich było ich skupienie i wza- jemna bliskość domostw, o tyle zupełnie inną strukturę miały tereny zasiedlone w Pensylwanii przez Szkoto-Irlandczyków. Mianem tym określano szkockich kalwinów, którzy w XVII w. w zamian za ziemię wyemigrowali do Irlandii w celu poskromienia buntowniczych Irlandczyków. W latach 1717–1718 pierw- sze 5 tys. Szkoto-Irlandczyków wyjechało za ocean, skąd przysyłali bardzo za- chęcające wieści: świetnej i taniej ziemi było w bród, a miejscowe władze prze- jawiały życzliwe nastawienie. Ocenia się, że ogółem za ocean wyemigrowała połowa ludności Ulsteru, czyli ponad ćwierć miliona osób. Szybko jednak zaczęto narzekać, że z pięcioma rodzinami Szkoto-Irlandczy- ków jest więcej kłopotu niż z pięćdziesięcioma innymi, i że „nie powinni się 16 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Kolonizacja i imigracja wpychać tam, gdzie ich nie chcą”4. Społeczność ta, wyjątkowo energiczna, nie- ustraszona i odporna na problemy wynikające z zagospodarowywania nowych ziem, swoim nieokrzesanym postępowaniem znacznie pogorszyła też stosunki Pensylwanii z Indianami, do tej pory przykładne. Imigranci irlandzcy z reguły zajmowali dziewicze tereny. Byli zdobywcami nowych ziem, mieszkańcami pierwszego amerykańskiego pogranicza, frontier. Nie dysponowali żadnymi środkami fi nansowymi, budowali najprostsze chału- py z bali i żyli na wpół dziko, karczując drzewa i żywiąc się tym, co upolowali, oraz kukurydzą, którą popijali „kawą” z żołędzi. Kukurydzę można było siać nawet na terenie zalesionym, a po pobieżnym choćby karczowaniu uzyskiwało się ponad 700 litrów z hektara, co wystarczyło na zaspokojenie rocznych potrzeb rodziny i zwierząt domowych, jeśli ktoś je posiadał. Poza tym jedynym produk- tem, jaki ci osadnicy potrafi li wytwarzać, był ałun, którego trzeba jednak było sprzedać ponad 30 kg, by nabyć krowę z cielęciem. Szkoto-Irlandczycy znani też byli z niechęci do wszelkich form życia w społeczności i w miarę upływu czasu dążyli dalej na zachód. Dlatego wielu historyków uważa właśnie tę spo- łeczność za siłę napędową amerykańskiej ekspansji terytorialnej i to od niej też ma się wywodzić specyfi czna cecha społeczeństwa amerykańskiego, jaką stano- wi mobilność. Na opuszczonym przez nich terenie pojawiali się kolejni osadnicy, dyspo- nujący już pewnymi środkami fi nansowymi. Mogli to być imigranci niemieccy, którzy obejmowali ziemię na stałe, albo kolejni przejściowi osadnicy. Kupowali gospodarstwa, stawiali obory i inne zabudowania, ale nie tworzyli jeszcze spo- łeczności. Jeśli i oni przenosili się dalej, na ich miejsce w kolejnej fazie ściągali już stali mieszkańcy. Rozwijali oni uprawy i z myślą o przyszłych pokoleniach starali się powiększyć gospodarstwa. Z reguły to oni dopiero tworzyli społecz- ność: zżywali się z sąsiadami, dbali o kształcenie dzieci i kwestie religijne. Męż- czyźni uczestniczyli w zbiorowych przedsięwzięciach, jak stawianie budynków u kolejnych sąsiadów, a kobiety i dzieci wspólnie przygotowywały przetwory. Natomiast proces kolonizacji obszarów położonych na południe od Wirgi- nii przebiegał znacznie wolniej i mniej regularnie. Teoretycznie rozpoczął się on w 1629 r., gdy Karol I wydał zgodę na skolonizowanie obszaru zwanego „Carolana”. Nie podjęto jednak skutecznych działań kolonizacyjnych i Karol II przekazał w 1663 r. upoważnienie do założenia kolonii o nazwie zmienionej na Carolina ośmiu lordom-właścicielom. W całej kolonii było pod dostatkiem dobrej ziemi i początkowo wydawało się, że jest to teren sprzyjający uprawie owoców tropikalnych, ale mrozy, które wkrótce nadeszły, zmusiły kolonistów do porzucenia podobnych planów. Dobrze rozwijał się za to skup futer od Indian, ale głównym towarem eksportowym kolonii stały się drewno i produkty pochod- ne, takie jak kalafonia czy dziegieć. 4 J. Logan, The Logan Papers, MS [Historical Society of Pennsylvania], III, s. 303. 17 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Zbigniew Lewicki Carolina była też jedyną kolonią czerpiącą poważne zyski z handlu indiań- skimi niewolnikami, których wysyłano przede wszystkim na wyspy Indii Za- chodnich, skąd ucieczka nie była możliwa. Od samego początku istnienia Caro- liny było zarazem oczywiste, że na kolonię składają się dwa odrębne terytoria, przedzielone trudnymi do pokonania obszarami, co doprowadziło ostatecznie do podziału kolonii na North Carolina i South Carolina (Karolinę Północną i Karo- linę Południową). Ostatnią kolonią założoną w Ameryce przez Wielką Brytanię była Georgia, która powstała mniej więcej sto lat po koloniach Nowej Anglii. Motywacją do jej utworzenia był fakt, że w Wielkiej Brytanii nasilały się głosy wskazujące na po- trzebę zajęcia się losem tysięcy dłużników. Zgodnie z ówczesnym prawem mogli oni wyjść na wolność dopiero po spłaceniu długu, na to zaś, przebywając w wię- zieniu, nie mieli żadnych szans. Były to często wykształcone i wartościowe oso- by, które, gdyby stworzyć im możliwość wykonywania uczciwej pracy, mogłyby powrócić do społeczeństwa z istotną dla niego korzyścią. Pojawił się pomysł, by takich więźniów wysłać do nowej kolonii w Ameryce, by tam mogli zapracować na zwrot długów. Parlament przeznaczył na realizację tego planu bardzo poważne środki i w 1732 r. pierwsza grupa 40 rodzin przybyła do Ameryki. By utrzymać równość ekonomiczną między kolonistami, zabroniono im posiadania niewol- ników, którzy mogliby też osłabić pracowitość kolonistów. Zakaz niewolnictwa spowodował jednak, że Georgia rozwijała się bez porównania wolniej niż inne ko- lonie południowe. Czynności, które przypadały w nich niewolnikom, jak choćby karczowanie lasu, koloniści w Georgii musieli wykonywać sami z uszczerbkiem dla innych prac. Z dbałości o poziom moralny kolonistów zakazano też obrotu rumem, który jednak był nie tylko napitkiem, lecz także podstawą handlu wymien- nego. Decyzja ta zahamowała gospodarczy rozwój kolonii i ostatecznie w 1742 r. wycofano się z niej, a w 1747 r. zalegalizowano również niewolnictwo. Georgia upodobniła się do innych posiadłości brytyjskich w Ameryce, a w miarę upływu czasu stała się kolonią stabilną i dostatnią. Przez cały praktycznie XVIII w. migracja do Ameryki trwała nadal bez szcze- gólnie znaczących wydarzeń. Natomiast od uzyskania niepodległości do 1820 r. liczba imigrantów spadła do minimalnego poziomu, by w kolejnych dziesięcio- leciach gwałtownie wzrastać. O ile na przykład w dekadzie lat 20. XIX w. z Eu- ropy przybyło 130 tys. osób, o tyle w następnej już ponad pół miliona, a w latach 50. XIX w. prawie 3 mln – choć nie wszystkich w Ameryce zachwycał tak gwał- towny napływ nowych przybyszów. Najwięcej imigrantów w tym okresie pochodziło z Irlandii. Było to wynikiem wielkiego głodu lat 1845–1852, który nawiedził ten kraj w następstwie zarazy ziemniaczanej. Z 8 mln Irlandczyków wyemigrowały 2 mln, z czego ponad połowa do Stanów Zjednoczonych i Kanady. Do przewozu niespodziewanie wielkiej licz- by migrantów wykorzystywano wszystkie możliwe statki, z których wiele w pełni zasługiwało na nadane im miano „trumiennych”, gdyż między 1847 a 1853 r. aż 18 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Kolonizacja i imigracja 60 z nich nie dopłynęło do Ameryki. Podróż trwała od czterech do dziesięciu tygo- dni i odbywała się w niewiarygodnie złych warunkach. Wody ledwo starczyło do picia, o myciu nie było praktycznie mowy, a przez długi jeszcze czas na statkach nie montowano też urządzeń sanitarnych. Po miesiącu czy dwóch spędzonych w takich warunkach wychodzący na brzeg przedstawiali sobą tragiczny obraz. Z miliona Irlandczyków, którzy między 1845 a 1855 r. przybyli do Nowego Jorku, większość pozostała w tym mieście. W efekcie bezrobocie sięgało w nim nawet 15 i Nowy Jork stanął przed kryzysem o nieznanych przedtem rozmia- rach. To z kolei wzmagało uprzedzenia wobec Irlandczyków, przejawiające się szczególnie przy poszukiwaniu przez nich pracy. Wiele fi rm już przy wejściu informowało: Help wanted – No Irish need apply („Szukamy pracowników. Ir- landczyków nie chcemy”). Nieposiadający z reguły żadnych kwalifi kacji Irlandczycy mogli stosunkowo łatwo rozpocząć nowe życie jako farmerzy, gdyż ponad trzy czwarte z nich po- chodziło ze wsi. Ale trudnością nie do pokonania okazało się ich przyzwyczaje- nie do życia w gromadzie. W Ameryce natomiast, w odróżnieniu od Irlandii, nie było wiosek, lecz odrębne, odległe od siebie farmy. Irlandczycy bali się izolacji i w ogromnej większości wybierali nędzną egzystencję w zamkniętych enkla- wach etnicznych w miastach. Przybysze ze Szmaragdowej Wyspy najłatwiej znajdowali pracę przy budo- wie kanałów, w kopalniach i w innych tego typu miejscach: według ówczesnego powiedzenia napęd irlandzki był znacznie wydajniejszy od wodnego czy pa- rowego. Myliłby się jednak ten, kto widziałby tu krzywdę imigrantów. Irland- czykom zapewniano zakwaterowanie i wyżywienie w postaci trzech mięsnych posiłków dziennie i masła raz dziennie, a także sześciu do ośmiu miarek whi- sky. Ponadto otrzymywali 60 do 75 centów za dzień pracy (równowartość około 44–55 zł), podczas gdy na przykład we Francji mogliby liczyć na nie więcej niż 24 centy, z których musieliby się jeszcze wyżywić (a żywność była tam droższa niż w Ameryce), nie mówiąc już o Szwecji, gdzie robotnik rolny otrzymywał odpowiednik 10 centów dziennie. Specyfi cznym zagadnieniem była imigracja z ziem polskich. Po powstaniu listopadowym do Stanów Zjednoczonych przybyła grupa 234 Polaków, depor- towanych tam przez monarchię austriacką. Ich losy dobrze tłumaczą, dlaczego ta grupa etniczna nie zapisała się szczególnie w historii tworzenia się państwa amerykańskiego. Nie znali języka, a od konsula austriackiego otrzymali niewiel- ką kwotę na kilka pierwszych tygodni pobytu, potem natomiast powinni radzić sobie sami, jak wszyscy inni przybysze. Ich własne pamiętniki wyraźnie jednak wskazują, że polscy szlachcice nie mieli na to ochoty: „towarzysze moi nie- zmiernie przeklinali Amerykanów – poprzysięgli umrzeć z głodu, a do pracy nie pójdą”5. Deportacje powstańców do Ameryki trwały jeszcze kilka lat i objęły 5 Dziennik Juliana Juźwikiewicza w: Bogdan Grzeloński (red.), Ameryka w pamiętni- kach Polaków, Interpress, Warszawa 1988, s. 78. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 19 Zbigniew Lewicki około tysiąca osób, ale nie doprowadziły do sformowania zwartego jądra pol- skiej grupy etnicznej. Natomiast w 1852 r. pochodzący ze Śląska franciszkanin ks. Leopold Moczy- gemba udał się do Stanów Zjednoczonych celem podjęcia pracy misyjnej wśród Niemców. Osiadł w Teksasie, skąd zaczął listownie namawiać swoich braci i inne osoby do emigracji. W 1854 r. założono w tym stanie pierwszą na konty- nencie polską osadę, nazwaną Panna Maria. Fala emigracji śląskiej utrzymywała się przez kilka lat. Pionierskie warunki życia nie wszystkim jednak przypadły do gustu i często obwiniali ks. Moczygembę o wprowadzenie ich w błąd; miały się nawet pojawić pomysły powieszenia lub utopienia go. W XIX w. do Ameryki przybyło łącznie ponad 35 mln imigrantów, co stano- wiło największe w historii przemieszczenie się ludności w czasie pokoju. Prze- mysłowiec Andrew Carnegie zaproponował nawet metodę obliczania fi nanso- wej wartości imigracji. Przyjął, że jeden imigrant był wart przynajmniej 1,5 tys. dolarów (34 tys. dolarów według dzisiejszej wartości), gdyż tyle wynosiła śred- nia cena niewolnika tuż przed wojną secesyjną. Każdy przybysz przywoził też ze sobą średnio 125 dolarów, a co za tym idzie, w samym tylko 1882 r., gdy do Stanów Zjednoczonych przybyło prawie 800 tys. osób, majątek państwa zwięk- szył się o około 1,3 mld dolarów, czyli dwa razy więcej niż wynosiła wartość wydobytego w tym czasie na całym świecie złota i srebra. Z niewielkimi wyjątkami była to imigracja motywowana ekonomicznie, gdyż zarobki robotników w Stanach Zjednoczonych pozostawały o 40 wyższe niż w Wielkiej Brytanii, a ceny żywności – niższe. Był to jeden z powodów, dla któ- rych bardzo wielu nowo przybyłych poszukiwało życia miejskiego, nawet jeśli w swoich ojczyznach zajmowali się rolnictwem. Niemal wszystkie statki z imigrantami przypływały do Nowego Jorku. Nowo przybyli przechodzili kontrolę w Castle Garden usytuowanym na południowym krańcu Manhattanu. Okazało się jednak, że zbyt wiele osób „znikało” jeszcze przed inspekcją sanitarną i w 1892 r. centrum imigracyjne przeniesiono na poło- żoną w pobliżu Statuy Wolności wyspę Ellis Island. Centrum na Ellis Island było przygotowane na przyjęcie 5 tys. imigrantów dziennie, ale rekord wynosił 11 700 osób, co nie dziwi w świetle faktu, że duży parowiec zabierał ponad 3 tys. podróżnych. Przybysze musieli przejść kontrolę zdrowia, którą zaliczało pomyślnie około 80 kandydatów na imi- grantów, a ostatnim sitem była rozmowa z urzędnikiem imigracyjnym, który często zadawał podchwytliwe pytanie „czy czeka na pana praca?”. Odpowiedź twierdząca oznaczała powrót na statek i do Europy, gdyż prawo zakazywało zawierania zawczasu takich umów. Szczęśliwcy otrzymywali dokument przy- bycia ze swoim, a częściej z nowym nazwiskiem, jeśli dotychczasowe było zbyt trudne dla urzędnika, i po wymianie pieniędzy mogli wyruszyć w dalszą drogę. Mniej więcej jedna trzecia spośród nich po jakimś czasie wracała do ojczyzny. 20 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Kolonizacja i imigracja Zdecydowana większość nowych imigrantów udawała się pociągami w głąb kontynentu, przy czym Polacy szczególnie upodobali sobie Buffalo. Społecz- ność polska była tam tak liczna, że w mieście wychodziły dwie polskie gazety i doskonale prosperowało istniejące do dziś „polskie targowisko” Broadway. Dane liczbowe dotyczące imigrantów z ziem polskich są bardzo nieprecyzyj- ne. Szacuje się jedynie, że w latach 70. XIX w. przybyło ich do Stanów Zjed- noczonych ponad 120 tys., w latach 80. prawie 350 tys., a w latach 90. około 270 tys. Przełom XIX i XX w. to okres, w którym imigracja skandynawska i niemie- cka wyraźnie zmniejszała się, przybywało natomiast osób znad Morza Śród- ziemnego i Bałtyku, najczęściej pozbawionych wykształcenia i nieznających języka, co wpływało na stosunek Amerykanów do nowo przybyłych. Nazywano ich „szumowinami i odpadami z Europy”, przyrównywano do zwierząt, poja- wiały się nawet, choć nie zdobyły szerszego poparcia, koncepcje przymusowej kastracji imigrantów, co miałoby zapobiec „zanieczyszczeniu rasy”. Nie bez znaczenia był też fakt, że nowi imigranci należeli w zdecydowanej większości do Kościoła katolickiego, co postrzegano jako zagrożenie wpływem Rzymu na bieg spraw w Ameryce. W końcu XIX w. znacznie zwiększyła się też liczba „przelotnych ptaków”, czyli osób, które przybywały do Ameryki, by tam praco- wać i zarabiać, a następnie wracały do ojczyzny. Na przykład spośród 430 tys. Polaków, którzy dotarli za ocean w latach 1907–1912, ponad 150 tys. ostatecznie wybrało powrót do Europy, a podobnie uczyniło 500 tys. z 900 tys. Włochów. Tacy quasi-imigranci nie wykazywali żadnego zainteresowania poznaniem kul- tury amerykańskiej ani wniesieniem w nią własnego wkładu. Włosi, Irlandczycy oraz imigranci żydowscy z Rosji i ziem polskich również chętnie zatrzymywali się w Nowym Jorku. W rezultacie zagęszczenie w etnicz- nych dzielnicach miasta przekraczało 20 tys. osób na 1 km2, co wielokrotnie przewyższało normy europejskie i dorównywało sytuacji w miastach indyjskich. O ile w całych Stanach Zjednoczonych na jeden budynek przypadało w 1890 r. średnio 5,5 osoby, to w Nowym Jorku – 18,5 osoby. Miasto z największym tru- dem radziło sobie z narastającymi problemami medycznymi, transportowymi, a przede wszystkim sanitarnymi. Warunki egzystencji nowojorskiej biedoty dramatycznie kontrastowały z ży- ciem bogaczy tego miasta, a przejmujący obraz czynszówek i wegetujących w nich imigrantów przedstawiony w książce Jacoba Riisa How the Other Half Lives (Jak żyje druga połowa) z 1890 r. wzbudził poważną dyskusję. Publika- cja ta trafi ła do bardzo wielu nowojorczyków, w tym do przyszłego prezydenta Theodore’a Roosevelta, reformującego wówczas policję nowojorską. Niezwykle szybki rozwój miast amerykańskich w II połowie XIX w. spra- wił, że formalne struktury municypalne straciły możliwość zarządzania pod- ległymi sobie instytucjami. Znacznie lepiej radziły sobie pod tym względem struktury nieformalne, czyli obecne w każdym niemal mieście amerykańskim ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 21 Zbigniew Lewicki machiny partyjne. Choć przywódcy takich organizacji nie mieli pojęcia o kul- turotwórczym znaczeniu swoich działań, machiny potrzebowały możliwie sze- rokiego poparcia i łagodzenie antagonizmów etnicznych leżało w ich interesie. W zamian za głosy w wyborach oferowały swoisty system opieki społecznej, zapewniając imigrantom pracę, a w razie potrzeby także jedzenie czy opał. Na jeszcze większe problemy napotykali przybysze z Chin. Po raz pierw- szy pojawili się w Ameryce w 1849 r. jako poszukiwacze złota w Kalifornii, a po wojnie secesyjnej pracowali przy budowie kolei transkontynentalnej. Ak- ceptowali niższe stawki niż robotnicy amerykańscy i nigdy nie przystępowali do coraz potężniejszych związków zawodowych, co narażało ich na wrogość innych zatrudnionych. Wydaje się jednak, że głównym powodem negatywnego stosunku do tej grupy etnicznej była jej niechęć do integracji ze społecznoś- cią amerykańską. Chińczycy nie podejmowali wysiłku nauczenia się języka, nie przyswajali sobie wzorów kultury amerykańskiej – i nie poszerzali jej własnym wkładem. Wszystko to prowadziło do gwałtownych wystąpień przeciw obecno- ści przedstawicieli tego narodu, szczególnie w Kalifornii, gdzie liczba Chińczy- ków osiągnęła w końcu lat 70. poziom 200 tys. Wkrótce zresztą chińska mniejszość etniczna stanęła wobec znacznie więk- szego problemu. W 1882 r. przyjęto bowiem Ustawę o wykluczeniu Chińczy- ków, która wprowadziła całkowity zakaz imigracji do Ameryki osób narodo- wości chińskiej. O ile uprzednie ograniczenia wjazdu dotyczyły prostytutek i skazańców (1875 r.) oraz osób chorych psychicznie (1882 r.), o tyle tym razem wykluczono całą grupę etniczną. Podczas gdy w 1881 r. do Stanów Zjednoczo- nych przybyło prawie 40 tys. Chińczyków, to w 1883 r. przyjechało ich tylko 23, i to wyłącznie powracających z odwiedzin w domu. Zakaz imigracji pozostawał w mocy aż do 1943 r., choć i wówczas zezwolono na imigrację tylko 105 Chiń- czyków rocznie. Natomiast w 1907 r. Stany Zjednoczone i Japonia zawarły Poro- zumienie gentlemeńskie, na mocy którego nie zabroniono wprawdzie imigracji Japończyków, ale Japonia zobowiązała się do wprowadzenia zakazu emigracji swoich obywateli do Stanów Zjednoczonych. Intensywna propaganda skierowana przeciw przybyszom z Europy Południo- wej i Wschodniej doprowadziła ostatecznie w latach 20. XX w. do przyjęcia no- wych uregulowań imigracyjnych. W miejsce dotychczasowego powszechnego prawa wjazdu na obszar Stanów Zjednoczonych (z czego wyłączone były tylko ściśle określone grupy) pojawił się w 1921 r. Emergency Quota Act. Zgodnie z tym uregulowaniem, liczba imigrantów z danego kraju nie mogła przekroczyć 3 liczby osób tej narodowości mieszkających w Stanach Zjednoczonych w cza- sie spisu powszechnego z 1910 r. – kiedy to imigracja z Włoch, ziem polskich i podobnych obszarów była jeszcze stosunkowo niewielka. Tym samym liczbę imigrantów ograniczono do 358 tys. rocznie, z czego tylko 155 tys. przypadło chętnym z Europy Południowej (Amerykanie obawiali się mafi i) i Wschodniej (skąd miało przybywać zbyt wielu Żydów i „czerwonych”). 22 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Kolonizacja i imigracja Ale i to prawo nie zadowoliło wszystkich obrońców „czystości etnicznej” Ameryki. W 1924 r. kryterium zmieniono na 2 liczby mieszkańców danej na- rodowości przebywających w Ameryce w 1890 r. Po przyjęciu ustawy imigra- cyjnej z 1924 r., uznanej za trwałe uregulowanie restrykcyjne, zainteresowanie tematem szybko opadło, gdyż uznano, że został on raz na zawsze rozstrzygnięty. Do sprawy powrócono dość powierzchownie w 1952 r. i dopiero w 1965 r. prze- prowadzono gruntowną reformę prawa imigracyjnego. Liczbę osób przebywających nielegalnie na terenie USA ocenia się obecnie na 7–20 mln. Część z nich wjechała do Stanów Zjednoczonych na wizach tury- stycznych, większość natomiast pochodzi z Meksyku oraz innych państw Ame- ryki Łacińskiej i przeszła przez zieloną granicę. Ich obrońcy wskazują, że „żaden człowiek nie jest nielegalny”, a poza tym osoby takie podejmują się prac, od ja- kich stronią Amerykanie. Natomiast przeciwnicy bardziej liberalnego podejścia pochodzą w większości ze stanów granicznych, które ponoszą główny ciężar tolerowania nielegalnych imigrantów. Z zasady nie płacą oni bowiem podatków ani składek na ubezpieczenie zdrowotne, korzystają natomiast z opłacanej przez podatników infrastruktury i opieki zdrowotnej w nagłych wypadkach, a ich dzie- ciom, nawet urodzonym poza Stanami Zjednoczonymi, przysługuje nieodpłatna edukacja podstawowa i średnia. Stany Zjednoczone pozostają krajem najbardziej otwartym na imigrantów ze wszystkich nowoczesnych państw. Obywatelstwo amerykańskie uzyskuje się nie tylko „z ziemi” (o czym decyduje miejsce urodzenia) i „z krwi” (zgodnie z obywatelstwem rodzica) lecz także nader powszechnie „z woli”, co inne pań- stwa traktują jako możliwość wyjątkową. Nie znaczy to jednak, że USA mogą sobie pozwolić, politycznie i ekonomicznie, na akceptowanie wszystkich, którzy chcieliby zamieszkać w tym kraju. I dlatego kwestia postępowania z osobami, które usiłują zdobyć to uprawnienie bez przejścia przez stosowne procedury, nigdy zapewne nie zostanie ostatecznie rozstrzygnięta, bez względu na treść ko- lejnych inicjatyw ustawodawczych w tym zakresie. Lektura sugerowana • Z. Lewicki, Historia cywilizacji amerykańskiej. Era tworzenia, Scholar, Warszawa 2009. • M. Rozbicki, Narodziny narodu, Interim, Warszawa 1991. • I. Rusinowa, Geneza Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, PWN, War- szawa 1974. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 23 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Wojciech Kwiatkowski Polityka imigracyjna Siła i potęga Stanów Zjednoczonych stworzona została przede wszyst- kim dzięki ogromnemu napływowi imigrantów z niemal każdej części świata. Imigracja do USA trwa do dziś, a jej powody wydają się niezmienne. Zmieniły się natomiast kierunki jej napływu (pierwszymi imigrantami byli głównie miesz- kańcy państw europejskich, współcześnie dominuje natomiast imigracja z kra- jów azjatyckich i latynoamerykańskich) oraz zasady naturalizacji, czyli nadawa- nia cudzoziemcowi obywatelstwa amerykańskiego. Nie ma precyzyjnej defi nicji „polityki imigracyjnej”. Z całą pewnością wiąże się ona jednak zarówno z historią państwa, z uprawianą przez państwo polityką zagraniczną, jak i z jego polityką bezpieczeństwa. W wąskim znaczeniu za po- litykę imigracyjną najczęściej uważa się ofi cjalne stanowisko państwa w przed- miocie tego kto, pod jakimi warunkami i w jakim charakterze powinien zostać dopuszczony do bycia jego obywatelem. W szerszym znaczeniu za politykę imigracyjną należy rozumieć zarówno politykę państwa względem imigrantów chcących osiedlić się na stałe w tym państwie, jak i jego stosunek do czasowych migrantów zarobkowych, do uchodźców oraz działania mające na celu ograni- czanie nielegalnej imigracji. W historii Stanów Zjednoczonych realizowana przez władze federalne po- lityka imigracyjna nie miała charakteru jednorodnego – wyróżnić tu można kilka jej etapów, przy czym trzeba zaznaczyć, że stosunek zarówno władz, jak i obywateli do imigrantów był w każdym z nich inny. Pierwszy etap, który po części wyprzedził powstanie państwa amerykańskiego, to czas, w którym Ame- ryka była otwarta na imigrantów. Okres ten dał Stanom Zjednoczonym ogromną liczbę rąk do pracy i „materiału” do zasiedlania i cywilizowania kolejnych ob- szarów. Drugi etap imigracji, w którym Stany Zjednoczone zaczęły się zamykać na imigrantów, utożsamiany jest z różnego rodzaju uprzedzeniami i fobiami, instrumentalnym traktowaniem obcokrajowców, a także poczuciem wyższości względem nowo przybyłych, jakimi zaczęło cechować się społeczeństwo ame- rykańskie. W trakcie trzeciego i najbliższego nam etapu Stany Zjednoczone ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 25 Wojciech Kwiatkowski zaprezentowały zrównoważone podejście do kwestii imigrantów, dopasowały zasady imigracji i naturalizacji do aktualnych potrzeb Stanów Zjednoczonych i pozwoliły im wyrobić sobie opinię kraju, który udziela największej pomocy osobom prześladowanym w różnych obszarach globu. Jean de Crèvecouer w Listach farmera amerykańskiego stwierdził, że „w Ameryce znajdzie się miejsce dla każdego”. W okresie przed utworzeniem państwa amerykańskiego, jak i w pierwszych dziesięcioleciach jego istnienia, dla rozwoju kraju istotne było to, że nowi przybysze zostawiali w krajach, z których pochodzili, różnego rodzaju wzajemne animozje. Jednocześnie bardzo szybko się asymilowali i w różny sposób (także przez zawieranie małżeństw) mieszali z przy- byszami z innych krajów zamieszkującymi terytorium Stanów Zjednoczonych, tworząc względnie homogeniczny naród amerykański. Przybysze mocno wierzyli w etos American Dream, w myśl którego nowa ojczyzna – najpierw określona kolonia, a potem samodzielne państwo amerykańskie – daje możliwość doznania szczęścia i spełnienia w życiu osobistym oraz zawodowym i to niezależnie od klasy społecznej, z której się pochodzi czy miejsca urodzin. Dla wielu nowo przybyłych marzenie to się ziściło. To ze Stanami Zjednoczonymi związany jest mit self-made mana, czyli człowieka, który przez własną pracę, pomysłowość i przedsiębiorczość doświadczył szybkiego awansu społecznego1. Mit ten znajduje swoje potwierdzenie w historii życia wielu osób, które odniosły wręcz spektakularne sukcesy zawodowe, mimo że pochodziły z biednych rodzin i nie odebrały za młodu starannego wykształcenia. Przykładem na to jest choćby wychowany w wielodzietnej rodzinie syn producenta świec i jeden z późniejszych ojców-założycieli USA Benjamin Franklin. Inne, wręcz mitologizowane do dziś osoby to Andrew Carnegie (który rozpoczął w USA pra- cę jako robotnik, by pod koniec XIX w. zostać najbogatszym człowiekiem świa- ta) czy Henry Steinway, który w kilka lat po wyemigrowaniu z Niemiec do USA założył funkcjonującą do dziś wytwórnię fortepianów oraz opatentował w USA 130 wynalazków z tym związanych. Warto podkreślić, że po przybyciu na Nowy Ląd nie wszyscy odnieśli sukces, historia imigracji do Stanów Zjednoczonych to także kwestia repatriacji, której głównym powodem była zazwyczaj niemożność odnalezienia się w nowych warunkach bądź zdecydowanie odmienne od obiecy- wanych czy zasłyszanych realia. 1. Ameryka otwarta na imigrantów Za początek pierwszej fali migracji na kontynent Ameryki Północnej uważa się okres ekspansji europejskich mocarstw, takich jak Wielka Brytania, Francja, Holandia czy Hiszpania. Z ekspansją łączyła się migracja ludności z Europy na „Nowy Ląd”, a następnie wewnątrz kontynentu, przy czym dotyczyła ona przede 1 Szerzej: Z. Lewicki, Historia cywilizacji amerykańskiej. Era tworzenia, 1607–1789, Scholar, Warszawa 2009: s. 28, 103, 327–328, 377. 26 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Polityka imigracyjna wszystkim osadników angielskich. Osadnicy francuscy skupili się na obszarze dzisiejszej Kanady oraz wzdłuż rzeki Missisipi, holenderscy zasiedlili obszary u ujścia rzeki Hudson, hiszpańscy osadnicy poprzestali na półwyspie Floryda. Wraz z kolejnymi grupami dobrowolnych imigrantów rozpoczął się też proces sprowadzania na kontynent czarnoskórych niewolników z Afryki oraz wysyłania na nowy kontynent przestępców i biedaków. Podstawowe powody imigracji na kontynent północnoamerykański w dużej mierze skorelowane były ze średniowieczną sytuacją w Europie. Chodzi tutaj o prześladowania religijne, niepokoje polityczne, liczne wyniszczające wojny oraz klęski nieurodzaju i choroby zakaźne. Dla wielu imigrantów ważne okazały się też czynniki stricte ekonomiczne, jak poszukiwanie lepszej pracy czy też możliwość uzyskania na własność ziemi. 1.1. Działania legislacyjne Ustawodawstwo w zakresie polityki imigracyjnej w pierwszym okresie imi- gracji można uznać za skromne. Aż do uzyskania przez Stany Zjednoczone nie- podległości określanie zasad kolonizacji Nowego Lądu leżało w gestii państw europejskich. Natomiast z chwilą uznania Stanów Zjednoczonych na arenie mię- dzynarodowej kraj ten zaczął samodzielnie regulować tę sferę życia publiczne- go. Za pierwszy akt prawny odnoszący się do kwestii nabywania obywatelstwa Stanów Zjednoczonych można uznać Konstytucję z 1787 r. Zgodnie z jej posta- nowieniami prawo do regulowania zasad naturalizacji (a co za tym idzie – mode- rowanie i realizacja polityki imigracyjnej) powierzono Kongresowi. Oznaczało to też, że Konstytucja2 zaliczyła tę dziedzinę życia publicznego jako przynależną władzy federalnej3. W pierwszych latach funkcjonowania nowego państwa zainteresowanie tą dziedziną życia publicznego przez Kongres skupiało się jedynie na podstawo- wych zagadnieniach. Nie powinno to dziwić, mając na uwadze, że imigracja aż do 1830 r. wynosiła niespełna 10 tys. osób rocznie. W 1790 r. uchwalono Ustawę o naturalizacji, która stwierdzała jedynie, że prawo do uzyskania oby- watelstwa przysługuje wszystkim „wolnym białym mężczyznom” o „nienagan- nym charakterze moralnym”. Przed złożeniem wniosku o nadanie obywatelstwa kandydat musiał wykazać, że przebywał na terytorium Stanów Zjednoczonych co najmniej przez dwa lata, w tym co najmniej rok w stanie, w którym aplikuje o nadanie obywatelstwa. W 1795 r., przyjmując nowelę Ustawy naturalizacyjnej, wydłużono wyma- gany czas pobytu z dwóch do pięciu lat (okres ten – z pewnymi wyjątkami – obowiązuje do dziś), zobowiązano chętnych do zrzeczenia się ewentualnych 2 Dla jasności wywodu, federalna ustawa zasadnicza Stanów Zjednoczonych będzie w niniejszym tekście podawana wielką literą, natomiast jej odpowiedniki stanowe - małą. 3 Zasada ta została potwierdzona przez Sąd Najwyższy w orzeczeniu Chy Lung v. Fre- eman z 1875 r. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 27 Wojciech Kwiatkowski tytułów szlacheckich oraz nałożono wymóg złożenia przed lokalnym sądem deklaracji woli nabycia obywatelstwa amerykańskiego. Również i w tej usta- wie prawo do obywatelstwa przyznano jedynie „wolnym białym mężczyznom”. Do kolejnej zmiany ustawy o naturalizacji i wydłużenia wymaganego w procesie naturalizacji okresu pobytu do 14 lat doszło w 1798 r., ale w 1802 r. powrócono do wymogu pięciu lat. 2. Zamykanie się Stanów Zjednoczonych na imigrantów Proces stopniowego i selektywnego zamykania się Stanów Zjednoczonych na nowych przybyszów można uznać za kolejny etap w polityce imigracyjnej Stanów Zjednoczonych. Za datę początkową tego okresu przyjmuje się pierwsze działania legislacyjne Kongresu mające na celu ograniczenie imigracji do Stanów Zjednoczonych – tj. ustawę z 1875 r. Miało to związek przede wszystkim ze zmia- ną struktury imigrantów napływających do USA pod koniec XIX w., czyli coraz mniejszym napływem skorych do asymilacji osób z Europy północno-zachodniej na rzecz przybyszów z „biedniejszej Europy” południowo-wschodniej oraz z Azji. Nowi imigranci przejawiali mniej chęci do asymilacji i przyjęcia anglo-amery- kańskiej kultury i stylu życia, tworząc zamknięte dzielnice miast, gdzie pielęg- nowali rodzime tradycje. Przekonania te stały w jawnej opozycji do koncepcji modelu społeczeństwa amerykańskiego, w którym kolejne składniki miałyby się nieodwracalnie łączyć w nową całość. Do tego większość imigrantów z Europy zaczęli stanowili katolicy (głównie Irlandczycy, których rzesze imigrowały do USA zwłaszcza w połowie XIX w.), negatywnie odbierani przez osiadłą już część społeczeństwa. Z tym okresem wiąże się też coraz powszechniejsze przybywanie do Stanów Zjednoczonych „przelotnych ptaków”, czyli osób, które nie myślały o USA jako o nowej ojczyźnie, ale bardziej jak o miejscu zarabiania i oszczędzania pieniędzy i następnie wysyłania ich bądź wywożenia do ojczystego kraju. Bardzo ważne w tym okresie okazały się też uprzedzenia, jakie zrodziły się w dużej części amerykańskiego społeczeństwa w stosunku do osób różnych naro- dowości. Wiązały się one z niechęcią mieszania się z niektórymi rasami i jedno- cześnie z poczuciem wyższości względem nowo przybyłych. Dochodziła do tego obawa o miejsca pracy w Stanach Zjednoczonych (imigranci byli gotowi wykony- wać tę sama pracę za mniejsze wynagrodzenie), podsycana przez różnego rodza- ju ruchy polityczne, związki pracownicze i stowarzyszenia. Z tego m.in. powodu na szykany narażeni byli coraz bardziej nie tylko imigranci, ale także te osoby „niepożądanych ras”, które zostały już naturalizowane i mogły uważać się za peł- noprawnych obywateli Stanów Zjednoczonych. Jeszcze inne powody zaostrzania polityki imigracyjnej Stanów Zjednoczonych końca XIX w. i początku XX w. to obawa przed coraz bardziej aktywnymi w różnych państwach ruchami anarchi- stycznymi oraz „strach przed czerwoną zarazą”, czyli osobami utożsamiającymi się z ideami marksistów, a po I wojnie
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ameryka. Polityka, prawo, społeczeństwo
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: