Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00188 004714 14684363 na godz. na dobę w sumie
Ania - ebook/pdf
Ania - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 131
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3933-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> literatura faktu
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Książka opisuje heroiczną walkę mojej 26-letniej córki Ani z nowotworem.

Początkowo był to rak kości lewej ręki i jego leczenie odbywało się w Tajlandii w Bangkoku. Dlatego tam, ponieważ jej mąż był wówczas konsulem w naszej ambasadzie w Bangkoku. Przez 100 dni ja wraz z moją żoną byliśmy tam i pomagaliśmy naszemu dziecku przez to wszystko przejść łącznie z niezwykle skomplikowaną operacją polegającą na wymianie chorej kości na sprowadzony z USA implant. Znaczna część tej opowieści rozgrywa się właśnie w Tajlandii wraz z opisami naszych przeżyć, wrażeń i cierpień. Zawarte tam są również nasze obserwacje dotyczące tego jakże dziwnego olbrzymiego miasta i ludzi, którzy go zamieszkują oraz wielu innych miejsc w tym kraju do których dotarliśmy.

Po prawie dwóch latach w wyniku uprzednio przyjętych parunastu wlewów (zwanych potocznie chemią) nasza Ania zachorowała na białaczkę. Walka z tym rakiem odbywała się już w Polsce, w klinice przy ul. Banacha w Warszawie i w naszym rodzinnym Białymstoku.

To niewątpliwie smutna ale i wzruszająca opowieść. Jest w 100% autentyczna i nie zawiera ani jednego słowa, które by opisywało cokolwiek zmyślonego i nieprawdziwego.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Marian Małakowski ANIA 1 Autor: Marian Małakowski marian_55@o2.pl blog Ani: http://ratujmyzycieani.pl/ Projekt okładki: Grażyna Dobromilska Korekta, skład: Grażyna Dobromilska Niniejsza publikacja ani żadna jej część nie może być kopiowana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana, powielana ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody Autora. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Copyright © by Marian Małakowski 2 Marian Małakowski ANIA 2013 3 PAMIĘCI MOJEJ CÓRKI – PAPO 4 Spis treści WSTĘP MY ANIA CZĘŚĆ PIERWSZA BANGKOK, TAJLANDIA E-MAILE ANI DO NAS Z BANGKOKU – I DIAGNOZA CO DALEJ? POCZĄTKI LECZENIA POWRÓT PIERWSZY ZNOWU BANGKOK E-MAILE ANI DO NAS Z BANGKOKU – II ( fragmenty ) DECYZJE NASZ LOT DO BANGKOKU VIA ZURYCH PIERWSZE WRAŻENIA PIERWSZE SZPITALNE DOZNANIA MIESZKANIE NASZA CODZIENNOŚĆ LUDZIE PRZERAŻENIE AMBASADA PAŁAC KRÓLA DRUGA CHEMIA MOST NAD RZEKĄ KWAI CHATUCHAK KO SAMET OPERACJA REZYDENCJA AMBASADORA 8 9 10 13 13 13 17 18 19 20 23 24 30 32 33 35 39 41 44 47 49 49 51 52 56 57 61 62 5 TRZECIA CHEMIA I ZDJĘCIE GIPSU WIZY DŻUNGLA AJUTIA I SAFARI WORLD DYLEMATY CZĘŚĆ DRUGA DOM CIOCIA INSTYTUT MATKI I DZIECKA DIETA KOLEJNY ROK CZĘŚĆ TRZECIA BIAŁACZKA BIAŁYSTOK – WARSZAWA – BIAŁYSTOK ANIA POTERAŁA BLOG ANI BLOG (O MNIE) BLOG (PO BADANIACH) BLOG (AKCJA W CENTRUM KRWIODAWSTWA) BLOG (AKCJA PRZY PARAFII MIŁOSIERDZIA BOŻEGO) BLOG (IZOLATKA) BLOG (KAPSEL) BLOG (paulapruska.blogspot.com) BLOG (CZAS SPEŁNIENIA) BLOG (DOJRZEWANIE) BLOG (PANIE) BLOG (CANCER COLLEGE) BLOG (LEKKO NIE JEST) PRZEPUSTKA 63 65 66 70 72 75 75 75 77 80 82 85 85 88 90 92 92 96 96 97 97 98 98 101 101 104 105 108 111 6 BLOG (PSYCHIKA – PSYCHE) BLOG (CIAŁO – SOMA) BLOG (BALD is BETIFUL) BLOG (DOBRA I ZŁA WIADOMOŚĆ) FUNDACJE, DAWCY, PRZESZCZEPY BLOG (PRZESZCZEP) BLOG (BORUTA – MY ROLE MODEL :) ) BLOG (MUZYKA) BLOG (CHURCHILL I JEGO ŻYCIOWA MĄDROŚĆ) BLOG (FRIDA) PAŹDZIERNIK 2009 BLOG (PROGRESJA) POWRÓT DO DOMU OSTATNI WPIS ANI NA JEJ BLOGU (LECZENIE PALIATYWNE) KONIEC 111 114 118 119 120 121 123 124 125 125 125 126 128 129 130 7 WSTĘP Zacząć muszę od obietnicy i pewnej deklaracji. Otóż wszyst- ko, co tu napiszę, wszystko, co tu zacytuję, to będzie wyłącznie sama prawda i tylko fakty. Wynikające z nich myśli, zachowa- nia i komentarze to już, rzecz jasna, subiektywne odczucia i reakcje, oczywiście, przede wszystkim moje. Na usprawiedli- wienie tego, jak i w jakiej formie napiszę to, co poniżej, dodam, że nigdy nie byłem i nigdy nie miałem ambicji bycia pisarzem. To taki odruch serca, chęć podzielenia się moimi i naszymi od- czuciami i przeżyciami. Będzie to, a przynajmniej tak to sobie wyobrażam, opowieść czasem bardziej przypominająca frag- menty z pamiętnika. Może ktoś kiedyś to przeczyta i może mu to pomoże w podjęciu jakichś ważnych albo nawet bardzo ważnych decyzji. Może wreszcie sprawi, że ktoś zda sobie sprawę z tego, że z niektórymi rzeczami nie sposób się zgo- dzić, a zaakceptować je czasem trzeba koniecznie i mimo wszystko, dla dobra bliskich nam ludzi, mimo że, być może, nie zawsze mamy takie samo zdanie. Często, a nawet bardzo często, musieliśmy robić rzeczy, które były ponad nasze siły i możliwości. Jednak warto było. Warto było, choćby nawet w rezultacie dla spokoju własnych sumień, że zrobiliśmy wszystko, co tylko było możliwe. My, jak sądzę, nie zawiedli- śmy, a życie i tak pokazało, że zrobiło to, co sobie samo chcia- ło... Powiedzenie zatem, że człowiek jest „kowalem swego losu” jest tu prawie całkowicie nie na miejscu i w żadnym razie nie mogę się zgodzić z tą teorią. Bo na cóż ciężka praca, cierpie- nia i wyrzeczenia, jeśli w konsekwencji i tak okazuje się, że tak naprawdę prawie nic od nas samych tu nie zależało. Nie twier- dzę oczywiście, że jest to regułą. Tak jednak było w przypadku tego, co zamierzam opisać. 8 MY Po pierwsze jest Asia. Asia to moja żona. Kochałem ją od za- wsze. Od dnia, w którym ją poznałem, kiedy miała 17 lat, a ja 20. Pracowałem wtedy z jej bratem Andrzejem w jednej bryga- dzie w zakładzie geodezyjnym. Zaprzyjaźniliśmy się i to on zapoznał mnie ze swoją młodszą siostrą. Kiedyś, tak chyba dla żartu, na jakiejś prywatce Asia zawiązała mi na szyi żółtą apaszkę. Po powrocie do domu powiesiłem ją sobie nad łóż- kiem i patrząc na nią przez całe lata, zastanawiałem się, że coś w tym jest, że Asia nie jest mi obojętna. Chyba nie pomylę się ani na jotę, jeśli powiem, że to była miłość od pierwszego spoj- rzenia. Jednak, jak to się wtedy mówiło, zaczęliśmy ze sobą chodzić dopiero po pięciu latach znajomości, koleżeństwa, by- wania na tych samych imprezach, sylwestrach i nawet waka- cjach. Pobraliśmy się 21.02.1981 r. Nigdy nie żałowałem tego kroku. Ba, jestem absolutnie pewien, że to było coś najpiękniej- szego i najlepszego, co mnie w życiu spotkało. W całym moim życiu, aż do dziś i na pewno aż do samego końca moich dni, wszystko, co najlepsze i najpiękniejsze będzie miało imię mojej kochanej Asi. Potem pojawiły się dzieci. Najpierw 09.08.1981 r. Grześ. Teraz to wyjątkowo przystojny i przeuroczy 30-to już letni mężczy- zna. Jest absolwentem Politechniki Białostockiej, pracuje już od paru ładnych lat, ale wciąż mieszka z nami i wciąż jeszcze szu- ka tej swojej drugiej połówki. Potem 20.03.1983 r. urodziła się nam Ania... I to właśnie o niej przede wszystkim będzie ta opowieść. O niej, ale też i o mnie i o Asi. Może nawet czasem, w pewnych fragmentach, będzie trochę więcej o nas. To jednak nieunik- nione. Dla porządku muszę jeszcze dodać, że na prawach członka rodziny był też mały, kochany przez nas wszystkich piesek udający maltańczyka. Suczka o imieniu Korita (w skrócie Kori). 9 ANIA Historia, którą chcę opowiedzieć, ma swój początek w roku 2005... Wtedy to Ania, która była wysoką, szczupłą, bardzo zgrab- ną, 22-letnią śliczną dziewczyną i zawsze najlepszą uczennicą, właśnie obroniła tytuł licencjata anglistyki na Uniwersytecie Białostockim jako jedyna ze specjalnym wyróżnieniem. Zaraz potem dostała się na 3-letnie, zaoczne studia uzupełniające magisterskie na Uniwersytecie Warszawskim. Pojechała na pierwszy i drugi zjazd i wtedy oświadczył się o jej rękę Bar- tek. Bartek to wieloletnia miłość Ani. Kochała go do szaleństwa i była gotowa zrobić dla niego wszystko. Spotykali się już od paru lat, ale my znaliśmy go niewiele. Jak to młodzi, w domu jeśli byli, to raczej zamknięci w pokoiku Ani. Przez ten czas wymieniliśmy naprawdę niewiele zdań. Bardziej za- tem znaliśmy go z opowiadań niż z bezpośrednich spotkań. Trzeba tu dodać, że Bartek, choć bardzo jeszcze młody, bo tylko o pięć lat starszy od Ani, był już pracownikiem służby dyplomatycznej. Wtedy to, jesienią 2005, dostał propozycję wyjazdu jako wicekonsul na cztery lata do pracy w polskiej ambasadzie w Bangkoku. Uznali wspólnie z Anią, że taka oka- zja się nie powtórzy i że nie można jej stracić. Tajlandia widziana z naszej, polskiej perspektywy była wręcz rajem na Ziemi. Nam, rodzicom, też się tak wydawało. Sami tłumaczyliśmy Ani, że studia mogą poczekać, a nawet jest możliwość ich kontynuowania tam w Bangkoku. Jak bardzo się myliliśmy, to okazało się już wkrótce... Był ślub, a potem bardzo uroczysty obiad weselny dla naj- bliższych. Młodzi bawili się do rana już bez nas w wynajętym klubie w centrum miasta. Po paru dniach krótka podróż po- ślubna do Londynu, załatwianie paszportu dyplomatycznego i nadszedł czas pożegnań... 10 Niby wiedzieliśmy, że Ania leci w wielki świat, że na pewno będzie szczęśliwa, że otwierają się przed nią szerokie perspek- tywy, że nawiązane znajomości w późniejszym czasie zaowo- cują lepszym, łatwiejszym i piękniejszym życiem. Jednak to właśnie głównie sama Ania do końca nie była przekonana, że robi dobrze, że to dobry wybór i czy powinna lecieć. Te dylematy jednak tkwiły gdzieś tam daleko, na końcu gło- wy. Rzeczywistość wtedy sprowadzała się do pilnych zaku- pów, pakowania, szybkich, bardzo konkretnych rozmów o tym co tu i teraz. Nie bardzo było wiadomo, co jest niezbęd- nie potrzebne. Uspokajaliśmy się tym, że przecież Bangkok to wielka metropolia i że jeśli czegoś zabraknie, to na pewno da się to dokupić na miejscu. Wreszcie wszystko było gotowe. Wa- lizki pozapinane. Tylko my nie byliśmy gotowi. Staliśmy z Asią wielokrotnie nad tymi bagażami i patrzyliśmy na nie jakoś tak dziwnie. Jakoś tak bez przekonania... I nadszedł ten dzień. Zapakowaliśmy wszystko do samocho- du, Ania tęsknie spojrzała na nasz dom, wsiedliśmy, a ja uru- chomiłem silnik. Wszyscy czuliśmy wielkie zdenerwowanie, a podróż do Warszawy wcale nie była wesołym czasem. Bartek czekał na nas na Okęciu. Takie chwile rozstań mają to do siebie, że mijają bardzo szybko, tak szybko, że aż do bólu czuje się pędzące minuty. Potem uściski, całusy, łzy, pożegna- nia i jeszcze coś... Dostaliśmy od Ani pocztówki, takie kartecz- ki z namalowanymi na nich przemiłymi zwierzątkami z bajek, na których napisała nam jak bardzo nas kocha..... Do dziś stoją w ramkach mimo wyblakłych już liter... Nie wiem, jak wróciliśmy do Białegostoku. Na dokładkę za- raz po wyjechaniu z Warszawy w radiu zagrali nam „Annę”. Śpiewał Stan Borys z grupą Blackout. Są tam słowa – „dokąd Anno, wracaj Anno...”, więc nieprzerwany potok łez zalewał nam oczy. Jednak rozsądek (wydawałoby się, że przecież zdro- wy) wciąż nam mówił, że dobrze się stało, że mimo wszystko, mimo smutku, żalu i tęsknoty, to był dobry wybór. 11 Przez najbliższe dni wmawialiśmy to sobie tak często, że w zasadzie byliśmy całkowicie przekonani o słuszności tej decy- zji. Bardzo szybko zmieniliśmy zdanie... Już po pierwszym e- -mailu, który napisała Ania. Już po paru dniach właśnie. Li- stów tych mam całe setki. Jest oczywiste, że nie przytoczę ich na tych stronach w cało- ści. Będą to jedynie ich fragmenty, te, które moim zdaniem od- dają jej myśli, uczucia, strach i tęsknotę... 12 CZĘŚĆ PIERWSZA BANGKOK, TAJLANDIA E-MAILE ANI DO NAS Z BANGKOKU – I 12.12.2005 z kafejki internetowej Bartek-suuuuuuuuuper, bardzo o mnie dba i naprawdę pomaga mi i widzi, że mi tu bardzo źle... Bangkok DO DUPY!!!!! Tajowie ani be ani me po ang., hotel ekstra luksusowy, zaraz pójdziemy na basen, lot też był luksusowy. Nie wiem, co będzie ze mną :(((( nie mogę sobie znaleźć miejsca i ciągle płaczę. Mogłabym wrócić już dziś, nie tak, jak przewidywa- łam, że pierwsze dni będą ok, ciekawe itd. właśnie nie :((( liczę jeszcze, że może inne dzielnice Bangkoku są jakieś lepsze, i te plaże, i że mało będę wychodzić do miasta i większość w domu, a weekendy gdzieś wyjeżdżać, bo MIASTO JEST NIE DO ZNIESIENIA. OHYDNE :((( Tęsknię, kocham was, wspominam codziennie, nie mogę się docze- kać kompa, żeby pooglądać zdjęcia. Jest źle, a do Bartka chyba nie do- chodzi, że to na tyle lat, a my jesteśmy w piekle. Ja go namawiam, żeby wracać już już. Ajlovjuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu:(((((((((((((((((((((( Jeszcze z kafejki 15.12.2005 W ambasadzie czułam się jak gówniara, wszyscy poważni, dorośli, coś mówią. Ja do nich kompletnie nie pasuję. Mam pisać jakieś faktu- ry, liczyć jakieś dochody. Mamo, czy ja sobie z tym poradzę??? Na dokładkę nie wiadomo, kiedy to miałoby być. Czuję, że podejmuję same złe decyzje w życiu. I że sama siebie nie 13 zapytam, czego chcę tak naprawdę. I zaślepiły mnie opinie innych pchających mnie do Tajlandii. No bo na swoją obronę mogę tylko po- wiedzieć, że jakby nie było tak, że spokojnie usiedliśmy z Bartkiem i porozmawiali o tym. Tylko tel. z MSZ szybki i decyzja o złożeniu aplikacji do Tajlandii. Potem nagonka jego mamy, fascynacje tym ko- leżanek, a potem zrobiło się za późno. Chciałabym, żebyście już przyjechali i zobaczyli, jak tu jest ohydnie i byśmy razem wrócili. 25.12 2005 Wczoraj znowu miałam atak płaczu, dziś rano też. Powoli tracę swoją tożsamość i w ogóle pomijam dobry humor czy jakiś samoroz- wój. Bo żyję tu w jakimś marazmie i tylko czekam aż ten koszmar się skończy. Siedzę w naszym nowym mieszkaniu. Właśnie w dniu choinki była przeprowadzka. Apartament w WATERFORD DIAMOND TO- WER dość mały, ale wyposażony w łóżka, szafki i kuchnię, tyle że wszystko puste. Nie ma sztućców, garnków, czajnika. Jest TV z HBO i Cinemax. Są dwa baseny, siłownia, sauna i jacuzzi. Miesz- kamy teraz w samym centrum i to na 42 piętrze. Ja się czuję tu jakbym traciła młodość. Siedzę wśród ludzi na stano- wiskach. Zero zabawy. Zero przyjaciół. Kurczę, naprawdę, gdyby ten wyjazd był w takim momencie, żebym nie czuła, że coś TRACĘ. Że jestem fajna i młoda i chcę poszaleć, chcę POUCZYĆ SIĘ. Pobyć w domu. A jak wrócę, mając 25 lat, to co? Od 25-latki już się wymaga dojrzałości i takich tam pierdół. Już nie mówię o dziadkach i Kori (nasza psinka), których może już nie być, jak wrócę. Wczoraj znowu płakałam. Błagałam Bartka, żebym wróciła do Pol- ski. Czuję się tu fatalnie, choć niby wszystko jest ok. A jednak nie jest. Przytłacza mnie, że nie mam co tu jeść :( no nic nic nic. O zdrowym chlebie można zapomnieć. Są jakieś tostowe gówna, bułki. Wszystko 14 pakowane i pełne konserwantów. Niby są warzywa, ale wyglądają jakby nikt ich nie jadł. Marchewki pakowane po dwie, duże, pewnie sztuczne. Ziemniaki po DWA... niby są te wspaniałe owoce, które tak świat zachwala, ale co z tego, jak są sprzedawane na ulicy i strach je jeść. Śniło mi się, że byłam u Madzi i jej mama upiekła 3 rodzaje chle- ba pysznego i rzeczy do niego i Madzia mi pozwoliła wybrać. I wybra- łam chlebek jakiś i pasztet jakiś do tego. A najbardziej cierpię, że nie mogę znaleźć tu swojego miejsca i wszystkiego mi brakuje i nie mogę być samodzielna :( np. nie pojadę sama do miasta, bo się boję. Nie pójdę zapytać czemu basen jest zim- ny, bo nie da się zrozumieć, co Taj mówi. Nawet nie cieszę się na te wyspy, na które mamy jechać. Co innego pojechać na wyspę z nastawieniem „na wakacje”, a co innego leżeć na wyspie i ciągle w środku myśleć „ile bym teraz dała za śnieg i zapach choinki czy przytulenie Kori”. W takiej sytuacji nic mnie nie cieszy. Nie cieszy mnie widok słonia na ulicy czy dobry sok z guawy. Bo marzę o cappuccino z macą i naszym ogródku. Czuję, że wpieprzy- łam się w sytuację bez wyjścia i nie wiem, jak się ratować. Przecież nie mogę też tak wszystkiego pieprznąć. Wszystko to stało się o parę lat za wcześnie, moim zdaniem. I nie chodzi o moją dojrzałość, chodzi o poczucie „straty”: szkoły, przyjaciół, beztroski, Kority, dziadków, młodości. RODZICE Boże, jak przeczytałam, że może przylecicie w lutym, to aż mi się ciepło zrobiło w środku. Ale wolałabym, żebyśmy się spotkali w Pol- sce jeszcze przed lutym. Tego sobie życzę. Znowu mam atak depresji. Płaczę. Nie wiem, czemu nie chce mi się gadać z mężem. Codziennie w dzień śpię, co jeszcze bardziej mnie dołuje, bo czuję, że moje dni są puste, a życie mi mija powoli. Nic mi się nie chce. 01.01.2006 No więc Sylwester. W końcu ok. Wyruszyliśmy autobusem do Pat- tay. To kurort pełen kurew i ohydnych grubasów. Żar lał się z nieba, 15 ale była fajna muzyka i gdyby nie wspomnienia i myśli jak mogłoby być z Magdą w Polsce, to dało się wytrzymać. 24.01.2006 Wyobraźcie sobie, że w weekend wybraliśmy się z Bartkiem na zwiedzanie Bangkoku. Zajmuje to dużo czasu i wymaga dużo zdro- wia. Na początek pojechaliśmy do Wat Po, czyli świątyni. Trzeba było dojechać na końcowy Skytrainu (to taka napowietrzna kolejka-metro) i to z przesiadką , a potem łódką. Jak w Wenecji. Było super i w dodat- ku nie śmierdziało jak w całym Bangkoku. 20.02.2006 To była moja pierwsza wyprawa do dzikiej dżungli. Było super i można było zobaczyć dzikiego niedźwiedzia, słonia, tygrysa, gibona itp. 21.03.2006 Sprawdźcie na mapie, gdzie jest Krabi. To kurort, plaża, miasto. Znajdziecie na pewno. Jedziemy tam nad cudne morze... Fajny był ośrodek ze słoniami. Pierwszy raz je karmiłam bananami i bambusem. Taj jakoś mnie namówił, żeby stanąć między dwoma sło- niami i wtedy jeden owinął się trąbą wokół mojej szyi i jakoś tak do- tykał, że było czuć jakby mnie całował po szyi. Fajne przeżycie. ............................................................................................................................... I wreszcie ten ostatni e-mail, który chcę zacytować. Dostali- śmy go w dwa dni po Ani urodzinach. Chwilę wcześniej wspominała cudne morze i ośrodek w Krabi. Jeszcze była peł- na uśmiechu i pogody. Ten e-mail, po którym już nigdy i nic nie było tak samo, a nasze życie zostało podporządkowane zupełnie innym prio- rytetom i celom... 16 22.03.2006 Mam guza. Dość duży, jak mała śliwka. Jest już ponad 2 tygodnie. Znajduje się zaraz nad łokciem, jak spuści się rękę w dół, to po ze- wnętrznej stronie. Jak go dotykam, to boli jakby był siniakiem, ale nie jest fioletowy, no, guz po prostu, ale w takim miejscu to chyba nie- straszny, co? Na siłowni dawno nie trenowałam, więc wątpię, żeby to był jakiś naciągnięty mięsień (czy tam w ogóle znajduje się jakiś mię- sień???) Od pływania też by nie powstał, więc nie wiem. Ale czasami tak boli, że ledwo wyciskam mydło z dozownika. DIAGNOZA Długo Ania nie mogła się zdecydować na diagnozę. Długo odwlekała wizytę u specjalisty. Jednak wreszcie się na to zdo- była i okazało się to najgorsze. To rak. Osteosacroma. Wynik biopsji był ewidentny. Dotyka to ludzi młodych i tylko w paru przypadkach na milion. Jest bardzo złośliwy i trudny w lecze- niu. Mógłbym tu teraz dalej cytować kolejne dziesiątki jej maili z tego czasu, teraz już znacznie bardziej dramatycznych, ale tego nie zrobię. Tam są takie wyznania, takie opowieści i tyle bolesnych przeżyć, że moja córka na pewno nie chciałaby tego upublicznić. O wyniku badań Ania powiedziała nam przez komputer za pomocą wielokrotnie wcześniej używanego Skypa. Byliśmy oboje z żoną w takim szoku, że to nie była długa rozmowa. Pamiętam tę chwilę jakby to było wczoraj. Jakieś pocieszenia, jakieś idiotyczne słowa otuchy i wiary w możliwości współ- czesnej medycyny. Wtedy jeszcze naprawdę w to wierzyliśmy. Nie dopuszczaliśmy do naszych głów żadnych złych myśli. No, może prawie żadnych... Mieliśmy świadomość, że będzie trudno, ciężko i w wielu momentach dramatycznie. Szok, któ- rego doznaliśmy, zagłuszył jakby zdolność logicznego myśle- nia. No cóż? To tylko choroba... Może trudniejsza do wylecze- 17 nia, może niosąca za sobą więcej poświęceń, wyrzeczeń, ale możliwa do pokonania. Tak to wtedy widzieliśmy i święcie w to wierzyliśmy. No może nie do końca, ale wszelkie inne myśli były jakby poza tą blokadą, o której mówiłem. Były też łzy. Wiele łez. Często tak po cichutku, żeby żadne z nas ich nie widziało, żeby sobie nawzajem nie szkodzić takimi nastrojami i nie wpadać w psychiczne dołki, a tym bardziej w jakieś de- presje. CO DALEJ? Wymienialiśmy kolejne dziesiątki e-maili, telefonów. Pytali- śmy co poza i tak wcześniej często wysyłanymi paczkami mo- żemy jeszcze zrobić? Mieliśmy wyrzuty sumienia, że Ania bę- dzie musiała stanąć do walki z tą straszną chorobą sama i to na dokładkę na drugim końcu świata. No, może nie sama, bo przecież z mężem, ale serce, zwłaszcza matczyne, krwawiło łzami, które wręcz było widać... Ze mną też wcale nie było le- piej. Wszak to była moja ukochana córeczka. Kiedy mówiła do mnie „mój kochany papo”, byłem natychmiast gotów zrobić wszystko, a nawet znacznie więcej. Uwielbiałem, kiedy tak się do mnie zwracała. Myśleliśmy o locie do Bangkoku. To było wtedy, kiedy okazało się, że MSZ będzie tam refundować kosz- ty leczenia. Klinika o nazwie Bumrungrad, do której trafiła Ania, była jedną z dwóch najlepszych w całej Azji. Podobna znajdowała się jedynie w Singapurze. Bartek już wtedy kupił samochód, a do szpitala miał bardzo niedaleko. Na dokładkę w każdej wręcz chwili wystarczyło wyjść na ulicę i już podjeż- dżała taksówka. Wybili nam więc z głów takie pomysły jak przylot do nich. Zostaliśmy zatem przy rozmowach przez komputer, telefon, przy e-mailach, a czasem też zdjęciach, któ- re nam Ania przysyłała. 18 POCZĄTKI LECZENIA To był i jest na pewno nadal znakomity szpital. Ania trafiła w ręce doskonałych fachowców. Po wykonaniu wszystkich niezbędnych badań początek był taki jak w większości lecze- nia takiej choroby. CHEMIOTERAPIA. To straszne słowo. Ko- muś, kto nigdy nie miał z tym do czynienia, to właściwie nic albo prawie nic nie mówi. Są też oczywiście różne odmiany i różne składy tych wlewów. Wszystko zależy od rodzaju raka, od stanu pacjenta, od naprawdę wielu rzeczy, o których w większości niewiele wiem. To, co zaaplikowano Ani, było z tych silnych i bardzo agresywnych. Ania bardzo źle znosiła tę chemię. Początkowe pierwsze dwie jeszcze jakoś tam prze- szła, ale kolejne były straszne. Branie takiej chemii wiązało się z 5-7-dniowym pobytem w szpitalu. Przez cały dzień sączyła się do jej żył ta potworna trucizna. Bo tak to trzeba nazwać bez owijania w bawełnę. Chemia to jedna wielka trucizna, która zabija i niszczy komórki nowotworowe, ale też niszczy równo- cześnie cały organizm. W buzi wyrastają jakieś grzyby, robią się bolesne rany. Z trudem można wtedy jeść i pić. Lekarz Ani przywiózł kiedyś specjalnie dla niej z Chicago buteleczkę ta- kiego specjalnego płynu do płukania buzi, co temu zapobiega- ło. W Polsce to chyba nie do pomyślenia, żeby lekarz ciągnął przez pół świata jakiejś pacjentce buteleczkę z lekiem i na do- kładkę za darmo. Wypadły Ani, oczywiście, wszystkie włosy. Człowiek jest potem taki wycieńczony i tak podatny na wszelkie bakterie i zarazki, że nawet głupi katar może być śmiertelnym zagroże- niem. Na dokładkę całkiem siadła psychika naszego dziecka. Ania, która tak kochała ruch, podróże, przygody, nowe dozna- nia, naukę, teraz leżała przed telewizorem albo komputerem i wpadała w jakiś marazm. Nigdy nie zapomnę jak którejś nocy zadzwonił telefon. To była Ania. Zapłakana, załamana. 19 Po kolejnej chemii nie miała już sił na nic. I mówi nam, że może by tak to wszystko zakończyć i skoczyć z balkonu ? Przypomi- nam, że to 42 piętro!!! Po czym rozłączyła się... Natychmiast zadzwoniliśmy i jakoś powoli ją uspokoiliśmy. Przegadaliśmy chyba ze dwie godziny, ale tak trzeba było. Pomogło. Ale na jak długo...? Zawsze potem dzwoniący telefon budził w nas wielki niepokój. Wyprawy do szpitala odbywały się prawie co dzień. Jeśli nie na parodniową chemię (jakoś w ok. miesięcznych odstępach), to na szereg kolejnych badań, zastrzyków i tego wszystkiego, co konieczne. Wiadomo było, że chemie to nie wszystko. Konieczna była operacja. Guza trzeba było usunąć. Nie tylko guza, ale zda- niem tajskich lekarzy łącznie z kością, na której wyrósł i to z dużym zapasem. W to miejsce powinien zostać wstawiony implant lub część innej kości pobranej np. z łydki. Jest oczywiste, że wszystko to wiązało się z ogromnymi kosztami. Już sam jeden dzień pobytu w szpitalu kosztował majątek, a co dopiero leki, a chemie??? Wszystko to jak na razie było opłacane z funduszy MSZ z Warszawy. Przecież Ania była żoną naszego konsula w Bangkoku, a na dokładkę już od jakiegoś czasu była też pracownicą naszej tam ambasady. Jed- nak koszt planowanej operacji okazał się nie do przyjęcia. Na operację trzeba było wracać do Polski. Wszystko zostało tu wcześniej dograne i dopracowane jako, że pomagali nam znani i szanowani lekarze. Klinika, a w niej izolatka dla Ani była gotowa na jej przyjęcie. POWRÓT PIERWSZY To była już końcówka lata 2006. Tak się złożyło, że na 3 tygo- dnie polecieliśmy wtedy do USA. Tam w Chicago mieszka z synem i córką Andrzej, brat Asi. Potem Andrzej przysyłał naszej Ani kolejne buteleczki takiego samego płynu do buzi 20 i to bardzo jej pomagało przetrwać. Syn Andrzeja właśnie po- stanowił się ożenić i to na ich ślub i wesele zostaliśmy zapro- szeni. Nie będę się rozwodził nad naszym pobytem w Chicago, bo to nie o tym ta opowieść. Powiem tylko, że sporo widzieli- śmy, łącznie z przepiękną Niagarą. Powrót do Polski udało nam się tak zaplanować i zgrać, że my lądowaliśmy na Okęciu w tym samym dniu i prawie o tej samej godzinie, co i nasza Ania z Bangkoku. Z Białegosto- ku przyjechał po nas Grześ i wszyscy razem wracaliśmy do domu. Przyleciał też Bartek, tyle, że na krótko bo musiał wracać do pracy, do Bangkoku. Tu w naszej klinice, jak wcześniej wspominałem, już czekało na Anię miejsce i natychmiast następnego dnia trafiła na stół operacyjny. Operatorem był znany profesor, ale moim i nie tyl- ko moim zdaniem podszedł do tego w sposób zbyt oszczędno- ściowy. Usunął mianowicie guza, oczyścił (niewątpliwie pro- fesjonalnie i dokładnie ) kości obok. Na tym jednak zabieg się zakończył. Nie wyciął nawet części kości w bezpośrednim są- siedztwie guza. Dzięki temu Ania miała sprawną rączkę, rana szybko się goiła i byliśmy wszyscy pełni optymizmu. Wtedy znajoma mojego taty podpowiedziała nam, że w Byd- goszczy znajduje się taki aparat, który wykonuje badanie o na- zwie PET. Jest on w stanie stwierdzić istnienie nawet najmniej- szej pojedynczej komórki nowotworowej. Teraz takich aparatów jest więcej, ale wtedy to była tylko Bydgoszcz. Tu muszę wtrącić dwa słowa o mnie. Otóż uwielbiam grać w scrabble. Gra polega na układaniu wyrazów na planszy z siedmiu literek przyznanych nam losowo na zasadzie krzy- żówki, za co zbiera się możliwie dużą liczbę punktów. To nie- wątpliwie nałóg. Niegroźny, ale jednak nałóg. Grając za po- średnictwem Internetu z różnymi ludźmi z Polski, można wiele osób poznać. Można tam też rozmawiać, bo jest okienko, w którym się pisze do siebie. Tam właśnie, dużo wcześniej 21 zresztą, poznałem i zaprzyjaźniłem się z Donatą. Donata była i jest nadal pielęgniarką właśnie w Bydgoszczy. Zadzwoniłem kiedyś do niej i powiedziałem jej o możliwości takiego badania w jej mieście. Szybciutko i sprawnie wszystko załatwiła, uzgodniła termin badania i już po niedługim czasie czekała wraz z mężem na mnie i Anię na dworcu PKP w Bydgoszczy. Przenocowali nas, a na drugi dzień zawieźli do kliniki, gdzie zrobiono naszej Ani tego PET-a. Bardzo byliśmy im wdzięczni za to jak nam pomogli. Zaprosiliśmy potem wiosną Donatę wraz z mężem i synem na parę dni do nas. Po paru dniach przyszedł wynik. Od razu popędziliśmy z nim do lekarki, pani ordynator jednego z oddziałów naszej Kliniki Onkologii, która zajmowała się tu Anią. Byliśmy tam oczywiście już nie po raz pierwszy i zawsze przed nami i za nami wielu pacjentów czekało na wizytę w tym gabinecie. Zawsze i niezmiennie byłem zdumiony jak to jest, jak to moż- liwe, że pani doktor nie zważając na zdrowie jej onkologicz- nych pacjentów, kurzyła papierosa za papierosem, wydmu- chując dym prosto w ich nosy... Wtedy jednak nikt z nas o tym nie myślał i nie zastanawiał się nad tym. Pani doktor po obej- rzeniu wyniku powiedziała: – Pani Aniu, gratuluję. Jest Pani całkowicie zdrowa. Badanie nie wykryło żadnych komórek nowotworowych. Przedarłem się przez kłęby dymu i ze łzami w oczach wyca- łowałem Anię. Nasze szczęście sięgnęło zenitu. Płakaliśmy i śmialiśmy się na przemian. Nie pamiętam, czy zdarzył mi się równie szczę- śliwy dzień w moim życiu. No, oczywiście, poza ślubem i na- rodzinami dzieci. To jednak oczywiste. Drugą moją wieloletnią już przyjaciółką ze scrabbli jest Be- ata. Z nią też wiele dni i godzin przegraliśmy i przegadaliśmy. Ona mi też bardzo pomogła w najtrudniejszych chwilach. W inny nieco sposób, bo dotrzymując mi towarzystwa, grając 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ania
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: