Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00330 008290 15928758 na godz. na dobę w sumie
Anioły muszą odejść - ebook/pdf
Anioły muszą odejść - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 485
Wydawca: Burda Książki Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7778-089-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

WARSZAWSKA ODPOWIEDŹ NA MISTRZA I MAŁGORZATĘ Powieść współczesna. W realia Warszawy XXI wieku wdziera się konflikt w świecie nadprzyrodzonym. Czwórka ekscentrycznych warszawskich aniołów z różnych epok, z czego jeden marksistaateista, usiłuje odwrócić klątwę wiszącą nad stolicą Polski od 1526 roku. Wrogowie są od nich znacznie silniejsi, ale to jeszcze nic wobec faktu, że jedynym sposobem powstrzymania demonów jest spełniona miłość księdza redemptorysty i dresiary. Pan Bóg jest oczywiście wszechmogący, ale nie wiadomo czy wystarczy Mu poczucia humoru... Lewandowski zebrał cały swój talent satyryczny, doświadczenie literackie oraz wiedzę filozoficzną i teologiczną by pół żartem, pół bardzo serio rozliczyć się z historią i teraźniejszością swojego rodzinnego miasta. fragment: No a ten się czepia! Duch dziejów jeden! Znalazłby sobie, kurcze blade, jakąś kryptę i szczękał w niej łańcuchami. Albo lepiej do Muzeum Wojska Polskiego poszedłby straszyć. Widmo husarza ze złamanym skrzydłem, snujące się po salach to nie byle jaka atrakcja turystyczna, w sam raz na Europejską Noc Muzeów. On mógłby się wykazać napędzając frekwencję kulturze narodowej, a ja miałbym święty spokój! Chyba sobie na niego zasłużyłem skoro zostałem zbawiony, nieprawdaż? Co to ja w czyśćcu jestem, czy jak?! Leżę więc sobie na cieplutkim nagrobku, tak mi miło, rozkosznie, czasu nie liczę, bo i po co? Nie myślę o niczym, zupełnie jakbym na polach elizejskich albo w buddyjskiej nirwanie się znajdował, ekumenizm full wypas, a ten husarz skubany nagle staje nade mną i oznajmia grobowym głosem: Post mortem est nulla voluptas, znaczy że po śmierci nie czas na przyjemności! A lećże sobie w Światłość kolego, na zdrowie, ja tu jeszcze poleżę! Wypowiedź Autora: 'Są takie chwile w życiu pisarza, że coś go tak wkurzy, że musi z tego powstać książka. W przypadku 'Anioły muszą odejść' takim zdarzeniem był opublikowany w sierpniu 2008 roku w 'Naszym Dzienniku' wywiad z księdzem doktorem Józefem Bartnikiem, który oznajmił, że klęska Powstania Warszawskiego była osobistą zemstą Matki Boskiej za niedostatek czci. Doszedłem do wniosku, że coś takiego mógł powiedzieć tylko człowiek opętany przez demona.'

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Konrad T. Lewandowski ANIOŁY MUSZÑ ODEJÂå Copyright © 2011 by Konrad T. Lewandowski All rights reserved. Copyright for the Polish Edition © 2011 G + J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. Co. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15 Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42 faks 22 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77 Redakcja: Anna Wawryszuk Korekta: Jadwiga Pillar, Maria D. Talar Projekt okładki: Natalia Baranowska Redakcja techniczna: Mariusz Teler ISBN: 978-83-7778- 088-6 Skład i łamanie: Katka, Warszawa Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w  jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w  wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich. I. Husarz Bolało? I tak, i nie. Kiedy kula wchodzi w ciało, a uderzenie człowieka nie zamroczy, to jakby ukłuł cierń. Dopiero po chwili zdajesz sobie sprawę, że to już. Kiedy w  bitwie krew gorąca, gdy myśli się tylko o tym, że zwycięstwo – już prawie na wy- ciągnięcie ręki – niespodzianie zaczyna się oddalać, rzecz wydaje się całkiem błaha, ot, pewnie kamień spod kopyt pędzącego przodem towarzysza w napierśnik pancerza ude- rzył. I nagle spada ta słabość, kopia zaczyna ciążyć w ręku, a ciało przestaje słuchać woli. In Bellonae hortis nascuntur se- mina mortis, jak mawiał nasz ksiądz kapelan. Kolejne ziarno śmierci wzrasta w ogrodach Bellony, bogini wojny mężnych Rzymian. Ostatnią godziną mego ziemskiego życia była pierwsza po południu 31 lipca 1705 roku. Poległem na brzegu rzeki Drny, w drugiej bitwie o Warszawę, jak to w twoich czasach mówią, tam, gdzie dla cię od zawsze był dworzec kolejowy Warszawa Główna i Muzeum Kolei. Walczyłem za prawo- witego króla Augusta przeciw stronnikom uzurpatora Lesz- czyńskiego, wspieranego przez Szwedów. Kula z muszkietu dosięgła mnie w drugiej szarży na nieprzyjacielskie szyki, do której prowadził nas pan Stanisław Chomętowski her- bu Lis, wówczas starosta radomski, później hetman polny koronny. Nikt z nas nie wiedział, a i teraz w podręcznikach 5 szkolnych tego nie piszą, że to była ostatnia szarża husa- rii. Szwedzi pomścili Kircholm w setną rocznicę tej bitwy. Ostatni blask przesławnej jazdy polskiej zgasł właśnie wte- dy pod Warszawą, niczym błędny ognik na bagnach Drny. Nam ducha nie zabrakło, o  nie! Pierwsza nasza szarża złamała szyki wojsk generała Nierotha, jakbyśmy młody las stratowali. Na nic szeregi muszkieterów plujących ogniem w oczy, na nic chylący się ku nam las pik. Połamaliśmy je jak chmielowe tyczki, przetaczając się po zielonosiwych wolskich błoniach niczym błyskająca stalą burza. Obeschłe w letnich upałach moczary za rogatką jerozolimską nie by- ły nam przeszkodą. Doszliśmy, uderzyliśmy i już się zdawa- ło, że weźmiemy srogi odwet za niedawną hańbę pod Kli- szowem, ale Szwedzi ustali, jakby z diabłem w zmowie. Na przekór wszystkiemu dotrzymali nam pola. Miast pierz- chać, szwedzka piechota sprawnie ustawiła nowy front, równoległy do kierunku naszej szarży, a kiedy myśmy już pierwszy impet stracili, oni odparli nas gradem kul i sami ruszyli do ataku. Minęły przesławne czasy Byczyny, Kir- cholmu, Trzciany i Wiednia. Nihil semper floret. Nic nie kwit- nie bez końca. Teraz znów, jak pod Kliszowem, Szwedzi drwili, krzy- cząc, że z  nas zające żelazne! Zniewagi tej nie ścierpiaw- szy, zawinęliśmy się i  rzuciliśmy do jeszcze jednej szarży, lecz już w zbyt wielkim nieładzie oraz zbyt małej liczbie, by wroga przemóc i  zwycięstwo odnieść. Wtedy to wła- śnie, gdyśmy rozpędzoną masą koni, ludzi i zbroi, ze świ- stem husarskich skrzydeł przez Drnę przelatywali, wyrzu- cając z brzegów spienioną wodę, żołnierski termin na mnie przyszedł. 6 Zrazu więc nie bolało. Tylko to uderzenie krzyże mi z nagła w łęk siodła wcisnęło, kopia zaś, trafem jakimś po pierwszym starciu wciąż cała, dziwnie zaciążyła w  ręku, opadła, dziobnęła grotem w ziemię i nim się złamała, wy- rwała mię z  siodła i  strzemion, że jak wór jakiś nad koń- skim łbem przeleciałem, łopocząc husarskimi skrzydłami, które właśnie anielskimi się stawały. Gdy wyrżnąłem o zie- mię, jedno się złamało. Jeszcze wstawać chciałem. Na czworaki się podniosłem, ale dech, co mi go upadek zabrał, powrócić nie chciał. Za to w gębie poczułem pełno krwi i pojąłem, że mnie postrze- lili. I  dziurę w  napierśniku dostrzegłem. Chciałem oddy- chać, a nie można było. Teraz dopiero zaczęły się ból i du- chota. Modlić się ani ze strachem przedśmiertnym walczyć nie ma jak, gdy ciało ludzkie zamienia się w zwierzę, któ- re tylko o życie skomli. Szczęściem, męka mojej agonii nie trwała długo, bo towarzysze jadący z tyłu miłosiernie mnie potratowali, że zaraz wszystko się zapadło w  ciemność. Śmierć przyszła, kiedy nieprzytomny leżałem. Taki był mój ziemski koniec. Początek zaś był w  Wil- czynie, niedaleko Gniezna, gdzie 5 maja roku Pańskiego 1670 światło dzienne ujrzałem. Na chrzcie świętym dano mi imiona Jan i Seweryn po zacnych przodkach moich z ro- du Mierzejewskich herbu Szeliga. Do stanu żołnierskiego przeznaczył mnie ojciec, a przystałem na to z ochotą, bo- wiem od lat najmłodszych powołanie do wojaczki czułem. I stało się tak, że w wieku dwudziestu jeden wiosen pod sa- mym wielkim królem Janem na trzecią wyprawę mołdaw- ską ruszyłem. Mój chrzest bojowy był pod Peresytą, tam pierwszy raz proch i  krew wąchałem. Potem Kamieniec 7 Podolski się oblegało, aż wreszcie w 1699 roku, już za kró- la Augusta to było, do twierdzy tej, po ponad ćwierćwieczu z rąk tureckich odebranej, z moją chorągwią husarską wje- chałem, czując w ustach smak wielkiego zwycięstwa. Zda- wało się wtedy, że nie masz przed Rzecząpospolitą Oboj- ga Narodów żadnych przeciwności ani wrogów, którym by Najjaśniejsza sprostać nie mogła, lecz były to już ostat- nie przebłyski jej chwały i majestatu. Ponure otrzeźwienie przyszło trzy lata później pod Kliszowem. Pierwsza klęska – jej gorycz przyszło mi pełną gębą wypić, dla ojczyzny to był cios w samo serce, który powalił ją na wieki, wydając na igraszki i łup sąsiadów. Pewnie o tym nie wiesz? Ja też wte- dy nie wiedziałam, lecz to od Kliszowa zaczęły się rozbio- ry. Po tej bitwie Polska i Litwa przestały stanowić o sobie. Król, dwór, znaki i chorągwie już tylko pozorem się stały, a nim wiek minął, i to nam zabrano. Źle, że o Kliszowie nie wiesz. Nie wypada o klęskach największych milczeć, bo się będą powtarzać. Uwierz mi, wiem, co mówię. Ja, Jan Sewe- ryn Mierzejewski herbu Szeliga, towarzysz husarski, prze- żywszy lat ziemskich trzydzieści pięć, byłem żołnierzem ostatniego zwycięstwa i pierwszej klęski. Ipsaque mors nihil. Sama śmierć niczym. Ocknąłem się ze śmierci w wodach Drny. Życie zawsze zaczyna się w wodzie. Rośliny, zwierzęcia, człowieka czy anioła – bez różnicy. Siedziałem nagi, obejmując ramionami kolana. Za mną, na błotnistym brzegu zalegały zdeptane kopytami szu- wary, trawa, sitowia, ale woda wokół mnie była już czysta, niezmącona. Niespieszny nurt warszawskiej rzeczki się- gał mi do piersi i po prostu przenikał przeze mnie, a ciało 8 nie stawiało mu żadnego oporu. Jakaś mała rybka przepły- nęła wprost przez moją łydkę. To była pierwsza niezwykła rzecz, jaką spostrzegłem po drugiej stronie śmierci. Odga- dłem, że jestem duchem, ale pomyślałem też, że wolałbym jednak, żeby było po staremu. I moje ciało natychmiast sta- ło się dla wody nieprzepuszczalne. Nurt napotkał we mnie przeszkodę, zaczął mnie omywać, zaszemrał, a ja odczułem jego przyjemny chłód. Dobrze jest się ochłodzić po bitwie w samym środku lata. Jeszcze nie całkiem pojmowałem, co się ze mną stało. Nie umiałem zadawać pytań ani porządkować postrzegania. Pomyślałem sobie, że skoro żyję, to trzeba jednak wracać do boju. Wstałem więc szybko i  się rozejrzałem, szukając jakiegoś przyodziewku i broni. Ponieważ wcześniej nie określiłem wyraźnie, w  ja- ki czas chcę patrzeć, nieuporządkowane obrazy spadły na mnie bezładnym wirem, aż mi się od nich zakręciło w gło- wie. Oto była bitwa i było przed bitwą, a zarazem po bitwie. Widziałem, jak starosta Chomętowski jako ostatni ustępu- je z pola z resztkami swych rozstrzelanych chorągwi. I pa- trzyłem równocześnie na to, jak uzurpator Leszczyński ze swoimi poplecznikami i szwedzkimi oficerami następnego dnia objeżdża pole bitwy, która dała mu koronę Polski. Z ła- ski króla Karola XII, nie z  Bożej! Migały też wydarzenia o wiele wcześniejsze i późniejsze, których nie rozumiałem. Wizje zatrzymały się wreszcie na uprzątaniu pobojowi- ska. Zobaczyłem, jak miejscy pachołkowie kładą do płytkiej mogiły mojego trupa, obdartego przez zwycięskich Szwe- dów do samej koszuli – dziurawej, zakrwawionej i  prze- poconej nie chciało im się brać. Pochówek był pospieszny, 9 bez księdza. W letnim skwarze nie było czasu na ceregie- le. Grób wykopano tam, gdzie dzisiaj biegną tory kolejowe, teraz więc wisiałby on w powietrzu. Kości moje pożółkłe, półtora wieku później odkryli budowniczowie Kolei War- szawsko-Wiedeńskiej. W kwaśnym, bagiennym błocku nie zachowała się czaszka, a żebra i piszczele zgliwiały, zetlały tak, że robotnicy nie byli już pewni, czy to szczątki ludzkie. Jedni mówili, że był ze mnie duży pies, drudzy – że chory cielak. O bitwie 1705 roku nie słyszał nikt, nawet sam pan inżynier Wilski, którego do wykopu przywołano. On uznał, że to jednak człowiek chyba był, kto wie, może nawet pol- ski żołnierz 1831 roku – tę bitwę na polach Woli jeszcze wszyscy dobrze pamiętali, więc sprowadzono ojczulka ber- nardyna z  pobliskiego cmentarza świętokrzyskiego, który szczątki moje w worek zgarnął i pod murem zagrzebał, od- mówiwszy nad nimi prędki pacierz. Tyle miałem egzekwii. Dzisiaj już tylko pojedyncze okruchy ze mnie gdzieś pod asfaltem ulicy Świętej Barbary się poniewierają. Tak skoń- czyła się historia mego doczesnego ciała. Kiedy tkwiłem, ciągle nagi, nad własną świeżą mo- giłą bez krzyża, naszła mnie wreszcie pierwsza trzeź- wa myśl, cóż dalej mam począć w  tym pośmiertnym ży- ciu? Czemu to nie dostąpiłem światłości wiekuistej, tylko wciąż, choć dla innych niewidzialny, na tej ziemi byłem? Jeżeli w  czym zgrzeszyłem, czemu to czyśćcowy profos po mnie nie przychodzi? Piekła się nie bałem. Od począt- ku bowiem czułem, że piekło nie jest dla uczciwego hu- sarskiego towarzysza, który póki krwi w żyłach w obronie ojczyzny i świętej katolickiej wiary stawał przeciw turec- kim pohańcom i szwedzkim heretykom, lęku nie okazując 10 nigdy, choć tak szczerze powiedziawszy, przed bojem spie- trał się nieraz. Zadanie miałem tutaj do wykonania! Ta wiedza spłynę- ła na mnie jakby objawienie. I nim była. Ale jakie zadanie? Gdzie? Z kim w sojuszu, a przeciwko komu? Tego kazano mi samemu dojść, rozpatrzeć się w tych zaświatach, wska- zując na początek drogę poprzez czas. Wyruszyłem zatem jako duch anioł z  wolskiego pobo- jowiska o  świtaniu, 1 sierpnia 1705 roku czasu ziemskie- go. Sam, choć dusz do mnie podobnych musiały tutaj być setki. Widziałem tylko grabarzy krzątających się w pośpie- chu i  nieprzykładających się zbytnio do swej roboty. Byle więcej, byle prędzej, byle psy nie odgrzebały i nie rozwłó- czyły kości, bo za to kara. Nie dziwiło mnie, że jestem sam, bo tu każdy wszak podążał własną drogą, ku nagrodzie lub odpłacie, więc towarzystwa nie sposób było znaleźć, chy- ba że z Bożego rozkazu. A cknić, to mi się nie ckniło ani trochę. Nigdy nie byłem bardziej spokojny. Życie moje się wszak spełniło, i to dobrze spełniło. O rodzinie i bliskich po prostu nie myślałem. Oni tam w ręku Boga, a ja im już na nic. Po tym spokoju ducha, po tej ufności poznałem, iż jed- nak zostałem zbawiony. A  że nie od razu przed obliczem Światłości kazano mi się stawić, znów nic w tym dziwnego, przecie każdy anioł inny, inną drogą do Boga szedł i idzie, tylko że teraz już bez lęku i zwątpienia, ufny, że dojdzie. Na początek myślą jedną sprawiłem sobie przyodzie- wek, bo choć już cały ziemski wstyd odleciał i znów było jak w raju przed upadkiem pierwszych rodziców, to jednak ludzkie przyzwyczajenie drugą naturą anioła, zatem w por- tkach zawsze pewniej. Ubranie okryło mnie, gdy tylko tego 11 zapragnąłem. Nic wyszukanego. To, w czym lubiłem w ro- dzinnym domu odpoczywać po obiedzie – spodnie z  brą- zowego adamaszku, lniana koszula, luźny kaftan aksamitny i dobrze rozchodzone trzewiki z miękkiego safianu. Jeszcze tylko podwinąłem rękawy i poczułem się jak w niebie. Pierwszym moim przewodnikiem w  zaświatach został wesoły motyl cytrynek. Nadleciał, zamigotał złotymi skrzydełkami, zawirował koło mnie i już wiedziałem, że trzeba mi pójść za nim. Cy- trynek poleciał nad Drnę. Wszedłem tedy w wodę bez wa- hania, ale ona tym razem mnie nie zmoczyła, lecz uniosła, jakbym wstąpił na miękki leśny mech, i poszedłem wzorem Zbawiciela po wodzie, razem z nurtem, w dół rzeki. Teraz ten spacer byłby wzdłuż ulic Towarowej i Okopowej, które tu później wytyczono, wykorzystując Drnę do wypełnienia fosy okopów marszałka Lubomirskiego. Idąc tak sobie po powierzchni rzeki i  sięgając myślą w  przyszłość, w  istocie z  każdym krokiem zstępowałem w  głąb czasu. Brzegi dziczały, domostwa i  pola uprawne znikały z  oczu, wypierane przez coraz rozleglejsze olszy- ny, a mokradła wzdłuż brzegów stawały się coraz szersze. Cytrynek polatywał zygzakiem nad środkiem nurtu, pro- wadząc mnie w przeszłość. Parę razy przewodnika mojego pstrągi pochwycić chciały, z pluskiem z wody wyskakując, lecz on im zgrabnie tuż przed rozwartym pyskiem umykał, z Bożej woli dla zakusów ryb nieuchwytny. Pojąłem już, że anioł wie to, co chce wiedzieć, oraz to, co wiedzieć powinien. Stąd też byłem w pełni świadom co- fającego się czasu. Idąc za cytrynkiem, szybko wkroczyłem z powrotem w siedemnaste stulecie, które dla mnie dopiero 12 co przeminęło. Kiedy doszedłem do ulicy Wolskiej, znów był potop szwedzki – spostrzegłem dymy na horyzoncie i doleciał mnie grzmot dział w bitwach, w których sześć ra- zy Warszawę z rąk do rąk wydzierali sobie Szwedzi, Pola- cy, Brandenburczycy i  Madziarzy Rakoczego. Potem, przy dzisiejszym cmentarzu żydowskim, usłyszałem kościelne dzwony – ich biciem, na rozkaz burmistrza Drewno, starano się przegnać morowe powietrze 1624 roku. Dalej wszedłem w czas spokojny złotego wieku Rzeczy- pospolitej. Bagna i nieużytki znikły jak mgła, nad Drną za- roiło się od młynów, browarów, foluszy tłukących wełnę na filc, garbarni, cegielni. Wszędzie krzątało się mnóstwo lu- dzi, którzy mnie nie widzieli, ale mogli zobaczyć, gdybym tylko zechciał, lecz nie zamierzałem próżnego widowiska wywoływać. Bardziej zajęła moje myśli rzecz taka, że oto im głębiej w przeszłość, tym dostatniej i lepiej się ludziom żyło, choć podobno winno być odwrotnie. Jakże to? Jak to się stało, że im to miasto większe, tym gorsze nieszczęścia je spotykały? Poczułem, że odpowiedź dostanę wkrótce i tu się kryje cel mojej wędrówki i nowe przeznaczenie. Podążając za cytrynkiem, zszedłem z  rzeki w  miejscu, gdzie teraz masz Arkadię przy rondzie Babki i Radosława. Kawałek stromego brzegu zachował się tutaj do dziś. Wte- dy, wdrapawszy się na górę, trafiłem wprost na rozciągają- ce się za wsią Nalewki cegielnie i glinianki, które z czasem Stawkami przezwano. Motyl pokazał, że mam iść do wsi, po czym odleciał ku słońcu i w nim zniknął. Ja zaś spostrzegłem, że czas prze- stał się cofać. Był teraz początek lata 1526 roku, dzień 25 czerwca, wczesny poranek. W  Nalewkach zastałem 13 poruszenie, ludzie wychodzili z domów i gromadnie zmie- rzali ku Warszawie. Zwykłym ich zajęciem było dostar- czanie do miasta wody z  tutejszych źródełek, lecz dzisiaj beczki i czerpaki-nalewki, od których nazwa wioski i ulicy wzięła początek, pozostały bezczynne. Stałem się dla miejscowych jawny i  spytałem grzecz- nie, dokąd idą. Odpowiedzieli mi, że pod miejskie mury, na miejsce straceń, gdzie dziś miano spalić żywcem dwie trucicielki, osądzone za zbrodnię popełnioną na jaśnie oświeconym księciu mazowieckim Januszu, ponoć z  pod- puszczenia samej królowej polskiej Bony. Poszedłem więc z  mieszkańcami Nalewek pod mur Barbakanu, na placyk Piekiełko, gdzie z  woli Bożej byłem świadkiem, jak nad Warszawą rozwierają się wrota piekieł. Żołnierzem będąc, człek do gwałtu przywyka. Anioł zaś z natury swojej jest już ponad ziemskie sprawy. Jednak jest taki bezmiar okrucieństwa i  niesprawiedliwości, który po obu stronach granicy życia i śmierci woła o pomstę do nie- ba i piekła. Obie były niewinne. Sędziowie ich i oskarżyciele dobrze to wiedzieli, ale działali z perfidnym rozmysłem, przepro- wadzając polityczną intrygę. Po bezpotomnej śmierci ksią- żąt Stanisława i Janusza, zgodnie z zawartą wcześniej umo- wą dynastyczną, Mazowsze miało zostać przyłączone do Korony, a  król Zygmunt Stary osobiście objąć rządy nad Warszawą. Ten plan postanowili jednak przekreślić mazo- wieccy wielmoże, którym nie w  smak było umniejszenie ich władzy i  wpływów na rzecz urzędników królewskich z Krakowa. Wbrew umowie ogłoszono więc ostatnią z ro- du, młodą niezamężną Annę, księżną panią dziedziczką 14 Mazowsza, a nawet zdołano namówić króla Czech i Węgier do poparcia tych pretensji. Król Polski jednakże odrzekł, że bezprawia tolerować nie zamierza i zgodnie z umową przy- będzie do Warszawy, by objąć władzę w mieście oraz na ca- łym Mazowszu. Wojna Mazowsza z  Koroną, piastowskiego księstwa z mocarstwem Jagiellonów, nie wchodziła w grę, z góry wia- domo, kto by ją prędko wygrał. Jedynym sposobem, żeby powstrzymać króla Zygmunta przed uroczystym wjazdem do Warszawy, było wiarygodne oskarżenie jego małżon- ki Bony o trucicielstwo, o co wówczas powszechnie miesz- kańców Italii podejrzewano. Zatajono więc przed ludem, że książę pan zmarł na suchoty, postępujące szybko wskutek opilstwa i  hulaszczego życia, a  zaczęto szerzyć potwarze. Aby ów szatański plan przeprowadzić do końca, należało pokazać światu winnych zadania trucizny i przymusić tych oskarżonych do wyznania, że działali z poduszczenia królo- wej Polski. Na ofiary wybrano dwie przypadkowe służki na- dworne – piekarkę Krystynę, której imienia ludzka historia nie przechowała, lecz anielska tak, oraz Dorotę Klimaszew- ską ze stanu wolnych kmieci, zatrudnioną na książęcym dworze do dbania o pańską pościel. Specjalnie wzięto per- sony nieszlachetnie urodzone, aby nikt się za nimi nie ujął, do tego niepiśmienne i praw swoich nieświadome. Żadna na wielkich sprawach tego świata się nie rozumia- ła ani je znała. Tym bardziej niepojęta dla nich była krzyw- da, która je spotkała. Zwłaszcza zaś krzywda tak okrutna. Spalenie żywcem to śmierć straszna, ale ich los był o wiele okropniejszy. Obie nieszczęsne z wolna upieczono żywcem, co trwało cztery godziny, zamiast kilku pacierzy, 15 jak na zwykłym stosie bywa. Do tego wcześniej, na tor- turach chciano wymusić na nich fałszywe zeznania. Jakże jednak dwie proste białogłowy mogły wiarygodnie oskar- żyć osobę, o której ledwie co słyszały? Tym bardziej że tu- taj szło o wielką polską królową, więc oskarżenie musiałoby potem ostać się w  Rzymie, przed niezależnym papieskim sądem. Nieszczęsne plotły na mękach od rzeczy to, co jak mniemały, badający chcieli od nich usłyszeć, i na przemian błagały o litość. Zeznania nie trzymały się kupy, więc bez- silna wściekłość instygatorów–oprawców jeszcze bardziej rosła. Skoro tortury nie pomogły, nie dopuszczono do udrę- czonych dusz księdza i  nie opatrzono ich przed śmiercią świętymi sakramentami. Kiedy zaś i  ta metoda zawiodła, postanowiono, że Krystyna i  Dorota będą umierać powo- li, jak najwolniej, aby w zamian za skrócenie męki z ognia wykrzyczały pomówienia, które choć trochę uwiarygodnią plotki rozpuszczane od miesięcy przez książęcy dwór, że Stanisław i Janusz oraz ich matka Anna zmarli od trucizny zadanej im na rozkaz Bony, pragnącej Mazowsza dla swoje- go syna. Stałem w tłumie i patrzyłem. Warszawska gawiedź kar- miona od tygodni fałszywymi plotkami wierzyła w  winę skazanych bez wahania, lecz mogła przecież jeszcze oka- zać zwykłe miłosierdzie. Patrzyłem w ich oczy i serca, ale współczucie, jeśli jakie w  nich znajdowałem, było ślepe i głuche, nikt mu świadectwa nie dał. Nikt o skrócenie mę- ki nie zawołał. Wśród śmiechu i  wyzwisk, bez szacunku dla ich płci niewieściej przywiązano Krystynę i Dorotę nagie, ze zgolo- nymi głowami, jako psy na łańcuchach do wbitego w ziemię 16 pala. Drewno zamiast położyć pod nimi, ułożono wokół nich, po czym, odczytawszy haniebny wyrok, podpalono. Wybrano dobrze wysuszone i niesmolne szczapy, żeby dy- mu było jak najmniej i skazane nie zadusiły się przedwcze- śnie. Zrazu nieszczęsne biegały w kręgu płomieni jak sza- lone, z  zawodzeniem i  szlochem szukając miejsca, gdzie wzbierający żar lizałby je mniej okrutnie. Potem jedna za drugą usiłowały się chować, skutkiem czego ich łańcuchy splątały się, tak że w  końcu ani kroku nie mogły zrobić. Niewinnym i żywym przypadł los potępionych, do ogniste- go pieca wtrąconych. Skóra ich czerwieniała od oparzeń, pokrywała się bą- blami, aż po dwóch godzinach pieczenia stała się brązowa i  zaczęła pękać przy każdym ruchu i  odłazić. Przewrotny plan oprawców zawiódł jednak, gdyż od potwornego bólu obie kobiety postradały rozum i zamiast przeklinać królo- wą Bonę, czego się po nich spodziewano, zaczęły wyć jak wilki i nawzajem kąsać się zębami. Gadano w tłumie wokół mnie, że gardła sobie chcą przegryźć, aby męki swoje skró- cić, ale to nie była prawda, gdyż jednocześnie zrobić się te- go nie dało i jedna z nich musiałaby poświęcić się za drugą, a w żadnej z nich już tyle człowieczeństwa nie było. Jeszcze mniej ludzkości mieli w sobie gapie. Po pierw- szej godzinie kaźni ustały drwiny, patrzono w ciszy, fascy- nując się męką ze skrywaną radością, że to kogo innego spo- tkało. Tracone niewiasty tylko skuczały monotonnie. Tureccy bisurmani i  Tatarzy znają litość, widziałem i  mogę o  tym zaświadczyć. Nawet poganie z  krajów naj- dzikszych wiedzą, co to miłosierdzie, przynajmniej niektó- rzy z  nich. Jakże mam porównywać z  nimi mieszkańców 17 stolicy mazowieckiego księstwa, gdzie nikt tego dnia lito- ści nie okazał? Za życia doczesnego, prawym rycerzem i  człowiekiem sumienia będąc, do takiej potworności nigdy bym nie dopu- ścił, prędzej by mi zginąć przyszło. Teraz jednak nie mia- łem już wolnej woli. Przeznaczono mi rolę świadka, nie wy- bawcy. To sędziowie i kaci wolną wolę mieli, lecz użyli jej, by uczynić przeogromne zło, a  Bóg patrzył na nie moimi oczami. Nikt nigdy na świecie, nawet sam Zbawiciel, aż tak okrutnie doświadczony nie został jak te dwie istoty. Czy można się tedy dziwić, że oto na Warszawę, która tego dnia okazała się gorsza od Sodomy, albowiem ani jeden sprawie- dliwy się w  niej nie znalazł, spadło ciężkie przekleństwo i  ta klątwa nad nieszczęsnym miastem zawisła na wieki. Działanie owej klątwy pod postacią szwedzkiej kuli dosięg- ło i mnie. W ostatnich minutach życia, kiedy spalona całkiem skó- ra stała się już nieczuła na ból, Krystyna Piekarka i Doro- ta Klimaszewska odzyskały jasność umysłów i  w chwili mrocznego natchnienia wyrzekły się Boga, który je opu- ścił, i poprzysięgły Szatanowi, że jeśli Zły Duch wybawi je od dalszej męki i da im swą moc, to obie nie spoczną w je- go służbie, dopóki cała Warszawa wraz z mieszkańcami nie podzieli ich losu i nie sczeźnie w cierpieniu i ogniu. Piekło przyjęło ten hołd i serca obu niewiast pękły z go- rąca. Klimaszewska i jej towarzyszka stały się demonami – duchami zniszczenia tego miasta, jego czarnym genius loci. Przez pierwszy wiek od śmierci zbierały w zaświatach si- ły, po czym przystąpiły do wypełniania zemsty. Zaczęły od wywołania zarazy w stulecie popełnionej na nich zbrodni. 18 Skrzywdzone i udręczone, a już zapomniane, z furią przy- pominały o  sobie, wlokąc do grobów tysiące warszawian i zmuszając dwór królewski do opuszczenia stolicy. Zaraza wygasła w 1626 roku tak jak ogień, w którym zginęły. Po morowym powietrzu demonice zaczęły sprowadzać na miasto nowe klęski, każdą straszniejszą od poprzedniej, wytrwale dążąc do starcia Warszawy z powierzchni ziemi. Uparte, nieubłagane i z każdym wiekiem bliższe spełnienia swego planu. Dość powiedzieć, że po wojnie ze Szwedami i stronnikami Leszczyńskiego, w połowie której zginąłem, w  1709 roku przez Krakowskie Przedmieście przejechać się nie dało z powodu zawalenia ulicy gruzem, a wychudłe psy wyły na ruinach i pogorzeliskach, jakich za poprzednie- go szwedzkiego potopu jeszcze nie oglądano. W tym psim wyciu słychać było upiorny śmiech Klimaszewskiej, a  to przecież było nic w  porównaniu z  tym, co wydarzyło się w XX wieku. Teraz już wiesz, z jakiej racji. Czemu mi tę przeszłość i przyszłość pokazano? Jaki był w tym Boży plan? Miałem spokojną ufność, że się tego do- wiem. Gdy pod Barbakanem ucichły jęki zadręczonych nie- wiast, na skurczone trupy nagarnięto żar, żeby się dopali- ły, a  nażarta cierpieniem gawiedź poczęła się rozchodzić, z basowym pomrukiem na rękawie koszuli osiadł mi gruby, czarno-złoty trzmiel. Pora była iść dalej. II. Leniwiec nagrobny i spółka Najpiękniejsze na Woli są zamglone zachody słońca późną jesienią, zwłaszcza 1 listopada o godzinie szesnastej, oglą- dane z  przystanku tramwajowego przy ulicy Sowińskie- go. Czerwony krąg o rozmazanych brzegach zapada wtedy za horyzont dokładnie na przedłużeniu linii torów. W efek- cie tramwaje jadące od Powstańców Śląskich zdają się wy- jeżdżać wprost ze słońca. Lubię tam wtedy być. Wyłączam percepcję ludzi i zjaw, tłumy znikają, a ja patrzę na puste wagony, które wyłaniają się z  tarczy rozgrzanego do czer- woności, lecz zimnego złota, z wolna zbliżają się, przejeż- dżają przeze mnie na przestrzał i przepadają gdzieś z tyłu. Przemijają. Fajnie jest nie przemijać. Jeszcze fajniej odpoczywać bez końca. Ów aspekt ży- cia pozagrobowego cenię sobie najbardziej. Jan Seweryn też mógłby czasem tego spróbować i  wrzucić na luz, ale nie, jego stale gdzieś nosi. Ostatnio, wyobraźcie sobie, ten na- rwany husarz z ADHD znów się do mnie przyczepił i Le- niwcem mnie przezwał. Powiada, że larum grają, a ja się na nagrobku wyleguję! A  niby gdzie mam leżeć? W  trumnie ciasno i niehigienicznie, a na wygrzanej w słońcu lastryko- wej płycie sama rozkosz! Przy tym tak tu sobie upływ cza- su reguluję, żeby majowe słoneczko cały czas nade mną 20 milutko przygrzewało. Żadnego deszczu ani śniegu, zawsze błękitne niebo, a na nim obłoczki baranki… Mógłbym tak leżeć i  kontemplować je całą wieczność, myśląc o  niebie- skich migdałach. I to właśnie robię. Tylko pierwszego listo- pada, dla odmiany, idę sobie na mały spacerek na przysta- nek tramwajowy. Jak święto, to święto. Ciepło, przyjemnie, niebo błękitne nade mną, prawo moralne też na swoim miejscu. Czego można chcieć jesz- cze? Trochę tu sobie przysypiam takim błogim półsnem, kiedy się czuje, że się śpi i wypoczywa. Czasem sobie śnię na jawie, lecz tylko trochę, bo marzyć już właściwie nie ma o czym, skoro wszystko spełnione. Muzyki można jeszcze posłuchać. Podoba mi się ów zwyczaj, że podczas pogrzebów ktoś ze skrzypkami staje kilkadziesiąt kroków od konduktu i rzępoli coś nastrojowe- go. Za życia zawsze coś tam grajkom do futerału wrzuca- łem. Zaprawdę powiadam wam, cmentarze bez melancho- lijnej muzyki nie oferują pełnego komfortu życia wiecznego, można im przyznać najwyżej trzy gwiazdki, a przeważnie kwalifikują się na status hotelu robotniczego, z potępieńca- mi drącymi mordy jak proletariat po wypłacie. Ech, u nas na Woli to się dopiero nie żyje! No, a ten się czepia! Duch dziejów jeden! Znalazłby so- bie, kurczę blade, jakąś kryptę i szczękał w niej łańcucha- mi. Albo lepiej do Muzeum Wojska Polskiego poszedłby straszyć. Widmo husarza ze złamanym skrzydłem snują- ce się po salach to nie byle jaka atrakcja turystyczna, w sam raz na Europejską Noc Muzeów. On mógłby się wykazać, napędzając frekwencję kulturze narodowej, a  ja miałbym święty spokój! Chyba sobie na niego zasłużyłem, skoro 21 zostałem zbawiony, nieprawdaż? Co to ja w czyśćcu jestem, czy jak?! Leżę więc sobie na cieplutkim nagrobku, tak mi miło, rozkosznie, czasu nie liczę, bo i po co? Nie myślę o niczym, zupełnie jakbym na Polach Elizejskich albo w buddyjskiej nirwanie się znajdował, ekumenizm full wypas, a  ten hu- sarz skubany nagle staje nade mną i  oznajmia grobowym głosem: Post mortem est nulla voluptas, znaczy, że po śmierci nie czas na przyjemności! A lećże sobie w Światłość, kole- go, na zdrowie, ja tu jeszcze poleżę! No, ale się nie dało. Co począć, skoro to misja od same- go Naczelnego. Tak, wiem, wiem… Już wiem. Objawienie spływa i wszystko jasne. Anioły tak mają. Właśnie dlatego, że wiem to i owo, Naczelny przysłał imć pana Jana Seweryna Mierzejewskiego herbu Szeliga akurat do mnie. Sam Jan Se- weryn, nieszczęsna ofiara polskiego systemu edukacji w do- bie baroku i nocy saskiej, tylko sentencje łacińskie cytować potrafi, to całe jego wykształcenie, które mu w jezuickim ko- legium ojczulkowie dębowym liniałem w głowę wbili, zanim do wojska poszedł. Czytać to on, między nami mówiąc, le- dwie co duka, a z pisaniem też nie lepiej. Człek szczery jak złoto, ale ciemny jak tabaka w rogu. Zaczął anielską karierę w poczuciu życiowego niespełnienia, misji się mu zachciało i zaraz nadział się na problem teologiczny, który go przerósł o  długość kopii z  proporcem, to się teraz miota jak polter- geist, a jeszcze innych za sobą ciąga. I po tośmy szli do raju?! Dobrze już, dobrze! Naczelnego wola, większe dobro i tak dalej… Ale mnie się oczy kleją! Najchętniej wywiesił- bym na bramie cmentarza tabliczkę: „Nie budzić aniołów!” i obrócił się na drugi bok… Zieeew! 22 Cóż począć, skoro pospać snem wiecznym nie da- ją? Jeżeli mam przestać bawić się w nieskończone zapętla- nie czasu i dać mu normalnie płynąć, to żeby się dobudzić i oprzytomnieć, zacznę może opowiadać po kolei. Od tego momentu, kiedy się ocknąłem po własnym pogrzebie, le- żąc w deszczu na nagrobnej płycie. Egzystencja zawsze za- czyna się od wody, ale pierwsza rzecz, którą tu zrobiłem, to porządek z wilgocią. Zażyczyłem sobie słoneczka i zro- biło się jasno i ciepło. Nic mi więcej do szczęścia nie było trzeba. Musiałem się niewąsko w życiu zmęczyć, skoro te- raz już literalnie nic a nic mi się nie chciało. Nawet wrodzo- na ciekawość opadła ze mnie, no prawie. Cmentarze po tej stronie bytu to miejsca bardzo interesujące pod względem towarzyskim, można tu spotkać mnóstwo ludzi niezastąpio- nych, ale mnie do pośmiertnych znajomości specjalnie nie ciągnęło. Zwłaszcza że mam potępioną sąsiadkę parę grobów da- lej. Kompletnie zidiociała stara baba nie wie, że umarła, i bez końca wrzeszczy, jak bardzo nienawidzi synowej, któ- ra ją tu samą zostawiła, jeść nie daje i  rozmyślnie głodzi. Przypadek klasyczny, jak z wizji Swedenborga. Nie muszę jej słyszeć ani widzieć, jeśli nie chcę, ale akurat ona pierw- sza mi się napatoczyła, bo jak się już trochę w poprzek cza- su pobyczyłem, to zachciało mi się jednak po nowym miej- scu zamieszkania co nieco rozejrzeć. Ciekawość w  moim przypadku to nie był stopień, ale całe schody do nieba, więc jednak trochę mi jej tu zostało. Ludzkie przyzwyczajenie drugą naturą anioła. Zacząłem zatem obserwacje od potępieńców, bo się narzucali. Doprawdy przepaskudna sprawa! Ponieważ 23 zostaliśmy stworzeni na obraz i  podobieństwo Naczel- nego, jesteśmy tak samo jak On nieśmiertelni i nieznisz- czalni. Jeśli ktoś za życia zrobi z  siebie śmiecia, to po śmierci będzie się non stop poniewierać, tłamszony przez własne skurwysyństwo. Wyjście poza własne ogranicze- nie nabyte za życia, post mortem jest niezwykle trudne, a  skończyć ze sobą nie można. Dla pewnych ludzi nie- śmiertelność jest jak brzytwa dana małpie, kaleczą się nią nieustannie. Innym, nie do końca zeszmaconym, jeszcze udaje się dokonać mozolnej autorefleksji i to właśnie jest czyściec. Do niektórych coś tam dociera. Na przykład ten gość z sąsiedniej alejki, który wie, że nie żyje, ale kompulsywnie to wypiera, skupiając się na pucowaniu własnego nagrob- ka. Każdy centymetr kwadratowy pieczołowicie poleru- je flanelową szmatką aż do lustrzanego połysku, wyrzeka- jąc przy tym bez końca na kiepskiej jakości marmur, że ma nie dość jasny połysk. Oczywiście, wszystko tylko w swojej wyobraźni, bo faktycznie jego grób jest z najtańszego lane- go betonu i od dawna tonie w kurzu oraz zeschłych liściach. Kiedy się drania rodzina wreszcie pozbyła i pochowała, to wszyscy głęboko odetchnęli z ulgą i nikt go już wspominać nie przychodzi. Delikwent czuje, że coś nieodwracalnego się z nim stało, ale nie chce poznać prawdy i ucieka w peł- noobjawową nerwicę lękową. Diabli prędzej czy później go znajdą i przyjdą sobie z nim poigrać. Że im się nie spieszy, to też część zabawy. Żal mi tego typa, coś bym dla niego zrobił, ale nie mam pojęcia co. Brak wiedzy po tej stronie oznacza, że sam Na- czelny nie życzy sobie, abym wiedział, a dokładniej, że to 24
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Anioły muszą odejść
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: