Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00091 007772 10476493 na godz. na dobę w sumie
Anara - ebook/pdf
Anara - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 588
Wydawca: Wydawnictwo Psychoskok Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3790-0433-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Anara” Marcina Zajdlera to opowieść z cyklu fantasy.

Książka przedstawia losy osiemnastoletniego Aleksa, który nie ma łatwego życia. Wychowywany przez przyjaciela rodziny – barmana, stara się zapomnieć o przeszłości. Nie znał swoich rodziców, a dziadek porzucił go w dzieciństwie zostawiając na pamiątek srebrny wisiorek, skrywający pewną tajemnicę. Chłopak cierpi nie tylko z powodu braku kontaktu z najbliższymi, ale również z powodu dręczących go sennych koszmarów i tajemniczych szeptów. To właśnie dzięki nim przypadkowo odkrywa przejście do innego świata. Po drugiej stronie głównemu bohaterowi przyjdzie się zmierzyć nie tylko ze śmiertelnym zagrożeniem ze strony Ar-khanu – królestwa znajdującego się w rękach samego Boga, ale będzie musiał stoczyć wewnętrzną walkę z samym sobą i dowiedzieć się, kim tak naprawdę jest i czy w ogóle różni się czymś od swoich wrogów.

Piękna, zaskakująca i zapierająca dech w piersiach opowieść, zawierająca elementy grozy, spleciona epickim romansem dwóch młodych osób, co powoduje, iż każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Wydawnictwo Psychoskok Konin 2015 Marcin Zajdler „Anara” Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok sp. z o. o. 2015 Copyright © by Marcin Zajdler 2015 Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy. Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Marcin Zajdler; Wydawnictwo Psychoskok Zdjęcie okładki © Fotolia - isoga; Fotolia - Andrey_Arkusha Korekta: Paulina Jóźwiak ISBN: 978-83-7900-433-1 Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o. ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin tel. (63) 242 02 02, kom. 665-955-131 http://wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail: wydawnictwo@psychoskok.pl Zawartość Prolog ....................................................................................... 4 „Przebudzenie” ......................................................................... 8 „Podarunek” ........................................................................... 23 „Druga twarz” ........................................................................ 43 „Córka Ziemi”.......................................................................... 71 „Brzęk metalu” ..................................................................... 123 „Pełnia” ................................................................................. 196 „Spotkanie” ........................................................................... 225 „Eien” .................................................................................... 265 „Na granicy” ......................................................................... 294 „Nowy dom” ......................................................................... 306 „Imię ognia” .......................................................................... 397 „Anaryjczyk” ......................................................................... 455 „Spotkanie” ........................................................................... 489 „Powrót” ............................................................................... 533 „Gniew” ................................................................................ 571 Prolog Potworny wrzask przeszył ciemność, porywając pierzaste stwory do lotu. W górze rozpętała się straszliwa burza, ale była ona niczym w porównaniu z przerażającym głosem mężczyzny, który wstrząsnął murami zamku. ‒ Spróbujcie wrócić bez żadnych wieści, a poznacie mój gniew! Samotna kula jaskrawego światła wyleciała przez mroczne okno wieży, godząc prosto w pierzastego gada. Na chwilę ciemność rozjaśnił blask żółto-pomarańczowego ognia, a poprzez dźwięk ryków błyskawic przedarł się straszliwy jęk cierpienia, natychmiast stłumiony przez powiew lodowatego wiatru. Potwory przyspieszyły lot, nie śmiąc obejrzeć się za siebie. Na strzelistej wieży mrocznego zamku przycupnął wysoki mężczyzna. Z rozgniewaną miną wpatrywał się w ciemność. Ta długa chwila ciszy i wyczekiwania stawała się dla niego trudna do zniesienia. Im bliżej znajdował się celu, tym więcej przeszkód stawało mu na drodze. A teraz jeszcze to niepokojące milczenie. Minęły dwa długie tygodnie, a z południa nie dotarły do niego żadne wieści. Czyżby Mrok go zdradził? Jego najwierniejszy przyjaciel i sługa, na którego zawsze mógł liczyć? To było raczej 4 nieprawdopodobne. Istniała jednak możliwość, że jego stary druh już nie żyje. Zacisnął ze złością pięści, nie zwracając najmniejszej uwagi na lodowate powiewy wiatru i błyskawice rozbijające się u jego stóp. Nie był już tym samym człowiekiem, którym był niegdyś. Nie czuł strachu i nie obawiał się śmierci. Po wszystkich wydarzeniach z przeszłości, teraz po prostu nie mógł się jej bać. Ogień, który pochłonął jego ciało, uczynił go istotą, jaką zawsze pragnął być – niezwykłym tworem pozbawionym słabości, obdarzonym fascynującą mocą, która wyniosła go ponad innych. Ale pomimo swej potęgi, wciąż brakowało mu dość siły, by osiągnąć cel. Cel, który miał sprawić, że po wielu latach oczekiwania wreszcie będzie mógł dokonać zemsty... Nagle wyrwał się ze swych myśli, słysząc w oddali zbliżający się tętent kopyt. Zmrużył wypełnione ogniem źrenice, a na jego krwistoczerwonej, pokrytej długimi bliznami twarzy, wykwitł triumfalny uśmiech. Nareszcie jesteś! – krzyknął w myślach, czując jak jego słowa odpływają w dal, jakby niesione wiatrem. Spojrzał w dół na odległy o kilkadziesiąt metrów plac opustoszałego dziedzińca. Chociaż zewsząd otaczała go ciemność, doskonale widział każdy szczegół. Oczy, które od lat nie oglądały blasku światła, z czasem przyzwyczaiły się do mroku. Od kiedy zamiast prawdziwych kolorów zaczął widzieć czerwień, która przesycała i przygasała wszelkie 5 inne barwy, wiedział, że już nigdy nie będzie tak, jak dawniej. Ale pogodził się ze swym nowym życiem, wiedząc, że prędzej czy później nadarzy się okazja do zemsty, a wtedy zapłacą wszyscy, którzy przyczynili się do jego losu. Wyprostował się, widząc, jak poprzez rozwarte bramy zamczyska przejeżdża samotny jeździec i zatrzymuje się u stóp olbrzymiej wieży. Bez chwili wahania podszedł nad sam skraj strzelistego dachu, skacząc w przepaść. Uwielbiał robić rzeczy, na które nie odważyłby się nikt inny. Kiedy jego stopy z niewiarygodną prędkością uderzyły o powierzchnię dziedzińca, poczuł jak kruszą się pod nim kamienie. Wstrząs i wzniecone obłoki kurzu sprawiły, że na jego twarzy wykwitł potworny uśmiech. Wyprostował się i w blasku rozdzierających niebo błyskawic, ujrzał znajomą twarz. ‒ Długo kazałeś na siebie czekać! – warknął, patrząc w skryte pod kapturem blade oblicze. Przybysz skłonił lekko głowę i zacisnął ze złością pięści. ‒ Nie spodziewałem się ciebie w tym plugawym miejscu – szepnął lodowatym głosem, kopiąc leżące obok spalone truchło strażnika. ‒ Twój wrodzony instynkt tropiciela ostatnio często cię zawodzi – zaśmiał się, ale jego oczy pozostały niewzruszone. – Powiedz mi, jakież to wieści z sobą 6 przynosisz? Widzę, że wracasz z pustymi rękami, więc nie zrobiłeś tego, o co cię prosiłem! Przybysz prychnął, zaciskając nerwowo dłoń na klindze wąskiego miecza. ‒ Niby jak miałem to zrobić? Samo dotarcie do Iliadiru było niesamowicie trudne, bo Ar-khan wszędzie sieje popłoch, a poza tym księżniczkę zawsze pilnują straże! Mężczyzna uśmiechnął się z pogardą. ‒ Na co ci miecz, który tak nerwowo ściskasz w ręku? Nie potrafisz zabić kilku strażników, a sądzisz, że dałbyś radę mnie pokonać? Ar-khan nie stanowi dla nas zagrożenia. Dopóki nie wie o naszym istnieniu, nie będzie nas szukał. Nieznajomy rozluźnił uścisk, ale jego oczy zapłonęły złowrogim blaskiem. ‒ Czemu sam tego nie zrobisz? Uważasz mnie za tchórza, a sam skrywasz się w cieniu. Mężczyzna warknął i zrobił gwałtowny ruch w jego stronę. Wyciągnął rękę z rozmachem, jakby chciał go uderzyć. Jego szara, postrzępiona szata załopotała na wietrze, a w źrenicach zapłonął krwisty płomień. ‒ Jestem jedynie Duchem, przyjacielu – wyszeptał, a wyciągniętą dłoń położył na jego ramieniu i mocno zacisnął. – Duchem człowieka, który dawno temu zmarł. Przybysz prychnął. 7 ‒ Duch nie zdołałby zabić w ten sposób człowieka – rzekł, patrząc z niesmakiem na trupa pod stopami. ‒ Niezwykłe, prawda? Duchy potrafią zachowywać się w sposób osobliwy i bardzo nieprzewidywalny – westchnął i spojrzał w jego twarz. – Tarcza księżyca znów zaczyna ubywać, a me serce wciąż zżera płomień. Jak długo jeszcze będę musiał czekać?! Rzucił gniewne spojrzenie w stronę swojego rozmówcy i przywołał stojącego w ciemnym zaułku konia. Jednym zręcznym ruchem wskoczył mu na grzbiet. ‒ Czekaj tu na mnie! – warknął, zakładając na głowę szary kaptur. ‒ Ale... Duch zignorował go zupełnie i bez słowa ruszył w stronę stalowej bramy. Ciemna zasłona nocy w końcu okryła jego postać, a oddalający się tętent kopyt utonął w strugach padającego deszczu. „Przebudzenie” Aleks poderwał się z łóżka zlany zimnym potem. Napięcie, które nie towarzyszyło mu już od dawna, teraz powróciło ze zdwojoną siłą. Usiadł, z westchnieniem ocierając spocone czoło. Za każdym razem, gdy w jego snach pojawiał się ten koszmar, działo się z nim coś 8 niewytłumaczalnego. Dziwna, nagła, paraliżująca niemoc w całym ciele sprawiała, że z trudem przychodziło mu oddychanie, które jeszcze sekundy przed obudzeniem zupełnie nie było możliwe. Przed oczami wciąż tańczyły mu absurdalne obrazy ze snu, a w głowie rozchodził się przeraźliwy, narastający dźwięk. Zacisnął ze złości pieści, próbując uspokoić kołatające głośno serce. Przetarł mocno oczy z nadzieją, że w ten sposób przegoni uciążliwe obrazy. ‒ Nie mogę im pomóc! – warknął, nie zważając na to, że mówi zbyt głośno. Z dołu dobiegł go jakiś dźwięk, ale nie dbał teraz o to. Oddałby wszystko, byle tylko nie musieć znosić wciąż tego uciążliwego koszmaru. Wstał z łóżka, z przekleństwem spoglądając na zegarek. Była trzecia w nocy. Rozejrzał się ze złością po pokoju, czekając aż jego oczy przyzwyczają się do ciemności. Powieki strasznie ciążyły mu nad oczami, z trudem opanował chęć ich zamknięcia. Wiedział, że i tak by nic to nie dało. Gdyby tylko zamknął oczy, sen by powrócił, jak złośliwa mara, która nigdy nie daje mu spokoju. Miał wrażenie, jakby granica wieku osiemnastu lat, którą niedawno przekroczył, zerwała niewidzialne zasłony z jego zmysłów i pozwoliła mu dostrzec zupełnie inny, obcy świat. Rozgoryczony podszedł do okna, patrząc na otaczającą wszystko ciemność. Noc w Ciragan – miasteczku, w którym urodził się i wychował – była naprawdę niezwykła. Na niebie, niezależnie od pory roku czy dnia tygodnia, 9 niepodzielnie królował księżyc, przez cały czas w pełni pokazując swe oblicze, a ulice za dnia pełne ludzi, po zmroku zawsze były puste. Przycupnięte blisko siebie maleńkie budynki wyglądały, jakby kuliły się na sam widok olbrzymiego lasu wyrastającego z prawej strony ich domu. Potężne, masywne pnie omszałych drzew rzucały długie cienie na miasteczko, które nawet za dnia pozostawało ukryte w cieniu...  Nagłe, ciche skrzypienie otwieranych drzwi sprawiło, że poruszył się niespokojnie. Z domu po przeciwnej stronie ulicy wylała się fala światła, gdy przygarbiona postać, skradając się, wyszła na zewnątrz, z trzymaną w ręku latarką. Aleks zmrużył oczy i ze skrzywioną miną spojrzał na sylwetkę człowieka, którego od dawna bardzo dobrze znał. Balmor – miejscowy włóczęga, stary pijak i łotr na dobre zapisał się w jego pamięci. Nieokrzesane zachowanie i kąśliwe uwagi, którymi cechował się starzec, nieraz dały mu się we znaki. Trudno było uniknąć jego obecności, szczególnie dlatego, że był on częstym gościem miejscowych barów, z których jego ulubiony znajdował się tuż pod pokojem chłopaka. Wiele razy prosił Stana, by zabronił mężczyźnie wstępu do lokalu, lecz on za każdym razem z lekkim uśmiechem kręcił głową. Zupełnie nie obchodziło go to, że za każdym razem jest on przez starego 10 prowokowany. Aleks, trzęsąc się ze złości i bezradności, brał jedynie wodę w usta, pilnując się, by nie powiedzieć jednego słowa za dużo. Nie miał jednak żalu do Stana. Był on poczciwym człowiekiem, wobec którego miał niespłacalny dług wdzięczności. Rozdrażniony chłopak pospiesznie założył na siebie spodnie i kurtkę, ani na moment nie spuszczając oczu z mężczyzny. Chciał wreszcie odkryć, gdzie nieznośny staruch co noc znika. Balmor, świecąc latarką trzymaną w drżącej ręce, rozejrzał się uważnie po opustoszałym miasteczku, jakby sprawdzając, czy jest na ulicy zupełnie sam. Jego mroczne, tajemnicze i pozbawione wyrazu oczy zwęziły się niebezpiecznie, szukając jakiegoś podstępu. Na ułamek sekundy ukryta pod czarnym kapturem twarz zwróciła się w kierunku okna po przeciwnej stronie ulicy, jakby doskonale zdając sobie sprawę z tego, że ktoś się w nią wpatruje, po czym momentalnie obróciła się w stronę lasu. Długa peleryna, sięgająca krańcem ziemi, nagle załopotała na wietrze, kiedy starzec ruszył przed siebie, tonąc w gęstej mgle, otaczającej pobliskie drzewa. Aleks wychylił się przez okno, próbując dostrzec w oddali profil mężczyzny, lecz nieprzenikniona ciemność pochłaniała wszelkie światło. Czując rodzące się w głębi duszy podniecenie, pospiesznie wybiegł z pokoju. Wytężył wzrok, chcąc jak najszybciej minąć mroczny korytarz. 11 Ostrożnie zszedł po skrzypiących, drewnianych stopniach na dół. Pusty lokal po zmroku wyglądał ponuro. Bladoniebieskie światełka sączące się znad lady, rzucały długie cienie na poukładane na stołach krzesła. Minął je w pośpiechu i zatrzymał się przed wejściowymi drzwiami. Poprzez ściany przelewał się tłumiony dźwięk głośnego chrapania. Aleks uśmiechnął się i przekręcił zamek w drzwiach, wydostając się na zewnątrz. Zewsząd otaczał go mrok. Jedyne światło sączyło się z ulicznych latarni, których nikły blask nie był w stanie się przebić przez ciemną zasłonę nocy. Chłodne powietrze przyjemnie muskało mu skórę, ale każdy silniejszy powiew wiatru sprawiał, że po jego plecach rozchodziły się zimne dreszcze. Wszechogarniająca pustka i niczym nie przerwana cisza budziły w nim lęk, lecz rodząca się w duszy determinacja nie pozwalała mu się zatrzymać. Po pewnym czasie zszedł z brukowanego chodnika i ze wzrokiem wlepionym w gęstą mgłę, kłębiącą się wokół pni omszałych drzew, podążył dalej szlakiem zawiłej i wyboistej ścieżki. Podeszwy jego butów strasznie kleiły się do nasiąkniętego podłoża, ale pomimo tego, że kilkukrotnie nachylił się, by zbadać przed sobą glebę, nie dostrzegł żadnych śladów. Balmor w jakiś niewyjaśniony sposób zadbał o to, by nikt go nie śledził. Kiedy w oddali utonęły ostatnie promyki światła, jedynie wiszący wysoko na bezchmurnym niebie Księżyc przyświecał mu drogę. Wraz 12 ze zbliżaniem się do granicy okalającego miasteczko lasu, powietrze stawało się coraz chłodniejsze, a powiewy silnego wiatru zelżały, by po pewnym czasie zupełnie zniknąć. Wyglądało na to, że nie tylko światło gubiło w nim swą drogę. Wydychane z ust powietrze szybko zamieniało się w parę, a lodowaty dotyk mrozu sprawił, że na policzkach wystąpiły mu dwie czerwone plamy. Przez cały ten czas wędrował ze wzrokiem wlepionym w dróżkę, bezskutecznie szukając jakichś śladów. Gdy wreszcie zatrzymał się tuż przed granicą rosnących drzew, jego spojrzenie spoczęło na zalegającej wokół nich mgle, a przez bladą twarz przemknął cień strachu. Bezlistne gałęzie falowały groźnie, pomimo tego, że nie powiewał już nawet najlżejszy wiatr. Znad olbrzymich kłębów mgły wystawały nagie, poskręcane pnie drzew, których nieprzyjemna, zmurszała woń docierała do jego nozdrzy, wypełniając swoim odorem płuca. Z trudem zwalczył mdłości, gdy smród wywołał nagły atak kaszlu. Starał się odwrócić głowę i zasłonić usta dłonią, ale upiorny widok przyciągał jego spojrzenie. Zdumiony ze zmrużonymi oczami wpatrywał się w las i zastanawiał się, dlaczego tak na niego reaguje. Coś było z nim nie tak. Uśpiona w jego sercu za dnia groza, w nocy budziła się do życia. Niewątpliwie nie był on zwyczajnym lasem. Zawsze wydawał się być niesamowity, lecz w świetle słońca 13 zdawał się ukrywać swe prawdziwe oblicze, a po zmroku odsłaniał wszelkie skrywane wcześniej potworne cechy. Wysokie sklepienie lasu utworzone jedynie z długich nitkowatych gałęzi, nie przepuszczało żadnego promienia księżycowego światła, ale pomimo tego nie było tu zupełnie mrocznie i ciemno. W powietrzu unosiła się niesamowita, delikatna poświata, która w kontraście z szarymi konarami drzew sprawiała, że wszystko wokół wyglądało jak na starym, czarno-białym filmie. Było również znacznie zimniej niż w mieście. Jego oddech zamieniał się w parę, a na ciemnych, skalistych pniach osiadł biały, błyszczący szron. Ziemię przecinała siatka popękanych żyłek, która rozpaczliwie domagała się choćby kilku kropel wody. Wyglądała na twardą jak kamień, a w niektórych miejscach spękalina ukazywała szczątki i szkielety dawnych roślin. Las ogarniała przejmująca cisza, której nawet wzmagający się wiatr nie mógł przemóc. Jego kroki, chociaż starał się iść jak najciszej, zdawały się być słyszalne w oddali, a ślady stóp, zostawiane w zlodowaciałej ziemi, przybierały białą, błyszczącą barwę. Wraz z upływem czasu las zaczął się zmieniać. Kościste drzewa z każdym kolejnym krokiem rosły coraz bliżej siebie, znacznie ograniczając mu drogę, po której mógłby swobodnie chodzić. Powietrze stało się nieznośnie suche i duszne, z trudem przychodziło mu normalne oddychanie. Narastający z każdą chwilą mróz, stawał się 14 trudny do zniesienia. Naciągnął na głowę kaptur, żałując, że nie wziął czegoś cieplejszego. Bardziej jednak niż przejmujące zimno, martwiła go wyłaniająca się przed nim pustka. Pewność, z jaką wchodził do lasu, zupełnie go już opuściła. Wiedział, że jest w nim zupełnie sam. W pewnym momencie został zmuszony, by ponownie się zatrzymać. Drzewa rosły tak blisko siebie, że z trudem przeciskał się pomiędzy ich grubymi pniami. Coraz częściej także wyrastały przed nim zlodowaciałe krzewy, których gałęzie kruszyły się pod wpływem jego dotyku. Na zmarzniętych palcach wystąpiły mu kropelki wody, błyszczące w płaszczu mroku. Wytężył wzrok, próbując dostrzec, co dalej skrywa przed nim las. Uschłe konary drzew rzucały jednak długie cienie, zręcznie maskując znajdującą się przed nim ścieżkę. Z rozpaczą spojrzał w mrok, wiedząc, że nie może iść dalej. Drżące, zgrabiałe dłonie schował do kieszeni i niechętnie z westchnieniem i zawiedzioną miną obrócił się na pięcie. Robiło się coraz zimnej, a dłuższą wędrówkę z pewnością przypłaciłby zdrowiem. Poza tym nigdy wcześniej tak daleko nie zagłębił się w las, a tej nocy wszystko było w nim przerażające i jakieś inne. Gdziekolwiek podział się Balmor, jego dalsze poszukiwania musiały zaczekać do rana, choć Aleks wątpił, że kiedykolwiek uda się go odnaleźć. Jeśli starzec z własnej woli nie postanowi odkryć swoich tajemnic, nikt inny tego nie zrobi. 15 W chwili, gdy opuściła go wszelka nadzieja, wydarzyło się coś niezwykłego i zupełnie niespodziewanego, co wzbudziło w nim przejmujący strach, którego nic nie było w stanie stłumić. Nagle mrok i przenikliwy mróz stały się jedynie zwykłą błahostką, a wszystkie jego myśli skupiły się na jednej, przerażającej rzeczy. Wraz z powiewem lodowatego wiatru do jego uszu dotarł potworny pisk, który dopiero po chwili ułożył się w zrozumiałe, błagające słowo: „Nie odchodź!” Kołatające głośno serce, mówiło mu, że wciąż żyje, ale śmiertelny szok sprawiał, iż bał się, że zaraz postrada zmysły. Z rosnącym przerażeniem poruszył się ostrożnie, próbując zlokalizować źródło głosu. Był niewyraźny, bulgoczący, jakby wydobywał się z olbrzymich głębin, ale niósł w sobie zapierającą dech w piersiach moc, która sprawiała, że czuł się tak, jak gdyby ktoś właśnie krzyknął mu do ucha. Rozejrzał się z lękiem dookoła siebie, czując na sobie spojrzenie kogoś, kto stał poza zasięgiem jego wzroku, z dala od niego. Było to niezwykłe uczucie, którego nie można było porównać z czymkolwiek innym. W jednej chwili miał wrażenie, że doświadcza obecności czegoś obcego, niematerialnego, rzeczy, której nie można dotknąć i zobaczyć, a jedynie usłyszeć. Coś na miarę ducha, tyle że było to znacznie głębsze odczucie, które w niewyjaśniony sposób wpływało na jego umysł. Spojrzał na rozrastającą 16 się przed sobą ciemność, zastanawiając się, czy iść dalej. Wiedział, że tam daleko, w głębi drzew znajduje się jakaś prawda, która błagalnie wzywa go do siebie, ale bał się ją poznać. Była tak fascynująca i jednocześnie przerażająca, że poznanie jej na zawsze mogło odmienić jego życie. Wiedział to, czuł to całym sobą, ale nie był z tego powodu szczęśliwy. Las skrywał wiele niewyjaśnionych tajemnic. Od lat nie widywano w nim żadnych żywych zwierząt, lecz za każdym drzewem mogło czaić się coś gorszego, o wiele bardziej niebezpiecznego. Podpowiadały mu to zmysły, ale ciekawość, która rodziła się w jego umyśle, zaślepiała wszelkie inne odczucia, łagodząc nawet przerażający lęk. Powoli, niepewnie ruszył przed siebie, wkraczając w ciemność, w której nawet światło gubiło swą drogę. Przez moment czuł się jak zawieszony w eterze duch. Znajdował się w nicości, która wypełniała sobą wszystko. Nie czuł nic, zupełnie jakby ciemność wyłączyła wszelkie jego doznania, zarówno te negatywne, jak i pozytywne. Zamknął oczy, próbując przystosować umysł do nowej rzeczywistości. Zamiast jednak znaleźć spokój i opanowanie, odkrył coś zupełnie innego, niedorzecznego. Pod powiekami pojawiła się czerwona, jaskrawa wiązka światła, której blask powoli narastał i zaczął rozświetlać ciemność. W jakiś niewytłumaczalny sposób znów zaczął widzieć, choć był absolutnie pewny, że jego oczy przez cały czas pozostają zamknięte. 17 Polegając wyłącznie na własnym umyśle, ruszył dalej przed siebie, czując jak narasta w nim potęgujące się z każdą chwilą podniecenie. Miał wrażenie, że unosi się w niekończącej się przestrzeni, płynąc przez morze niezliczonej liczby drzew. Czerwień mieszała się z czernią, pozwalając z łatwością odróżnić wszelkie kształty. Po długiej chwili do mieszaniny barw dołączyła biel, która narastała z każdym kolejnym krokiem, chłonąc słabnący odcień czerwieni. Aleks zatrzymał się, widząc przed sobą czystą biel, która wypełniając całą rozciągającą się przed nim przestrzeń, nieznośnie piekła go w oczy. Wyciągnął ostrożnie rękę, sprawdzając, co znajduje się dalej. Jego dłoń trafiła na niezwykle ostrą, kłującą powierzchnię, która po sekundzie zagłębiła się w jego palcu. Syknął z bólu, otwierając oczy. Serce tłukło mu się w piersiach, jakby nagle z niekontrolowanego uśpienia zerwało się do intensywnej pracy. Do jego ciała powracało czucie, a zmysły znacznie wyostrzyły się. Wrócił do życia z czegoś, czego w żaden logiczny sposób nie mógł wytłumaczyć. Jakby nagle przebudził się z głębokiego snu, który otworzył mu drzwi na niedostrzegalne nigdy wcześniej obrazy. Teraz jednak z powrotem był tylko sobą. Spojrzał przed siebie, z lekkim zdziwieniem zauważając, że znów ze wszystkich stron otacza go ciemność. Uniósł do góry zraniony palec, czując jak po dłoni spływa mu gęsta, czerwona ciecz. Przeraźliwe zimno zapiekło go w ranę. 18 Z rozdrażnieniem schował rękę do kieszeni kurtki, patrząc na delikatny blask dziwnej rośliny, która rosła tuż przed nim. Długie i bardzo cienkie, porośnięte kolcami gałęzie wychodziły ze wszystkich stron olbrzymiego krzewu, oplatając każde drzewo, które znajdowało się w zasięgu jego wzroku. Pomiędzy maleńkimi, niezliczonymi przerwami jaśniał bladoniebieski lód, a po powierzchni rośliny płynęły kropelki lodowatej wody. Najeżony kolcami krzew był niczym olbrzymi, szczelny mur postawiony przez samą naturę, która z nikim nie chciała dzielić swych sekretów. Spojrzał do góry i ujrzał w powietrzu złowieszczą, rozciągającą się na całą szerokość lasu, kolczastą sieć. Niepewnie spróbował wykonać krok do przodu, próbując podejść jeszcze bliżej, lecz, gdy zrobił pierwszy ruch, poczuł jak jego noga zawisa w powietrzu. Natrafił nogą na pustą przestrzeń, która zaledwie na metr oddzielała go od pnączy olbrzymiej rośliny. Nie zdążył nawet krzyknąć, gdy siła przyciągania porwała go nagle w dół. Staczając się w środek nierównego zagłębienia, trafił łokciem na wystający z prawej strony kamień, boleśnie zdzierając sobie z ciała skórę. Po chwili wylądował na płaskiej, kamienistej ziemi. Ciemnością wstrząsnął niespodziewany wybuch śmiechu, który przedzierając się przez morze drzew, rozniósł się na całą długość lasu. Aleks spojrzał z lękiem w głąb ciemnego tunelu, zdając sobie sprawę z tego, że to właśnie z tej strony wydobył się ów dźwięk. 19 ‒ Kto tu jest? – zapytał, słysząc jak echo śmiechu milknie i znika wśród głuchych ścian, utworzonych z ziemi. Odpowiedziało mu milczenie. W oddali posłyszał jednak zupełnie inny ton, który nie mógł być śmiechem człowieka, ani głosem żadnego stworzenia. Wtem jego uszy wypełniły się delikatnym szumem, który docierał do niego wraz z lekkim powiewem wiatru. Miał wrażenie, że skądś zna ów dźwięk. Był dla niego dziwnie bliski, jak głos dawno niesłyszanej osoby, a jednocześnie zupełnie mu obcy. Niósł ze sobą moc, która paraliżowała go, niezauważalnie, bardzo powoli hipnotyzując. Powoli wstał z ziemi, uważając by nie zawadzić głową o niskie sklepienie tunelu, z którego wystawały poskręcane i obrzydliwie oślizgłe korzenie rośliny. Nie widział przed sobą nic i z każdym krokiem tonął coraz bardziej w niekończącym się mroku, ale na twarzy czuł świeże powietrze, które delikatnie chłostało go w skórę. Wiedział, że musi znajdować się bardzo blisko wyjścia z tunelu. Mocno przycisnął zranioną rękę do boku, czując jak drętwieją mu palce. Straszliwe zimno znów nieznośnie zapiekło go w skórę, ale starał się o nim nie myśleć. Teraz liczył się tylko cel i prawda, której był tak blisko. Czuł ją całym sobą, choć nadal nie mógł jej dostrzec. Był pewien, że tajemnica starca znajduje się tuż u jego stóp. Oślizgły i mroczny tunel skończył się równie niespodziewanie, jak się pojawił, lecz Aleks dopiero po pewnym czasie zdał sobie sprawę z tego, 20 że znów znajduje się na otwartej przestrzeni. W oddali, po obu stronach dostrzegł delikatny zarys wielu drzew, ale przed sobą widział jedynie rozciągającą się na setki metrów pustkę. Ciemna zasłona nocy przysłaniała sobą wszystko, ale coś pośród niej nie pasowało do ponurej i mrocznej przestrzeni. Tajemniczy szum wypełniał jego uszy, narastając z każdą kolejną chwilą, a nad jego głową, choć nie dostrzegalna gołym okiem, rozciągała się olbrzymia aura mocy, którą przesiąknięte było niesamowicie świeże i przyjemne powietrze wędrujące do jego płuc. Gdzieś pośród niezmierzonej równiny, w sercu lasu, zapłonął nagle dziwny, biały płomień. Aleks zmrużył oczy, rażony niespodziewanym pojawieniem się światła i spróbował zrozumieć, na co patrzy. Gwałtownie mroczna zasłona nocy przestała istnieć, odsłaniając swe ukryte sekrety. Przed sobą dostrzegł setki małych światełek wyrastających prosto z ziemi. Wyglądały, jakby świeciły własnym, samoistnym światłem, promieniując w mroku nocy. Ale czym one były? Zrobił kilka kolejnych kroków, patrząc ze zdumieniem jak pośród małych promieni wyrasta olbrzymia tarcza światła. Była niczym wielka kula ognia, która spadając z nieba, rozlała się na ziemi. Uniósł przed siebie ręce, zauważając, że las rozświetla nikłe, blade światło. Powróciły dziwne, czarno-białe barwy, które choć wyglądały dość nieprzyjaźnie i złowieszczo, pozwalały dostrzegać każdy, nawet najbardziej ukryty szczegół. Zatrzymał się sparaliżowany strachem, gdy poczuł jak lodowata, przeraźliwie zimna woda wlewa mu się do 21 butów. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. Odskoczył do tyłu, z trudem odrywając nogi od nasiąkniętego podłoża. Ze wstrętem otrząsnął się z nieprzyjemnej fali zimna i z otwartymi ustami spojrzał na rozciągający się tuż przed nim widok. Daleko, sięgając aż po horyzont, do miejsca, w którym chłonął je mrok, rozrastało się gigantyczne jezioro. Spojrzał w górę, dostrzegając, że bezlistne gałęzie drzew rozproszyły się, niknąc w oddali. Las otworzył swe wrota na niebo, pozwalając, by blask księżyca i gwiazd wypełnił ukryte w jego sercu i niedostępne dla innych sekrety. Stał sparaliżowany, nie mogąc oderwać wzroku od magicznego zwierciadła wody, które odbijało wszystko, a nawet więcej niż chciałoby się ujrzeć. Znów nawiedziło go wrażenie, że do jego umysłu napływa niedostępna mu nigdy wcześniej wiedza. Jezioro nie było jedynie zwykłym zwierciadłem wody. Doskonale to wiedział, choć nie był do końca pewny, czym właściwie ono jest. Usiadł nad brzegiem wody, wpatrując się w lustro – niczym niezmącone odbicie własnej osoby. I gdy tak siedział, pogrążony we własnych myślach, znów nawiedziło go nieprzyjemne wrażenie, że ktoś go bacznie obserwuje, i tym razem, kiedy dłużej się nad tym zastanowił, zdał sobie sprawę z tego, że to jezioro się w niego wpatruje. Poderwał się z miejsca, znowu słysząc jakieś szepty. Tym razem głos był bardzo niewyraźny, bulgoczący, dochodzący z głębi jeziora. Nachylił się nad własnym odbiciem, wciąż 22 uważnie nasłuchując, a głos brzmiał jak magiczne zaklęcie, powoli wprowadzając go w hipnotyczny trans, z którego nie mógł się obudzić...  Nie miał pojęcia, ile czasu spędził nad jeziorem, pogrążony w głębokim letargu. Wyrwał się z magicznych sieci głosu dopiero wtedy, gdy rażący blask wschodzącego słońca, odbity od lustra wody, oślepił mu na chwilę oczy, przywracając go do rzeczywistości. Ocknął się, spostrzegając, że nad lasem panuje już światłość, a zwierciadło wody odbija długie, rdzawoczerwone promienie. Z głową pełną myśli niechętnie ruszył w stronę domu, wiedząc, że ten dzień zmieni go na zawsze. „Podarunek” W ciemności zapłonęło jasne światło. Poprzez tunel niekończącego się mroku przedzierał się zamglony obraz, który był coraz bliżej i bliżej, aż w końcu wypełnił sobą wszystko. Ciemność przestała istnieć, zamieniając się w mieszaninę barw, które tworzyły kontury wyłaniających się z nicości przedmiotów. Jasny promień światła skierował swój strumień na powstały obraz, przenosząc go do świata marzeń. 23 24
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Anara
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: