Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00388 008778 14653400 na godz. na dobę w sumie
Anatomia przypadku - ebook/pdf
Anatomia przypadku - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 230
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3921-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

 

„Anatomia przypadku” to kryminał nie-kryminał, powieść sensacyjna z mocno zarysowanym wątkiem obyczajowym. To w zasadzie dwie opowieści splecione w jedną historię. Tak nierozerwalne, że trudno dostrzec, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga. Niektóre rozdziały są na tyle autonomiczne, że można je czytać jak osobne opowiadania.

Osią powieści, wokół której kręci się cała fabuła, jest przypadek i jego rola w naszym życiu. Czy wszystko co nam się przydarza jest zdeterminowane? Ile mamy wolnej woli? Czy Bóg może zmienić swoje plany w stosunku do człowieka? Te pytania i czasem sprzeczne odpowiedzi padają na stronach tej książki. Jak jest naprawdę…? Wnioski autor pozostawia Czytelnikowi.

Splot niezwykłych zdarzeń rozpoczyna się od wypadku w bloku przy ulicy Pięknej. Pewnej wrześniowej nocy roztrzaskuje się tam winda z trójką pasażerów. Z katastrofy bez szwanku wychodzi tylko jedna osoba - Paweł Jurek, początkujący literat, wrażliwiec i  hipochondryk, który podobną scenę wcześniej opisał na stronach swojej powieści. Czy tragedia to skutek awarii technicznej, czy zamachu? Obie opcje są równie prawdopodobne, oba wątki równoważne, choć jeden to fikcja stworzona przez Pawła, a drugi - rzeczywista historia.

„Anatomia przypadku” to w gruncie rzeczy anatomia ludzkich losów. Trochę zabawny i groteskowy obraz bezradności człowieka wobec tego, co nieuniknione, ale też ufności w to, że czasem jednak „wiara przenosi góry”. To optymistyczna przypowieść o pesymistycznej rzeczywistości.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

© Copyright by Marek Dobies Wydanie I ISBN 978-83-272-3921-1 Fotografia na okładce M. Dobies Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży . 2 M A R E K D O B I E S Anatomia przypadku 3 „Z zasady nieoznaczoności Heisenberga wynika, że u podstawy działania wszechświata występuje nieusuwalny element niepewności, a określonym konfiguracjom możemy jedynie przypisywać wartości prawdopodobieństwa. Istnieją teorie, według których wszechświat jako wielowymiarowy twór przejawia właściwości kwantowe – stąd np. nie ma możliwości przewidywania przyszłości niezależnie od poziomu wiedzy, można jedynie przypisywać określone prawdopodobieństwa różnym jej wariantom. W gruncie rzeczy to przypadek jest rzeczywistą składową otaczającego nas świata, a tam gdzie go nie widzimy – ulegamy złudzeniu, że wszystko jest do przewidzenia”. www.gazeta.pl.forum.grgk4 4 1. Gdzie jest Małecki? Przypadek to odrobina chaosu, który wkradł się w zdeterminowany przez Boga porządek świata albo narzucony przez człowieka porządek rzeczy – pomyślał Bohdan Boss Górecki, pieszcząc w pulchnych dłoniach ogromny, lśniący chromem colt Peacemaker kaliber 45. Tę budzącą respekt i szacunek broń wygrał w pokera od najprawdziwszego Amerykanina, którego w lepszych czasach gościł w swoim przybytku hazardu. Z tym, nieco staroświeckim jak jego właściciel, kawałkiem metalu wiązały się też jakże miłe wspomnienia, czyniąc z niego przedmiot o wartości sentymentalnej. Górecki siedział przy pokrytym zielonym suknem stoliku do gry w blackjacka, oświetlonym lampą zawieszoną nisko nad blatem. Za jego plecami dębowy bar wabił oko rzędami kolorowych butelek, zwielokrotnionych przez odbicie w lustrze. Młody barman z bródką kontemplował za kontuarem kryształową czystość wycieranego właśnie kieliszka. Obaj mężczyźni wyrażali brak zainteresowania swoją obecnością. Każdego z nich bowiem pochłaniała jego własna partyjka z rzeczywistością. Boss zdawał sobie sprawę z nieprzewidywalności wypadków, jednak z uporem maniaka usiłował wyeliminować ją ze swojego życia, a zwłaszcza ze swojej, nie zawsze zgodnej z prawem, działalności. Niestety, świadomość tego faktu nic a nic nie poprawiła mu humoru, gdy okazało się, że jego kolejny – dokładnie przemyślany i potrójnie zabezpieczony przed ewentualną porażką - plan właśnie wziął w łeb. Mężczyzna doskonale wiedział, że cała rzecz tkwi w tym, żeby kontrolować jak największą liczbę „zmiennych”, po swojemu organizować przestrzeń działania. Ale jak je kontrolować? Jak zapanować nad chaosem zdarzeń? Ta wiedza była oczywiście niedostępna dla szefa niewielkiej, acz dobrze prosperującej grupy przestępczej. Nieudana akcja, która wyprowadziła go z równowagi, okazała się właśnie jednym z przykładów braku kontroli nad wypadkami, które usiłował sprowokować. Do mrocznej sali kasyna, zupełnie legalnego interesu, dryfującego jak tratwa na morzu niezgodnej z prawem działalności Bossa, weszło dwóch dobrze ubranych mężczyzn. Górecki oderwał wzrok od połyskującej powierzchni colta i rzuciłby im pewnie pełne aprobaty spojrzenie, gdyby nie zmartwienie, które doskwierało mu od wczoraj. Może pochwaliłby świeży glanc ich butów i gładkość wygolonych lic, bo lubił, 5 żeby jego chłopcy stylizowali się na amerykańskich gangsterów; tych „klasycznych”, z czasów Ala Capone. Dlatego wszyscy wciskali się w ciemne garnitury, wiązali stonowane krawaty, a fryzury nosili schludne, krótkie i gładko zaczesane. Taki look obowiązywał w kasynie, a poza nim był mile widziany. Ci dwaj doskonale odpowiadali tym standardom. - Opowiadać mi tu szybko, jak to się stało, że cały mój misterny plan nagle runął. – Boss wstał z krzesła i zaczął przechadzać się przed stojącymi karnie obok siebie dwoma rosłymi facetami, którzy utkwili wzrok w lśniącej czerni swoich lakierek. – Ładunek zadziałał, winda spadła, tak…? - Tak, szefie! - A jednak Mały, jak gdyby nigdy nic, wyszedł sobie na nocną przechadzkę, co?! - Nie wiem, czemu nie wsiadł do windy. Pierdolnęło, kiedy trzeba... - Tylko mi tu bez takich słów! – skarcił podwładnego, wymachując energicznie palcem wskazującym przed twarzą goryla. Górecki słynął z tego, że brzydził się wulgaryzmami i ostro tępił ich używanie przez swoich ludzi. - Winda spadła, czyli musiała zatrzymać się na siódmym piętrze… - osiłek analizował na głos sytuację. - Bomba uzbroiła się jak należy… był wybuch, a jednak Mały, nie wiedzieć czemu, ocalał. - No dobrze... I co mieliście zrobić, gdyby wyszedł na ulicę? - Przejechać skurwy... skurczykota – szybko poprawił się mężczyzna. - Więc dlaczego dotarł cało do samochodu? Zapadło pełne napięcia milczenie. Mężczyźni zerkali na siebie, ale żaden nie ośmielił się odpowiedzieć. Ich młode, kanciaste twarze stężały w oczekiwaniu. Wyglądali niemal jak bracia – nawet zmieszanie i niepewność na ich niezdradzających nadmiernej inteligencji obliczach zdawały się identyczne. Górecki sięgnął do kieszeni spodni, wyjął lśniący nabój, po czym wsunął go do komory colta i ostentacyjnie zakręcił bębenkiem. Lufę pistoletu przystawił do głowy rozmówcy. Postawny jegomość o ulizanych włosach, z misternie wyczesanym przedziałkiem, skulił ramiona, zmrużył oczy, a czoło przeorały mu dwie grube zmarszczki. - Wóz nam nie chciał odpalić – wydukał wreszcie. A potem wydał z siebie głośne westchnienie ulgi, gdy pistolet tylko szczęknął metalicznie przy jego uchu. - A dlaczego go zgubiliście? – szef zadał pytanie drugiemu ze swoich ludzi. 6 Górecki był otyły i znacznie niższy od swojego podwładnego, więc żeby dosięgnąć głowy goryla musiał wspiąć się na palce. Z boku sytuacja wyglądała komicznie, jednak osiłkowi nie było do śmiechu. Boss ponownie zakręcił bębenkiem i zbliżył wylot lufy colta do skroni pytanego. Facet odchylił się, wykrzywił usta, a oczy osłonił dłonią, jakby zakrywał je przed snopem rażącego światła. - Za szybko odjechał, skubaniec! – rzucił nerwowo. Górecki delikatnie pociągnął za spust. Tym razem krótkie szczęknięcie poprzedziło ogłuszający huk wystrzału. Mężczyzna zachwiał się i nagle runął na pokrytą miękkim dywanem podłogę. Lecz nie padł martwy. Nawet nie stracił przytomności, tylko zaczął wić się i rzucać w konwulsjach, wrzeszcząc z bólu. Szef, poirytowany jego babskim piskiem, kopnął go w brzuch i przeszedł nad nim okrakiem. Gangster przestał wreszcie zawodzić i tylko jęczał monotonnie, zgięty wpół, z dłońmi zaciśniętymi na głowie. Ciągle żył, a dywanu wyściełającego kasyno nie splamiła ani jedna kropla krwi. Boss w gruncie rzeczy uważał zabijanie za przejaw barbarzyństwa i nigdy nie strzeliłby nikomu w głowę. Jeśli już trzeba było pozbawić kogoś życia, wolał dokonać tego w sposób subtelniejszy, bardziej wyrafinowany. Nie w jego stylu było wbicie noża w plecy czy strzał między oczy. Mężczyznę powaliła na podłogę nie kula, lecz huk ślepego naboju eksplodującego blisko ucha. Wystrzał osmalił mu skórę na skroni i ogłuszył go na chwilę. - Miał pecha – podsumował Górecki, spoglądając bez śladu współczucia na leżącego. – Zabierzcie go stąd i wezwijcie karetkę. Pewnie pękł mu bębenek. Szef miejskiego gangu uwielbiał grać w rosyjską ruletkę, wkładając do komory colta ślepy nabój. Zwłaszcza po kilku głębszych stawał się niezwykle rozrywkowy. Dla zabawy i postrachu mierzył z broni do swoich ludzi. Przechadzał się między nimi chwiejnym krokiem i celował im w głowy albo namawiał do zakładu: wypali czy nie wypali? Chętnych do udziału w loterii brakowało, a pokaźnych rozmiarów pistolet budził respekt nawet wtedy, gdy nie był nabity. Rosyjska ruletka ze ślepym nabojem w bębenku była też sposobem Bossa na dyscyplinowanie ludzi. Wszczynał tę nieprzyjemną grę, gdy chciał ich za coś ukarać albo napomnieć. Uważał, że traktuje pracowników jak ojciec dzieci: kiedy trzeba - karci, a gdy trzeba - chwali. Tym razem trzeba było kogoś ukarać, choć winy za nieudany zamach na Małego należało upatrywać raczej w krnąbrnym losie, przypadku, który często krzyżował Góreckiemu szyki, niż w działaniu osób, którym zlecił to zadanie. 7 Grającego od kilku miesięcy w ich przestępczym zespole policjanta Andrzeja Małeckiego, zwanego przewrotnie Małym, bo facet miał ponad dwa metry wzrostu, należało się pozbyć w sposób niekojarzący się z brutalnym mordem. Najbezpieczniej było upozorować wypadek. Boss zaplanował więc, że urwie się winda w wieżowcu dziewczyny policjanta, z którego ofiara miała być wywabiona nad ranem. Taki wypadek może i był zbyt spektakularny, bo nieczęsto słyszy się o spadających windach w dziesięciopiętrowych blokach, ale Góreckiemu ten pomysł wydał się niezwykle oryginalny i ambitny. Nie chciał słyszeć o żadnym innym sposobie rozwiązania z nieuczciwym gliną „umowy o pracę”, choćby był mniej kłopotliwy i skuteczniejszy. Ostatecznie zgodził się, żeby sprawę Małeckiego załatwić bardziej prozaiczną metodą tylko wtedy, gdy jego - mocno przekombinowany zdaniem podwładnych - koncept zawiedzie. Boss sam wybrał bardzo wczesną porę zamachu, sądząc, że mało prawdopodobne jest, by tuż przed świtem do windy wsiadła jakaś przypadkowa osoba. Jego chłopcy skonstruowali bombę niewielką, za to wyposażoną w skomplikowany układ elektroniczny, który miał spowodować uzbrojenie się zapalnika w momencie, gdy winda zatrzyma się na siódmym piętrze. Mieszkała tam narzeczona Andrzeja, u której policjant spędzał większość wolnego czasu. Winda powinna runąć w kilka sekund po tym, jak ruszy w dalszą drogę na dół, za sprawą eksplozji ładunku niszczącego stalowe liny, na których dźwig się przemieszczał. Miało to wyglądać na wypadek. Górecki nie łudził się jednak, że fachowa ekspertyza nie ujawni wcześniej czy później rozmyślnego uszkodzenia mechanizmu. Ale miało to drugorzędne znaczenie, bo uważał, że i tak nikt nie odkryje sprawców tej tragedii. Boss niczego nie zostawiał na pastwę losu. Właściwie wiódł swego rodzaju wojnę z przypadkami i przypadkowością w ogóle, planując każdy szczegół akcji tak, by nie zostawiać wolnego miejsca dla zdarzeń nieprzewidzianych. Dla pewności, że policjant śmierci nie ujdzie - gdyby ładunek wybuchowy nie zadziałał albo coś nie poszło zgodnie z planem - kazał swoim ludziom, czuwającym w aucie przed blokiem, zaimprowizować potrącenie. Gdyby zawiodła zasadzka z windą, a policjant nie wpadł pod koła pędzącego samochodu, czekający na spotkanie z nim w starym magazynie przy rzece ludzie mieli pomóc mu zejść z tego świata w tradycyjnie gangsterski sposób, a ciało wrzucić do wody. Niestety, Mały nie zginął w żadnym z dwóch precyzyjnie zaplanowanych zamachów. Nie wypalił nawet plan awaryjny, bo z jakiegoś tajemniczego powodu policjant nie dotarł na miejsce spotkania. 8 - Czy ktoś mi powie, gdzie podział się Mały? – Bohdan Górecki zadał to raczej retoryczne pytanie swoim ludziom, którzy stawili się przed nim w komplecie chwilę po tym, jak mężczyznę z uszkodzonym uchem zabrała karetka. – Ktoś z was musiał puścić parę z ust, bo jak inaczej Małecki mógł odkryć, że planujemy się go pozbyć i nawiać nam sprzed nosa...? Od dawna podejrzewałem, że między nami jest kapuś i miał zostać wyeliminowany… – tutaj Boss znacząco spojrzał na Dżerego, swoją prawą rękę i szefa osobistej ochrony. Umięśniony mężczyzna w marynarce włożonej na biały podkoszulek zrobił minę, jakby nie wiedział, o co chodzi. - Wcześniej czy później dowiem się, który z was ma za długi język.... Teraz to nieważne. W tej chwili istotne jest tylko, żeby odnaleźć Małeckiego, zanim nam zaszkodzi. Naraz odezwała się komórka Bossa, więc wsunął dłoń do kieszeni spodni i wydobył telefon. Jednak do otwarcia miniaturowego aparatu z klapką potrzebował drugiej ręki, zajętej trzymaniem karykaturalnie wielkiej broni. Mężczyzna przez chwilę kombinował, co zrobić z coltem i aparatem, wreszcie nerwowo wcisnął pistolet za pasek spodni, a telefon otworzył i przytknął do ucha. - Co nowego, kochanieńki? – spytał niemal z czułością w głosie. - Nowy transport, powiadasz… Dobrze… Odbieramy tam, gdzie zawsze?... Czy są jakieś inne instrukcje?... A co ciekawego mówią gwiazdy? Przez kilka minut Boss żartował z rozmówcą na temat astrologii, przechadzając się z zatkniętym za pasek rewolwerem jak rasowy gangster. Naraz zrobił minę, jakby dopiero zauważył szereg karnie stojących przed nim ludzi, przysłuchujących się jego rozmowie, zakrył mikrofon dłonią i zwrócił się do nich: - No, zmykać mi już stąd! Na dzisiaj dosyć. Mężczyźni w ciemnych garniturach z zauważalną ulgą rozeszli się. Andrzej Małecki był młodym człowiekiem i w policji służył od niedawna. Skromna pensja aspiranta nie zaspokajała jego potrzeb materialnych, a rozczarowanie pracą i ludźmi, z którymi przyszło mu pełnić służbę nie wzmocniły w nim poczucia praworządności ani uczciwości. Zawodowe kontakty ze światkiem przestępczym miasta pewnego dnia zaowocowały korupcyjną propozycją. Ktoś z gangu Bossa niby żartem bąknął coś o możliwości współpracy. Policjant najpierw oburzył się na taką ofertę, potem potraktował ją jak dowcip, ale kilka sprzeczek z szefem, jakieś zgrzyty w zespole i ogólnie zła atmosfera w komendzie sprawiły, że zaczął na serio myśleć o roli szpiega w gnieździe policji. Czas pokazał, że poznany 9 gangster również poważnie myślał o ich kooperacji. Po wzajemnym obwąchiwaniu się, sprawdzaniu i przełamywaniu nieufności – dobili targu. Mafijne pieniądze były spore, dobrze wyprane i wcale nie śmierdziały, gdy wpływały na konto Małeckiego z firmy prowadzącej kursy dla ochroniarzy, jako wynagrodzenie za konsultacje. Mężczyzna doszedł do wniosku, że w gruncie rzeczy jest to łatwy sposób dorobienia co najmniej drugiej pensji. Jego zadanie okazało się stosunkowo proste i – przy zachowaniu daleko idącej ostrożności – wydawało się niezbyt ryzykowane. Ot, taki handel informacjami. Małecki zarabiał na swojej zawodowej wiedzy: ostrzegał gang o planowanych policyjnych akcjach przeciwko jego działalności, sprzedawał przydatne przestępcom wiadomości operacyjne, a gdy trzeba było i mógł to zrobić, krył ich interesy. Niestety, dla Małego nie była to robota na dłużej. Traktował ją jako zajęcie dorywcze i postanowił skończyć z nim wreszcie, gdy uprzytomnił sobie, że wobec swojej dziewczyny, Zuzanny Kwiatkowskiej, ma bardzo poważne zamiary. Z chwilą, gdy zrozumiał, że Zuza jest kobietą, z którą chciałby zostać na dłużej, może nawet na całe życie, intratne koneksje z gangiem wydały mu się zbyt karkołomne. Zdały mu się teraz być związkiem bez przyszłości. Nie mógł dłużej prowadzić podwójnej gry. Nie chciał, żeby któregoś dnia musiał porzucić rodzinę i ukrywać się przed bandziorami czy policją. Albo zwyczajnie skończyć w więzieniu. Pewnego letniego popołudnia oznajmił więc osobie, z którą się kontaktował, że przekazuje ostatnią informację i proponuje, by o nim zapomnieli. Taka opcja nie wchodziła jednak w grę. Boss stwierdził, że ma zbyt dobrą pamięć do ludzi. A zapomnieć zdarza mu się jedynie umarłych... 10 2. Ten, który przeżył Wrześniowy ranek tkwił jeszcze głęboko w objęciach nocy, wilgotnej i mglistej, ale ludzie tłoczyli się przed blokiem, wygnani na zewnątrz przez niemrawych policjantów ze schodów i półpiętra. Było zimno, lecz szok i ciekawość nie pozwalały im wrócić do łóżek. W rażących światłach reflektorów, ustawionych na korytarzu, skrzył się pył, a strażacy w odblaskowych kurtkach rozcinali pogięte drzwi windy. Na parterze walał się szary gruz. Pachniało kurzem i deszczem. Gdy strażacy zrobili swoje, za biało-czerwoną taśmę, odgradzającą miejsce wypadku, weszli ratownicy medyczni. Najpierw ze strzępów osobowego dźwigu wyciągnęli zmasakrowane ciało młodej dziewczyny. Sprawnie zapakowali zwłoki do czarnego worka i wśród poruszenia w gromadce mieszkańców, i pytań: Kto to…? Nie żyje…? Co się stało…? wnieśli je do czekającej na chodniku furgonetki. Drugą ofiarą był młody mężczyzna, cały utytłany krwią, ale bez widocznych śladów obrażeń. Jęknął, gdy ujęli go pod ramiona i dźwignęli, żeby podać ratownikom klęczącym u wejścia do szybu windy na parterze. Wynieśli go na korytarz, a wtedy otworzył oczy. Na podłodze windy pozostało już tylko nienaturalnie skręcone ciało starszego człowieka w zielonych gumowych butach i kurtce przeciwdeszczowej. Miał roztrzaskaną głowę. Spod jego rzadkich włosów nadal wypływała strużka krwi. Zbierała się w niewielką kałużę i krzepła na zakurzonym linoleum. Ocalały chłopak nieprzytomnym wzorkiem omiótł twarze ratowników. Spojrzał na strażaków zastygłych na chwilę w trakcie wykonywanych czynności, nie wiedząc, gdzie się znajduje, a potem niepewnie stanął na nogi. - Nic… mi… nie jest – wydukał. Jego zalękniona twarz była blada jak kreda. Przeżył upadek z siódmego piętra, rzucony pomiędzy ciała dziewczyny i mężczyzny w stroju wędkarza. Chłopak ciężko oparł się na ramionach ratowników. Najwyraźniej był w szoku, lecz szybko dochodził do siebie. Przez chwilę walczył z nimi słabo, opierając się przed ułożeniem go na noszach. Powtarzał w kółko, że nic mu nie jest. Do jego świadomości zaczęło docierać najpierw, co się stało, a potem, że podobną scenę widział albo przeżył już wcześniej. Obejrzał się za siebie i na widok strzaskanej windy pomyślał, że to jakieś upiornie rzeczywiste dejavu. Jednak nie 11 pamiętał, gdzie poprzednio oglądał podobną scenę? We śnie czy w swojej wyobraźni...? W końcu dał się ułożyć na noszach; został przykryty kocem i pośpiesznie wsunięty do wnętrza karetki. Ambulans odjechał na sygnale, odprowadzony wzrokiem gapiów - rozbudzonych odgłosem przypominającym wybuch bomby mieszkańców budynku przy ulicy Pięknej. Ludzie stali w piżamach, narzuconych na siebie naprędce płaszczach lub kurtkach i kapciach wsuniętych na bose stopy. Pierwsze wysupłane z zaskoczonych umysłów komentarze mówiły o zamachu terrorystycznym na ich blok. Ta wersja wydarzeń jednak szybko upadła, nie wytrzymując krytyki co bardziej racjonalnych lokatorów. Wszyscy zgodzili się, że była zbyt niedorzeczna. - Czułam, że to kiedyś nastąpi. Ta winda już dawno powinna być wymieniona – pomstowała kobieta w podomce i pledzie zarzuconym na ramiona. – Co miesiąc była tu jakaś awaria. Dwa razy sama w niej ugrzęzłam między piętrami… Szczęście od Boga, że stało się to w środku nocy, bo za dnia ofiar byłoby więcej. Awarie windy w tym budynku faktycznie zdarzały się często. Tym razem jednak zepsuty dźwig nie był po prostu urządzeniem, które kolejny raz odmówiło posłuszeństwa. Jego niesprawność - zawsze denerwująca, bo uciążliwa – po raz pierwszy stała się śmiertelna. Dla trójki pechowych pasażerów okazała się pułapką bez wyjścia. I było pewne, że od dzisiaj każdej z marznących przed budynkiem osób, nim wejdzie do windy, mignie przed oczami obraz ciał wynoszonych w plastikowych workach. Ten wypadek zmieni ich spojrzenie na zawieszoną na stalowych linach klatkę, w której nieświadomi niebezpieczeństwa podróżowali codziennie z góry na dół i z dołu do góry. Przysporzy paru z nich windowej fobii. Sprawi, że następnym razem z uczuciem niepewności dadzą zamknąć się w jej ciasnym wnętrzu albo zrezygnują z wygody i wybiorą przechadzkę schodami. Przedłożą zadyszkę, krótki wysiłek nienawykłych do niego mięśni, nad ukłucie paniki czy strachu przed śmiercią. - Prezes spółdzielni dba tylko o własną kieszeń, a nie o nasze bezpieczeństwo! – krzyknął jakiś mężczyzna z papierosem w ustach, wskazując tym samym winnego tej tragedii. Poparł go pomruk tłumu. Mieszkańcy bloku szybko zgodzili się, że przyczyną wypadku był zły stan techniczny windy. Do sformułowania takiej konkluzji nie potrzebna im była żadna ekspertyza. Przecież każdy z nich był ekspertem w tej sprawie, bo każdy z nich tysiące razy przemierzał wysokość swoich kilku pięter w tę i tamtą stronę wysłużonym 12 osobowym dźwigiem. Oczywiste więc było, że winą za to makabryczne zdarzenie należy obarczyć zarząd spółdzielni mieszkaniowej. Gapie nie rozeszli się jeszcze, gdy na miejsce wypadku przyjechał, wyrwany ze snu informacją o nim, Mirosław Nowicki. Nierozbudzony w pełni dziennikarz „Ekspresu Codziennego” wyskoczył z samochodu. Przygładził potargane włosy, zapiął kurtkę i wyciągnął z wozu ogromnego owczarka niemieckiego, a z kieszeni komórkę. Wybrał numer do swojego kolegi, Piotra Rogalskiego, który dla niego pracował. - Sorry, że cię budzę, ale jest ciekawa historia w bloku przy Pięknej. Pakuj aparat i przyjeżdżaj tutaj pędem. Fotoreporter zapalił lampkę przy łóżku i spojrzał na zegarek. Była 4.30. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni wstawał o tak wczesnej porze. Owszem, zdarzało mu się kłaść do łóżka nad ranem, ale żeby zrywać się o tej godzinie... - A warto? Pójdzie jedna fotka, a ja będę miał noc zarwaną – spróbował bronić swego prawa do snu, chociaż wiedział, że Mirkowi nie odmówi. Co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, bo był jego przyjacielem, a po drugie, bo jego umowa dotycząca współpracy z redakcją była krótka: bierze wszystkie zlecenia albo żadnego. - To poważna sprawa. Zerwała się winda w wieżowcu. Są ofiary śmiertelne, więc będzie z tego niezła afera. - Dobra, już się zbieram – rzekł zrezygnowany. Wielu znajomych Piotra uważało go za szczęściarza. Nie tylko dlatego, że nie musiał wstawać codziennie rano do pracy. Nie dlatego nawet, że praca była jego pasją i dawała mu przyjemność, w odróżnieniu od ich nudnych zajęć. Jego znajomym zdawało się, że Piotr żyje tak jak chce. Wiedzie takie życie, jakie oni chcieliby prowadzić, ale nie mają na to odwagi. Przynajmniej z zewnątrz wyglądało, że wszystko układa mu się doskonale. No, może nie wszystko… Na obrazie tej doskonałości była jednak rysa - nieudane małżeństwo. Ale i to dla osób postronnych wydawało się być szczęśliwym zrządzeniem losu. Przecież znowu miał wolność… Odkąd pamiętał, w jego życiu było coś nieprzewidywalnego, coś niestałego, jakby dni tworzyły płynną masę zdarzeń niemożliwych do okiełznania. Dla kogoś, kto lubił mieć wszystko zorganizowane, poukładane jak segregatory na regale, taki los byłby przekleństwem. Ale nie dla niego. Piotr uwielbiał tę niepewność i tymczasowość. Lubił wstać rano, bez pomysłu na spędzenie najbliższych godzin. Zająć się tym, co akurat zaświtało mu w głowie albo poczekać; wrzucić jałowy bieg i zobaczyć, co przyniesie dzień. Tę szczególną cechę swojego żywota uświadomił sobie 13 pewnej zimowej nocy, wkrótce po rozstaniu z Anną. Wtedy dotarło to do niego jasno i wyraźnie. Od tamtej pory przestał przejmować się przyszłością. Starał się nie czynić dalekosiężnych planów, nie martwić się na zapas. Postanowił żyć chwilą. Bo w gruncie rzeczy istniała tylko chwila. Dostępne mu było tylko „teraz”. Przecież to, co wydarzyło się choćby przed sekundą, już odeszło w zapomnienie, a to, co jeszcze znajdowało się przed nim, wciąż pozostawało niewiadomą. Od dziecka uwielbiał fotografować, więc zapragnął swoje hobby przekuć w zawód. Postanowił zająć się fotografią ślubną. Kilka lat temu zarejestrował działalność gospodarczą. Za pożyczone od rodziców pieniądze kupił dobry sprzęt, wydrukował sobie wizytówki i dał parę ogłoszeń w prasie. Pracował tylko w weekendy, obfotografowując radosne weselne pary, nieświadome jeszcze czekających ich uroków małżeństwa. Albo niewinne dzieciaki idące do pierwszej komunii, która miała ułatwić im wejście na wąską ścieżkę wiodącą do nieba. Jedynymi uroczystościami, których nigdy nie fotografował były pogrzeby. Ten smutny rytuał i woskowe twarze umarłych nie leżały w jego „estetyce”. Robił to, co lubił, dlatego nie przyjmował takich zleceń. Pomimo pewnej beztroski, braku rozwagi, karygodnej wręcz niestałości i niezorganizowania życia, wiodło mu się nieźle. Miał mnóstwo zamówień, które nie skończyły się nawet wtedy, gdy zaczął się wyżej cenić. Pracował, kiedy miał ochotę, a żeby nie nudzić się w pozostałe dni tygodnia, robił zdjęcia do gazety, w której pracował jego przyjaciel. Miał z tego odrobinę satysfakcji, trochę pieniędzy i wiele ciekawych znajomości. Nieraz myślał sobie, że nawet, gdyby nie dostawał za tę robotę ani grosza, robiłby to dla samej frajdy, jaką mu dawała. Piotr czasem sam nie mógł nadziwić się swojemu losowi. Bo choć nie martwił się o nic, miał wszystko. Dobry Bóg musiał go za coś szczególnie kochać, skoro dawał mu to, czego potrzebował, nie żądając niczego w zamian. „Proście, a otrzymacie”. Ta zasada wiele razy sprawdziła się w życiu Piotra. A przecież nie był osobą szczególnie pobożną i nie miał pojęcia, czym zasłużył sobie na takie względy Najwyższego. Chociaż... nie zawsze było tak słodko. Zdarzało się, że nie miał grosza przy duszy. Jednak gdy czegoś bardzo potrzebował, pieniądze pojawiały się nagle, jakby spadały z nieba. A to trafiało mu się jakieś intratne zlecenie, a to ktoś spłacił zaciągnięty u niego dawno temu dług, to znowu wygrał parę stówek w lotto. Oczywiście, los nie obdarowywał go wszystkim, czego zapragnie. Nie był milionerem. Po prostu miał to, co było mu potrzebne do życia. A może zwyczajnie potrzebował jedynie tego, co 14 miał...? Być może żył w słodkim złudzeniu majętności, w stanie potencjalnego, a nie faktycznego posiadania wszystkiego, bo nie pragnął więcej...? Nie rozczulając się dłużej nad sobą, wyskoczył z łóżka. Przemył twarz zimną wodą i potarł brodę dłonią. Pod palcami poczuł szorstkość zarostu, lecz zdecydował, że nie będzie się teraz golił. Osuszając policzki ręcznikiem pomyślał, że i dzisiejszy dzień podsuwa mu coś ciekawego, nieprzewidywalnego. Przez jego półnagie ciało przebiegł lekki, ożywczy dreszczyk emocji. Ubrał się szybko, sprawdził czy w torbie fotograficznej znajduje się to, co powinno i, skacząc po dwa stopnie, zbiegł do garażu. Wsiadł do niedawno kupionego granatowego volkswagena golfa, rzucił sprzęt na siedzenie pasażera i ruszył. Ledwie trafił na ulicę Piękną, dostrzegł ruch pod jednym z szeregu dziesięciopiętrowych wieżowców. W żółtawym świetle lamp ulicznych widział policjantów w granatowych kurtkach i nowoczesny wóz strażacki stojący dwoma kołami na chodniku, lśniący świeżym lakierem i deszczem. Pomimo wczesnej pory, kręciło się tam sporo ciekawskich. Smętne postacie z psami na smyczach przemykały obok otwartych na oścież drzwi do klatki schodowej, zerkając do środka. Niektórzy wchodzili tam, ale zaraz czmychali przeganiani przez policjantów. Zobaczył kumpla przed wejściem do budynku. Mirek rozmawiał z jakimś wyższym rangą funkcjonariuszem. Nowicki usiłował robić notatki w trzymanym w ręce wymiętym zeszycie, lecz nie było to proste, bo na nadgarstku miał zawinięty uchwyt smyczy. Pies co chwilę szarpał się, utrudniając dziennikarzowi pisanie. Jednak mężczyzna nie przejmował się nerwowym zachowanie swojego pupila, skupiony na rozmowie. Po każdym psim szarpnięciu, pociągał smycz w swoją stronę i notował dalej, dopóki owczarek ponownie nie ruszył w swoim kierunku. Psa najwyraźniej ciągnęło w pobliskie krzaki. Ten widok wywołał uśmiech na twarzy Piotra. Wreszcie dziennikarz skończył rozmowę, zamknął zeszyt i zaprowadził owczarka, dokąd pies iść musiał, a gdy załatwił swoją potrzebę, przywiązał go do stojaka na rowery. - Dawaj, dawaj! – spostrzegł wreszcie przyjaciela i ponaglił go ruchem ręki. – Możemy już wejść do środka. Piotr zrobił kilka zdjęć zasypanego gruzem korytarza i sterty wydobytych z dna szybu fragmentów kabiny. Właściwie nie było tam nic ciekawego do sfotografowania. Otoczone taśmą miejsce katastrofy wyglądało jak efekt rozbiórki, jakby czekało na przybycie ekipy remontowej. I tylko ślady krwi na posadzce były elementem 15 przydającym tej scenie jakiegoś dramatycznego charakteru. Dla fotografa nie było tam nic, co nadawało się na porządne zdjęcie prasowe. Rogalski musiał więc koniecznie znaleźć taki punkt widzenia, taki kadr, który sprawi, że fotografia będzie nie tylko wyglądała ciekawie, ale i ukaże czytelnikom choć część tragizmu tego zdarzenia. Aparatem wyposażonym we flesz zaczął pstrykać zdjęcia ludziom zaglądającym za policyjną linię. Sfotografował również to, co działo się przed blokiem: grupki gapiów, przybyłą właśnie ekipę policyjnych techników i strażaków demontujących halogenowe reflektory na stojakach. Wreszcie uznał, że nic więcej z tego tematu nie wyciśnie. Usiadł na ławce przed wieżowcem i patrzył, jak nad brzydką ulicą Piękną wstaje szary, wrześniowy poranek i gasną latarnie. - Masz coś ciekawego? – spytał Nowicki siadając obok ze zwiniętym w rulon zeszytem w dłoni. - Jakieś to wszystko takie niefotogeniczne… - skrzywił się Rogalski. - Ale coś ci wybiorę. A czego ty się dowiedziałeś? - Też nie mam nic interesującego. Same suche fakty. W windzie był wędkarz udający się na ryby, prostytutka po wizycie u klienta i chłopak. Tylko on przeżył. Wracał od kolegi. Zasiedział się do rana, chyba przy grach komputerowych. Wszyscy są zszokowani, że winda spadła, a jeszcze bardziej, że ten – rzucił okiem do notatek – Paweł Jurek, nie odniósł prawie żadnych obrażeń, choć pozostała dwójka została niemal zmiażdżona. - Spadli z siódmego? - Aha. Miał chłopak szczęście, nie? Trzeba będzie z nim porozmawiać, jak dojdzie do siebie. Teraz jest na obserwacji w szpitalu. - Może jutro do niego wpadniemy? Zrobię mu jakąś fotkę. - Dobra. A teraz pójdę pogadać z ludźmi. Wprawdzie jest jeszcze trochę wcześnie, ale tutaj i tak nikt już dawno nie śpi. Przejdę się na siódme piętro i wezmę kogoś na spytki. Pójdziesz ze mną? Mężczyźni wstali i drugą klatką weszli do budynku. Stanęli przed windą, a Mirek wcisnął guzik. - Może lepiej schodami? – zaproponował Piotr. - Masz pietra? Chyba nie zdarzy się coś takiego dwa razy pod rząd w tym samym bloku... - A słyszałeś o czymś takim, jak prawo serii? 16 Winda nadjechała; drzwi otworzyły się ukazując jej zdewastowane wnętrze. Ściany były upstrzone napisami i porysowane, jakby ktoś odreagowywał na nich swoją złość na cały świat, a przyciski zużyte i poprzypalane. - Nie lubią tutaj wind – zauważył fotograf – to i windy ich nie lubią. - Co to ma być? Czarny humor...? Wysiadając zrobił zdjęcie wnętrza sfatygowanej kabiny dźwigu. Przeszli korytarzem wzdłuż drzwi kilku mieszkań, aż dotarli do drugiej windy, przepasanej biało-czerwoną taśmą jak urodzinowy prezent wstążką. Ktoś wywiesił tabliczkę „Winda nieczynna”. Mirek zadzwonił do pierwszych drzwi z brzegu. - Jestem z „Ekspresu Codziennego” – wypalił, gdy tylko uchyliły się, a w szparze ukazała się blond głowa dwudziestokilkuletniej kobiety. – Czy możemy porozmawiać? Dziewczyna zawahała się. Odruchowo zawinęła za ucho niesforny kosmyk włosów zaczesanych w koński ogon i uważnie przyjrzała się mężczyznom. Wprawdzie budzili zaufanie, ale drzwi nie rozwarły się ani o milimetr szerzej. Zuzanna przypomniała sobie radę swojego chłopaka: Nigdy nie ufaj obcym. - Mogłabym zobaczyć legitymację? - Nie ma sprawy – rzekł dziennikarz. Zaczął grzebać, najpierw w kieszeniach szarej marynarki, a potem spodni, jednak legitymacji nie znalazł. Wcale go to nie zaskoczyło. Po prostu nigdy jej nie miał przy sobie. Leżała wśród różnych szpargałów gdzieś na dnie szuflady redakcyjnego biurka. Nawet nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni z niej korzystał, bo dziennikarzem był w tym mieście od piętnastu lat i znali go tutaj wszyscy. A ci, co nie znali, zazwyczaj wierzyli mu na słowo. - Czekaj, ja mam swoją – odezwał się Rogalski. Zaprezentował trzymany zawsze w zewnętrznej kieszonce torby fotograficznej zalaminowany kartonik ze swoim zdjęciem. Podał go dziewczynie. - Współpracownik…? - szepnęła z nutą zawodu w głosie. - Niestety, jeszcze nie naczelny – zażartował Piotr. - Proszę wejść. Całe jej mieszkanie stanowił jeden pokoik i miniaturowa kuchnia. Pomieszczenie było jasne, gustownie umeblowane i czyste. Od razu było widać, że należy do panny. Dziewczyna wskazała im kanapę i ściszyła telewizor ustawiony na kanale informacyjnym. Na szklanej ławie parowała filiżanka kawy. O tej wczesnej porze 17 Zuzanna była już ubrana, kanapa, na której spała złożona i tylko brak makijażu na jej twarzy świadczył, że niedawno wstała. - Ciężka noc, prawda? – zagadnął dziennikarz i zapadł się w za miękkim welurowym siedzisku. – Wygodnie się pani na tym śpi? – dodał. Z sapnięciem wydobył lędźwie na powierzchnię kanapy, po czym z namaszczeniem rozłożył brulion na szklanym blacie. Przerzucił kilka niechlujnie zapisanych stronic, aż znalazł czystą. Zuzanna jego uwagę skwitowała uśmiechem i odwróceniem spojrzenia. - Pani mieszkanie znajduje się najbliżej windy, niech nam pani powie, co pani słyszała i jaka była reakcja mieszkańców na to zdarzenie – poprosił, gdy tylko odnalazł jej wzrok. - Trafiliście do odpowiedniej osoby – dziewczyna ożywiła się nagle, chwaląc ich dziennikarskiego nosa. – Kiedy winda się zerwała, akurat stałam z narzeczonym w otwartych drzwiach mieszkania. Mój chłopak, Andrzej, jest policjantem. Zasiedzieliśmy się do późna, bo ja pracuję na zmiany i mam dzisiaj wolne, a on do pracy miał iść na czternastą. Był środek nocy, gdy dostał wiadomość, że pilnie musi gdzieś pojechać. Pożegnaliśmy się więc i poszedł do windy. Wtedy zauważyłam, że zostawił na komodzie portfel i kluczyki do samochodu. Wybiegłam za nim i zawołałam go. Stał już w kabinie… I wiecie, co...? Chyba uratowałam mu życie. Andrzej poprosił tego wędkarza, żeby przytrzymał mu windę. W tym czasie nadszedł chłopak. Ten, co przeżył. Chciał zejść schodami, ale narzeczony zaprosił go do środka. Chłopak wahał się. Wyraźnie nie miał ochoty tam wsiadać. Andrzej nalegał, więc w końcu skorzystał... Szarozielone oczy Zuzanny nagle zwilgotniały. Piotrowi wydało się to nieco teatralne, jakby czekała ze łzami na odpowiednią kwestię. Miała duże, wyraziste oczy i przyszło mu na myśl, że chętnie by je sfotografował. W dużym zbliżeniu, właśnie takie mokre od łez, niechby i nie całkiem prawdziwych... - O mały włos nie zginął... – prawie się rozpłakała. Jednak opanowała się w porę. - A tak upierał się, że zejdzie schodami… Andrzej ustąpił mu miejsca. Drzwi za nim się zamknęły, winda ruszyła i naraz coś gruchnęło, aż obydwoje podskoczyliśmy. Narzeczony złapał portfel i popędził schodami na dół, żeby zobaczyć, co się stało, ale zaraz wrócił, bo cała klatka schodowa na parterze była pokryta pyłem. Powiedział, że jest już spóźniony i żebym zadzwoniła na 112. Zszedł drugą stroną i odjechał. - A więc to pani wezwała pomoc? – upewnił się Nowicki. 18 - Aha. Wtedy zorientowałam się, że Andrzej zostawił u mnie również swój telefon. - Pani narzeczony miał ogromne szczęście… - skonstatował Nowicki. - I co było dalej? Wybiegła pani razem z innymi lokatorami na zewnątrz, żeby zobaczyć, co się stało? - Tak. Zbiegłam na dół razem z innymi. Wszędzie było pełno kurzu, odłamków betonu… Nagle odezwała się komórka dziennikarza. - Przepraszam, muszę odebrać – przerwał dziewczynie. – Dopiero teraz mi o tym mówisz?! – zezłościł się na swojego rozmówcę. – Ale dzięki. Masz u mnie duże piwo. Nowicki pozwolił, żeby Zuzanna skończyła swoją relację, lecz nie zadawał jej już więcej pytań. - No, musimy lecieć! – rzucił, zamykając notatnik. – Dziękuję za informacje. Czy mogę podać pani imię i nazwisko? - Wolałabym nie… Może imię wystarczy? - Dobrze. Tylko imię... A jakie, jeśli można wiedzieć? - Zuzanna. Dziewczyna odprowadziła ich do drzwi. - A kiedy to się ukaże? – spytała, gdy wyszli za próg jej mieszkania. - Jutro – odparł dziennikarz. – Proszę pozdrowić narzeczonego! – uśmiechnął się na pożegnanie. Nie czekając na windę, zbiegli schodami. Dziennikarz kucnął przy stojaku na rowery i czule przywitał się z Burym, jakby nie widzieli się przez tydzień. Pies widać podzielał uczucie pana, bo radośnie zamerdał ogonem, a potem liznął Mirka w policzek. - No, skończcie już te czułości! – zniecierpliwił się Rogalski, zdegustowany widokiem psiego jęzora na twarzy przyjaciela. Nowicki odwiązał smycz i pociągnął kudłatego wilczura do samochodu. Zapakował go na tylne siedzenie swojej skody fabii. Kanapa przykryta była popielatym kocem, a mimo to psia sierść unosiła się w całym wnętrzu. Rogalski odczekał, aż dziennikarz odpali, po czym ruszył za autem kolegi szarymi ulicami miasta. Nie zdążył wypytać o szczegóły zdarzenia. Wiedział tylko, że jadą na nowy most, gdzie miał miejsce kolejny wypadek. 19 3. Dzień sensacji Nowicki zjechał z drogi tuż przed przeprawą. Zaparkował na trawiastym poboczu, przy którym znajdował się głęboki wykop. Kawałek dalej zaczynało się już betonowe nabrzeże. Fotograf zatrzymał auto obok samochodu przyjaciela. Wyrastająca przed nimi nowoczesna konstrukcja ze stali i betonu pojawiła się tutaj zaledwie kilka miesięcy temu, dzięki unijnym funduszom przyznanym miastu. Piotr pamiętał jeszcze uroczystość oddania mostu do użytku, bo robił zdjęcia z tej imprezy. Most był podwieszany na stalowych cięgnach, które prowadziły do dwóch strzelistych pylonów widocznych nawet ze śródmieścia. Metalowe odciągi biegły od pylonów ku przęsłu prawie na całej jego długości, odgradzając jezdnię od chodnika. Przerwa między nimi znajdowała się tylko na samym środku przeprawy, właśnie tam, gdzie - jak spostrzegli z daleka - auto zjechało z asfaltu. Z psem na smyczy poszli chodnikiem pod górkę. Ze skraju mostu wyraźnie było widać miejsce, gdzie barierka odgradzająca trotuar i ścieżkę dla rowerów od jego krawędzi została przerwana. Na wprost tego miejsca stał żółty dźwig samochodowy. Połowa jezdni była zablokowana, a policja przepuszczała pojazdy wahadłowo wolnym pasem. Kiedy dziennikarz i fotograf dotarli na środek mostu, srebrne bmw akurat wynurzało się z wody, wisząc u ramienia dźwigu jak ogromna ryba na haku. Na rzece unosił się pomarańczowy ponton, na którym siedzieli nurek i strażak w kapoku. Piotr w marszu zmienił obiektyw na dłuższy. Przystanął, oparł łokieć o barierkę mostu i zaczął fotografować. Z otwartych okien samochodu i spod karoserii wylewały się szerokie strumienie wody. Dźwig ostrożnie wciągnął pojazd na most, po czym – z pomocą dwóch mężczyzn ze służby drogowej – opuścił go na wóz holowniczy. Fotograf całą operację uwiecznił na zdjęciach. Nowicki przystanął, ale tylko przez chwilę przyglądał się tej akcji. Pociągnął za sobą psa i podszedł do radiowozu. Zagadnął znajomego funkcjonariusza, a że zaczął kropić deszcz, pstrząc mu kartki notatnika wilgotnymi plamkami, obaj wsiedli do policyjnego auta. Piotr widział przez mokre szyby radiowozu jak mężczyźni rozmawiają, a dziennikarz notuje coś pilnie. Kudłaty owczarek spokojnie siedział przed drzwiami, które przycięły rzemień smyczy. Rozmowa trwała kilka minut, po czym Mirek podał rękę policjantowi, wysiadł i powlókł psa w stronę chodnika. 20 - Mamy dzisiaj dzień sensacji – powiedział, gdy razem z fotografem szybkim krokiem zmierzali do swoich samochodów. Szli skuleni, bo chłodny deszcz rozpadał się na dobre, a od rzeki zawiewało coraz mocniej. – Samochód zjechał nagle z drogi, przetoczył się przez barierkę i wpadł do rzeki. Ciała kierowcy jeszcze nie znaleziono. Pewnie porwała je woda. Policja ustala, do kogo należy wóz, a nie chciało mi się czekać na tę informację. I tak po szczegóły będę musiał zadzwonić do rzecznika... Opustoszałymi o tej porze dnia, połyskującymi deszczem ulicami szybko dotarli do siedziby dziennika. Zziębnięci wpadli z impetem do działu miejskiego, któremu szefował Nowicki. Jego owczarek, znacząc trasę mokrymi śladami łap na podniszczonym parkiecie, powędrował wprost pod biurko swojego pana. Mężczyźni zrzucili wilgotne okrycia i opadli na fotele: dziennikarz przy swoim zawalonym papierami biurku, a fotoreporter przy stoliku do kawy, przy którym siadywali goście. - Zrobiło się paskudnie, prawda? – zagadnął Witek, stażysta, który wspomagał nieliczny zespół Nowickiego. Sterczał nad głową Alicji Lipko i patrzył w monitor jej komputera. Dziennikarka sprawdzała napisany przez niego tekst. Na chwilę oderwała wzrok od artykułu, omiatając spojrzeniem zmokniętych mężczyzn. Nie poświęciła im więcej uwagi. - Ochłodziło się, a nad rzeką nieprzyjemnie wieje – odpowiedział Piotr. Postawił torbę fotograficzną na stoliku i wyciągnął aparat. Rękawem starł z niego wilgoć, po czym zaczął przeglądać na ekraniku nikona zrobione dziś zdjęcia. - To może zrobię wam kawę? – zaoferowała się pani Beata z działu ogłoszeń. Jej biurko stało przy samych drzwiach, usytuowane w ten sposób, żeby każdy wchodzący trafiał najpierw na nią. W głębi znajdowały się miejsca pracy trzech dziennikarzy i nadgryziona zębem czasu skórzana kanapa, na której zwykle siadywał Rogalski. W osobnym pomieszczeniu, oddzielonym przepierzeniem, pracował kierownik. Rogalski nie doczekał się własnego komputera ani miejsca w redakcji. Zazwyczaj korzystał ze sprzętu Mirka albo zrzucał i obrabiał zdjęcia u szefa działu fotograficznego na drugim piętrze. Dział miejski i biuro ogłoszeń mieściły się na parterze starego budynku, który od lat był w posiadaniu wydawnictwa. Trzy kolejne piętra zajmowały pozostałe działy, redaktor naczelny ze swoją świtą oraz pracownicy techniczni gazety. Pani Beata podała mu kawę w kubku z logo jednej z partii politycznych. Podobnych gadżetów w redakcji było sporo: kalendarzy, długopisów, notatników. 21 Wszystkie stanowiły pamiątki po jakichś spotkaniach, wywiadach, konferencjach prasowych. Każdy z rozmówców choć w ten sposób chciał polecić się łaskawej pamięci dziennikarzy. Popijali kawę w milczeniu, bo nawał pracy był taki, że nikt nie chciał trwonić cennych minut na towarzyskie pogawędki. Na rozmowę mogła sobie pozwolić co najwyżej pani Beata, której praca nie wymagała ani takiego skupienia, ani pośpiechu. Dla osoby postronnej ta cisza, wypełniona tylko stukotaniem klawiszy komputerowych klawiatur i rzucanymi od czasu do czasu merytorycznymi uwagami dotyczącymi tekstów, mogłaby wydać się strasznie niesympatyczna. Jednak Piotr dobrze znał te przedpołudniowe rytuały. Dopiero po trzynastej, gdy kolejny numer gazety został już jako tako domknięty, a większość tekstów poszła do składu, można sobie było pozwolić na pogawędkę, żarty i komentarze dotyczące aktualnych spraw. Taki styl pracy i związany z nią stres spowodowany był tym, że gazeta zatrudniała zbyt mało dziennikarzy. Właściciel starał się wydawać dziennik jak najmniejszym kosztem, redukując wydatki personalne, materiałowe i wszelkie inne. Po latach tłustych, dla lokalnej prasy nadeszły lata chude. Trzeba było jakoś sprostać konkurencji i trudnym czasom ogólnodostępnego Internetu. I chociaż wszyscy w redakcji robili dobrą minę do złej gry, fakty były nieubłagane: ludzie coraz rzadziej kupowali „Ekspres Codzienny”. Nikt głośno nie mówił o wielkości sprzedaży gazety, a do celów marketingowych wykorzystywano informacje dotyczące jej nakładu, który świadomie był zawyżany, ze względu na reklamodawców. Nie było ważne, że ponad połowa wydrukowanych egzemplarzy trafiała na przemiał. Liczył się nakład i zasięg. Mydlono w ten sposób oczy czytelnikom, reklamodawcom i pracownikom, choć ci ostatni zdawali sobie sprawę, że tylko kwestią czasu są kolejne cięcia płacowe i redukcja etatów. - No, dawaj te zdjęcia – powiedział Nowicki. Ustąpił Piotrowi miejsca przy swoim biurku i podszedł z kubkiem w dłoni do Alicji. Pochylił się nad nią, zerkając przez jej ramię na to, co pisze. Kobieta uśmiechnęła się do niego słodko, odwracając swoją tlenioną na platynowy blond głowę. Uśmiechnęła się tak, jak nie uśmiechała się do innych osób z redakcji. Przez wszystkich, oprócz Nowickiego, który miał o niej odmienne wyobrażenie, uważana była za zołzę i wredną sukę, gotową do zrobienia każdego świństwa dla kariery. Ich flirt w pracy był dyskretny, choć nie niezauważalny. Udawali, że nic ich nie łączy, jednak coś było na rzeczy. Jej zażyłość z kierownikiem działu utwierdzała ją w 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Anatomia przypadku
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: