Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00642 006691 11256386 na godz. na dobę w sumie
Aniołek - ebook/pdf
Aniołek - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Agora Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-681-255-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Bohaterką „Aniołka” jest Karolina. Osoba niemłoda, która – wydawałoby się – swoje w życiu osiągnęła. A jednak zdąży jeszcze pochować męża (który mimo to wcale nie stanie się w jej życiu mniej obecny), pokochać i być kochaną. „Aniołek” to opowieść o oswajaniu śmierci poprzez miłość, o niewierności i jej konsekwencjach, o kobiecości i o tym... że nigdy nie jest za późno. Na podstawie powieści Beaty Pawlak powstał film pt. „Wszystkie kobiety Mateusza” z Krzysztofem Globiszem w roli głównej. „Beata Pawlak była reporterką, pisarką, podróżniczką, autorką „Gazety Wyborczej”, naszą Pawlaczką. Pisała o islamie i o terroryzmie, ale nigdy między tymi słowami nie postawiła znaku równości. W swoich reportażach o Algierii, Egipcie i Turcji (…) opowiadała o tamtejszych zwykłych ludziach. Z wielką wrażliwością pisała o Palestyńczykach i o Kurdach. Stroniła od łatwych wniosków, burzyła się przeciw stereotypom. Dociekliwa, uparta. I w terroryście widziała człowieka. Zginęła w 2002 r. na wyspie Bali z rąk tych, których próbowała zrozumieć. Jak każdy nieudawany twórca, chciała cieszyć się swoją pracą. I dlatego, gdy tylko nadarzała się okazja, wsiadała w samolot, by dokumentować inne kultury. Ostatnią podróż, w marcu 2002 r., zaczęła w Indiach – w Kalkucie. Potem, zanim w październiku dotarła na wyspę Bali, była w Nepalu, Tajlandii, Laosie i Malezji. Po drodze uczyła się masażu, medytowała i szkicowała swoją drugą powieść. Pierwszą – „Aniołka” – zostawiła w wydawnictwie tuż przed wyjazdem. Nigdy nie zobaczyła jej w formie wydanej książki”.

Fragment ze wstępu Wojciecha Tochmana

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

KOREKTA Marta Śliwińska PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN ZDJĘCIE NA OKŁADCE Piotr Uss Wąsowicz (Fundacja Świat Ma Sens) OPRACOWANIE GRAFICZNE Elżbieta Wastkowska PRODUCENT WYDAWNICZY Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak KOORDYNACJA PROJEKTU Magdalena Kosińska DRUK I OPRAWA Drukarnia Perfekt © Copyright Agora SA 2013 © Copyright by Janina Pawlak,Aleksander Rogala © Copyright by Wojciech Tochman ISBN 978-83-268-1255-2 Warszawa 2013 Wszelkie prawa zastrzeżone NA PODSTAWIE POWIEŚCI POWSTAŁ FILM „WSZYSTKIE KOBIETY MATEUSZA” Pawlaczka Beata Pawlak była reporterką,pisarką,podróżniczką,autorką „Gazety Wyborczej”, naszą Pawlaczką. Została zamordowana 12 października 2002 roku na indonezyjskiej wyspie Bali.Razem z nią zabito dwieście osób.Zamachu na nocny klub w turystycz- nym miasteczku Kuta dokonali islamscy fundamentaliści. Beata pisała o islamie i o terroryzmie, ale nigdy między tymi słowami nie postawiła znaku równości. W swoich reportażach o Algierii, Egipcie i Turcji, opartych na rozległej wiedzy i wnik- liwej dokumentacji, opowiadała nam o tamtejszych zwykłych ludziach.Z wielką wrażliwością pisała o Palestyńczykach i Kur- dach. Stroniła od łatwych wniosków, burzyła się przeciw stereotypom. Dociekliwa, uparta. I w terroryście widziała człowieka. Zginęła z rąk tych, których próbowała zrozumieć. Kiedy była w Warszawie, organizowała wesołe imprezy w swoim mieszkaniu na Wyścigach. Bawili się tam: Małgorzata Szejnert, Lidka Ostałowska, Mariusz Szczygieł, Jacek Hugo- -Bader i wielu innych. Były konkursy, wróżby, śpiewy. Śmierć Beaty wciąż wydaje się nierzeczywista. Może dlatego, że jej okoliczności były tak nieprawdopodobne. Wiosną tam- tego roku Pawlaczka ruszyła w długą podróż po Azji. Przede wszystkim dlatego,że ciekawił ją daleki świat,interesowali ją inni ludzie. Ale też – dziś żaden wstyd mówić o tym otwarcie – nie lubiła Polski. Ojczyzna ją męczyła, drażniła, a zawodowo zwy- czajnie nudziła. „Czy ja muszę pisać o polskich problemach? – wkurzała się. – Czy nie mogą tego robić inni?”. || 55 || Beata Pawlak Jak każdy nieudawany twórca Beata chciała cieszyć się swoją pracą. I dlatego, kiedy tylko nadarzała się okazja, wsiadała w sa- molot, by dokumentować inne kultury. W pokoju redakcyjnym zapadała wtedy dziwna cisza. Bo trzeba tu powiedzieć, że Paw- laczka miała cienki świdrujący głosik i czasem lubiła dużo mówić. Więc, bywało, oddychaliśmy z ulgą. A dzisiaj dalibyśmy tak wiele, by jej głos usłyszeć. Ostatnią podróż, w marcu 2002 roku, Beata zaczęła w Indiach – w Kalkucie. Potem, zanim w październiku dotarła na wyspę Bali, była w Nepalu, Tajlandii, Laosie i Malezji. Po drodze uczyła się masażu, medytowała i szkicowała swoją drugą powieść. Pierwszą – „Aniołka” – zostawiła w wydawnictwie tuż przed wy- jazdem. Nigdy nie zobaczyła jej w formie wydanej książki. A musiała na tę premierę bardzo czekać. Bo choć przedtem wy- dała dwie książki („Mamuty i petardy”, Warszawa 2001, ta miała być książką z gatunku czystej literatury, żadna relacja, żaden re- portaż, tylko czysta fikcja. Bo Pawlaczka niedługo przed podróżą postanowiła zmie- nić profesję. Fascynowała się karierą Katarzyny Grocholi, zro- biła z nią wywiad do „Wysokich Obcasów”. Jakby chciała trochę Grocholę podpatrzeć i z takiego pisania żyć. Dzięki tak zarobionym honorariom robić to, co kochała najbardziej: po - dróżować. I nie wracać do domu. Tę drugą, azjatycką powieść Pawlaczka szkicowała w zeszy- tach w kratkę. Między marcem a wrześniem drobnym macz- kiem zapisała dwa. Dostałem je razem z bagażem Beaty, kiedy przyleciałem na Bali chwilę po zamachu. W Polsce już wiedzie- liśmy, że dotarła na wyspę dwa dni przed atakiem terrorystów. Zdążyła napisać maila do jednego z przyjaciół. A potem za- milkła. A potem przyszła wiadomość z polskiej ambasady w Dżakarcie, że w dniu zamachu rano pani Pawlak wyszła z hotelu Manik w Kucie (zajmowała tam pokój 3A) i już do || 66 || ANIOŁEK niego nie wróciła: wśród zidentyfikowanych dotąd ofiar zama- chu jej ciała nie znaleziono. Pojechałem jej poszukać. Z głową pełną pytań: czy Beata mogła porzucić wszystko i zniknąć na własne życzenie? Czy mogła upozorować własną śmierć? Po co? Wspominała czasem, że fajnie byłoby wybrać proste życie na polu ryżowym. Ale czy aby tego dokonać, trzeba znikać, i to w taki sposób? Może chciała, by życie samo pisało za nią tę powieść? Czy porzuciłaby swoje rzeczy w hotelu? Dwa ważne zeszyty? Własne notatki i czterysta zdjęć z podróży – rzecz dla reportera najcenniejszą? Czy po zamachu nie zadzwoniłaby do matki? Do przyjaciół, którzy byli jej bliscy i do których regularnie słała listy? Czy dziennikarka, która wiele razy pisała o terroryzmie, teraz nie na- dałaby żadnej depeszy na temat zamachu, który zdarzył się w jej najbliższym sąsiedztwie (był to najtragiczniejszy zamach na świecie po 11 września)? Pisała reportaże o tym, w co ludzie wierzą, jak myślą, czego pragną, czego i kogo nienawidzą. Opo- wiadała o tych, którzy z Bogiem na ustach zabijają innych. Dla- czego teraz milczy? – pytałem naiwnie. Czy możliwe, że zaszyła się gdzieś w głębi wyspy i o zamachu do dzisiaj nic nie wie? Ktoś dał jej dom? Pracę? Chciałem w to wierzyć. Może nawet wie- rzyłem. Pawlaczka jest trochę szalona – powtarzałem sobie tę myśl – więc może robi sobie teraz głupie żarty? W laboratoriach DNA codziennie identyfikowano kolejne ofiary: pięćdziesiątą, dziewięćdziesiątą, sto dwudziestą. Co rano otrzymywałem informację, że wśród rozpoznanych naszej ko- leżanki wciąż nie ma. To dawało nadzieję, oddychałem więc z ulgą, wsiadałem w samochód i jeździłem po wyspie. Rozpy- tywałem o Beatę, rozklejałem plakaty ze zdjęciem zaginionej, dałem ogłoszenia w kilku gazetach. Sto pięćdziesiąte ciało roz- poznane, sto siedemdziesiąte! I nic! Zrobiłem wszystko, co przyszło mi do głowy, by Beatę odna- leźć. Łapałem się jakichś lichych tropów, by po kilku godzinach zrozumieć, że to kolejna ślepa uliczka. Identyfikacje wciąż || 77 || trwały, wciąż nie było dla mnie żadnej wiadomości, wróciłem więc do kraju. A za mną niebawem przyszła ta wiadomość. Badanie DNA nie pozostawiło żadnych wątpliwości: rozpoz- nano Pawlaczkę wśród ostatnich. Beata została pochowana na cmentarzu w Milanówku pod Warszawą. Nie byłem na jej pogrzebie, nigdy nie odwiedziłem jej grobu. Lubię sobie myśleć o tej śmierci tak, jakby jej nigdy nie było. Beacie by się to chyba podobało. WWoojjcciieecchh TToocchhmmaann Ci, któ rzy umar li, ni gdy stąd nie odesz li: Są tu taj w gęst nie ją cym cie niu. Umar li nie są pod zie mią: Są w drze wie, któ re szu mi, Są w drew nie, któ re ję czy, Są w wo dzie, któ ra pły nie, Są w wo dzie, któ ra śpi, Są w cha cie, są w tłu mie: Umar li nie są mar twi. Ci, któ rzy umar li, ni gdy stąd nie odesz li, Są w pier si ko bie ty, Są w dziec ku, któ re pła cze, Są w głow ni, któ ra pło nie, Umar li nie są pod zie mią: Są w ogniu, któ ry umie ra, Są w tra wie, któ ra za wo dzi, Są w skam lą cych ska łach, Są w le sie, są w do mu. Umar li nie są mar twi. Wiersz Af ry kań czy ka, [za:] Ja mes R. Le wis „Ży cie po śmier ci”, War sza wa 1999 1 W piątek Karolinie przyśniło się, że jest trupem. Całe jej ciało zaczęło zielenieć i skóra popękała jak spalona ziemia. Ale po- nieważ mogła chodzić, udała się do lekarza, żeby postawił diag- nozę. Lekarz zbadał ją uważnie i rzekł: – Istotnie, jest pani trupem. Pomyślała, że w takim razie musi sobie załatwić pogrzeb (wszystko to we śnie). Pośpieszyła do zakładu pogrzebowego. Mężczyzna w czarnym fraku grzecznie poinformował ją o ce- nach: – Będzie to panią kosztowało pięć tysięcy złotych. – Dlaczego tak drogo?! – wykrzyknęła zgorszona. – Dlatego – spokojnie wyjaśnił pracownik – że pani życzy sobie być pogrzebana ekspresowo. Opłaciła pogrzeb i poszła w górę ulicy. Tam, za skrzyżowa- niem ze światłami, w niewielkim żółtawym budynku mieściło się krematorium. Weszła do poczekalni, siadła na ławeczce pod ścianą z burymi zaciekami, na podłodze położyła torebkę. Gorączkowo myślała, czy zabrała wszystkie potrzebne papiery – dowód osobisty, paszport, prawo jazdy (bo przecież nigdy nic nie wiadomo), numer konta bankowego, numer PESEL, numer ubezpieczenia, ostatnie zeznanie podatkowe, a także dezodo- rant, który z bliżej nieznanej przyczyny wydał się jej w tej sy- tuacji niezbędny. Z dziury w ścianie buchał ogień. Właśnie wsunięto tam na marach zwłoki młodej jeszcze kobiety w białej sukience, || 1111 || Beata Pawlak z naszyjnikiem wonnych kwiatów na piersiach. Zatrzasnęły się za nimi ciężkie żeliwne drzwiczki z rysunkiem lilii, jakieś ręce prze- kręciły koło. Karolina pomyślała, że krematorium przypomina duży piekarnik, i zaraz zganiła się za tę myśl. Obok mężczyzna w bezkształtnym garniturze chlipał, kryjąc twarz w rękach. Spojrzała w okno. W dali na niewielkim wzgórzu stał jej mąż, jej dzieci, sąsiadka i rzeźnik. Uśmiechali się i machali w jej stronę białymi chusteczkami. Karolina nie zastanowiła się wtedy, we śnie, skąd mają płócienne chusteczki, w dodatku białe, wykrochmalone, obszyte kolorową koronką, jakich nie używało się w jej domu od lat. Ogarnął ją wstyd na myśl, że rodzina widzi ją w tak niestosow- nej sytuacji – kiedy jej ciało zieleniało i za chwilę zacznie od- chodzić płatami. Chciała im odmachnąć i zawołać: „No, idźcie już, idźcie, nie gapcie się tak na mnie, jakbyście nigdy nie wi- dzieli trupa!”. Zamiast tego się obudziła. Jej policzki płonęły. W okamgnie- niu ogarnęła sytuację: znajduje się we własnym domu, ulica Ce- lofanowa numer 11, jest noc, leży pod kołdrą, którą przed snem oblekła w świeżą powłoczkę w niebiesko-różowe paski, okno jest uchylone, świeci za nim jajowaty księżyc, szczeka pies – ten mały zajadły kundel trzy domy dalej – a ona leży w koszuli noc- nej, która podwinęła jej się aż pod pachy, i nagą pupą wciska się w biodro Mateusza, swego męża. A on wyciągnął się na brzuchu i obejmując poduszkę, głośno sapie. Za ścianą zaczął bić zegar: raz, dwa, trzy. Trzecia – trzeźwo za- uważyła Karolina, bo Karolina zazwyczaj była trzeźwa. Uniosła się na rękach, stęknęła, wsunęła rękę pod kołdrę i opuściła ko- szulę nocną aż po kolana. Potem przewróciła się na drugi bok. Chciała poważnie rozważyć sprawę życia i śmierci, zastanowić się, westchnąć metafizycznie, ale pomyślała jasno i bezczelnie: A gdybym tak umarła we śnie? Co nie byłoby takie dziwne, przekroczyła już przecież sie- demdziesiątkę. Swoje w życiu zrobiła: przeżyła wojnę i komu- || 1122 || ANIOŁEK nizm, doczekała się kapitalizmu, wydała na świat dwoje dzieci i miała dwoje wnuków, ciężkich grzechów nie popełniła, doro- biła się domku z ogródkiem na skraju niewielkiego miasta we wschodniej Polsce i choć domek był niewielki, raptem dwie sy- pialnie i salon, to przecież taki przytulny z tymi grubymi dywa- nami, specjalnie sprowadzonymi z Kowar, z kominkiem w salonie, pelargoniami w oknach i z obrazami tchnącymi wiosną i spokojem. Czegóż więcej Karolina mogła się spodzie- wać od życia? Przecież nawet dożyła dwutysięcznego roku, co traktowała jak pobicie jakiegoś rekordu. Prawdę mówiąc, już nawet nie myślała, że się bardziej zesta- rzeje. Jej własny widok doprowadzał ją do rozpaczy. Choć jak na swoje lata wyglądała jeszcze zupełnie dobrze. Niska, krucha, tro- chę otyła, ale jeszcze całkiem zgrabna. A te nogi! Zmarszczki na jej twarzy nie były głębokie, prócz dwóch, które biegły od ust w dół. Ale gdy się uśmiechała, choć robiła to zdecydowanie zbyt rzadko, wtedy nawet te dwie zmarszczki promieniały. Czegóż w jej wieku mogła jeszcze się spodziewać? Rzuciła okiem na szafkę nocną i na drewnianego aniołka, który siedział po turecku obok budzika, zamknęła oczy i z całych sił się pomodliła: Drogi Aniele Stróżu, wiem, że nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybym nagle zmarła, ale czy mógłbyś sprawić, że jeśli umrę we śnie, to nie z zadartą koszulą nocną? Amen. A gdyby jednak...? Gdyby znaleźli ją martwą w jej własnym domu, w łóżku, we wrzosowej koszuli nocnej zrolowanej po pachy, z wypiętą pupą...? Zachichotała nerwowo na myśl, jaką minę miałby mąż. A może Mateusz właśnie by wyjechał, bo mimo wieku często był w rozjazdach, i znalazłby ją na przykład sąsiad, ten gruby taksówkarz? Zbiegliby się ludzie, długo deba- towaliby pod jej domem, wejść, nie wejść, na piętrze otwarte okno, a Karolina zawsze zamyka je na noc, wejść, nie wejść, nikt nie otwiera, i światło się paliło do samego świtu. W końcu wy- jęliby kratę z okna i gruby taksówkarz wszedłby do środka. Ach, || 1133 || Beata Pawlak co on by sobie pomyślał! Stukałby do drzwi i wołał: Pani Karo- lino! – a ona by nie odpowiadała, bo już nie mogłaby tego zro- bić. Szedłby po schodach ich domu ostrożnie, niepewnie stawiając wielkie stopy w ciężkich buciorach i cały czas stukając w ścianę, wołałby: Pani Karolino, pani Ptakowa! Doszedłby do sypialni, zawahał się, podrapał w głowę, zapukał w futrynę, w końcu pchnąłby drzwi – ostrożnie, samymi opuszkami pal- ców. Otworzyłyby się powoli, niemiłosiernie skrzypiąc (po- myślała tak, mimo że w jej domu nie skrzypiały żadne drzwi). Niemiłosiernie skrzypiąc, otworzyłyby się drzwi do sypialni i gruby taksówkarz najpierw ujrzałby snop światła wpadający ukośnie przez uchylone okno, potem Karolinę na łóżku, nieżywą, z wypiętą w jego stronę gołą pupą. Dziergając w głowie takie, a nawet jeszcze bardziej nieprzy- stojne obrazki, Karolina przywarła do Mateusza, głęboko ode- tchnęła jego ciepłem i ponownie zasnęła. 2 Przez cały następny dzień, krzątając się po domu, bo wie- czorem mieli przyjść goście, rozmyślała o dziwacznym śnie. Pierwszy raz w życiu przyśnił jej się trup. Pewnie dlatego, że wczoraj oglądałam tę głupią strzelaninę na Polsacie – zganiła się w myślach, wkładając cielęcinę do prodiżu. W dodatku trupem była ona sama. Jednak to niesamowite – uznała. Gdyby Karolina wiedziała, że tego samego wieczoru umrze jej mąż, znany i poważany artysta stolarz, były wicedyrektor wy- twórni mebli, a rok później – ona, emerytowana magister far- macji, ale przed śmiercią zdąży jeszcze pokochać i być kochana, może wtedy inaczej pokierowałaby własnym życiem, na przykład wytapetowałaby ściany. Ale nie miała o tym pojęcia, więc wietrząc pokoje, dziwiła się w myślach, czemu, mimo że była trupem, chodziła i mówiła. A nawet sama załatwiała sobie pogrzeb. To najmniej powinno ją zdumiewać. Karolina zajęła się własnym pochówkiem, gdy tylko przeszła na emeryturę. Odłożoną na ten cel okrągłą sumkę – tysiąc złotych – wsunęła do kieszeni podomki wiszącej w szafie. Kilka miesięcy później pieniądze zniknęły. Za nic nie mogła sobie przypomnieć, czy to ona je wyjęła, ale na wszelki wypadek po- dejrzewała panią, która na Wielkanoc myła okna, kuzynkę ze wsi, córkę, syna, na koniec własnego męża, aż do dnia, gdy – trzy lata później – malarze, którzy przyszli odnowić mieszkanie, od- sunęli od ściany pianino. Na podłogę wypadła niebieska koperta || 1155 || Beata Pawlak z banknotami, a także dwie stare książeczki oszczędnościowe, które – była tego pewna – skradziono jej na poczcie. Okazało się, niestety, że pieniędzy starczy już tylko na trumnę sosnową, i to bez wieka. Co przepłakawszy, Karolina na nowo zaczęła oszczędzać na własny pochówek. Nie to, żeby cały czas myślała o śmierci, ale chciała wszystko zapiąć na ostatni guzik. To znaczy, chciała zapiąć na ostatni guzik swoje życie. Bo co by to było, gdyby nagle zmarła, a nie miałaby sukienki ani butów do trumny i pochowaliby ją w byle czym? Na przykład w tej brązowej przyciasnej spódnicy? Albo, nie daj Boże, zapomnieliby o majtkach?! Karolina lubiła nad wszystkim trzymać pieczę i o wszystkim decydować, a przynajmniej decydować o własnym życiu. Nic więc dziwnego, że któregoś zimowego wieczoru, gdy Mateusz pojechał do Lublina, siadła przy swoim białym biureczku w sy- pialni, wyjęła dużą kartkę papieru i pogryzając końcówkę długopisu, spisała w punktach polecenia dotyczące jej śmierci: majtki, koszula, biustonosz i rajstopy na ostatnią drogę znajdują się w pudle po sokowirówce, a to na najniższej półce w szafie. Czarna garsonka z żorżety wisi w plastikowym worku. Czarne trzewiki stoją obok pudła. Przez chwilę zastanawiała się nad biżuterią. Ale była osobą praktyczną. Przeraził ją i do głębi wzruszył obraz, który nagle uj- rzała w swojej głowie: oto w nocy grabarz odkopuje trumnę, zrywa z jej piersi perły, ale z palca nie chce zejść złoty pierścionek, więc grabarz sięga po siekierę i... Ach... Ogromu jej wzruszenia nie pomniejszał fakt, że Karolina nie posiadała pereł, niestety. Pod koniec zimy jej głowę zaprzątnął cmentarz, na którym miała być pochowana. W mieście były dwa. Jeden stary, porosły dorodnymi bukami, otoczony murem z czerwonej cegły, który tu i ówdzie się kruszył. Mogiły zdobiły krzyże z brzozy i ka- mienne aniołki, którym czas odtrącił skrzydła. || 1166 || ANIOŁEK Drugi, nowy, leżał na wzgórzu za miastem. Pomiędzy prosto wytyczonymi szerokimi alejami stały w równych rzędach duże betonowe grobowce. Karolina lubiła rozmach i nowoczesność, dlatego bardziej po- dobał jej się nowy cmentarz. Powstał jednak w miejscu, gdzie w czasie wojny rozstrzelano 322 mieszkańców miasta. Co mam robić? Tu krew, a znów stary cmentarz taki ponury – pytała Anioła Stróża, ale ten dawał jej wykrętną odpowiedź: Moja droga, sama musisz wybrać. Stary cmentarz przywodził jej na myśl suterenę w Poznaniu, w której mieszkały z mamą tuż po wojnie; była wilgotna i śmier- działa grochówką, ulubioną zupą poprzednich właścicieli. Z po- wodu tej sutereny Karolina nie znosiła wszelkich staroci, zwłaszcza starych domów. Narzekała na wysokie sufity – bo ogrzewanie kosztowne; na wielkie okna – bo dużo zachodu z myciem; na długie korytarze i ciemne wnętrza – bo niehigie- niczne i robi się grzyb. Bloki z betonu, które wiele lat później specjaliści od nieru- chomości będą nazywać slumsami, ją zachwycały – mieszkania w nich były jasne, przestronne i suche, sufity niskie i okna w sam raz. Co robić? – pytała się w myśli gorączkowo, a drugi głos, po- wolny i rozważny, a przy tym niższy, odpowiadał jej: Nowy cmentarz może zroszony krwią, ale tam piasek lekki i żółty, krew przez niego przeleciała i wsiąkła w ziemię głęboko. Lepiej leżeć w żółciutkim piasku niż przywalonym gliniastą ziemią. Decyzja została podjęta. Karolina zamówiła u kamieniarza płyty z granitu w eleganckim kolorze grafitowym i wkrótce przy głównej alei, daleko od śmietnika, a blisko pompy z wodą, stanął rodzinny grobowiec. Cieszyła się, że będą leżeć pośród swoich: nogami mieli się stykać z najstarszym bratem męża, który zgnił powoli za życia (odrąbano mu najpierw prawą, potem lewą nogę), a głowami – z kuzynem lotnikiem, || 1177 || Beata Pawlak który roztrzaskał się w katastrofie lotniczej. Radości Karoliny nie pomniejszyło nawet to, że lotnik był przemytnikiem, co się okazało dopiero po wypadku, kiedy z jego słuchawek wy- leciało radzieckie złoto. – Mnie tam po śmierci będzie już wszystko jedno, gdzie i w czym mnie pochowają, czy ziemia będzie jasna i lekka, czy czarna i tłusta. Nawet będzie mi obojętne w zasadzie, jakie glisty, dżdżownice i inne robaki spożyją moje resztki – pokpiwał Ma- teusz, patrząc na jej zabiegi. Ale Karolina postawiła na swoim. Aniele Stróżu, jeśli ja nie dopilnuję własnej śmierci, to kto to zrobi? Sam powiedz, kto? Spisywanie ostatniej woli kontynuowała na wiosnę, gdy w te- lewizji zaczął lecieć nowy serial brazylijski „Rafaella”, a cała ulica Celofanowa rozprawiała o sześcioletnim Elianie, Kubańczyku, o którego toczyła się walka między ojcem mieszkającym na Kubie a jego krewnymi z USA. Karolina uważała, że trzeba go oddać ojcu, choć mówiąc to, miała uczucie, jakby własnoręcz- nie oddawała dziecko diabłu. Popołudniami przy biurku w sypialni na kartce papieru ozdobionego egipskimi bogami – był to prezent od córki Ma- ciejki – pisała: że trumna ma być czarna i lśniąca jak wieko for- tepianu (choć przez chwilę, gdy w mieście pojawiły się nowoczesne wzory, kusiła ją trumna biała, później zachwyciła filuterność różowej, ale tylko westchnęła: – Nie dla mnie te eks- trawagancje), że ma być wyłożona różowym atłasem, że na gro- bowcu należy wyryć jej imię, nazwisko, a przed nazwiskiem koniecznie „mgr”, a jak się zmieści i nie będzie za drogie, to nawet „mgr farmacji”. Wydawało się, że Karolina na tym zakończy swoje przygoto- wania. W pewną kwietniową sobotę ze spokojnym sumieniem pojechała do Warszawy; chciała zajrzeć do mieszkania córki, którą znów poniosło za granicę. || 1188 || ANIOŁEK Maciejka była reporterką w jednej z największych gazet. Pi- sała o wojnach. W jej mieszkaniu na ścianach pełno było zdjęć ze świata – jakieś ruiny w Bejrucie, wozy pancerne w Kurdysta- nie. Wisiały przywiezione z Indonezji tkaniny, rzeźby i maski, a wszystko przesiąknięte było zapachem kwiatu pomarańczy. Karolina podlała kwiatki, wyjęła listy ze skrzynki, przy okazji przekartkowała kalendarz Maciejki – zobaczyła z ulgą, że jej dzień wypełniony jest spotkaniami – w łazience przejrzała baterię per- fum, wybrała flakonik o tajemniczej nazwie Ispahan, psiknęła się za uchem i w ten sposób nawdychała się życia córki. Potem, po- pijając w pokoju kawę z cynamonem, przeleciała wzrokiem po książkach na półce i wśród tomów o islamie, buddyzmie i szpie- gach KGB dojrzała książkę o tym, jak umierali słynni ludzie. Przez kilka następnych dni łamała sobie głowę, jakie powinny być jej ostatnie słowa. Siadywała w fotelu pod lampą, zakładała okulary i z uwagą, nieco nawet uroczyście, studiowała książkę Maciejki. Spodobała jej się bardzo córa któregoś z francuskich Ludwików, która w chwili śmierci rozkazała swej duszy: „Szyb- ciej! Do nieba, galopem”. Cóż za silna kobieta – pomyślała z po- dziwem. Karolina koniecznie chciała wyrzec coś, co by na zawsze weszło do historii rodziny. Na przykład jak ta biedna Maria Te- resa wyznać: „Oto jedyny szczęśliwy dzień w moim życiu”. A może powiedzieć jak Mata Hari idąca na stracenie: „Ależ dobrze mi się spało”. Lub też jak owa królowa Portugalii rzec: „Przynieście, proszę, krzesło dla tej promiennej damy, która zbliża się tu cała ubrana na biało”. Karolina uznała, że to ostatnie zdanie byłoby dla niej idealne. Już czuła, jak po kręgosłupach osób obecnych przy jej śmierci leci tam i z powrotem dreszcz. Lekki niepokój wzbudziło w niej jedynie to, że królowa portugalska była również świętą. Rozmyślania o śmierci przerwała w kwietniu, gdy w ogrodzie zakwitła morela. Potem były burze i przez jadalnię aptekarzy || 1199 || Beata Pawlak Szczupaczkiewiczów przeleciał piorun – wpadł oknem koło te- lewizora, wypadł przez lufcik w kuchni – i miasteczko tylko o tym rozprawiało przez okrągły miesiąc. Wypadek ten zajął nawet Karolinę, choć z natury nie lubiła stadnych zachowań i w ogóle szła pod prąd. Lato było tak piękne, że postanowiła zamknąć sprawę włas- nej śmierci, tym bardziej że drzewka miały w tym roku nad- zwyczaj dużo owoców i od rana do wieczora zajęta była robieniem zapraw na zimę. W dodatku Mateusz znów zaczął śpiewać przy goleniu „La Cumparsitę”, co oznaczało, że ma nową kochankę, i fakt ten ostatecznie przywołał Karolinę do rze- czywistości. A we wrześniu, kiedy cały świat przygotowywał się do olim- piady w Sydney, przyśniło jej się, że jest trupem. Myślała teraz o tym dziwnym śnie, przyrządzając kolację na dziesięć osób (nie licząc dzieci). Po południu miał przyjechać z Krakowa jej syn Maciej z rodziną, a z Warszawy – córka z nowym narzeczonym. Może tym razem to poważna sprawa – westchnęła Karolina, nachylając się nad otwartym prodiżem i sprawdzając widelcem, czy cielęcina doszła. Zapowiedział się brat Mateusza z żoną, a także Szczupaczkie- wiczowie, przyjaciele Karoliny i Mateusza od lat pięćdziesięciu. No i skąd mi się wzięło to krematorium – kontynuowała myśl Karolina, mieszając w rondelku sos z borówek. U nich w rodzi- nie nikt nigdy nie został spalony i ona, Karolina, do tego nie do- puści. Póki żyję! – pomyślała, pochyliła się i delikatnie zebrała wargami z drewnianej łyżki gorące borówki. Aż nią zatrzęsło. Siedzieć w postaci proszku w metalowym pudełku?! Jak w ja- kiejś konserwie! – pomyślała wzburzona. Po czym trzeźwo za- uważyła: – Za mało cukru. 3 Goście przybyli, jak zawsze, niepunktualnie. Pierwsza przy- jechała w swoim fiacie w kolorze botwinki Maciejka z War- szawy – z pączkami od Bliklego i Piotrusiem, jak nazywała wielkiego dryblasa, na oko młodszego od niej o lat osiem. Różnica wieku mogła być jednak większa, bo Maciejka – ze swoimi krótko obciętymi włosami, wąskimi biodrami i małymi piersiami, które wyraźnie odcinały się pod zieloną bawełnianą koszulką (nie nosiła biustonoszy!) – nie wyglądała na swoje trzydzieści osiem lat. Jej dryblas spodobał się Karolinie – cmoknął ją w rękę, zaj- rzał do kuchni, spróbował sosu z borówek, pochwalił, zażarto- wał i zabrał się do ukręcania sera. O czwartej wpadł Mateusz. Przywiózł skrzynkę orzechów oraz dwie skrzynie koszteli i z hałasem wniósł je do kuchni. Ka- rolina wybrała jedno jabłko, umyła, ugryzła i skonstatowała: – Za mało słodkie. Mateusz jednak tego nie słyszał. Przeleciał przez pokój, po- całował córkę w policzek, Piotrusiowi zaproponował kieliszek koniaku, a gdy ten odmówił, rzucił pod jego adresem w stronę Karoliny: – Picuś-glancuś. – Przebrał się nie wiadomo czemu w swoje japońskie kimono z ptakiem i kwiatami wiśni na ple- cach i już go nie było. Dochodziły tylko jakieś odgłosy – z ga- rażu, w którym majstrował coś przy samochodzie, z ogrodu, gdzie w niewiadomym celu przeciągnął ciężką metalową dra- binę z jednego końca w drugi, wreszcie z salonu – włączył tam telewizor, żeby obejrzeć wiadomości, a sam siadł na dywanie || 2211 || Beata Pawlak pod swym własnym portretem pędzla pewnej jugosłowiań- skiej malarki (malowała go z fotografii) i zaczął przeglądać po- rozrzucane wokół gazety. – Tato, zaraz przyjdą goście – zauważyła z przyganą Maciejka. Mateusz nieuważnie odpowiedział: – Tak, tak, już składam. – Tato! Nie reagował. Tylko ptak na jego kimonie poruszył skrzydłami. Potem przyjechał Kraków i zrobiło się gwarno. Maciej – dość otyły czterdziestolatek o bardzo czerwonych, lekko spuchnię- tych wargach – demonstrował aparat cyfrowy i koniecznie chciał go komuś sprzedać, a czternastoletniego Stasia i pięcio- letnią Muszelkę Karolina posadziła w kuchni przy stole, podsu- nęła im po kawałku piernika z lukrem i patrzyła, jak z niezmąconą niczym radością je pałaszują. – Mam nadzieję, że nie chodzicie głodne? – zapytała nagle porażona myślą, że jej wnuki mogą nie dojadać. Ewa, jej sy- nowa, prowadziła kuchnię wegetariańską, co Karolina uważała za rozbój w biały dzień. Kiedy tylko mogła, mełła mięso i po- dawała dzieciom, mówiąc, że to soja. Aniele Stróżu, wiem, że to grzech kłamać... Ale dzieci jedzą, aż im się uszy trzęsą, słowo daję! W domu synowi na pewno się nie przelewało. Ewa nie pra- cowała, a Maciej nie sprawdził się jako kapitalista. Kilka lat temu zaczął z kolegą sprowadzać z Czech ekologiczne trumny z tek- tury, żeby je sprzedać w objętej wojną Czeczenii. W chwili gdy nadszedł pierwszy transport, Czeczeni podpisali z Moskwą ro- zejm, trumny przestały być artykułem pierwszej potrzeby i Ma- ciej splajtował, zanim jeszcze dorobił się czegokolwiek. Powrócił do liceum, gdzie wykładał filozofię i historię za taką pensję, że jak mówiła Karolina, śmiech bierze, w dodatku pusty śmiech. Mówiąc to, Karolina znacząco potrząsała ręką, jakby trzymała w niej pusty mieszek. || 2222 || ANIOŁEK Andrzej, brat Mateusza, od progu ogłosił, że wygrał w toto- lotka dwieście złotych, i cieszył się jak dziecko. Wydawał krocie na gry losowe, zwłaszcza odkąd zaszył sobie w plecach esperal. Bo Andrzej był pijakiem. Przynieśli z żoną prezent: niewielkiego aniołka z porcelany, w pofałdowanej sukience, z ostro zakoń- czonymi skrzydłami. Boże, ile tych gratów w domu, a tu kolejny anioł – myślała Karolina, biegnąc do kuchni pilnować placka w piecyku. Odkąd w mieście nastąpiła inwazja aniołów, dosta- wali je od wszystkich znajomych. Karolina chowała je do szuf- lady, bo nie było z nich żadnego pożytku, tylko się kurzyły. Jedynie smutnego aniołka o mięsistej pupie postawiła sobie na toaletce przy łóżku. Dostała go od Maciejki. Wystrugał go z drzewa oliwnego Arab chrześcijanin. Maciejce sprezentował aniołka amerykański Żyd, menedżer w wytwórni jazzowych płyt kompaktowych w Nowym Jorku. Poznała go, gdy medytował na ławeczce naprzeciw Grobu Chrystusa w Jerozolimie, a przy okazji zaczepiał dziewczyny; no, przynajmniej Maciejkę zacze- piał. Aniołka wręczył jej podczas wigilii, którą zjedli w Betlejem w jednej z restauracji niedaleko placu Narodzenia Pańskiego. Karolina uwielbiała każdemu opowiadać tę historię. Doda- wała przy tym, wskazując na aniołka (wyraźnie przy tym roz- dzielała sylaby): – Kwint-esen-cja życia Maciejki. Wybranym mówiła nawet, co jej córka i Amerykanin jedli na kolację. – Steki! Krwiste! – W jej głosie nagana mieszała się z dumą. – A w dodatku popijali winem! Jeden taki aniołek wystarczy za tysiąc – myślała, otwierając piekarnik. Kiedy znów zajrzała do salonu, Mateusza nie było, dzieci oglądały jakąś kreskówkę na kanale Cartoon, dorośli siedzieli wokół drewnianej ławy, na której stały miseczki z chipsami i duża butelka coca-coli, a Maciejka pokazywała im zdjęcia z Jerozolimy. || 2233 || Beata Pawlak – Zaraz pod murem jest cmentarz muzułmański, o, tutaj dobrze go widać. – Fotografia przedstawiała rzędy jednakowych grobów z białego kamienia. – Wiecie, że muzułmanie chowają ludzi szybko, w ciągu doby, zawiniętych w biały całun? – To ciekawe – zainteresowała się przelotnie Karolina. – Nie trzeba się męczyć z pogrzebem. – A ja bym powiedział, że my, Słowianie, jesteśmy zauroczeni śmiercią – rzekł Maciej, delektując się swoimi słowami, przez co jego wargi wydawały się jeszcze bardziej czerwone, napęczniałe i w ogóle nieprzyzwoite. – To nas przykuwa do przeszłości, to nam nie pozwala lecieć do przodu, zdobywać. Ciągniemy po naszym życiu naszych zmarłych. Niepotrzebnie. Bo i po co? – Ciągniemy? Ty przecież nawet nie wiesz, jak umarł twój dziadek! – trzeźwo zauważyła Karolina.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Aniołek
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: