Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00263 005525 13606139 na godz. na dobę w sumie
Anioł w majonezie - ebook/pdf
Anioł w majonezie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 199
Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-61184-14-0 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Opowiadania Leona Brofelta zawarte w zbiorczym tomie 'Anioł w majonezie' powstawały w różnych okresach. Dotyczą dziwacznych czasów PRL-u, ale nie tylko. Jest w nich wiele uniwersalnych prawd, a także zabawy z konwencjami. Na  uwagę zasługuje intrygująca konstrukcja bohatera-narratora, którego postać łączy PRL-owskie  opowiadania z części Miłe złego początki. Ów młody student powoli przeistaczający się w mężczyznę, zbuntowany (także wobec władzy komunistycznej) 'współczesny niedostosowany' mimo formalnej dorosłości cały czas pozostaje nieco niedojrzałym erotomanem - włóczęgą. To XX-to wieczny sowizdrzał, trefniś  i outsider, 'niebieski ptak' bez swojego miejsca na ziemi. Na nic jednak zdała się żartobliwa konwencja przyjęta przez autora - kreacja ta dość szybko 'przejadła mi  się' i częściej budziła politowanie (a nawet rozdrażnienie) niż rozbawienie. Nie mogłam się bowiem oprzeć wrażeniu, że bohater, wszedłszy w sztuczną rolę beztroskiego kawalarza - seksoholika, został pozbawiony własnego 'ja', a błaznując, maskuje tylko własne rozgoryczenie i poczucie pustki wewnętrznej. Na tym jednak nie koniec postmodernistycznej różnorodności upodabniającej zbiorek  do mozaiki o wciąż zmieniającej się fakturze. Oprócz tradycji literatury sowizdrzalskiej i chwilami wręcz naturalistycznych opisów zgrzebnego PRL-u czy degrengolady dokonywanej przez 'dziki kapitalizm', autor pragnie przypomnieć do bólu racjonalnemu człowiekowi końca wieku romantyczne przesłanie, iż 'są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się nawet filozofom'. Dzięki obecności sfery irracjonalnej niektóre historyjki dosłownie w ułamku sekundy przeistaczają się w opowieści z dreszczykiem. Uderzające jest to, że wobec delikatnie tylko zasugerowanej pozarozumowej motywacji zdarzeń odbiorca czuje się 'nowoczesnym pokonanym' - jest niby mądrzejszy niż jego przodek romantyk, a jednak zupełnie bezradny wobec sił, których nie zna, a tym bardziej nie kontroluje. Na wyróżnienie zasługuje na pewno kwiecisty język opowiadań, który przykuwa uwagę czytelnika i jest wartością samą w sobie. Autor świetnie włada tym narzędziem - pozwala odbiorcy delektować się słowem, błyska dowcipem, indywidualizuje język postaci i różnicuje styl. Gdy trzeba, jest on prosty (a nawet prostacki z kapitalnie wykorzystywanymi wulgaryzmami), w innym miejscu staje się podniosły lub przeciwnie - rubaszny, wręcz  groteskowy. Wydaje się, że momentami autor umiejętnie stylizuje swe opowiadania na Gombrowicza, co z pewnością może sobie poczytywać za komplement. Zastrzeżenia wywołuje natomiast kompozycja dłuższych opowiadań - mianowicie zbyt długo trwa tam tzw. suspens, kiedy to ciekawie prowadzoną akcję nieznośnie wydłuża nadmierna drobiazgowość i rozgadanie narratora, co zamiast podtrzymywać napięcie przynosi jedynie znużenie. A gdy odbiorca, spodziewając się puenty na miarę misternie zbudowanej  intrygi, wykazawszy maksimum cierpliwości, dobrnie wreszcie do końca, gwałtownie zderza się tak z banalnym lub mało prawdopodobnym, że aż zadziwiającym (cóż za paradoks!) rozwiązaniem fabuły. Pozostawiony z niedosytem finału czytelnik może mieć z kolei przesyt atakującej go zewsząd erotyki, którą wręcz aż ociekają te teksty. Nie przeczę, że jej odważna obecność - dodajmy: niemal w każdym opowiadaniu - bywa czasem atutem ubarwiającym treść. Musi jednak budzić zdegustowanie zawsze, gdy mało wyrafinowane sprośności niepostrzeżenie stają się głównym tematem utworu. U Leona Brofelta  za mało go wtedy na opowieść erotyczną - nawet wątpliwej jakości - a za dużo, by po stronie odbiorcy nie wywołać niesmaku, a nawet zażenowania. Reasumując - ponowoczesne otwarcie umysłu na nowe, luźne podejście do lektury, gotowość na psikusy i niespodzianki  często-gęsto serwowane przez autora to warunki konieczne, by czerpać  autentyczną  przyjemność z tego tekstu, bez narażania  się na męki odczuwania czegoś w rodzaju ?uporządkowanego galimatiasu'  czy nawet 'dezintegracji  percepcyjnej'.

Z recenzji 'Groch z kapustą' Doroty Nowackiej

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

  S t r o n a  | 1  www.e­bookowo.pl    S t r o n a  | 2  LLLeeeooonnn   BBBrrrooofffeeelllttt    AAAnnniiiooołłł   www   mmmaaajjjooonnneeezzziiieee          cczzyyllii  ooppoowwiiaaddaanniiaa  zz  kkoońńccaa  wwiieekkuu  oorraazz  mmiiłłee  zzłłeeggoo  ppoocczząąttkkii             ddoo  wwyyddaanniiaa  pprrzzyyggoottoowwaałł,,  ppoossłłoowwiieemm  ii  nnoottkkąą  oo  aauuttoorrzzee  ooppaattrrzzyyłł  TToommaasszz  KKoossttrroo   ookkłłaaddkkęę  zzaapprroojjeekkttoowwaałłaa  ii  oopprraaccoowwaałłaa  ppllaassttyycczznniiee  EEwwaa  TToocczzkkoowwsskkaa          CCooppyyrriigghhtt  bbyy  TToommaasszz  KKoossttrroo     ee‐‐bbooookkoowwoo  22000088   IIlluussttrraaccjjee  ii  ookkłłaaddkkaa::  ccooppyyrriigghhtt  EEwwaa  TToocczzkkoowwsskkaa     IISSBBNN    997788‐‐8833‐‐6611118844‐‐1144‐‐00       www.e‐bookowo.pl www.e‐bookowo.pl   KKoonnttaakktt::  wwyyddaawwnniiccttwwoo@@ee‐‐bbooookkoowwoo..ppll                          KKooppiioowwaanniiee,,  rroozzppoowwsszzeecchhnniiaanniiee  cczzęęśśccii  lluubb  ccaałłoośśccii  bbeezz  zzggooddyy  wwyyddaawwccyy  zzaabbrroonniioonnee   WWsszzeellkkiiee  pprraawwaa  zzaassttrrzzeeżżoonnee..        WWyyddaanniiee  II      22000088   www.e­bookowo.pl  ytatami)  85  S t r o n a  | 3        OPOWIADANIA Z KOŃCA WIEKU  4  Pomysł  (opowiadanie kryminalne)  4  35  Pomyłka (opowiadanie autentyczne)  W sanatorium  (opowiadanie zaduszne) 54  Kumulacja w Portkach  (opowiadanie rodzinne) z 67  ny Anioł w majonezie  (opowiadanie mistyczne z lic mi c Pociąg  (opowiadanie jakoby prawdziwe)  95  RTapczan  (opowiadanie n omeo i Lukrecje  (opowiadanie z drugiej ręk)  106  i awd opodobne)  138  iepr   MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI  147   czyl Jak zostałem litera te i niemiłe złego początki 147  m, Soso w przedszkolu  151  Pierwszy i jedy 159  ny   Nie musicie towarzyszu uważać  163  Opaska na oku  170  DWenus z j ziewczyna z warkoczam 180  i  iora 187   Kalejty  ez  osłowie  195  PL    eon Brofelt ‐ kilka słów o autorze i  Aniele w majonezie  195  www.e­bookowo.pl      Opowiadania z końca wieku  S t r o n a  | 4    Pomysł  (opowiadanie kryminalne)    ‐  Mam pomysł! – oznajmił  gromko Gabryś wchodząc do mieszkania.  Zzuł buty i zatarł ręce. Minę miał dziarską, szelmowski uśmieszek błąkał mu  się pod wąsem.   ‐ O Boże! – jęknęła Luśka w odpowiedzi, głośno zaś powiedziała  :   ‐ Nie waż się ruszyć tej setki w kredensie! To na wyjazd dzieci! Głos miała skrzekliwy, jak rozdzierana blacha. Była w kuchni.  Nawet do niej nie zajrzał. Zwalił się na tapczan i ciągle lekko uśmiechnięty  wgapił się w plamę na suficie. Wyglądał jak nieboszczyk przygotowany fachową ręką  do ostatniej podróży, taki pogodny, wyprostowany, z rączkami nabożnie splecionymi,  tylko gały mu zamknąć, o kciuk zahaczyć różaniec. No i ubrać odpowiednio! Był w wy‐ strzępionych dołem dżinsach i niegdyś białej koszulce ze spranym napisem: „Keep  smiling. Boss live idiots”.  Pomysł wpadł mu do głowy pod Urzędem Pracy. Wychodził właśnie z gmachu  po odebraniu nędznego zasiłku (jeszcze tylko raz czekała go taka frajda) kiedy przed  urzędem spotkał dwu kolegów ze szkoły. Przysiedli na ławce, popalili, pogawędzili,  powspominali. Kupę lat! Jak leci? I takie inne głupstwa. Widywali się rzadko a od ma‐ tury, jakby nie patrzeć, ponad dwadzieścia lat minęło. Nie bardzo więc mieli o czym  rozmawiać. Opowiadać sobie nawzajem jak to pracę tracili? Licytować się, który bar‐ dziej się narażał, aby taki chwalebny osiągnąć status? Klęli tylko kwieciście i mało  konkretnie. Nie wiadomo czyje mamuśki mieli na uwadze.  Na parking, tuż przed zajętą przez nich ławkę, zajechała luksusowa fura z sze‐ lestem nowych opon i wyuzdanie lubieżnym pomrukiem silnika. Gość z limuzyny nie  www.e­bookowo.pl    S t r o n a  | 5  wysiadł, gapił się tylko na tę trójkę wykolejeńców, na Gabrysia szczególnie. Wtedy  właśnie pomysł przeszył gabrysiowy mózg, aż zabolało.  petem na trawnik.   Wstrząsnął się, wstał, poprawił portki, pstryknął  ‐  No to cześć! Do miłego... Wpadnij który kiedyś.  Poszedł. Po drodze pomysł w myślach pieścił. Zanim doszedł do domu przero‐ bił go na plan do wykonania.  ‐  Nogi ci śmierdzą. – powiedziała Luśka przechodząc koło tapczanu. Skrzywiła  się przy tym, jakby miała powód. Wielkie rzeczy! Gorąco, buty na gumie to i nogi  śmierdzą. Jej to i owo różami też nie pachnie, a przecież uwag na ten temat nie wygła‐ sza. Zresztą, mniejsza z tym. Teraz nie ma głowy do głupstw. Wpadł na cholernie do‐ bry pomysł i musi się skupić, szczegóły przemyśleć, dobór wspólników starannie roz‐ ważyć. Wiadomo, niejeden dobry pomysł położyło gówniane wykonanie. Rzecz solid‐ nie przygotowana musi się udać! Nie ma prawa być inaczej!.  Gabryś uchodził niegdyś za łebskiego chłopaka ‐ w wojsku na przykład ‐ do‐ skonale sobie radził. Połowa pułku mu zazdrościła. Dobrze się zapowiadał, a potem  tylko Luśka, dzieciaki, ciepłe kapcie wieczorami. Rozleniwił się, przytył, ogłupiał, z  kolegami kontakt stracił. Luśki pilnował i ze wszystkim jej się słuchał, pantoflarz za‐ fajdany! Czas się opamiętać.  ‐ Będzie dziś jakieś żarcie?  – spytał cicho, jakby od niechcenia, broń Boże, że‐ by z naciskiem.  ‐  Najpierw mi powiedz, skąd na to żarcie brać? – syknęła zaczepnie wracając  do kuchni. Uśmiechnął się błogo, aż miejsce po lewej, górnej dwójce zaczerniło pod wą‐ sem. Oj Luśka, Luśka, nie wiesz skąd? – pomyślał – I nie dowiesz się, ale już niedługo  wydawać nie nadążysz! Moja w tym głowa!  Uniósł się na łokciu.  ‐ Luśka, mam cholernie dobry pomysł! Poczekaj jeszcze trochę, a na Sylwestra  skoczymy do Paryżewa... albo na Kanary? Co?  ‐ Idiota!  Usłyszał, choć powiedziane to było cicho.  www.e­bookowo.pl  S t r o n a  | 6  Nie obraził się. Teraz, wobec pomysłu wszystko blakło, traciło znaczenie.  Dziewczyny są od tego, żeby mieć muchy w nosie. Ta jego dziewczyna ma szczególny  powód, psia krew! Głupio dał się z roboty wyślizgać, biedują teraz bo i ona dawno bez  stałej pracy. Dorabia trochę jako kuchta i otrzyjdupsko u tych aferzystów zza parku,  ale to wszystko mało. Długi rosną, a jego za cholerę nikt nie chce.  Wstał i poczłapał do kuchni. Jednak coś upitrasiła. Rozstawiała właśnie talerze  i sztućce.  Robiła to hałaśliwie, zamaszyście, wściekła jak osa za koszulą. Lepiej się nie  odzywać. Pomysłem dzielić się ani myślał, bo to nie babska rzecz. A zresztą, im mniej  ludzi o tym wiedzieć będzie, tym lepiej. Już dostatecznie mocno bolał go fakt, że  wspólników musi szukać.   Gaz pod garnkiem się palił, a ona smyrknęła do łazienki, obmyła się trochę,  przyczesała, porwała torebkę.  ‐ Za piętnaście minut zgaś pod zupą. Dzieciom zostaw!   Krupnik był gęsty, smaczny. Luśka, choć kawał cholery, gotuje doskonale. Niby  nie ma co do garnka włożyć a potrafi wyczarować takie cudowności prawie z niczego.  Raz jeszcze nalał sobie do pełna. Kiedyś przy sąsiadach i dzieciach pochwalił ją za  kuchcen ie, bardzo ją pochwalił, w rękę pocało ‐ Trzeba ci było z kucharką się żenić!   Lekkiego życia to przy Luśce nie miał. Fakt. Do żywego dopiec umiała zawsze.  Kłapania dziobem  nie skąpiła, ale z drugiej strony, odkąd ją poznał ani raz za inną się  nie obejrzał, bo i po co? Co komu po wróblu jak kanarka złapał? Dużo może o tym po‐ wiedzieć, bo za kawalerskich czasów wróbliczek nastrzelał się dość.  Sprzątnął po sobie, wyniósł stołek na balkon, siadł, odliczył papierosy. Porcję  na dziś odłożył na wierzch, jednego zapalił i zaczął myśleć.       wał. Odpaliła mu wtedy:    *   *   *  www.e­bookowo.pl    S t r o n a  | 7  W sanatorium  (opowiadanie zaduszne)    Wprost z recepcji poszedłem na piętro do przydzielonego mi pokoju. Nie by‐ łem zachwycony perspektywą dzielenia go z nieznajomym. Rzekomo nic nie dało się  zrobić. Sanatorium miało komplet kuracjuszy, a pokój dwuosobowy uchodził za szczyt  komfortu. Samodzielnych z łazienką  jakoby nie było wcale.  Zapukałem. Ponieważ nikt nie odpowiadał użyłem danego mi klucza i wsze‐ dłem do środka. Pokój jak pokój, nic nadzwyczajnego, standardowo wyposażony, wid‐ ny, z przyjemnym widokiem na dolinę i na przeciwległe zbocza gór, dwa okna i prze‐ szklone drzwi prowadzące na taras. Łazienka niewielka, z wanną w rdzawe zacieki                i pękniętą umywalką.  Mój niechciany współlokator przyjechał wcześniej. Zajął tapczanik po lewej  stronie o czym świadczyła leżąca na nim, starannie złożona w kostkę piżama i trzy  fotografie postawione na szafce u wezgłowia. Obejrzałem zdjęcia  skoro tak jawnie je  eksponował. W środku, w oprawce ze skórki, stał portrecik dziewczynki o milutkiej  buźce, pięcio, może sześcioletniej, z jasnymi włoskami  upiętymi po obu stronach  główki w sterczące zawadiacko ogonki. Dziecko śmiało się beztrosko, a w dużych jego  oczach widać było filuterne błyski.  Po obu stronach portretu dziewczynki ów ktoś postawił fotografię dwu kobiet,  młodych i przystojnych, ale całkiem różnych w typie urody. Ta z lewej była szczupłą  blondynką, prawdopodobnie drobną, filigranową niemal, o rozmarzonym spojrzeniu  jasnych oczu. Ta z prawej – ciemnowłosa o szlachetnym, nieco wyniosłym wyrazie   oczach świa czących o zdecydowanym, władczym charakterze.  twarzy i Otworzyłem szafę, aby powiesić w niej płaszcz, schować walizkę i kapelusz.  Widok wiszącej w szafie garderoby nieznajomego wielce mnie zbulwersował. Ładna  perspektywa! Na wieszaku wisiał oficerski, milicyjny mundur.  Wyjaśnię rzecz w dwu zdaniach. Były to lata, kiedy większość społeczeństwa,  a moje środowisko szczególnie, odnosiło się do milicji z dużą rezerwą, żeby nie po‐ wiedzieć z jawną niechęcią. Mieliśmy powody.   d www.e­bookow o.pl     n S t r o n a  | 8  Natychmiast skoczyło mi ciśnienie i pożałowałem, że dałem się namówić na   sanatoryjną kurację właśnie tutaj. Zamiast oczekiwanego spokoju, oderwania od przy‐ krej rzeczywistości, cztery tygodnie, prycza w pryczę, że się tak wyrażę, z oficerem  milicji! Przysiadłem na jednym z krzeseł całkiem poważnie rozważając, czy nie wrócić  do domu. Zanim podjąłem jakąkolwiek decyzję, z zamyślenia wyrwał mnie chrobot zam‐ ka u drzwi. Wrócił mój niefortunny towarzysz. Nie wiedział wszak, że tymczasem  przyjechałem i jestem wewnątrz. Pozwoliłem mu chwilę majstrować przy zamku. Ry‐ chło wpadł na to, że drzwi są po prostu otwarte, nacisnął klamkę i wszedł. Był w stro‐ ju sport owym i wyglądał  a bardzo zmęczonego.  ‐ Witam pana! – powiedział prawie z radością, choć mówienie przychodziło  mu z trudem. – Spodziewałem się pańskiego przyjazdu pociągiem popołudniowym,  jest o wiele wygodniejszy. Ja osobiście nie lubię jeździć nocą. Jakże podróż i samopo‐ czucie? ‐ Dziękuję – mruknąłem zdawkowo. Nie przekonał mnie jeszcze do siebie.  ‐ Skazano nas na wspólny pokój. Pozwoli pan, że się przedstawię: porucznik  Stefan Flancewicz.  ‐ Właśnie, skazano – odpowiedziałem na powitanie z nieskrywaną niechęcią.  Jednak wstałem, przyjąłem podaną mi dłoń i również się przedstawiłem. Zauważył  moją rezerwę, ale zdawał się tym wcale nie peszyć.  ‐ Nie lubi pan milicji, co? Nie szkodzi! Mnie pan polubi. Ostatecznie to tylko  cztery tygodnie. Postaram się być dobrym kompanem.  Był młodszy ode mnie o lat co najmniej kilkanaście. Nawet sympatyczny, my‐ ślałem, patrząc na jego poczciwą i z gruntu szczerą twarz. Choroba mocno musiała dać  mu się we  znaki, bo wyglądał mizernie aczkolwiek był mężczyzną postawnym i ro‐ słym. Jakby odgadując moje myśli powiedział:  ‐ Bardzo słaby jestem, bardzo. Wybrałem się na spacer z zamiarem dojścia do  szczytu, ale musiałem zawrócić. Nie daję rady. Tydzień temu wyszedłem ze szpitala.  Przepraszam, umyję się i przebiorę. Zaraz obiad.  Zniknął w łazience.  www.e­bookowo.pl    S t r o n a  | 9  W czasie posiłków siedzieliśmy przy tym samym stoliku. Pan Stefan rzeczywi‐ ście starał się być sympatyczny, rozmowny i miły. Kurtuazyjnie ustępował mi pierw‐ szeństwa, na przykład przy korzystaniu z łazienki. Odnosiłem nawet wrażenie, jakby  próbował mi nadskakiwać.  Trzeciego dnia zaproponował wspólny spacer. Do tej pory nie wychodziłem na  zewnątrz, po trosze z powodu pogody, po trosze z obawy, czy podołam. Leżakowałem  na tarasie. Wycieczka pod opieką młodszego towarzysza, nawet słabego, zawsze była  bezpieczniejsza od samotnej wyprawy. Ofertę przyjąłem.  Poszliśmy do miasteczka. Przy poczcie wyciągnął zza pazuchy list, który pra‐ cowicie pisał wieczorem i wrzucił do skrzynki.  ‐ Do żony? ‐ spytałem  bez zainteresowania, ot tak, żeby cokolwiek powie‐ dzieć.  Moje uporczywe milczenie wobec jego gadatliwości zaczynało być już rażące.  ‐ Tak, oczywiście – odpowiedział.  ‐ Jeśli wolno, która z pań jest pańską małżonką? – spytałem.  zaczynało mnie to intrygować.  Eksponował obie fotografie i przyznam,  ‐ Piszę do tej blondynki – odpowiedział.  Właściwie wcale nie odpowiedział. Nie pytałem do której pisze, ale o to, która  enić wątek.   żoną. Nie ponowiłem pytania. Postanowiłem zmi jest jego ‐ Śliczną córeczkę państwo mają. Urocze dziecko.  ‐  Prawda? – ucieszył się – To córka tej ciemnowłosej.  Zgłupiałem. Musiałem mieć nietęgą minę, skoro ledwie na mnie spojrzał, po‐ wiedział: ‐  Podobno nie żyje. Tak wynika z dokumentów.  Wydało mi się to zupełnie nie na miejscu, ale uśmiechnął się przy tym błogo.  Widocznie i on spostrzegł, że coś nie jest w porządku, bo pospieszył z wyjaśnieniem:  ‐  Dziecko jest u nas. Wie pan, że gdyby nie znajomości jeszcze długo byśmy  tego nie byli w stanie załatwić? Nasze prawo adopcyjne jest bardzo skomplikowane              ne.  i pokręt ‐  Przepraszam. Wobec tego jest pan wdowcem?  www.e­bookowo.pl  S t r o n a  | 10    Pociąg  (opowiadanie jakoby prawdziwe)    Opowiadał ze swadą, potoczyście. Mówić umiał, szef nie bez przyczyny anga‐ żował go często.  Wracaliśmy z K., gdzie wygłaszał kilka zleconych wykładów. Studenci go lubili,  przychodzili licznie. Na ocenę treści ważyć się nie śmiem, bo na przedmiocie się nie  znam, chociaż zawsze, ilekroć miałem okazję, skwapliwie korzystałem z możliwości  posłuchania. Nawet zupełnego laika potrafił zaciekawić. Kto wie, gdybym spotkał go  wcześniej, być może pod jego wpływem, wybrałbym fizykę?  Wtedy nie miał jeszcze tytułu profesorskiego, był na to – jak mawiał – za czu‐ purny, ale jego rozprawa habilitacyjna, podobno, narobiła sporego fermentu w środo‐ wisku. W pociągu  jednak nie o fizyce  opowiadał, a o miłości.  Tak! Właśnie o miłości,  ściślej – o miłosnej przygodzie.  Temat sprowokowała moja uwaga o nogach jednej z pasażerek. Miałem pod‐ ówczas niewiele ponad dwadzieścia lat, przeto – co tu ukrywać – wszelkie damskie  cudowności robiły na mnie kolosalne wrażenie.  Koła stukały monotonnie, za oknami czerń grudniowej nocy, a w przedziale  przyćmione światło. Byliśmy sami. Pasażerka z cudnymi nogami wsiadła do innego  wagonu. Trudno, i tak była w towarzystwie.  ‐  Widzę młody przyjacielu, że nie jest pan obojętny na kobiece czary – powie‐ dział.  Usadziliśmy się już w przedziale i takim komentarzem do mojej, mało ele‐ ganckiej, przyznaję, uwagi na temat wspomnianych już nóg, rozpoczął rozmowę. Za‐ szczycał mnie często zwrotem „młody przyjacielu”. My, w swoim gronie, nazywaliśmy  go „doktor Kwant”.  Zmieszałem się. Doktor Kwant uchodził, nie bez podstaw, za człowieka nie‐ zwykle dbającego o formy. Sam był, ma się rozumieć, nienaganny pod tym względem,  przez co onieśmielał nas bardziej manierami niż naukową rangą.  www.e­bookowo.pl    m S t r o n a  | 11  ‐  No, no! Nie ma się czemu dziwić, w pańskim wieku! – uśmiechnął się pobłaż‐ liwie.  Od słowa do słowa, od żartu do anegdoty, zanim się zorientowałem, przyzna‐ łem mu się do swoich kłopotów, miłosnych, niestety. Zupełnie niepostrzeżenie spro‐ wokował mnie do zwierzeń.   W wagonie zrobiło się ciepło, a na zewnątrz – okropność! Rozpadał się śnieg.  Mokry, padający gęsto grubymi płatami, z których natychmiast na szybie robiły się  fantazyjne, ruchome bruzdy. Pociąg pędził, szumiał, kołysał się lekko, niekiedy tylko  na zwrotnicach dobiegał nas głośniejszy stukot kół a delikatne kołysanie zamieniało  r óki, gwałtowniejszy wstząs.  się w kr t ‐ Pański problem, drogi przyjacielu, zdaje się być nierozwiązywalny – odpo‐ wiedział doktor Kwant na moje wyznanie. – Jeżeli to możliwe, a sądzę, że tak, proszę  przemyśleć ewentualność rozstania się z szanowną narzeczoną. Lepiej zrobić to teraz  niż po k u ilk  latach  ałżeństwa, kiedy problemów pojawi się nieporównanie więcej.  W bardzo oględnych słowach zwierzyłem się ze swych utrapień. Chodziło               o seks. Widocznie sprawa doskwierała mi mocno, skoro tak łatwo ujawniłem jej istotę.  Należę do pokolenia, być może ostatniego, które wciąż ma poważne opory przed  szczerymi rozmowami o seksie. Aż sam się zdziwiłem, że przeszło mi przez gardło –           i to wobec obcego, było nie było, mężczyzny – przyznanie się do nieukontentowania  aktualnym wtedy związkiem. Być może zaważyła atmosfera podróży, poważny dy‐ stans wieku między nami, no i fakt, że o doktorze Kwancie mówiono powszechnie, ja‐ ko o człowieku cieszącym się niebywałym powodzeniem u dam. Ile w tym było praw‐ dy a ile zmyśleń, naturalnie nie wiedziałem. Prawdą natomiast było, że doktor Kwant  pozostawał w przykładnym, małżeńskim związku z bardzo sympatyczną i ładna panią,  mieli dwoje dzieci a do jakichkolwiek pomówień o przygody, nigdy nie dał najmniej‐ szych powodów. Z drugiej wszak strony, o ile mi wiadomo, co najmniej kilka koleża‐ nek podkochiwało się w nim, a spośród studentek macierzystej jego uczelni, rzekomo  . Doktor Kwant, kiedy los nas ze sobą stykał, był już panem mocno szpakowa‐ co druga tym, szczupłym i odrobinę przygarbionym, ale o śmiałym, przenikliwym spojrzeniu            www.e­bookowo.pl    S t r o n a  | 12  i wiecznym, ironicznym uśmieszku na wargach. Na męskiej urodzie nie znam się  zu‐ pełnie, dość będzie, że powiem iż kobietom się podobał. Taka przynajmniej krążyła  fama.  ‐ A czy pan, doktorze, zetknął się z podobnym dylematem? – odważyłem się  zapytać. ‐  Ależ naturalnie! To powszechne! Będąc w pańskim wieku, także nie umiałem  sobie z tym poradzić i również się gryzłem. Kilka lat temu, właśnie w pociągu, wpa‐ dłem na pewien trop, który naprowadził mnie na ścieżkę wiodącą, jak mniemam, do  rozwiązania problemu. Widzi pan, młody przyjacielu, ciągle jesteśmy i długo jeszcze  będziemy, jako gatunek wśród ssaków, przede wszystkim zwierzętami, popsutymi  przez wieki cywilizacji i tym, co nazywa się kulturą, niemniej zwierzętami. One tych  problemów nie mają! Ależ proszę się nie obawiać, nie będę prowadzić wykładu z dzie‐ dziny, która jest mi obca.  ‐ Wcale się nie obawiam, panie doktorze! Słuchanie pańskich wykładów to  prawdziwa przyjemność!  Widocznie powiedziałem coś jeszcze w tym duchu, bowiem doktor Kwant po‐ czuł się w obowiązku zaprotestować przeciw, jak się wyraził, zbędnym komplemen‐ tom.   ‐ Dobrze już, dobrze – zakończył jałowe przekomarzanie się. – Nie chce mówić  o wnioskach z mojej przygody, bo jeszcze sam ich nie wysnułem, przynajmniej nie ta‐ kie, które mógłbym udowodnić. Eksperymentuję ciągle i powiem panu, młody przyja‐ cielu, że wyniki są interesujące! Szkoda tylko, że stało się to ‐ a mówię teraz o mojej  pociągowej przygodzie ‐ w tak późnym wieku. Obawiam się czy zdążę z doświadcze‐ niami, zanim nieubłagany czas uczyni je bezprzedmiotowymi.      Westchnął przy tym i pokiwał smutno głową. Wtedy żal doktora zdał mi się  trochę komiczny, dziś i mnie nie do śmiechu. At, szkoda gadać!    ‐ Stało się to na trasie do P. Jechałem, jak łatwo się domyślić, z wykładami,               a ponieważ byłem wtedy znacznie bardziej obciążony różnymi obowiązkami niż je‐ stem dziś, musiałem przygotowywać się w pociągu. Nie stać mnie było na pierwszą  www.e­bookowo.pl    S t r o n a  | 13  klasę, wie pan doskonale, jak szczodrze jesteśmy uposażeni, wobec tego przyszedłem  na dworzec wcześniej, aby zająć możliwie wygodne miejsce. – Opowiadał doktor. –  Jestem doświadczonym padróżnym, wiem gdzie wsiadać. Było to zimą i wieczorem.  Wiedziałem, że większość pasażerów będzie miała ochotę na drzemkę, nie mogłem  więc usiąść w głębi przedziału. Zająłem miejsce z samego brzegu, aby w razie niemoż‐ ności palenia górnego światła, móc korzystać z oświetlenia na korytarzu. Usiadłem  zatem i natychmiast przystąpiłem do pracy. Nie wychylałem nosa z notatek. Nie zwra‐ całem zupełnie uwagi na to, kim zapełnił się przedział. Czułem tylko, że jest tłoczno.     Naturalnie, ledwie pociąg ruszył, ktoś zaproponował zgaszenie światła i nie  licząc się zupełnie z moja skromną osobą, natychmiast to wykonał. Przesunąłem się  bliżej okna i nadal robiłem swoje. Mimo mało komfortowych warunków, szło mi do‐ brze. Miałem wtedy do opracowania tak fascynujący temat,  że doprawdy, świat ze‐ wnętrzny zdawał się dla mnie nie istnieć, Ledwie dzień wcześniej dostałem ze Stanów  materiały, najnowsze doniesienia z amerykańskich laboratoriów, rewelacyjne badania  uhonorowane dwa lata później Noblem, zatem nie dziw się młody przyjacielu, że nie  rozglądałem się po pociągu. Mój pierwszy występ w P. zaplanowano na ósmą rano.  e  Spieszyłm się.   . 1 Na jego widok filiżanka w dłoni Marylki zakołysała się, łyżeczka spadła na po‐ sadzkę, a za łyżeczką reszta, wraz z aromatyczną, gorącą zawartością. Z tłumionym  okrzykiem cofnęła nogi, chroniąc je przed obryzganiem i poparzeniem. Spąsowiała.  Wszyscy spojrzeli w jej stronę. Trzy koleżanki patrzyły ze współczuciem, gromadka  klientów obojętnie. Tylko z miny starszego pana można było wyczytać, że przygoda  urzędniczki sprawia mu cichą satysfakcję: Oto do czego prowadzi raczenie się kawą           w biurze, podczas gdy ON czeka.  Romeo i Lukrecja  (opowiadanie z drugiej ręki)  www.e­bookowo.pl  S t r o n a  | 14  yszedł.   Klient, który był mimowolnym i nieświadomym sprawcą zamieszania, bez cie‐ kawości popatrzył w jej stronę, po czym wolno podszedł do Anny. Podał jej kilka bia‐ ert, skłonił się wyniośle i w łych kop Nie poznał! Chwała Bogu!   Marylka uspokoiła się, wytarła brunatną kałużę i wróciła do swoich obowiąz‐  kawę nie miał już ochoty.  ków. Na To, że jej nie poznał było zrozumiałe. W ciągu kilkunastu lat zmieniła się  znacznie, nabrała tuszy ku wiecznej udręce, niegdyś krótko przystrzygane włosy wy‐ rosły poza ramiona, no i od trzech lat nosiła okulary.  On za to niewiele się zmienił. Poznała go natychmiast i nie miała najmniejszej  wątpliwości, że to jest właśnie Robert. „Pan Robert”, jak go wtedy nazywała.  Był starszy od Marylki o lat dziesięć, a może nawet więcej. Dokładnie nie wie‐ działa, bo skąd? Wtedy miał koło trzydziestki, dziś blisko pięćdziesiąt. Wciąż prezen‐ tował się imponująco, a siwizna dodawała mu dostojeństwa. Ciągle był zniewalająco  przystojny, ubrany drogo, z wyszukaną elegancją.  Na wszystkie te obserwacje miała Marylka mało czasu. Po upuszczeniu filiżan‐ ki pociemniało jej w oczach, a kiedy podniosła się znad podłogi ze skorupami w dłoni,  widziała już tylko plecy „pana Roberta”. Niemniej dotarło do jej świadomości jaśniej  niż kiedykolwiek przedtem, że jego wytworność, elegancja, maniery i wreszcie uroda,  gorszej były próby niż to jej się niegdyś wydawało. Chociaż, jeśli się głębiej nad tym  zastanowić, zawsze w stroju, zachowaniu i oszczędnie wypowiadanych słowach był  nazbyt dokładny i przesadnie dbały. Było w nim coś sztucznego, wystudiowanego,  jakby całą swą osobę ze świadomą ostentacją wystawiał na pokaz. No, ale skąd ona,  głupiutkie wówczas dziewczątko, mogła dostrzegać takie niuanse? Bardzo jej wtedy  imponował. A ona była młoda, rozkosznie bezradna i słodko naiwna. Boże! Cóż za  ia? Była piramidalnie głupia! określen Wtedy zjawił się niby anioł z niebios. Przystojny, elegancki, pachnący, taki  ny i opiekuńczy. Co tu dużo mówić! Zadurzyła się od pierwszej chwili. serdecz Teraz – załatwiwszy ostatnią klientkę – podeszła do Anny na lekko drżących  nogach, aby choć okiem rzucić na koperty, które przyniósł. Nie była z Anną w aż takiej      a   www.e­bookowo.pl      S t r o n a  | 15  zażyłości, żeby śmiała przy niej wziąć je do ręki, aczkolwiek bardzo ją to korciło. Gdy‐ by mogła, zapomniałaby o oczywistym obowiązku dyskrecji i porozrywałaby koperty  g  druieji być może, dowiedziałaby się czegoś wreszcie.     jedną po Tyle lat czekała na przypadkowe spotkanie (inne wszak być nie mogło) tak  często marzyła, że w końcu GO zobaczy, tak wiele bezsennych nocy wypełniła wizjami  konfrontacji, że dzisiejszej okazji nie może zaprzepaścić! Jak zajrzeć do wnętrza ko‐ pert? Czy znajdzie tam ślad, po którym idąc, trafi do Roberta? Jest w tym mieście, więc  go znajdzie, choćby miało ją to kosztować posadę. A tak!   Zanim znalazła pracę w biurze ogłoszeń, była recepcjonistką w hotelu, ekspe‐ dientką w eleganckim sklepie, urzędniczką i sekretarką, próbowała szczęścia jako  akwizytorka, aż wreszcie znalazła stabilne, ciche miejsce tu właśnie, w biurze ogło‐ szeń lokalnego dziennika. Szkoda byłoby, ale dla takiego celu gotowa ponieść ryzyko.  Łakomie patrzyła na białe koperty.     W takiej chwili Markowi Guzikowi powinno przypomnieć się całe życie. Tak   przynajmniej to sobie wyobrażał. Któregoś zimowego wieczora, dokładnie, choć po  pijanemu, rzecz całą przemyślał. Czytał kiedyś, że tak powinno być.  Gówno prawda! Niczego sobie nie przypomniał. Ani miłego, ani koszmarnego.  A przez czterdzieści lat zebrało się sporo do pamiętania. Do zapominania zresztą też.  Teraz nic. Po prostu leciał. Rozpostarł szeroko ramiona i leciał.  Niczego szczególnie nie żałował. No, może tylko trochę, że baby dawno nie  miał. Takiej prawdziwej, swojej. Tych, do których chodził, gdy mu się trafiło ekstra  grosza przyrobić ‐ nie liczył.  Zdawało mu się, że wrzeszczy „łaaaa”, ale tego „łaaaa” nikt nie słyszał. Nikt go  też nie widział z wyjątkiem starej Ciupałowej z parteru.  Tapczan  (opowiadanie nieprawdopodobne)  www.e­bookowo.pl    S t r o n a  | 16  Ciupałowa, która codziennie od kwietnia do października (o ile nie lało) wy‐ grzewała ławkę koło piaskownicy była głuchawa, ale wzrok miała bystry. Z daleka wi‐ działa dokładnie, nawet więcej niż powinna.  ‐  Tfu! Bezwstydniki! popatrz pani, gołe chodzą!  Powiedziała pół godziny wcześniej do byłej mecenasowej, która przysiadła  obok dla złapania tchu. Akurat miała wolną chwilę. Jej Wojtuś zajął się czymś w pia‐ skownicy, więc mogła sobie na to pozwolić.  Była mecenasowa wiedziała czym prawnuczek jest zajęty, ale wolała udawać,  że nie wie. Wojtuś, skryty za murkiem, rżnął knota w piach. I tak pójdzie na psie kon‐ to.  Powiodła wzrokiem za ręką Ciupałowej. Na balkonie, na trzecim piętrze                   w bloku obok dojrzała sylwetki dwóch osób. Czy były gołe, czy nie, tego nie widziała.  Dla niej było za daleko. Wzruszyła ramionami. Była najstarszą mieszkanką bloku, ale  postępową.  ‐  Gorąco, to się rozebrali. Są u siebie w domu, to co pani do tego?  ‐  Oj to prawda! Nie boją się gniewu bożego! ‐ odpowiedziała głucha Ciupało‐ wa.  Była mecenasowa porwała się z ławki i ciężkim, starczym truchtem pobiegła           w stronę huśtawek. Wojtuś, opróżniwszy kiszki, pognał tam ufając w dziecięcej naiw‐  babka nie zauważy. Dopadła go metr  ności, że ‐  Tyle ci razy mówiłam, że nie  wolno!  Klepnęła go w brudną dupinę.  Podobno w odległym dzieciństwie (o ile to prawdopodobne, że była mecena‐ sowa mogła być kiedyś dzieckiem) rozkołysana huśtawka walnęła ją w głowę i miała  od tej pory uraz na całe życie. Dostała świra na punkcie huśtawek. Dręczyła tym świ‐ ci i administrację.  rem dzie Kiedyś była po prostu mecenasową. Owdowiała, dzieci dorosły, dochowała się  wnuków. Coś jej odbiło i wydała się za jakiegoś emerytowanego niebieskiego ptaszka.  Miała swoje lata, a do portek ją ciągnęło! Zostawiła wnuczce mieszkanie i wyjechała.  Wróciła po rozwodzie, zmarnowana, zawstydzona, bez grosza.  przed celem.  www.e­bookowo.pl    Soso w przedszkolu  S t r o n a  | 17      Zatrzymała się. Było to sześćset sześćdziesiąte szóste auto. Właśnie traciłem  nadzieję. ‐  Wsiadaj! – powiedziała kładąc się na prawym fotelu.  Drzwi odpychała czubkami palców. Samochód był szeroki. Wepchnąłem ple‐ cak do tyłu i usiadłem obok niej.  Ruszyła ostro. Był czas rozejrzeć się i pogwarzyć.  ‐ Proszę, proszę, albo świat taki mały, albo nas cholernie dużo. – Powiedzia‐ łem, żeby zacząć.  ‐  Naszych wszędzie pełno. Najgorsze, że nawet z daleka można poznać.  Nie zabrzmiało to jak komplement. Może nie ze wszystkim rodaków znielubi‐ ła? Jedn ak zatrzymała się choć  ‐  Wracasz?  – zapytała.  ‐  Wracam.  ‐  Jak poszło?  ‐  Mogło być lepiej.  ‐  Nie narzekaj. Szczęściarz z ciebie. Sterczałbyś tu do zimy gdybym się nie na‐ patoczyła. W tym kraju autostop nie w modzie.  Ryzykowałem, to fakt. Ale wobec ceny pociągu... Mniejsza z tym.  Obejrzałem ją i wóz. Klasa! To o wozie. Ona mogłaby być młodsza, jak na moje  upodobania. Zresztą, czy to ważne? Miałem szansę zdążyć na dzisiejszy prom. Jechała  m się w fotelu jak panisko.  pewnie  i szybko. To się liczyło! Rozwaliłe ‐  Dokąd pani jedzie? – spyt ałem.  Z tą „panią” wyszło głupio.  ani” to mów w kraju do cioci‐Kloci. Jestem Lucyna.  ‐  Per „p ‐  Leon.  poznała.  www.e­bookowo.pl    kondomek.   milutki to mnie n liłem. Pseudo. Prawdziwe też śmieszne.  ‐ Jadę do Ystad. Od razu mówiłam, że szczęściarz z ciebie.  Znakomicie! Jak będę grzeczny i  ie wyrzuci. Starałem się.  ‐  Kto ci dał takie głupie imię? Mieli starzy pomysły, co? Leonek – pęknięty  Jawnie drwiła.    Byłem grzeczny.  ‐  Leona sam wymyś Nie podjęła wątku.  Przyjrzałem się babie za kierownicą. Niezła. Po szwedzku bez makijażu, to  plus. Spłowiałe włosy byle jak z tyłu spięte, bez znaczenia. Przez luźną bluzkę niewiele  widać, znak zapytania. Była w szortach. Na gołych nogach tu i tam błękitniał zaczątek  żylaka, minus. Kurze łapki, owszem, widoczne, też minus.  Rozmawialiśmy o duperelach,  jak to w drodze. Wydała się za jakiegoś Peters‐ sona czy innego Johanssona, ma dwoje dzieci, mieszka tu od siedemdziesiątego i tak  dalej. Jedzie do matki, do Polski.  To była wiadomość rewelacyjna. Grzeczny i milutki tematu nie drążyłem. Mia‐ łem czas.  Za Goeteborgiem zjechała na pa ‐  Zatankuję  i idziemy na kawę.  ‐  Świetnie.  Podjechała pod dystrybutor. Wysiadłem, przeciągnąłem się i poszedłem do ka‐ feterii. Wziąłem dwie kawy i butelkę fanty. Wysupłałem cholerne korony. Niech tam!  Żelazna zasada sezonowych gastarbeiterów: nie wydawać! Wtedy jeszcze każda koro‐ na pęczniała w drodze przez Bałtyk.  Przyszła Lucyna. Czego nie dojrzałem u siedzącej za kierownicą, teraz – proszę  bardzo. Boże! Dwadzieścia lat temu musiała być prima laską! Wciąż było na co popa‐ trzeć. Nogi długie, zgrabne a pod bluzą... rozkołysane gruchy bez uwięzi! Jak u podlot‐ ała przecież, tak na oko, dwa razy tyle.  ka! A mi Zauważyła, że ślepia mi błysnęły bo rozchyliła wargi w uśmiechu, żeby zębami  się pochwalić. Owszem, ładne. Ciekawe, ile kosztowały?  S t r o n a  | 18  rking.  www.e­bookowo.pl    eć.  S t r o n a  | 19  ‐  Możesz prowadzić? – spytała.  ‐  Prowadzić, co?  ‐  Auto, ma się rozumi ‐  Taaak, mogę. Jasne.  Dobry w tym byłem jak żółw w sprintach. Kurs kończyłem jeszcze za Gierka               a potem, co uciułałem na starą skorupę to kelnerzy zabrali. Taka skaza charakteru. Ale  dokume tn był.  ‐  Doskonale. Rano się zmienimy. Po nocy na promie bywam niewyspana,           a chcę szybko dojechać. Nie zrobisz mi chyba kawału i nie powiesz, że mieszkasz w  Szczecinie?  ‐  Nie zrobię i nie powiem.  Ponad godzinę marudziliśmy na tym parkingu. Lucyna nie chciała fanty. Ame‐ rykański wynalazek, mówiła. Wzięła jakieś szwedzkie picie z jabłek, którego dotąd nie  odkryłem. Dobre.  Perspektywa jazdy taką bryką aż do Katowic rysowała się wyraźnie. Chyba  mnie nie wyrzuci? Musiałem uważać. Wciąż byłem milutki i grzeczny.  Do swoich znakomitych szoferskich umiejętności nie przyznawałem się. Nie  tylko w tej sprawie musiałem miną nadrabiać. Wnosząc z marki auta i gadania, tyle co  wiozłem ze sobą po tygodniach ubijania kolanami szwedzkiej gleby jej wyciekało przy  ycie w większym sklepie. Ten jej Gustavsson musiał być w byle wiz ‐  Jedziemy? – spytałem widząc, że po patruje na zegarek.  ‐  Jedziemy. Do Szwecji przez Polskę.  Wstała i poszła do samochodu. Szedłem za nią wpatrując się w jej pupę,  kształtną nad wyraz. Może dlatego nie załapałem od razu, co powiedziała. Dopiero jak  ruszyła,  spytałem:  ‐  Co mówiłaś? Dokąd jedziemy?  ‐  Ech, głupstwo. Tak mi się powiedziało. Bóg wie dlaczego, ale mieścinę w któ‐ rej spęd ziłam dzieciństwo nazywano w okolicy Szwec ‐  Ejże , dziewczyno! Czyżbyś była z Czeladzi?  ‐  No.  ją. Nie ważne.   porządku.  www.e­bookowo.pl    S t r o n a  | 20  ‐  Długo tam mieszkałaś?  ‐  Krótko. Rodzice się wyprowadzili jak byłam dzieckiem, ale teraz matka tam  wróciła.  ‐  To wielu wspomnień z Czeladz i nie masz.  ‐  Wielu nie ma  m ale za to jakie!  ‐  Dowiem się? Zachichotała.  ‐  Może ci powiem, może nie. Zobaczymy.  Dopytywałem się o czeladzkie wspomnienia z przyczyn oczywistych. Wszyscy  wiedzą,  że Leon Brofelt wyc hował się w Czeladzi.  ‐  Coś specjalnego?  ‐  Nawet bardzo. Najmilsze wspomnienie dzieciństwa! Dzień śmierci Stalina             w naszym przedszkolu.   jesteśmy rówieśnikami.  O rany! Wyszło, że ‐  W to nie wierzę.  . ‐  Że pamiętam tak zamierzchłe czasy? Miły jesteś  Zakałapućkałem się. Niech będzie, że tak młodo wygląda. Zresztą, co prawda  to prawda. Nie wierzyłem, że śmierć Stalina przyjęła jako miłe wydarzenie. Wszyscy byli‐ śmy smutni a niektórzy szczerze pobekiwali. Dla sześciolatków, którym wmawiano, że  każde jabłko, cukierek, pomarańcza (trzy razy w roku) to specjalnie dla nas od dziadza  Soso, ponure komunikaty z kołchoźników nie mogły być wieścią radosną. Swoją drogą  ja też m am miłe wspomnienie z tym dniem związane ‐  Zjemy coś! – powiedziała skręcając w bok.  Do Ystad zostało może osiemdziesiąt kilometrów. Czasu sporo, gorzej z finan‐ sami.  ‐  Na promie kuchnia niezła – zacząłem dyplomatycznie.  Byłem przezornym posiadaczem złotów kowych bonów.  ‐  Nie przejmuj się. Svatensso n zapłaci.  Pogrążyła mnie ostatecznie.  .  www.e­bookowo.pl      Posłowie    S t r o n a  | 21  Leon Brofelt ­ kilka słów o autorze i  Aniele w majonezie       k Z Leonem znamy się od dziecka. To znaczy, gdy ja byłem dzieckiem, on już był.  Starszy kolega, przewodnik i wodzirej, czasami mentor, częściej podrzegacz. Zawsze  otoczony lekką mgiełką tajemniczości, którą to mgiełkę ‐ odkryłem ten fakt znacznie  później ‐ sam tworzył. Sierota. Ponoć wywodzi się ze szlachty kurlandzkiej. Jedna             z gałęzi rodu spolszczyła się całkowicie przybierając nazwisko Dobropolscy. Możliwe,  choć mało prawdopodobne. Pamiętam, że opiekunowie sieroty nosili banalne nazwi‐ sko... Wiśniewscy. Czasami skłaniam się do teorii, że nazwisko i imię sam sobie wymy‐ ślił, i że jest to anagram imienia jednej z postaci greckiej mitologii. Niech tam, mniej‐ sza z tym. Faktem jest, że nazwisko Brofelt wzięło się w paszporcie nie wiedzieć skąd.  Paszpor   cie nie pols im, żby nie było nieporozumień.   W każdym razie wychowywaliśmy się razem w Zagłębiu Dąbrowskim i tam  niekiedy się spotykamy zawsze w niezmiennej przyjaźni.   Leon lubi przepadać na całe lata nie wiadomo gdzie. Ostatnio ‐  na przykład ‐  spotkaliśmy się w londyńskim pubie przy Picadilli Circus. Niby przypadkowo, ale jak  się okazało po dłuższej rozmowie, wiedział o moim pobycie w stolicy Zjednoczonego  Królestwa od wspólnych znajomych.   Gdy osiągnął pełnoletność (w epoce Gomułki) wystarał się o paszport i ruszył  w szeroki świat i... tak mu zostało. Nie wiadomo, gdzie mieszka na stałe. Pewnie nig‐ dzie, bo zawsze zagrzanie miejsca na dłużej przychodziło mu z wielkim trudem. Nie‐ mniej chętnie wraca do kraju dzieciństwa a od kilku lat ‐ dzięki moim namowom ‐  również pisze. Niezbyt wiele i zupełnie nie zabiega o publikacje. Te kilka opowiadań,  e www.e­bookowo.pl    w S t r o n a  | 22   tym tomiku.   które zamieściłem niegdyś w redagowanym przez siebie piśmie, dosłownie wymusi‐ łem na n im. Podobnie, jak utwory zebrane  Czy warto było? Przeczytajcie i oceńcie. Żeby nie ulegać tylko własnym  upodobaniom próbowałem uzyskać opinię innych. Oto garść zdań na temat prozy Le‐ ona Brofelta:  Aleksander Wilkoń, poeta, profesor literatury uniwersytetu w Neapolu: Jego  proza zmierza ku daniu świadectwa prawdzie o przemianach współczesnej Polski, jest  uczulona na konkret, fakt, ale także na pogłębioną charakterystykę psychologiczną.  Chętnie korzysta ze struktur dialogowych umożliwiających wielostronne ujęcie dane‐ go motywu czy reflksji. Zwracają uwagę wartości stylistyczne polszczyzny.  Jerzy Przeździecki, prozaik i dramaturg: jako uczestnik tej samej  dyscypliny  sportowej  (dyszacy w biegu) mogę tylko po koleżeńsku... Doskonałe opowiadania.  Potoczystość, świetne, współczesne dialogi. Swoboda w czasie i przestrzeni. Pointa  seksowna mile. Gratulacje.  Ps. Odnosze tylko wrażenie, że zapis zbyt ‐ jakby to określić ‐ zbyt płynnie i za  mało meandrycznie zmierza do finalnych zwieńczeń. Ale... cóż ja wiem? Może na lek‐ kości polega urok tej prozy.  Sabina Nowakowa, urzędniczka: ...ale świntuch. To chwilami pornografia, ale  podoba mi się, w żadnym razie nie jest ordynarna. Nie rozumiem tylko tych niedopo‐ wiedzeń i aluzji, to było tak dawno.   Izydor Łęski, emerytowany dziennikarz: Pamiętam, w połowie lat siedemdzie‐ siatych obiegła kraj plotka o wydarzenieu w Cz. (opowiadanie zaduszne). Węszyliśmy,  gdzie tylko można i... nic. A tu proszę, podane jak na tacy. Oczywiście, opowiadania nie  można traktować jak reportażu, ale wiele się zgadza.    Opowiadania tu zebrane wyraźnie dzielą się na dwie grupy: dłuższe teksty na  początku tomu tematyką związane są z pierwszym okresem przemian ustrojowych,  poza Pociągiem, W sanatorium  i ‐ do pewnego stopnia ‐ Pomyłką. Tytułowy Anioł          w majonezie, Pomysł, Romeo i Lukrecje, Tapczan, Kumulacja, to wyraźna satyra na  stosunki w końcu wieku. To obrazki ‐ czasem śmieszne, czasem łzawe ‐ trudności, z  www.e­bookowo.pl    S t r o n a  | 23  jakimi borykali się rodacy w pierwszych latach przemian. Niektórzy wciąż mają kłopo‐ ty.  Zderzenie oczekiwań z rzeczywistością dawało niekiedy komiczne efekty. Trzeba  tylko ‐ jak Leon Brofelt ‐ właściwie spojrzeć. Te teksty łączy jeszcze jedno. W każdym  mamy do czynienia z czymś niewytłumaczlnym, niesamowitym zbiegiem okoliczności,  bądź siłą tejemną nie wiedzieć, rzeczywistą czy urojoną. I nie wiadomo, czy autor kpi z  powszechnej wiary w takie zjawiska, jak telepatia na przykład, czy wręcz przeciwnie,  nadaje im rangę siły sprawczej.  Tu w każdym opowiadaniu pozycja narratora jest in‐ na, język stosowny do tematu, różny w każdym tekście, bo też narrator jest zawsze  kimś innym. Czasami to  wszystowiedzący  demiurg, czasem uczestnik zdarzeń. I jesz‐ cze jedno: wszystkie kończą się ostrą, zaskakującą pointą, nie zawsze z seksualnym  podtekstem (jak był uprzejmy zauważyć pan Jerzy Przeździecki), choć ‐ trzeba przy‐ znać ‐ dość często.  Zupełnie inaczej rzecz się przedstawia w drugiej części. Temat: przygody mło‐ dości w  cudownych  latach sześćdziesiątych (tylko Soso w przedszkolu dotyczy lat o  dekadę późniejszych). To krótkie opowiadania, chciałoby się rzec, opowiadanka, nie‐ zmiennie erotyczne (co zreszta dotyczy całego zbioru), niekiedy bardzo śmiałe. Czy  ktoś zna precedens opowiedzenia w pierwszej osobie o dokonanym niegdyś gwałcie i  to w tonie kpiarskim, lekkim, w żadnym razie nie w duchu horroru ani łzawego biado‐ lenia?  Narratorem jest ta sama osoba, ten sam, młody wówczas człowiek, nastawiony  do rzeczywistości kpiarsko, przy tym nad wyraz krytycznie, ale przecież z radością  życia i... użycia.  Mamy tu też do czynienia z wydarzeniami historycznymi ciążącymi  nad całym pokoleniem. To sławny marzec 68 i rok poprzedzający godne ubolewania  wypadki. Ale były też... cudowne wakacje i stosowne do nich przygody.   toko          www.e­bookowo.pl 
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Anioł w majonezie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: