Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00116 005112 13075784 na godz. na dobę w sumie
AnieleNIE - ebook/pdf
AnieleNIE - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7859-945-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> opowiadania
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Lidia Stefek - chrześcijanka. 'AnieleNie' jest zbiorem opowieści zainspirowanych Biblią. To współczesne, śmiałe  i  oryginalne wyobrażenia Autorki na temat istot niebiańskich, których istnienie w rożnych sytuacjach splata się  z losami mieszkańców Będzina. Anioły, ich natura, posłannictwo, związane z nimi historie są jedynie pretekstem, by pokazać o wiele więcej.

Podróżniczka. Twórczyni bloga podróżniczo-kulturalnego 'Świat to za mało'. Prowadzi wykłady i prelekcje podróżnicze dla szkół, bibliotek, miejsc związanych z ogólnie pojętą turystyką i kulturą. Podstawową misją Lidii jest przybliżanie i dokumentowanie piękna świata poprzez bliskie turystyce dziedziny na przykładzie autorskich zdjęć i przeżyć przywiezionych z różnych zakątków globu.

Miłośniczka Będzina. Założyła stronę promującą miasto 'Będzin to za wiele', na której dostarcza informacji o atrakcjach turystycznych, wydarzeniach  w mieście oraz prezentuje relacje  z nich. Za lokalną działalność za rok 2016 otrzymała Nagrodę Prezydenta Miasta Będzina i Przewodniczącego Rady Miejskiej Będzina za szczególne osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony kultury. W 2016 r. wydała powieść 'Strachy' z tłem historycznym Będzina czasów II wojny światowej.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

AnieleNIE AnieleNIE Lidia Stefek © Copyright by Lidia Stefek e-bookowo Grafika na okładce: Agnieszka Markowicz Korekta i skład: Katarzyna Krzan Ilustracje: Agnieszka Markowicz Grafika przedstawiająca Anioła z lusterkiem: Marta ISBN e-book 978-83-7859-945-6 ISBN druk 978-83-7859-946-3 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości Wszelkie prawa zastrzeżone. bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2018 Temu, który od wtedy ma mnie na wyłączność, a przedtem miał dla mnie więcej niż „anielską cierpliwość”. Przed wstępem Na początku ludzie o tym nie mówili. Był jakiś we- wnętrzny nakaz, by wiedzę napotkaną niby przypadkiem trzymać tylko dla siebie. Być może wynikał on z obawy, że inni nie dostąpią zaszczytu dziewiczego posmakowania własnymi zmysłami owej wiedzy, a właściwie – tajemnicy. Ci, którzy widzieli tajemnicę i zdobyli wiedzę, nie chcieli poprzez odgrzewane słowa zatrzeć pierwszego, ważnego wrażenia lub uronić choć jednego momentu ze spotkania. Może też nie chcieli, by inni, wysłuchawszy o tym, zano- sili historię z dopowiedzianymi przez siebie wyrazami lub zabraniem kilku, co nie byłoby pełnym i autentycznym ob- razem. Zaniepokojeni nie dzielili się nią, bo mogło okazać się, że im samym nigdy więcej nic takiego się nie przydarzy. Nie chcieli więc płoszyć kolejnego zdarzenia o podobnym przebiegu. Gdyby kiedykolwiek komuś jeszcze przyda- rzyła się analogiczna sytuacja, to rozumiano, że najlepiej 7 będzie nie odtwarzać jej przebiegu innym. Natrętni dopy- tywacze mogliby uczynić z tajemnicy niepotrzebną sen- sację. Najbardziej prawdopodobne jest wytłumaczenie, iż nie chcieli dzielić się opowieścią, by odbierać od słuchaczy oczywisty gest pukania palcem w czoło. Wiara przecież nie jest rzeczą wszystkich. Obraz wydarzenia był spójny oraz całkowicie rzeczy- wisty jedynie w mniemaniu tych, którzy je przeżyli. Dzie- lenie się tym na sposób typowo człowieczy mogło skut- kować zabraniem czegoś z aury boskości, poufności oraz spersonalizowanego posłannictwa. Tajemnica przeważnie rozgrywała się między osobą a osobnikiem, dwiema pa- rami oczu i rękami. Możliwe, że rąk oraz oczu było więcej niż normalnie. Czy po przypadkach spotkań reakcją najbardziej po- żądaną była cisza? Tego nie wiem. Jednakże z czasem wieści zaczęły się rozchodzić. W różnych okresach i oko- licznościach, od czasu do czasu od nowa przecinano je ciszą. I znowu mogę próbować odpowiedzieć, czy zamilkli z obawy, niepokoju czy zaistniały inne przesłanki. Ludzie oczekiwali podobnych spotkań, ale im więcej czekali, tym bardziej nic się nie wydarzało. Po następujących po sobie strachach, zmyleniach, własnych przestrogach, domysłach po raz któryś postanowili odczarować brak tego spodzie- wanego. Mówili zatem o tym głośno i dosadnie. Na rogach 8 wiejskich domów, w kolejce do spowiedzi, na podwórku listonoszowi przyjeżdżającemu z pocztą z miasta, na świe- tlicy. Potem znów, z niewiadomego lęku, iż sprofanowali coś z opowieści – od nowa otaczali ją bądź to zmową mil- czenia lub też gadali o tym tylko „po domach”, przy zasło- niętych oknach, przy tłamszonym świetle i tylko w gronie życzliwych. Ci, którzy mieli spotkanie z istotą, do prze- kazu wydarzenia używali słów nader oszczędnych, z któ- rych dało się jednak wyczytać pewne prawidłowości. Zatrwożeni faktem, że to coś może już nigdy nie przyjść i w związku z tym zapomną co działo się podczas takowych spotkań, postanowili spisywać wydarzenia krok po kroku. W ten oczywisty sposób pragnęli wyciągnąć pewne stałe cechy, które towarzyszyły ziemskim spotkaniom z nie- ziemską naturą istot. Tak udało się sporządzić listę reguł, okoliczności i zachowań, jakich można się spodziewać, gdy to znowu przyjdzie. Po analizie zapisu poszczególnych sy- tuacji stwierdzono nawet, iż ma się sposób by to przywołać. Ludzie od dawien dawna wymyślali sposoby na wszystko. Robili to z potrzeby, opierając się na własnych doświadczeniach, mądrości starszych, intuicji, na zgro- madzonej wiedzy książkowej. Tutaj jednak, zdaje się, wszystkie z reguły cielesne możliwości zawodziły. Bowiem spotkania owe były integralną częścią autonomicznego planu, którego nie można było tak zwyczajnie podyktować 9 Suwerenowi. Jednakże z przyzwyczajonej wiary babcie przypominały wnukom, że to może przyjść i wtedy nie zdążą nawet po- myśleć, że to jest to, a już będzie po! Moja kochana bab- ciunia też mnie ostrzegała. 10 11 Wstęp U babci Melanżowa płachta szarości i granatu późnego wie- czora przykryła zaniedbany dom, który stał za krzyżem. Krzyżem ogólnie nazywali ludzie coś na kształt kapliczki przydrożnej ogrodzonej drewnianymi płotkami, które wy- glądały jak kolorowe kredki, trochę większe niż zwykłe. Od krzyża do kredek przywiązane były wstążki. Choć kredki były niskie, a kawałki materiału sięgały dość wysokiego krzyża, to w środku, pomimo że było wystarczająco miejsca na modlitwę, nikt nie przewidywał kawałka przestrzeni dla pospolitego człowieka. Tylko ten, który dbał o krzyż, mógł wchodzić do świętego miejsca. Inni jedynie za płot- kiem dosięgali tajemnicy modlitwy. Posługacz krzyża raz na jakiś czas poza zmienianiem brudnych wstążek, ma- lowaniem kredek, które naruszył deszcz, przecierał napis na symbolu zbawienia: „Anioł Pański zwiastował pannie 13 Maryi”. Za krzyżem właściwie kończył się świat. Był tam raptem kawałek pola, żwirowa droga do krzaków czarnego bzu i zaniedbany dom obłapiony przez gęstwinę iglastego lasu. Gospodyni domu, który stał tam, gdzie świat już nie istniał, układała właśnie przyrządzone w mniejszych lub większych słoikach zapasy na zimę. Spracowanymi dłońmi chłopki sięgała najwyżej wiszącej półki w komórce. Po- mieszczenie służyło kiedyś jako przechowalnia opału, by niechcący ustąpić miejsca spiżarni, która musiała ze względu na znamienitość przetworów, być chlubą właści- cielki. Do schowka tego dostać się można było (na szczę- ście odwiedzających) bezpośrednio z kuchni. Cały dom, w szczególności kuchnia, zawsze miał otwarte drzwi dla gości. Byli to w przeważającej większości przypadkowi przechodnie (czy raczej przybysze z odległego świata), li- stonosz, ksiądz, rzadko zaglądający sąsiedzi. Skupienie i dokładność, z jakimi Kazia segregowała weki można było bez skrępowania gospodyni dokładnie podpatrzyć przez szybę, bo płachta nieba była już czarna. Kobieta wiedząc, iż mieszka za krzyżem i nikt tam zwykle lub prawie nie chodzi, nie zasłaniała okien. Dzięki łatwowiernemu przyzwyczajeniu pani domu, wystarczyło po prostu stanąć na schodach ganku, by zorientować się, w jaki sposób w odpowiednim czasie przygotowań do zimy, 14 komponuje ułożenie wszelkich przetworów: kompotów, syropów, surówek, kiszonek, a także żurku, pasztetów, su- szonych grzybów oraz warzyw i owoców. Górny regał był siedliskiem najwytworniejszych składów przeznaczonych na wyjątkowe okazje i w tej chwili aż wyginał się pod cię- żarem zapasów. Dom za krzyżem przez ten czas, który trwał jakieś kilkanaście spokojnych lat, miał tylko jednego, zdanego na siebie domownika. Kazia miała blisko do krzyża, ale daleko do ludzi ze wsi. Pewnie była najczęstszą osobą, która czytała napis na drzewie kapliczki wiejskiej o zwiastowaniu anielskim. Czasem, to znaczy raz na kilka dni widując miesz- kańców Ściborza w sklepie z chlebem, musiała przyjmować od nich zdziwienie, ale i podziw, że gosposia nie boi się mieszkać sama przy drodze żwirowej obsianej przez ptaki czarnym bzem. W chałupie bez ogrodzenia, z psem, ale na łańcuchu, przy ciemnym lesie mającym prawie w garści zaniedbany dom za krzyżem. Kazia odpowiadała, że gdyby ktoś zły w okolicy się kręcił, to Mucha na pewno przeraźliwie by szczekała, a jej pani wiedziałaby, że ma intruza na podwórku. Ludzie śmiali się z psiej obrony, bo znali zasady gospodyni zanie- dbanego domu, iż ta wpuszcza do środka szczutych gdzie indziej psami głosicieli ewangelii, i „szmaciarza”, i podają- cego się za weterynarza, a nawet Cyganki. Nigdy jednak nic złego jej się nie stało, żeby bała się mieszkać za drogą 15 żwirową, która wyznaczała swoisty koniec świata. Układała ostatnie słoje, gdy zdawało się jej, że ktoś jest w pobliżu. Pukanie w szybę ostatecznie odkryło obecność kogoś, kogo nie spodziewała się, bo inaczej zamiast krzą- tania się w spiżarni, byłaby nastawiała na piecu wodę do zaparzenia herbaty. Ciemnia za oknem powodowała, iż chcąc podejrzeć kto puka, widziała tylko swoje oblicze. – Kto tam? – Proszę otworzyć, proszę pani – odpowiedziano. Ruszyła w stronę zakola domu, które łączyło hol za kuchnią z drzwiami wejściowymi. Ciekawe, co powiedzie- liby zakłopotani sąsiedzi na to, że Kazia zapomniała nawet pomyśleć, czy Mucha poszczekiwała. Najpewniej radość z tego, że prawie ukończyła misterne układanie pojem- ników, wybiła ją z czujności. Zresztą gość w tym domu, o każdej zakazanej godzinie dnia, zawsze był mile wpusz- czany. Jak zwykle więc otworzyła drzwi. Zobaczyła kobietę, która zapytywała, czy mogłaby gdzieś załatwić potrzebę fi- zjologiczną. „Tak więc nic podejrzanego. Ludzie z wioski są tacy utrudzeni niepokojami, które i mi się udzielają” – uspokoiła się w duchu Kazia, bardziej pod kątem sąsiadów. „Nic co ludzkie, nie powinno być wstrzymywane.” Gospo- dyni wskazała potrzebującej latrynę obok stodoły. – O tam, blisko gałęzi na podpałkę, pod daszkiem. Widzi pani? – Wskazała miejsce, w którym obecnie z po- 16 wodu powiększenia powierzchni spiżarnianej, przecho- wywała opał. Potem natychmiast zamknęła wejście na za- suwkę. Nie pamiętała, czy pies szczekał. Jeszcze będąc w holu, dobiegł ją gruchot czegoś cięż- kiego. Gdy dotarła do miejsca, z którego dobywał się hałas, posmutniała. W komórce, po krześle, na którym siedziała wycierając szmatką zaprawy, spływały ciecze z przetworów, a w nich zanurzone kawałki szkieł i oblepione wieczka. Półka nie nadawała się do ponownego zawieszenia, bo złamanie uniemożliwiło jej wykonywanie należnego za- dania. Kazia podeszła do drzwi przy ganku. Najpierw by po- słuchać, czy pies ujada. Gdy nic nie wskazywało na to, że Mucha w ogóle żyje, wychyliła głowę zza futryny i wśród nieco spopielałej czerni wieczora próbowała wzrokiem od- naleźć postać Nieznajomej. – Proszę pani, jest pani tam? Gdyby pani widziała, co się stało, gdy nie było mnie w spiżarni... Nie wiedziała czy kobieta, która przyszła za potrzebą jest już po kłopotliwej czynności i czy w ogóle jest jeszcze w obejściu. Wyszła więc odrobinę dalej, na schody. Nosiła grube szkła okularów, tak więc niełatwo jej było rozszy- frować punkty w dalszej przestrzeni. Stojąc w pozycji wę- szyciela (zamiast Muchy), zamarła. Gałęzie przy latrynie paliły się żywym ogniem. Bardzo bała się płomienistego 17 widoku, bo wcześniej ktoś wzniecił pożar w jej stodole. Stała przez dobrą (a raczej złą) chwilę jak paralityk chory od pasa w dół. Gwizdem przywołała Muchę, a ta, leniwie wystawiając mordę, doczłapała w stronę pańci tylko nie- wielki kawałek. Jak zwykle miała kilka razy skręcony łań- cuch wokół psiej budy, co w zasadzie w razie konieczności uniemożliwiało suce obronę domostwa. Kazia nigdy nie wspominała o tym zakłopotanym ściborzanom, bo i po co. Jak łańcuch się skręcił, to może i się odkręci. – Jak pilnujesz drewien? Czemu nie buczysz, jak pod- palają nam gałęzie? – zabrzmiało bardziej jak przyjazne upomnienie niż wyrzut w stronę leniwego psa. Suka wnioskując po łagodnym tonie gospodyni, wcale nie zrozumiała prawdziwych pretensji. Zaskomlała jed- nakże pieszczotliwie, że Kazia o tej porze okazała jej swoje zainteresowanie. Pani powiedziała Musze, że idzie po wiadro z wodą, a ona niech w razie czego szczeka, gdyby znowu pojawił się jakiś podpalacz. Przecież dwa razy już nawaliła. Psina z wyczekującym pyskiem, ale i ze spokojem przysiadła przy budzie w obejściu zaniedbanego domu. Potem, kiwając ogonem, obserwowała zdziwienie swojej pani, gdy tamta nie odczuwając bólu, dotykała palące się jeszcze przed chwilą gałązki. – Przecież widziałam ogień. Jestem pewna, że się paliło – zagadywała Muchę. – Ale przecież nie szczekałaś... 18 Zmierzając w stronę domu, uwierzytelniała na głos powód, dla którego w ogóle wychyliła nos z chaty, a mia- nowicie – Nieznajoma w obejściu. I pani i jej wierny pies zdaje się byli pewni co do jednego – że sobie już poszła. Za krzyżem, poza Kazią i Muchą znowu nikogo nie było. Po tej stronie krzyża znowu kończył się świat. 19 „Wtem ukazał mu się anioł Pański w płomieniu ognia ze środka krzewu; i spojrzał, a oto krzew płonął ogniem, jednakże krzew nie spłonął.” II Mojż. 3, 2 Spis treści 7 Przed wstępem 13 Wstęp U babci 21 Rozdział 1 Na Syberce 31 Rozdział 2 W Pałacu Mieroszewskich 39 Rozdział 3 W drodze na wykład Rozdział 4 Na działkach przy Górkach Małobądzkich 47 57 Rozdział 5 Na Cmentarzu Komunalnym 69 Rozdział 6 Na Starym Dworcu PKP Rozdział 7 W Grodźcu 77 87 Rozdział 8 Przy bibliotece 95 Rozdział 9 Na cmentarzu przy św. Trójcy Rozdział 10 Na Czarnej Przemszy 115 Rozdział 11 W Parku na Dolnej Syberce 123 Rozdział 12 W Powiatowym Młodzieżowym Domu Kultury Rozdział 13 Z e-bookowo Rozdział 14 Na profilu facebookowym Będzina Rozdział 15 Na Targowisku Miejskim Rozdział 16 W ciszy Rozdział 17 W Mili Rozdział 18 Na Plaży Miejskiej Rozdział 19 Przy Black Red White Rozdział 20 W Śródmieściu Rozdział 21 Na Ksawerze Rozdział 22 Na Kołłątaja Zakończenie 131 137 147 157 165 173 183 189 201 207 217 225
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

AnieleNIE
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: