Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00252 009847 7515206 na godz. na dobę w sumie
Antologia Kursu Kreatywnego Pisania (PDF) - ebook/pdf
Antologia Kursu Kreatywnego Pisania (PDF) - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Kraków Miasto Literatury UNESCO Język publikacji: polski
ISBN: 1111111111112 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> proza
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Zapraszamy do lektury tekstów napisanych przez absolwentów pierwszej edycji Kursu Kreatywnego Pisania. To fragmenty opowieści, które właśnie powstają – lub być może powstaną w pełnej krasie pewnego dnia. Jest wśród nich historia o niemożliwej miłości, a także o ciemnych stronach tego, co czasem na wyrost określa się patriotyzmem; opowieść kryminalna w realiach pogranicza polsko-ukraińskiego czy wreszcie niesamowite przygody kobiety, która po 90. urodzinach postanawia zrealizować swoje marzenia. Zbiór otwierają trzy teksty, które zdaniem organizatorów szczególnie się wyróżniają, ale bez wątpienia każde z prezentowanych tu opowiadań zasługuje na uwagę i niejednym zaskoczy czytelnika. 
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

– 1 Spis treści WSTĘP | 4 TEKSTY WYRÓŻNIONE | 7 Ołena Cikuj – Rusałka Ahsan Ridha Hassan – Smutas Elżbieta Łapczyńska – Dystrykty | 8 | 16 | 25 POZOSTAŁE TEKSTY | 32 | 33 | 43 Małgorzata Babula – Piętno Anna Bąk – 30 pytań Hanny Natalia Doległo – My trzydziestoletni Anna Dutka – Marianna Joanna Fiakier-Krakowski – Love w krakowie Anna Jarmuła – Zginiesz w południe Maria Karpińska – Popłoch Przemysław Koza – Przechodziłem z tragarzami Jakub Statnik – Odśwież Monika Szylar – Przerwane rytuały | 106 | 84 | 99 | 50 | 77 | 59 | 68 | 91 Kurs Kreatywnego Pisania Miasta Literatury UNESCO | 112 Czy można nauczyć pisania? Bądź sadystą. Bez względu na to jak słodcy i niewinni są twoi główni bohaterowie, spraw, aby przydarzyły im się straszne rzeczy. — KURT VONNEGUT Nigdy nie otwieraj powieści opisem pogody. — ELMORE LEONARD Nie jesteś Proustem. Nie pisz długimi zdaniami. — UMBERTO ECO Rozciągaj plecy. Ból w krzyżu dekoncentruje. — MARGARET ATWOOD W Internecie roi się od porad dla początkujących pisarzy. W ich kolekcjonowaniu przoduje Maria Popova, autorka kultowego blo- ga Brain Pickings. Gromadzi tam całe listy wskazówek, rankingi, a nawet analizy nawyków najsłynniejszych autorów. Na blogu Po- povej można na przykład znaleźć zestawienie, w jakich godzinach najchętniej tworzyli wybitni pisarze (wynika z niego, że najbardziej produktywny czas to godziny wczesnoporanne). Dla odmiany Jonathan Franzen zalicza pytanie o porę dnia sprzyjającą pisaniu do najgłupszych, jakie zadają dziennikarze. Kultowy amerykański pisarz odwiedził Kraków w październiku 2015 roku, by wygłosić wykład w trakcie gali wieńczącej pierwszą edycję Nagrody Conrada (ustanowiono ją, by wyróżniać autorów najlepszych literackich debiutów). Franzen, wykładowca i zwolen- nik kursów kreatywnego pisania, obalił wiele mitów na temat tego, jak pisze. Ci, którzy liczyli, że wybitny pisarz zdradzi im sekrety swojego warsztatu i wskaże drogę na skróty do sukcesu, musieli przeżyć zawód: „literatura to ciężka praca” – podsumował swój wykład. My uwierzyliśmy, że to dobra wiadomość. Uwierzyliśmy w to, że pisarza można wychować, a literacki talent da się kształtować i rozwijać. Właśnie dlatego w Programie Wspierania Debiutów Literackich, który ogłosiliśmy w Krakowie w czerwcu 2015 roku (obok Krakowskiego Biura Festiwalowego stoją za nim Insty- tut Książki i Fundacja Tygodnika Powszechnego), obok Nagrody Conrada i programu grantowego Promotorzy Debiutów znalazł się właśnie kurs kreatywnego pisania organizowany pod szyldem Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Nie mamy wątpliwości, że Kraków –  ojczyzna nowożytnej polszczyzny, miasto noblistów i stolica polskiej literatury – musi nieustannie inwestować w mło- dych pisarzy. Do prowadzenia zajęć zaprosiliśmy czołowych polskich auto- rów. Ale że za sukcesem pisarza stoi nie tylko literacki warsztat, w ramach naszego kursu odbyły się również zajęcia z psycholo- gami twórczości, specjalistką od prawa autorskiego, ekspertem od wizerunku i wystąpień publicznych, agentami literackimi i przed- stawicielami czołowych krakowskich wydawnictw: Znaku, Wy- dawnictwa Literackiego i Ha!artu. Uczestników kursu wyłoniliśmy na podstawie próbek tekstu. W ciągu miesiąca rekrutacji otrzymaliśmy ponad sto zgłoszeń z całego kraju: kandydatów nie zraziła ani opłata rekrutacyjna, ani konieczność weekendowych podróży do Krakowa. I dobrze – de- terminacja to cecha, której początkujący autor potrzebuje najbar- dziej. WSTĘP 5 Co jeszcze przydaje się w tym zawodzie? W sierpniu poprosi- liśmy kilkudziesięciu pisarzy o wskazówki dla początkujących ko- legów po piórze. Być może najsensowniejszej udzieliła Dominika Słowik –  autorka najgłośniejszego debiutu literackiego w 2015 roku, mówiąc: „Nie słuchajcie żadnych rad!”. Zapraszamy do lektury tekstów napisanych przez absolwentów pierwszej edycji kursu. To fragmenty opowieści, które właśnie po- wstają – lub być może powstaną w pełnej krasie pewnego dnia. Jest wśród nich historia o niemożliwej miłości, a także o ciemnych stronach tego, co czasem na wyrost określa się patriotyzmem; opowieść kryminalna w realiach pogranicza polsko-ukraińskiego czy wreszcie niesamowite przygody kobiety, która po 90. urodzi- nach postanawia zrealizować swoje marzenia. Zbiór otwierają trzy teksty, które naszym zdaniem szczególnie się wyróżniają, ale bez wątpienia każde z prezentowanych tu opowiadań zasługuje na uwagę i niejednym zaskoczy czytelnika. Mamy nadzieję, że wykiełkują z nich wspaniałe powieści, któ- re podbiją serca literackiej publiczności. Jesteśmy przekonani, że już niebawem autor jednego z zawartych tu tekstów sięgnie po Nagrodę Conrada – i że będzie to jedynie pierwszy z wielu literac- kich laurów w jego karierze. Przyjemnej lektury! Jakub Kulasa TEKSTY WYRÓŻNIONE Ołena Cikuj Rusałka REKOMENDACJA ORGANIZATORÓW KURSU Wielu chce pisać kryminały, jednak niewielu potrafi podejść do tematu z takim wyczuciem konwencji i tak dobrym warsztatem. Rusałka wydaje się tekstem doświadczonej pisarki. Autorka dosko- nale wczuwa się w realia pogranicza polsko-ukraińskiego, a wia- rygodność dodatkowo podkreślona jest realistycznym portretem psychologicznym głównej bohaterki –  wyrazistej dziennikar- ki. Cikuj opowiada też o ciemnych stronach czegoś, co czasem na wyrost określa się patriotyzmem. Wszystko to buduje wraże- nie autentyczności tej powieści i wzbudza natychmiastową chęć przeczytania jej do końca. Ze zwyczajów dawnych Słowian: Kiedy człowiek tonął, wówczas go nie ratowano, aby w ten sposób nie osłabić wody. To sen. Domyślam się w momencie, kiedy sięgam do kieszeni i za- miast papierosa wyciągam z niej piłę. Ale mnie to nie dziwi, tak jakbym sama tę piłę do kieszeni spakowała. Lecz zanim wycią- gam z kieszeni piłę, idziemy wszyscy na mecz Polska – Ukraina, jak zwykle do baru Jaremy Michajlowicza z lwowskim piwem i su- szoną morską rybą. Ciemność wkoło gęsta, nieprzejednana. Ale na razie nawet nie podejrzewam, że to sen. Wchodzimy do środka. Lecą jeszcze reklamy, a nasze miejsca już zajęte. Biało- -czerwoni siedzą w fotelach, rechoczą, piją piwo, mrugają do sie- bie porozumiewawczo. Robi się duszno. Jaremy Michajlowicza nigdzie nie widać. Reklamy odliczają czas. Są coraz krótsze, coraz bardziej kolorowe. Nagle Wasylko pada na kolana i zaczyna modlić się o nasze zwycięstwo. Modli się, jak nas uczono, starannie składając palce w imię Sviatoji Trojci, trzykrotnie wykonuje znak krzyża. Jeden z tamtych wstaje, kopie Wasylka w brzuch i każe mu modlić się po ludzku. Wtedy sięgam do kieszeni po papierosa. Dotykam zimnej i płaskiej powierzchni. Kilkakrotnie przesuwam palcem po ząbko- wanym brzegu. Ich bramka. Jeden z nich zamiast po piwo, sięga Oksanie pod spódnicę. Ktoś tłucze szklankę, ktoś bierze w rękę szkło i podrzy- na nim czyjeś gardło. Oni i my, wszyscy wyciągają z kieszeni noże, widły, siekiery i piły. Czy wiedzą już, że to sen? Odcięte palce, piersi i języki w jednej chwili pokrywają podłogę. Mecz się kończy, na ekran telewizora wstępuje Bóg i bojaźliwe, otyłe anioły chowające się za jego plecami. Bóg chrząka z zakło- potaniem i wyłamuje sobie nerwowo palce, a ja zastanawiam się, co się robi z odciętą ludzką głową. Zaczynam od spojrzenia. Zmu- Ołena Cikuj – RUSAŁKA 9 szam się, by spojrzeć – ma białe oczy, lśniące jak mydło. Widzę je wyraźnie, bo stoły, sufit, podłoga – wszystko jest czerwone. Moje oczy muszą się długo przyzwyczajać, dłużej, niż kiedy przyzwy- czajają się do światła czy ciemności. Spod zmrużonych powiek dostrzegam, iż wszyscy oni, biało-czerwoni, nie żyją naprawdę, a my z dziurkami w głowach i z dziećmi wyszarpanymi z brzu- chów, z dziećmi na smyczach z pępowiny zbieramy odcięte palce i języki, podnosimy się i wychodzimy. Moje buty są ciężkie, jakby były pełne ziemi… Larysa przerywa opowieść, kiedy orientuje się, że mężczyzna już dawno przewrócił się na drugi bok i zasnął. Nie pamięta nawet jego imienia. Marek, Kevin czy Anton, wszystko jedno. Naciąga na siebie koc i zasypia znowu. Potem śni jeszcze o kanibalu, który zjada ją po kawałku, a przy tym śpiewa piosenkę Luli-luli bande- rówko, sucza córko, lepiej schowaj się pod łóżko. Larysa budzi się w chwili, gdy odkrawa jej kawałek łydki. Rozciera palcami skórę do różowości. Skurcz. Brak jednej z witamin, nie pamięta jakiej. Naciąga t-shirt i majtki. Waha się chwilę, zanim sięga do kieszeni po papierosa. Jest czwartek, czwarta rano. (…) Olga Smolna wychodzi za mąż – ta myśl nie daje Larysie spoko- ju. Myśli o tym, wsuwając stopy w sandały, biorąc smycz i przy- wołując Barbusa. Barbus przybiega, merdając nieśmiało ogonem. Patrzy na nią z niedowierzaniem, jakby od lat wychodził z domu tylko w snach. Larysa gładzi go po nosie, zapina smycz, puszcza przodem. Wychodzą w ciemną, ciepłą noc. Idą nad rzekę, jedyną ruchomą rzecz w tym mieście, jego środek, jego puls. Olga, w której domu nie zamykało się za sobą drzwi, Olga, któ- rej ojciec regularnie czytał pamiętnik i sprawdzał w nim błędy Ołena Cikuj – RUSAŁKA 10 ortograficzne. Olga, która w dzieciństwie była dumna z siniaków, lubiła ich zmieniające się kolory, mówiła, że to takie podskórne kwiaty. Olga, która nauczyła ją, Larysę, szczypać tak, by bolało, która zdała do trzech szkół teatralnych, choć rodzice załatwili jej już miejsce na medycynie. Zawsze Olga, nigdy Ola. Ślub Olgi Smolnej i Petra Holubca ma się odbyć jutro, ślub, a potem trady- cyjne ukraińskie wesele. Larysa idzie i śmieje się głośno, śmieje się z szyldu Taxi Kresy, z kamienic z dykty, z miasta wypełnionego oczekiwaniem, prze- ciągającą się w nieskończoność ciszą przed burzą. (…) Babcia, zupełnie jak kiedyś, powtarza Larysie: „Wszystko, tyl- ko mazura mi do domu przypadkiem nie przyprowadź. Bo taki to ci zawsze powie po latach – wypierdalaj, ty Ukrainko. Taki to zawsze nieszczęście”. Kiedyś Larysa przyprowadziła więc Zaha- ra, lwowianina z krwi i kości, o szarych oczach i dużych dłoniach. Przy pierwszym spotkaniu Larysa czekała na jego uśmiech, żeby sprawdzić, czy nie ma złotych zębów. Nie miał. Lubił w Larysie czyste paznokcie, a ona lubiła momenty, kiedy dziwił się łabę- dziom i kaczkom nad miejscową rzeką. „U nas dawno by je zjedli” mówił, a Larysa się śmiała. Spędzili ze sobą kilka miesięcy, potem powiedział: „Proszczawaj, moja Laszko – solodiaszko”. Podczas kolacji u babci Larysa słyszy jeszcze „kury, gęsi, kaczki, wszystko zostało… gęsi, kaczki, kury… na gotowe przyszli… wszyst- ko zabrali… kury, kaczki, gęsi… konie, krowy, króliki…”. Nic dziwnego, że pojawiają się w nocy, nagle, nie wiadomo skąd: chałupy jej wysiedlonych przodków. Idą w jej stronę na ku- rzych stopkach o zakrzywionych pazurach, na wybrakowanych nóżkach wszystkich kur, kaczek, gęsi, które tam po przodkach zo- stały. Po ptakach zostały same łapki, same obgryzione do kości Ołena Cikuj – RUSAŁKA 11 nóżki, bo ich mięso niebawem zjedli nawiezieni, ich pierze poszło na poduszki i pierzyny dla tych, co przybyli, i jeszcze długo potem grzało ich obce, śpiące spokojnie ciała. Ciała „mazuriw”, jak mówi o nich babcia. Ale we śnie Larysy ich nie ma. We śnie Larysy są tyl- ko kurze, kacze i gęsie łapki z gnojem za zakrzywionymi pazurami. Zamiast kuprów chyboczą się na nich puste chałupy o podkrą- żonych oknach i zimnych kominach. Idą z Holuczkowa, Ulhiwka, Perewodowa. Idą z Werhraty, Dykowa, Korkowa. Po nią idą. Nie wydają żadnego dźwięku, zupełnie nieme gonią ją do prostej kre- ski horyzontu. Do samego rana. Następnego dnia Larysa idzie na basen. Wchodzi do błękitnego czyśćca, nie po to, by popływać, ale by posiedzieć w ciszy na dnie. Siedzi tak do kolorowych plam pod powiekami. Tak długo, by stra- cić zapach. Ale nie da się stracić zapachu na zawsze. Po basenie czuje się czysta jak po spowiedzi. Z każdym krokiem, z każdym oddechem – coraz mniej. (…) W sobotę budzi się późno, w łóżku, w którym przespała dzieciń- stwo. Łóżko jest dla niej za krótkie od lat. Przez chwilę nie ma pojęcia gdzie jest, dopiero kiedy jej wzrok pada na walizkę przy drzwiach, pamięć wraca. Ostatni wieczór, ognisko i policjant Adaś eskortujący ją do domu. Przeciąga się i znów patrzy na walizkę. Jutro wyjeżdża, więc nie ma sensu już się rozpakowywać. Podnosi wieko, wyjmuje, co potrzebne, zatrzaskuje i stawia z powrotem przy drzwiach. Walizka zdaje się oczekiwać wyjazdu tak samo, jak oczekuje go Larysa. Po południu idzie nad rzekę. Popatrzeć. Upewnić się, że nic w tym mieście już jej nie zaskoczy. W lipcowym słońcu roślinność nabrzeżna jest jadowicie zielona, a ludzka skóra różowieje. Ołena Cikuj – RUSAŁKA 12 Wszystko rozpoczynają występy lokalnych zespołów tanecz- nych i wokalnych. Na początku naokoło rozstawionej w pośpie- chu sceny kręcą się rodzice i nauczyciele. Z biegiem czasu wi- downi przybywa. Od czasu do czasu ktoś rozpoznaje w Larysie Łesię. Łesię – grubą, wredną dziewczynkę, nieznoszącą śpiewania na apelach. Nienawidzi zdrobnienia „Łesia”, choć powinna być z niego dumna, przynajmniej każdy tak tu mówi: „To taki zaszczyt mieć na imię tak samo jak nasza największa poetka”. Larysa spotyka koleżanki z klasy. Prawie każda popycha już przed sobą wózek i co chwilę wyciera czekoladowe ślady z po- liczków dzieci. Rozmowy o laktacji zwyczajnie się nie kleją, po- dobnie jak rozmowy o filmach, podróżach, książkach czy o czym- kolwiek innym. Każda młoda matka nie ma czasu na nic oprócz dziecka. I każda wydaje się być z tego dumna. W końcu zapada ciemność i coraz mniej ludzi krzyczy za nią: „Łesiu, to ty? Nawet połowa z ciebie nie została!”. Larysa wypija kilka kieliszków z nieletnimi i schodzi nad rzekę. Na oświetlonym przez pochodnie brzegu gromadzi się coraz więcej ludzi. Ceremonia nie trwa długo. Trochę śpiewu, kilka dziewcząt w lnianych, wyszywanych koszulach. Niektóre wianki od razu toną w ciemności; niektóre przez chwilę utrzymują się na wodzie. Kilku chłopców, śmiejąc się, rzuca się w tę ciemność. Wychodzą cali mokrzy, na brzegu zrzucają z siebie ubranie. Mają chude, twarde ciała. Jest już zupełnie ciemno, kiedy Larysa staje nad wodą w zupełnej ciemności, z dala od wszystkich. Po ostatnich burzach rzeka w nie- których miejscach aż kipi z wściekłości. Dziewczyna patrzy w hu- czącą wodę. Robi jej się chłodno, zakłada kurtkę, odruchowo się- ga do kieszeni. Wtedy sen powraca. Larysa waha się chwilę, zanim wyciąga papierosa. Z zarośli słychać chichoty, westchnienia, śpiew, odłamki przekleństw. Larysa czuje na ramionach gęsią skórkę. Ołena Cikuj – RUSAŁKA 13 – Cześć – słyszy zza pleców głos Adasia. Dziewczyna szybko przykłada palec do ust. Patrzą oboje na niewielką figurkę w białej, lnianej koszuli roz- glądającą się czujnie na boki. To Natalka, najmłodsza z córek Czornoho. W rękach trzyma wianek, większy niż ona sama. Na- talka Czorna, tak smutna przez cały wieczór – matka zabroniła jej rzucać wianki i śpiewać pieśni o miłości. „Jeszcze nie musisz szu- kać męża” powiedziała, choć wszystkie koleżanki z klasy Natalki mogły wziąć udział w obrzędzie. Dziewczynka schodzi na brzeg z wiankiem większym niż ona sama, zaciska palce na gałęziach wierzby. Nikt, oprócz Larysy i Adasia, nie słyszy jej krzyku, kiedy nagle jedna z witek się urywa, a dziecko, razem z wiankiem, wpada prosto w czerń. O KSIĄŻCE Larysa Tancowna przyjeżdża do rodzinnej miejscowości na wschodzie Polski. W niedzielę nad ranem z rzeki wyłowione zostają pozbawione pal- ca zwłoki Olgi Smolar, która tę noc powinna spędzać na własnym weselu. Dwa dni później na ukraińskim cmentarzu wojskowym zostaje odkryte ciało byłego chłopaka Olgi – Filipa. Larysa i Adam, lokalny policjant, roz- poczynają prywatne śledztwo. Rodzina próbuje ukryć to, co wydarzyło się na weselu. W toku śledz- twa prawda wychodzi na jaw – wesele miało posłużyć Oldze do zemsty na swoim ojcu, który zapłacił Filipowi za zerwanie stosunków z dziew- czyną. Plan Olgi wymyka się jednak spod kontroli. Przed ślubem Olga spotyka się z Filipem. W wyniku kłótni rani go i zo- stawia. Olga bierze ślub, podczas weselnej przemowy ośmiesza rodzinę i oskarża konserwatywną społeczność. Wychodzi z wesela; odjeżdżając, nie spodziewa się, że pijany ojciec jedzie za nią. Dochodzi do wypadku; ranny zostaje ojciec dziewczyny. Na miejscu wypadku pojawia się matka chrzestna Olgi, nauczycielka, która nigdy nie miała odwagi przeciwstawić Ołena Cikuj – RUSAŁKA 14 się ustalonym przez konserwatywne środowisko zasadom. Nie pozwoli na to również swojej bratanicy. Szalona kobieta topi oszołomioną dziew- czynę w rzece i odcina palec z tak cenną dla niej, samotnej starej panny, obrączką. Ahsan Ridha Hassan Smutas REKOMENDACJA ORGANIZATORÓW KURSU Błyskotliwa, dowcipna i oryginalna –  takiej powieści nam trze- ba, a Ahsan Ridha Hassan obdarzony jest świetnym słuchem ję- zykowym i znakomicie radzi sobie z tworzeniem nietuzinkowych postaci. Panuje nad fabułą, snuje wątki w wyrafinowany, a jed- nocześnie przejrzysty dla czytelnika sposób. Bierze na warsztat współczesnego młodego człowieka, wrzuca go w wir pracy, ro- dziny, uczuć, i przygląda mu się z mieszaniną czułości i ironii. Po- trafi w jednym fragmencie oscylować między groteską a niemal mistycznym objawieniem. To autor wszechstronny, który chce próbować różnych form literackich, a że ma prawdziwy talent, z pewnością mu się to uda. Fragment powieści pt. Smutas Bużanka To nie było tak, że impreza mnie nudziła, że wtedy siedziałem tam, w zajedworku wynajętym na zajemelanż dla naszej zajefirmy – a jak wiadomo, wszystkie rozwijające się firmy krajowe, wzorem starszych kolegów z Zachodu albo jeszcze starszych cór Koryntu, gdy zaczynają obsługiwać zajeklientów, robić im zajedobrze za zajekasę, muszą, po prostu muszą się zajehucznie i zajegłośno wyszaleć – że wtedy właśnie, na jednej z czterech rocznych im- prez integracyjnych, byłem w dworku na wygwizdowie za Białą Podlaską, a chwilę później, w owym krótkim czasie siedziałem skitrany w tataraku nad rzeką, nad Bugiem, po polskiej stronie gra- nicy. W jednej chwili stałem z kieliszkiem wódki w dłoni, otoczony gronem handlowców i prezesów; w kolejnej podglądałem roz- bierającą się dziewczynę po drugiej stronie rzeki granicznej. Przez kwadrans byłem zanurzony w otoczeniu tych wiecznie uśmiech- niętych, odpicowanych psów gończych na klientów, klepiących mnie w ramię, mówiących międzywierszem, czyli handlową mową potoczną: twoje zdrowie, Marcin, nasz ty najlepszy kierow- niku projektów, napij się, napij się jeszcze, rozpuść się w wódce i w naszej firmie, zostań z nami na zawsze, abyśmy byli pewni, iż projekt zamkniesz i w czasie, i w terminie, i w budżecie, a my cie- bie tu, kolego, zamkniemy w naszym gronie. Przez kolejny, inny zupełnie kwadrans zanurzałem się po kostki w wodzie, po szyję w trawie rzecznej i po uszy w zjawisku, którym stała się obca na- gość dziewczęcego ciała, obca w każdym znaczeniu: i fizycznym – bo daleko, na szerokość rzeki, i geograficznym – bo na Białorusi nigdy nie byłem, i cywilizacyjnym – bo tam wciąż tkwili w blo- ku wschodnim, niemal widziałem błysk łysiny Łukaszenki, a tu już dawno niepodlegli, bo wąs Wałęsy, bo długopis z Janem Pawłem, Ahsan Ridha Hassan – SMUTAS 17 bo nam się udało. W tamtym gronie prezesi wódką toasty wzno- sili, a każdy toast to jedna tonacja czerwieni więcej na mordzie i jedna więcej obietnica awansu, żeby już do szpiku mnie staru- chy z krwi wyssały, mnie – instrumentum vocale z gębą Marcina Smutasa pinezką przytwierdzoną. A tu w otoczeniu pałek tatara- ku i liści i rozmaitych żyjątek rzecznych, w tym ważek i zniena- widzonych komarów, które moją krew z procentami raz po raz spijały, bankiet sobie urządzały, zajemelanż integracyjny, starałem się, by pinezka z gębą Marcina Smutasa nie odpadła, bo zupełnie nie wiedziałem, co wyrabiam, sobą już nie będąc. Słowem, chwilę wcześniej wcielałem się w klakiera imprezy integracyjnej, a teraz dezintegrowałem się przygarbiony w tataraku, po kostki w wo- dzie. I podglądałem. Młodą dziewczynę z Białorusi. Nagą. Jak tu trafiłem? Na początku pojawił się impuls. Wściekłość. Po co tu sterczę? Nie przepadałem za tymi ludźmi, nie przepadałem za pobieżnymi znajomościami z pracy, quasi-przyjaźniami. By- łem miły, bo dostawałem za to pieniądze. Ale wspólny wyjazd? Kiedyś wycieczki szkolne traktowałem jako ostateczność. Mus to mus. Autobus ogórek, łobuzy z tyłu, pani z przodu i jedziemy, hejże, wycieczko szkolna! Hejże, przygodo! Bezkształtna masa, śmierdząca słodkim szkolnym potem, kanapkami owiniętymi pie- czołowicie w rozmakający papier, rozlanym soczkiem z kartoni- ka i cuksami. Teraz zbyt wiele się nie zmieniło. Łobuzy: zarząd i handlowcy, pani – nasz HR manager, bezkształtna słodka masa – reszta, czyli my, czyli ja wśród nich. Nie po to przejechałem pół Polski, żeby dalej tkwić tutaj z nimi wszystkimi, z ich problemami i podnietami, z romansami i zdradami, bo wyjazd integracyjny, bo można trochę spuścić z tonu, poluzować krawat, garsonkę, roz- porek. Znalazłem się w końcu przy granicy, przy dzikiej, niemalże dziewiczej granicy. Musiałem odetchnąć, wyjść. Chociaż na chwi- lę. Kraków wlókł się za mną jak widmo. Ahsan Ridha Hassan – SMUTAS 18 A potem poszło z górki. Mieszanina przypadku, chęci ruszenia do przodu i próby zachowania równowagi. Święta trójca czyn- ników, które do tej pory wyznaczały ścieżki mojego losu. Chcia- łem przejść się gdzieś nad rzekę, bo sierpień, bo koszula z po- tem i perfumami wymieszana, a tam, w zajedworku nie mogłem zdjąć marynarki, bo nie wypada. Ale tu, na łonie natury, kawałek już drogi od imprezy, spostrzegłem inne łono. I niczym uczniak podkradłem się i obserwowałem. Z wypiekami, nie tylko od wódki i słońca. Na moich oczach działa się liryka. W tle las, na przedzie lasu drzewo, z drzewa wyrasta gałąź, a na gałęzi biała sukienka. Po- wiewa na sierpniowym białoruskim wietrze jak biała flaga. Przed ścianą lasu wąska plaża z kamieni. Na plaży, tuż nad rzeką, ręcznik, koło ręcznika torebka, stanik, biały jak ta flaga i białe dziewczę- ce majtki. Obok właścicielka. Leży naga, rozkosznie naga. Chwi- lę wcześniej musiała zanurzyć się w rzece – dostrzegam kropelki wody mieniące się w słońcu niczym małe diamenciki. Pod wod- nymi kryształkami jest ona. Leży z rękami ułożonymi wzdłuż ciała, nogi również ma wyprostowane, eksponuje ich zgrabność. Oczy zamknięte. Długie, zdrowe, brązowe włosy, najpewniej wcze- śniej wyżymane, teraz spływają po lewym ramieniu. Oddycha powoli, z każdym oddechem piersi, dwa soczyste, jędrne jabłka – nie wiem czemu jabłka, tak mi się kojarzą – unoszą się i opadają w nieśpiesznym rytmie. Pełne biodra. Twarz jak z obrazka: usta łechcą zmysły, piegi kokietują, oczy, na pewno ma piękne oczy, które potrafią utopić w sobie niejednego. Już teraz wiem, że je- stem dryfującym rozbitkiem. Gdy tylko uniesie powieki, pochłoną mnie głębiny. Ale póki co jestem bezpieczny, chociaż czuję wodę w bucie. I cera Słowianki, zarumieniona od słońca skóra, a pod nią pulsujące słowiańskie serce i gorąca, słowiańska krew. A na skórze pieprzyki. Chciałbym tak teraz wodzić palcem od jednego punktu do drugiego i łączyć je w konstelacje. Jest zrelaksowana, Ahsan Ridha Hassan – SMUTAS 19 nieświadoma, że ktoś ją obserwuje. Nie wie, że choć ukryta przed wszystkimi, wzbudza fascynację. Fascynacja, dawno jej nie odczuwałem. Powoli zaczynałem so- bie przypominać, czym była, jaki miała smak. Ostatnie lata wyja- łowiły percepcję moich zmysłów. Ostatnie lata to przede wszyst- kim praca, a praca to logika ekonomii i technologii. Szybciej, taniej, efektywniej. Fascynacja nie była efektywna, była zbędna. Dyktatu- ra pozytywnego myślenia zrobiła swoje. Fascynacja znalazła się na liście doznań zagrożonych. Już prawie zapomniałem, że pobudza bardziej niż espresso doppio. Ostatnie takie espresso piłem za dzieciaka. W mojej rodzinnej Białce Tatrzańskiej, w liceum miałem nauczycielkę od włoskiego, panią Michalinę. Pani Michalina, nazywana przez nas, nastoletnich mężczyzn, po prostu Michaśką, była w Białce potrójnie egzotycz- na. Po pierwsze, uczyła włoskiego, co samo w sobie stanowiło novum. Po drugie, stara panna, to znaczy teraz wyzwolona sin- gielka, ale wtedy tak to w moich stronach mówiono: stara panna właśnie. Po trzecie wreszcie, Michaśka jako jedyna w Białce ko- bieta nie zasuwała zasłon w oknach podczas prysznica. Do tego nosiła okulary, więc mogłem zakradać się prawie pod samo okno łazienki na parterze i z fascynacją w oczach śledzić bezwstydnie każdy jej ruch. Bez szkieł na nosie stawała się ślepa jak kret. Mi- chaśka nie była najpiękniejszą i najzgrabniejszą kobietą, jaką wi- działem w swoim życiu, co więcej – zupełnie szarzała przy moich koleżankach z klasy, ale to dzięki niej, dzięki jej ciału odkryłem to, co było zakryte. Zachłannie wyłapywałem każdy szczegół, każ- dą krągłość, każdą niedoskonałość, nawet fałdkę, skrzętnie noto- wałem w głowie każde odstępstwo, mikroróżnicę między ciałem kobiety w stanie, że tak powiem, wolnym, a obrazkiem w książce od biologii. Kreśliłem południki i równoleżniki mapy jej ciała i za każdym razem, kiedy odkrywałem nowe lądy, nowe kontynenty – czasem górzyste krainy, czasem krajobrazy osnute wyłącznie ni- Ahsan Ridha Hassan – SMUTAS 20 zinami – zawsze patrzyłem na nie przez pryzmat mapy ciała Mi- chaśki. Moja fascynacja nie trwała długo – zniknęła wraz z nadej- ściem zimy, ostrych mrozów i zapalenia płuc. Teraz, kiedy fascynacja pulsowała pod skórą, nie mogłem pa- trzeć na dziewczynę inaczej jak przez pryzmat mapy. Oto rozpo- ścierała się przede mną nieodkryta Syberia. Dziewczyna za Bu- giem wydawała się tak bardzo inna od dziewczyn po tej stronie brzegu. Nie skaziły jej smartfony, fejsbuki, instagramy, filtry, pro- dukcja white noise’u i niepotrzebne nikomu pierdolenie haszta- gami: #polishgirl, #takietamnadbugiem, #lato, #fejm, #jestem #śliczna #patrzcie #na #mnie. Ona po prostu była. Trwała wtedy, trwała teraz, w owej chwili. W owej chwili wydała mi się kimś więcej niż dziewczyną z krwi i kości tworzących niczego sobie ciało. Brakowało mi tylko mgły, by z Buga wyłoniła się jako topielica, jak świtezianka ze Świtezi. Tylko kim by wtedy się stała? Bużanką? Tak, Bużanka to dobre określenie dla tego zjawiska. Poruszyła się. Chciałem obserwować ją w ruchu, patrzeć, co zrobi, gdy zacznie się podnosić, jak zachowuje się jej ciało w róż- nych pozycjach – może zanurzy się? Może… Niestety. Zawsze był ze mnie kiepski podglądacz. Nawet kiedy po nie- fortunnej przygodzie z Michaśką pragnąłem poznać więcej kobie- cego ciała i sięgałem po pornosy pod kołdrą –  kto do cholery ogląda w tych czasach Olivię Wilde albo Sashę Grey pod kołdrą? Ale ja tak robiłem, to moje doświadczenie, tak bardzo moje – tak- że nawet wtedy zostawałem nakryty przez wścibskiego rodzica, bo u Marcinka coś za cicho; i bach! I dramat rodzinny, i kazanie u księdza Piguły. Także i tym razem mój antytalent dał o sobie we znaki. Nadepnąłem żabę. Poślizgnąłem się, zawirowałem, ale utrzymałem równowagę. Woda chlupnęła, tatarak zafalował. Ahsan Ridha Hassan – SMUTAS 21 Dostrzegła mnie. Co więcej, dostrzegła mnie, trzydziestokilku- letniego faceta w spodniach od garnituru, w koszuli i w krawacie, skitranego w tataraku po drugiej stronie rzeki. Nie spłoszyła się. Jakimś niezrozumiałym dla mnie sposobem radary jej oczu natra- fiły na moje spojrzenie. Uśmiechnęła się. Przepadłem. Przez moment czułem, jakby z naszych oczu wychodziły lasery. Nagle zderzyły się, kontakt trwał krótko, był intensywny, dozna- nie graniczyło z iluminacją: tam ona, tu ja, gdzieś pośrodku my; ale siła promienia bijącego z jej oczu wepchnęła mój w czaszkę. Pierwszy spuściłem wzrok. Zmiażdżyła mnie. I triumfowała. Zagryzła dolną wargę i,udając, że mnie nie widzi, rozpoczęła swój spektakl. Zanurzyła się w wodzie, trochę powyżej linii ko- lan, tak, bym mógł widzieć jej uda, łono, talię, piersi, szyję, usta, studnie oczu, a po wolnym obrocie z powrotem od góry do dołu: długie włosy, linię ramion, plecy, pośladki. Nabierała wodę w łó- deczkę zrobioną z dłoni i polewała swoje ciało. Bug spływał po Bużance, jej ciało lśniło, a ona raz po raz, niby przypadkiem, rzu- cała spojrzenie w moją stronę. Tak bardzo tonąłem. Co łódecz- ka, to dwa węzły głębiej, w wielki błękit. Jeszcze chwila i zostanę delfinem. Nie zwracałem uwagi na nic, nawet na komary, które ostro już nabzdryngolone promilami z mojej krwi powinny pospadać do wody; ani na buty od garnituru, które nie nadawały się już do powtórnego założenia; ani na świat, z którego przychodziłem, na zajeimprezę firmową, na psy gończe na klientów, ani nawet na pi- nezkę, która dawno już odpadła z mojej twarzy i wraz z nią zsunę- ła się gęba Marcina Smutasa. Trwałem. Czułem się nagi, przeszyty czymś dziwnym na wylot, jednocześnie podniecony i pogrążony w głębokiej melancholii. W tej jednej chwili obserwowałem praw- dziwe piękno. – Marcin, mordo! – ktoś jakby uderzył mnie obuchem w głowę. – Tu jest, chłopaki, chowa się, jebany! Ahsan Ridha Hassan – SMUTAS 22 Szarpnąłem głową za siebie i z przerażeniem zauważyłem, jak kroczą w moim kierunku. Oni. Koledzy z pracy. Chciałem zawo- łać, by nie podchodzili, bo wszystko zepsują, spierdolą jak zawsze, będzie fakap – fakap! Cholera, znowu zacząłem przypinać pine- chą gębę do twarzy, zacząłem czuć wodę w drogim bucie jakby bardziej, a ukłucia komarów zaczęły swędzieć. Pomachałem, że nie, żeby nie podchodzili, że już podejdę. Zrozumieli. Pewnie leje, usłyszałem. Spojrzałem na drugą stronę rzeki, ale jej już nie było. Dziew- czyna porwała w pośpiechu swoje rzeczy, została po niej jedynie chwiejąca się gałąź, na której jeszcze przed chwilą wisiała biała sukienka. Bużanka zniknęła. Z rezygnacją wyszedłem z rzeki i skierowałem się w stronę mo- ich kolegów z pracy, mojej zajeimprezy integracyjnej, zajefirmy. Właśnie wtedy nad Bugiem złapałem to. Chwyciła mnie zaraza. Ale nie, nie malaria od licznych ukąszeń komarów, ani przeziębie- nie od wody. W owym czasie, kiedy patrzyłem na Bużankę, zarazi- łem się miłością. Najgorszą odmianą. Beznadziejnie melancholijną, melancholijnie beznadziejną. I choruję do dzisiaj. O KSIĄŻCE Marcin Smutas mógłby o sobie powiedzieć, że jest mężczyzną dorosłym i dojrzałym pod każdym względem; ma ustabilizowany stan konta banko- wego, emocjonalność bez debetu; jest aktywny seksualnie jak Wezuwiusz przed zagładą Pompejów; obrał trochę po omacku, trochę świadomie swoją życiową drogę. Mógłby przyznać przed sobą, że wiedzie życie proste, zwyczajne, bez orderów, ale i bez wielkich rozczarowań. Mógł- by, ale tego nie zrobi. Marcin ma pewien problem. Zakochał się. Całkiem zwyczajnie. W dużo za dużo za niedostępnej dziewczynie. I całe życie mu się rozjechało. Niezwyczajnie. Marcin przyjeżdża na święta do rodzinnej Białki Tatrzańskiej, gdzie w familijnym gronie – a familię ma dużą – odpowiada na zwyczajne py- Ahsan Ridha Hassan – SMUTAS 23 tanie, co u niego ciekawego słychać. Przy karpiu i uszkach, przy braciach i ich żonach, przy rodzicach i dzieciach, przy mszy z telewizora i prezen- tach pod choinką odpowiada prosto i zgodnie z prawdą: – Fiut mi nie staje. Od tej sceny zaczyna się książka. Fabuła toczy się dwutorowo. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z rodzinną kozetką – Mar- cin opowiada, skąd wynikają jego niezadowolenie i problemy. W drugim „skaczemy” po różnych momentach z życia bohatera, do różnych czasów. Szybko okazuje się, że powodem problemów Marcina jest stan zakocha- nia. Podczas spaceru nad Bugiem, po drugiej stronie rzeki, na Białorusi, zobaczył piękną, nagą dziewczynę i zakochał się w niej. Jest to miłość beznadziejna, gdyż obiektu miłości już więcej nie zobaczył. Ale miłość została, nie dało się z niej wyleczyć. Co więcej, po tym doświadczeniu cała codzienność, normalność i zwyczajne życie zaczynają mu się rozpa- dać. Zwyczajność w pracy, zwyczajność w życiu osobistym, zwyczajność w życiu jako Polak i Europejczyk. Wszystkie te sfery pokrywają się pęknię- ciami, a bohater inaczej zaczyna patrzeć na to, co do tej pory robił, kim był. I zwyczajnie zaczyna we wszystko wątpić. Opowieść ocieka słodko-gorzkim sosem współczesnej polskości. Hi- storia jest opowiedziana w jedyny w tym przypadku słuszny sposób: przez pryzmat wisielczego humoru, groteski i kpiny. Jest to historia pewnej małej zagłady. Zagłady codzienności. Elżbieta Łapczyńska Dystrykty REKOMENDACJA ORGANIZATORÓW KURSU Ciekawy pomysł na powieść osadzoną w realiach Krakowa, ale podlaną egzotycznym, barwnym sosem południowych klimatów. Znakomite opisy, język, który oddaje temperaturę tekstu, świet- nie skonstruowana postać głównego bohatera, pilota El Capitano, a przy tym ironia i humor – to cechy prozy tej autorki. Nie każdy potrafi pisać tak lekko, jednocześnie głęboko drążąc w świecie bohatera, nie każdy potrafi przeskakiwać między rejestrami języ- ka, nie tracąc przy tym z oczu osi fabularnej. Elżbieta Łapczyńska znakomicie sobie z tym radzi, a jej oryginalny pomysł na fabułę pokazuje, że jako pisarka potrafi tworzyć zaskakujące światy.     Fragment powieści pt. Dystrykty Prolog Kto zauważy, że cię nie ma, skoro cię nie ma? Od dawna się zasta- nawiałem, czy nie zniknąć. Dokładnie dziś odkryłem, jak to zrobić, by nikt nie zauważył. A nie jest to łatwe, kiedy jesteś najważniej- szym człowiekiem na pokładzie Airbusa. Kto zauważy, że cię nie ma, skoro cię nie ma, powtórzyłem w myślach zdanie zasłyszane dzisiejszego wieczoru w barze Red Alert. Poszedłem tam, gdy tylko wylądowaliśmy w Caracas, tak jak każdej środy i niedzieli od ponad roku. To do Red Alert kieruję najpierw moje kroki w tym mieście, nie zawijając nawet do służ- bowego mieszkania, by zostawić walizkę czy przebrać się z gra- natowego munduru pilota. Bywalcy wołają na mnie El Capitano, unosząc z uprzejmością swoje szklanki. Każdy z nich ma swoje ulubione miejsce w ciasnej sali, nad którą nie unosi się nic poza dymem, ochrypłymi wyzwiskami i przebojami lokalnych gwiazd. Z pociemniałych od  smrodu i potu ścian spoglądają surowo Sylvester Stallone z karabinem, Jean-Claude van Damme w spek- takularnym rozkroku oraz Bruce Willis w brudnej koszulce. Pod ich okiem mogę spokojnie się zeszmacić po dwudziestu godzinach lotu i nieustannego zapobiegania katastrofie. Tego wieczoru czekałem w kolejce na hemingwayowskiego daiquiri i zastanawiałem się, czy i tym razem łysy barman zamiast rumu wleje mi wódkę. Ladę okupowało dwóch Europejczyków, choć co do jednego nie miałem pewności. Swoją karnację mógł przecież zawdzięczać tak samo włoskim, bałkańskim i wenezuel- skim genom. Był jednak spasiony jak prawdziwy Latynos. Garnitur ze śliskiego materiału błyszczał mu na zgięciach łokci i wzdłuż ogromnych ud. Drugi nie zwracał na siebie uwagi strojem, lecz fryzurą, o tym samym połysku co garnitur pierwszego. Do jean- Elżbieta Łapczyńska – DYSTRYKTY 26 sów miał włożoną różową koszulę, a na stopach coś à la buty, tylko z wywiniętymi noskami. To plasowało go również gdzieś między Cyganem a Latynosem. Pomyślałem, że trafili tu przypad- kiem, zbłądzili na szlaku czystych burdeli, chuć zaprowadziła ich w złą uliczkę i przepadli. Chętnie bym popatrzył na jednego z tu- tejszych chłopców, tego z wąsem, co to nigdy nie może usiedzieć na krześle, obijającego im mordy. Upatrzyłem sobie nawet stolik, gdzie przy szklance daiquiri mógłbym pooglądać tę przypadkową kaźń. Gdy barman wyciska do mojej szklanki limonkę, zagaduje go ten z fryzurą. Łysy pochyla się do nich, jego czaszka lśni od potu. Parskają jak trzy hieny. Dalej rozmawiają i potrząsają głowami, nie starając się przekrzyczeć jęczącej w tle śpiewaczki. Łysy przesuwa po blacie szklankę w moją stronę, nie odrywając się od rozmowy. Pociągam łyk. Wódka. Otwieram usta, by w końcu powiedzieć mu, że nie jestem byle przyjezdnym z Europy, jak ci obok, podczas gdy mi wlewa podły spirytus, że obywatelstwo zdobyłem tu przez zasiedzenie, że mógłbym pójść do każdego baru w Caracas na- pić się porządnego alkoholu, lecz wybieram to miejsce z umiło- wania prostoty i uczciwości, że cieszę się szacunkiem nie tylko mieszkańców tych przedmieść biedoty, ale i całego społeczeń- stwa, bo temu służę i za nie odpowiadam, odpowiadam za każde jedno latynoskie dupsko, wiercące się z nudów, podczas gdy ja bez przerwy powtarzam w myślach procedurę bezpieczeństwa, kontroluję aparaturę i przeliczam parametry. Jednak zanim udaje mi się poskładać to wszystko po hiszpańsku, jeszcze raz dławią się śmiechem, jakby wspominali wczorajszą imprezę. Albo śmiali się z faceta, którego wszyscy znają i z którego wszyscy się śmieją. Wtedy odwracają się w moją stronę. – Ty jesteś ten El Capitano? – Grubego nie zdradza żaden ak- cent. Widocznie wyczytali z mojej twarzy zdziwienie, bo po chwili wyfryzowany gość się ożywia: Elżbieta Łapczyńska – DYSTRYKTY 27 – No, ten pilot to ty? – Panowie wybaczą, czy my się znamy? – przemilczam znie- wagę. – Oczywiście z panem Eugenio widuję się regularnie – kła- niam się uprzejmie w stronę barmana – ale my nie mieliśmy jesz- cze przyjemności. Kapitan Witold Choromański. – Tak, pan Eugenio nam o panu opowiadał. – Grubas imię bar- mana wymawia jakby kursywą. – Jestem właścicielem tego lokalu, a to mój wspólnik. Bardzo chciałem w końcu pana pilota zoba- czyć, ale ciągle miałem pecha. – Spod fałd policzków ledwo wi- dać uśmieszek. – Bo El Capitano przychodzi tylko w środy i niedziele. W dni, kiedy u nas ląduje – wyjaśnia barman. Ignoruję ten ton i tylko po- prawiam mundur. A on się uśmiecha i jest to straszny uśmiech. Odpowiadam mu tym samym. – Owszem, wylądowałem w Maiquetii jakieś dwie godziny temu. Zastygli, patrząc to na siebie, to w głąb zadymionej sali. – I co, lot udany? – Jak widać. – No to zdrowie! Za wszystkie odloty pilota! – Gruby odwraca się do kolegów, ryczy, podgardle mu faluje. Tamci z opóźnieniem rechoczą za nim. – Ciekawe, że wspomina pan właśnie o odlocie. Nie wiem, czy jest pan świadom, czym jest start samolotu. To znacznie trudniej- szy manewr od lądowania. – Opieram się łokciem o bar i nachy- lam do nich. – Czy pan wie, jak to jest dro-bia-zgo-wo spraw- dzać każde urządzenie, komunikaty z wieży i komputera, ciągle powtarzać sobie, iż błąd oznacza śmierć trzystu ludzi? – Grubas sięgnął po szklankę, nie spuszczając ze mnie wzroku. – W końcu jedyne, o czym myślisz, to by zniknąć z tej pierdolonej puszki. Ale nie możesz, bo nawet gdy znikniesz, to od razu zauważą. I zaczną cię szukać. Dzwonić za tobą do mieszkania, do hotelu, przypomi- nać o trzystu uczciwych ludziach. Bo oni chcą dotrzeć do swoich Elżbieta Łapczyńska – DYSTRYKTY 28 domów. Bo oni chcą, kurwa, dotrzeć do swoich domów! Lot się opóźni, każda z tych trzystu osób będzie cię nienawidzić, przekli- nać, bo tak bardzo chcesz je dowieźć do tych ich domów, do tego ich kraju komuchów, czerwonych kurew i nędzy. Zorientowałem się, iż stoję tuż nad głową grubasa, a on odchy- la się do tyłu i wytrzeszcza świńskie oczy. – Ale kto zauważy, że cię nie ma, skoro cię nie ma? Cofam się o krok, a on przechyla się z powrotem do pionu. Upijam łyk. Wszyscy trzej gapią się na mnie, chociaż barman za- raz zaczyna niby wycierać blat. Jest mi gorąco, duszno i wirująco, wcale nie przez lata ani nie od wódki. – Chyba czas na mnie. Obracam się i ciągnę za sobą pustą walizkę, przeciskając się między pijanymi robotnikami z  Huty Sendzimira. Przed barem czeka mój autobus: 139, kierunek Mydlniki. ul. Warszawska Tamto spóźnienie zapowiadało katastrofę, która miała nadejść do- kładnie dziewięć nocy później. Katastrofy zazwyczaj wydarzają się niespodziewanie. Ja jednak, po trzydziestu latach życia, powinie- nem już wyczuwać kolejne, zauważać, jak wzbierają niepokojące przypadki. Ale wtedy, gdy biegłem z Długiej w kierunku Warszaw- skiej, z górskim plecakiem napchanym radiami do aut, nie myśla- łem o tym spóźnieniu w ten sposób. Myślałem o czymś zupełnie innym. Myślałem, że za chwilę rozerwą mi się płuca, zagotuje mi się osierdzie albo zwrócę cheeriosy z mlekiem, które jadłem na kolację. Myślałem o telefonie, jaki otrzyma mój tata: panie Jerzy, Ernest zmarł tragicznie, potykając się w biegu o płytę chodnikową. Byle nie spóźnić się więcej niż dziesięć minut, może dwanaście. Może to nie będzie jeszcze taki duży problem dla pana Zet, jak kazał się nazywać. Elżbieta Łapczyńska – DYSTRYKTY 29 – No to mamy problem, Erneścik – ze spokojem przywitał mnie pan Zet i pozwolił, bym odzyskał oddech. – Wiem, to przez, ja naprawdę myślałem, to miało być jutro. – Ilu nas miało być? –  przerwał mi. Wyprostowałem się. Na szczęście znałem odpowiedź, jakkolwiek wydało mi się dziwne, że o to pyta. – Trzech – zameldowałem. – Trzech: ja, pan i ten trzeci. – A ilu nas jest? – Dwóch. – To widzisz, w czym jest, kurwa, problem? Ten trzeci już odje- chał. Z moją kasą i twoją kasą. – Wypuścił dym. – Dawaj plecak. No, dawaj ten plecak. Kiedy odjechał, zostałem sam w cichym gwarze wczesnej nocy. Światła łagodnie odbijały się na karoseriach. Stara Vanes- sa w krótkich białych spodenkach, nie zważając na kwietniowy chłód, uśmiechała się pogodnie, jakby czekała na ukochanego. Gałęzie uginały się od pysznie pachnących pąków. Wszystko było tak przyjazne – a nie powinno. Świat, obojętny na mnie, rozkwitał w swojej najpiękniejszej formie. Chyba tylko po to, bym oglądał go zza szyby z jeszcze większą zazdrością. O KSIĄŻCE Znika dziadek głównego bohatera, Ernesta. Okoliczności jego zaginięcia poznajemy w prologu, kiedy okazuje się, że Witold cierpi na zaburzenia psychiczne. Jednak o chorobie nie wie nikt z jego jedynych krewnych. Ich relacje z dziadkiem są bardzo chłodne, wszyscy uważają go za fru- strata, który miał pretensje do losu o to, że rzucił go do Nowej Huty, by brał udział w budowie socjalistycznego miasta. Nikt z rodziny nie chce mieć na głowie zaginionego dziadka. W dodatku Ernest, który zalicza sporo niepowodzeń, dostaje propozycję wyjazdu, więc nie może się za- angażować w poszukiwania. Jednak przez przypadek odkrywa, że Wi- Elżbieta Łapczyńska – DYSTRYKTY 30 told był członkiem towarzystwa zrzeszającego tak osobliwe postaci, jak śpiewaczkę bez nóg czy czarnoskórego tramwajarza, i co noc odwiedza kolejnego członka tej grupy. Popycha go do tego także bezsenność, na którą cierpi dokładnie od nocy, w której zaginął dziadek. Wie, że nie za- śnie, dopóki go nie odnajdzie. Ernest zakochuje się w opiekunce jednej ze spotkanych postaci – szalonej Doris. Aby zechciała mu towarzyszyć, okłamuje ją, że dziadek ma przy sobie zapiski jej podopiecznej – znaczą- cy przedmiot dla obu kobiet. Razem odwiedzają kolejne barwne postaci, aż trafiają na ślad zaginionego – dowiadujemy się tego z relacji samego Witolda, który w całej fabule zabiera głos w trzech epizodach. Wymyka się wnukowi, nie chcąc zostać odnalezionym. Wówczas też okazuje się, że tak jak Ernest okłamał Doris, tak i ona okłamała go w sprawie istnienia zapisków. Historia kończy się, kiedy Ernest zasypia i uświadamia sobie, że tym samym jego poszukiwania, choć bez rezultatu, zostały zakończone. Nie odnajduje dziadka, ale przez opowieści znajomych Witolda odkrywa jego nieznane oblicze. TEKSTY POZOSTAŁYCH UCZESTNIKÓW KURSU Małgorzata Babula Piętno Dzisiaj, kiedy leżę w kostnicy i czekam na patomorfologa, spoglą- dam pod powiekami na minione wydarzenia z mojego życia. Nie odczuwam już tak silnych emocji, towarzyszących mi w tamtych dniach. I chociaż wszystko pozostaje nadal bliskie, jakby to było zaledwie wczoraj, patrzę na to inaczej. Nie wiem, czy ze spoko- jem. Nie mogę tego jednoznacznie określić. Nie wiem, czy spokój w obliczu wszystkich zdarzeń to najlepsze określenie. Ambiwa- lencja emocjonalna. Tak. Odczuwam ambiwalencję emocjonalną. I pewne sprawy, mimo że jeszcze wczoraj wydawały się najważ- niejsze, dzisiaj zwyczajnie są mi poniekąd obojętne. Nie wiem, czy umarłem, będąc szczęśliwym człowiekiem. Co to w ogóle jest, kurwa, to „szczęście”? Determinant definiujący, czy przypadkiem nie przegrałeś swojego życia. Jestem zadowolony. Ba! Czasami nawet dumny z pewnych spraw i toku, który przybrały. Ale od razu szczęśliwy… Wypadkowa mojego życia, owszem, wygląda po- zytywnie. I leżę tu całkiem zadowolony z tego, czego doświad- czyłem, chociaż nierzadko czułem się zbrukany i zły. Na siebie i na innych. Sam nie wiem, na kogo częściej. Bo przecież ludzie traktują cię odpowiednio do tego, na co im pozwalasz. Nie jak sobie zasłużyłeś, ale na co pozwalasz. Tak uważam dzisiaj, kie- dy jedyny czekający mnie gwałtowny i intensywny poryw serca to jego fizyczne wydarcie. Może dlatego dzisiaj tak wiele mam już tak mocno w poważaniu. Głębokim. Ale są momenty nawet teraz ściskające mnie za gardło. Są wspomnienia, pulsujące w moich żyłach. Jakby z wczoraj. A jednocześnie wprost ze snu. Nierzadko z tego najgorszego. Nie umiem jednym zdaniem określić tego, jakim jestem dzisiaj człowiekiem. Poza tym, że martwym. A tym samym, kim pozo- stawałem przez dłuższy czas mojego życia. Wychowano mnie w idei potulnego cielęcia ssącego dwie matki. Dość szybko – ale równocześnie trochę za późno –  zrozumiałem silne powiąza- nie owej potulności z pochyłym drzewem i włażącą na nie kozą. Więc przybrałem taktykę traktowania ludzi nie dobrze, ale z wza- jemnością. To rokowało już lepiej dla mnie, ale niekoniecznie dla mojego funkcjonowania wśród ludzi. Egoizm i brak refleksji moich współtowarzyszy zaowocował przylgnięciem do mnie łatki buca. Ma to swoje dobre strony. Zyskałem powietrze. Jego czystość i jakość. Dlaczego o tym piszę? Zrobiłem w życiu wie- le. Dobrego i złego. I chociaż dobrego więcej, zło miało większą siłę rażenia. Szala pozostaje zatem wyrównana. Mało to budujące. Nieszczególnie też mnie przygnębia. W mojej sytuacji i tak nie ma to większego znaczenia. Woody Allen w jednym ze swoich fil- mów powiedział zabawne słowa. „Oczywiście, że boję się śmierci. Jestem ateistą”. I chociaż piszę to wszystko już po bruderszafcie z kostuchą, nadal odczuwam. Mam pięćdziesiąt lat. Reminiscen- cje nie będą mi zatem dane. Przynajmniej nie dosłownie. Nadal dobrze pamiętam wszystko, co nieodległe, ale nie zapomniałem również o tym, co już dawno minione. Częściowa amnezja by- łaby wybawieniem. To dość chujowe położenie, kiedy umierasz w pełni świadom życia, siebie i jej. Co czuję? Zimno. I ciemno. Już sam nie wiem, co gorsze. Mówią „po śmierci nic nie boli”. Fi- zycznie nie boli. Swędzi. Nie mogę się ruszyć, a nawet gdybym mógł, nie chcę. Jest mi dobrze pomimo tego uczucia swędzenia. Naprawdę dobrze. Małgorzata Babula – PIĘTNO 34 Tamtego dnia miała na sobie taką piękną sukienkę. Ubrała ją też na nasze pierwsze spotkanie. Potem zawsze, niby od kalki, poka- zywała się w niej we wszystkie nasze potajemne schadzki. Nawet wtedy, gdy mówiła o swojej ambiwalencji emocjonalnej (tak, to dzięki niej rozumiem ten stan) i gdy chciała odejść… nawet wtedy miała ją na sobie. A teraz wygląda w niej jeszcze piękniej. Suknia czerwona od zakrzepłej krwi złamanej przysięgi. Wiem… Nikt po mnie nie zapłacze, ale też nie zależy mi na niczyich łzach. Pod po- wiekami mam najważniejsze dla mnie wzruszenia. Możecie wyjąć mi wszystkie wnętrzności. Od dawna jestem pusty w środku. Kiedy kilka ładnych lat temu zaczynałem pracę w zagranicznej firmie, wiele rzeczy wydawało mi się zupełnie innych, niż to miało miejsce naprawdę. Nigdy nie doświadczyłem problemów z trzeź- wą oceną sytuacji i nie zdiagnozowano u mnie zaburzeń psychicz- nych, mogących wpływać na kontakt z rzeczywistością. A jednak miesiące pracy tam powodowały, że nierzadko zastanawiałem się, czy nie jestem idiotą. Ciotka nauczyła mnie w życiu wiele. Dzisiaj mogę to powiedzieć niemalże z pewnością. Ale zapomniała na- uczyć mnie jednego: udawać głupiego. Być może przez to często naprawdę czułem się niczym dureń. Malowanie niebieskiej kre- ski czarnym flamastrem. Znasz to uczucie? Wypracowałem sobie jednak pewną umiejętność funkcjonowania w tej rzeczywistości, która mimo wszystko była na swój sposób nierealna. Projekty powierzane ludziom niekompetentnym. Niekompetentnym co prawda w tych projektach, ale obdarzonych wyjątkowymi umie- jętnościami oralnymi. Dzisiaj wiem, czemu Klara z działu inwesty- cji zawsze chodziła w długich spódnicach. To zawsze łatwe do zarzucenia na głowę, a strupy na kolanach zasłania. Suka. Kurwa, ale ze mnie dureń. Ale umarłem wcale nie mądrzejszy. A może głupszy właśnie, bo nie zmieniłbym nic ze swojego za- chowania. Ani przedtem, ani potem. Mimo tego wszystkiego nie odrzuciłbym tamtego Oliwiera C. Małgorzata Babula – PIĘTNO 35 Tylko z Polą mi coś poszło nie tak… Zerwała ze mną, chociaż nie chciałem tego. Polę poznałem na studiach. Żadna klasycz- na cycata blondyna z wydziału architektury. Niewysoka brunet- ka. Wszystko w sam raz. Tylko inteligencja z nadmiarem. Humor z ironią. Oczy z błyskiem. Miała obsesję na punkcie projektowania z uwzględnieniem „synergii optycznej”. Tak to nazywała. Ale po kolei. Zawsze onieśmielała mnie blaskiem bijącym z jej przeciętności. Naprawdę, nie obejrzelibyście się za nią na ulicy. Pewnie sam bym tego nie zrobił. Ale kiedy spędziło się w jej towarzystwie dziesięć minut, świat zdawał się kręcić wokół równoleżników. Wszystko nabierało innego znaczenia i wyrazu. I ta jej synergia optyczna. Na drugim roku studiów mieliśmy do zrealizowania konspekt na labo- ratoria z projektowania, jak gdyby na świat patrzyło się tylko z góry. Umówiliśmy się na spotkanie w sobotę o jedenastej pod jej ka- mienicą. Jedyne, co mi zapowiedziała, to że miałem się ubrać na sportowo i wziąć stabilne buty bez metalowych zaczepów. Sama miała na sobie niebieskie sportowe spodnie i wysokie fioletowe trampki. I nieduży plecak, który rzuciła na tylne siedzenie mojego samochodu. – Jedź w stronę lotniska. – Wyjeżdżasz? – palnąłem. – Nie. Wylatuję. A zasadniczo wylatujemy i tylko na chwilę. Je- stem członkiem naszego aeroklubu. Jeżeli mamy zrobić ten pro- jekt razem, to musisz zrozumieć, o co mi chodzi, kiedy mówię o synergii optycznej. Masz lęk wysokości albo przestrzeni? – Nic mi o tym nie wiadomo – w głowie, niczym neon, żarzył się tylko jeden lęk, przed Polą i jej pomysłami. – To dobrze. Inaczej skomplikowałoby mi to trochę pracę. – Nade mną? – Z tobą, fantasto – mrugnęła okiem, uśmiechając się lekko. – A wzbijać się będziemy szybowcem? Małgorzata Babula – PIĘTNO 36 – Będziemy opadać. Ze spadochronem – dźwięki jej zdań zda- wały się obijać echem w samochodzie. – Ze spadochronem? – A wolisz bez? – nie ukrywała rozbawienia całą sytuacją. – Ale ja nigdy nie skakałem ze spadochronem. Bez też nie. Ogólnie nigdy nie wyskakiwałem ze sprawnego samolotu. Zresztą, z żadnego nie wyskakiwałem. – No to dzisiaj wyskoczymy. Razem. W tandemie. Jestem in- struktorem, więc to nam ułatwia zadanie – posłała w moją stronę całą serię słów, niczym z karabinu maszynowego. – Wiem, wiem. Teraz może się to wydawać dziwne, o ile nie szalone. Po skoku, gdy opadną emocje, zrozumiesz, o co mi chodzi. Pro forma sko- czymy dwa razy. – Aha. – Skacząc pierwszy raz w życiu, nie ogarniesz nic ponad to, że spadamy w całkowitej ciszy przestworzy. Spodoba ci się to, gwa- rantuję. Natomiast sens dzisiejszego skoku jest inny. No, ale o tym porozmawiamy potem. Kiedy zaparkowałem samochód, czułem zarówno lęk, jak i ad- renalinę. I chociaż zabrzmi to niewiarygodnie, najbardziej ekscy- towało mnie, że będę przylegał do niej całym ciałem. A zasad- niczo, ona przylgnie do mnie swoimi piersiami, być może nawet poczuję jej oddech na swojej szyi. Wcale nie czułem strachu przed wysokością, przed skokiem i ewentualnym niepowodze- niem. Ufałem jej. Całkowity brak obiektywizmu. I wtedy wła- śnie zdałem sobie sprawę… Wpadłem. Kochałem tę buńczuczną dziewczynę, prawie jej nie znając. Wtedy czułem, że mogę tam nawet zginąć. Jedno z moich marzeń i tak się spełni. Będę ponie- kąd w jej ramionach. Składała spadochron, a ja obserwowałem jej spokojne, ale pewne ruchy. Układała bezkształtną połać rów- no, niemalże od linijki. Sprawdziła, kto zaplombował zapasową czaszę, i gdy resztki olinowania zniknęły w pokrowcu wielkości Małgorzata Babula – PIĘTNO 37 sporego plecaka, zarzuciła go zręcznie na plecy, zdmuchując grzywkę z czoła. – Posłuchaj teraz uważnie. I jeśli będziesz miał pytania, przery- waj mi. Przypnę się do ciebie. Tym sposobem będę nad tobą. To ja mam spadochron i to ja pociągam za pilocik. Ty jesteś widzem. Możesz mi zaufać. Kiedy wyskoczymy z samolotu, przez moment, a wyda ci się on wiecznością, będziemy spadać swobodnie w dół. To znaczy… – Wiem, co to znaczy. Spadochron będzie zamknięty. – Tak. Gdy pociągnę za pilocik, spadochron wysunie się z plecaka i napełni się powietrzem. Nastąpi szarpnięcie. To bę- dzie oznaczać otwarcie się czaszy. Odhamuję, czyli pociągnę za linki sterownicze, czasza nabierze powietrza równomiernie, a ty poczujesz sterowanie lotu przeze mnie. Będziemy opadać dość wolno. Na tyle wolno, że zdążysz się w tym zakochać, ale na tyle szybko, abyś miał niedosyt. Potem towarzyszy on już nieustan- nie. Chyba tylko Baumgartner i Eustace czują zaspokojenie. Twoje zadanie sprowadza się tylko do jednego. Kiedy będziemy zbliżać się do lądowania, podkul nogi tak, abym to ja swoimi hamowała, a ty sobie nie połamał swoich. Lądowanie poczujesz tak, jakbyś zeskoczył ze stopnia. – W porządku. – Nie masz pytań? Pokręciłem przecząco głową. Serce waliło mi niczym młot, ale udawało mi się zapanować nad oddechem. W duchu ponownie cieszyłem się, że to ona będzie na moich plecach. Dzięki temu nie poczuje mojego zdenerwowania. – To wskakuj w ten seksowny kombiak. W górze będzie zimno. Potem mi podziękujesz. Dam ci też okulary. W samolocie mogą delikatnie zaparować, ale nie przejmuj się tym. W ciągu pięciu se- kund od wyskoczenia dojdą do siebie. Małgorzata Babula – PIĘTNO 38 Samolot czekał na nas na pasie startowym, kompletnie niewi- docznym dla laika. Nie odróżniał się niczym od pozostałej części łąki, szumnie nazywanej lotniskiem. Za sterami siedział klasyczny Tom Cruise rodem z Top Gun. Na nosie awiatorki, w nosie mu- chy, a w ustach wykałaczka. Z Polą przywitał się serdecznie, mnie obdarzył jedynie sarkastycznym uśmiechem i chyba sam miałem sobie wyczytać z niego słowa powitania. Moje myśli odbiegły jed- nak od niego w tym samym momencie, w którym samolot zaczął nabierać prędkości i oderwał się od ziemi. Samolot jedyny w swo- im rodzaju. Bez drzwi. Kiedy chmury przysłoniły odległą ziemię, za co na swój sposób byłem im wdzięczny, Pola klepnęła mnie w ramię, przekrzykując silnik: – Pora na nas. Będzie super. Pozwoliłem sobie nie odpowiedzieć. Zresztą nie bardzo wie- działem co. Chociaż serce samo wyrywało się do wywrzeszcze- nia: „Kocham cię!” – tak asekuracyjnie, jakby potem nie było już na to szansy. W zamian za to uniosłem w górę kciuk, przeklina- jąc w duchu wszystkie oglądnięte filmy o podniebnych podbo- jach. Okulary nie zaparowały na tyle, by przysłonić przepaść, która ukazała się pod nami, kiedy wyszliśmy z samolotu i stanęliśmy na skrzydle. – Na trzy puszczamy się. – Z tobą zawsze – siliłem się na żarty. – Trzy! „A gdzie kurwa jeden i dwa?” – zanim pomyślałem te słowa, spa- daliśmy w dół niczym worek ziemniaków rzucony z okna miesz- kania na trzydziestym piętrze. Miała rację. Uczucie bezwładnego opadania to coś niepowtarzalnego i próba opisania go spełznie na niczym. Ziemia przybliża się do ciebie, a ty spadasz w tempie zatrważającym. I dopiero moment szarpnięcia w górę powoduje nagłe oprzytomnienie i przypominasz sobie, że to przecież skok ze spadochronem, a nie próba samobójcza. Wtedy wiedziałem, że Małgorzata Babula – PIĘTNO 39 gdybym kiedykolwiek postanowił targnąć się na własne życie, nie będzie to skok z okna. Ale nie wiedziałem z kolei, jak cenna będzie to lekcja. (…) Kiedy obudziłem się w hotelu przy ulicy Szerokiej, na niebie do- piero pokazywało się słońce. Była godzina szósta rano. Zapowia- dał się pogodny dzień. Włączyłem telewizor. Wcześniej jednak wypiłem łyk kawy przygotowanej na moją prośbę przez obsługę hotelową. Lokalny dziennik pokazywał zdjęcia z miejsca zdarzenia. – „Wczoraj wieczorem samochód osobowy prowadzony przez młodą kobietę wpadł w poślizg i uderzył w betonowy fragment wiaduktu. Kierująca pojazdem zmarła na miejscu. Nie ma informa- cji o innych ofiarach wypadku” – informował prezenter dziennika. Podczas jednego ze spotkań, jeszcze przed moją przepro- wadzką do Torunia, napisała do mnie, że takie poznanie jak na- sze nie wydarza się w życiu często. Odpisałem wówczas, mocno poirytowany: „Słowa jak sztuczny miód, ersatz, cholera, nie życie, miał być raj, miał być cud i ćwiartka na popicie. A to wszystko nie tak, nie tak, nie to, a jeżeli nie tak – nie to, no to o co, u diabła, nam szło? … o szkło?”*. Pamiętam jak dziś jej odpowiedź: – Nie słowem tu chciałam walczyć, a o serce Twoje – moim. Cholera!! Pozwól i spójrz raz w uczucia! O to proszę! A życie sta- nie Ci w innych kolorach!! To będzie moja rola! Nie zawiedziesz się, Oli!”. A dzisiaj leży gdzieś obok mnie. Tak samo zimna, jak wtedy nad jeziorem. Tak samo obojętna, jak te dziesiątki razy, kiedy zamykała mi drzwi do swojego świata i swoich uczuć. Tak samo martwa, jak * A. Osiecka, Sztuczny miód, [w:] Nowa miłość. Wiersze prawie wszystkie, t. 2, Warszawa 2009, s. 194. Małgorzata Babula – PIĘTNO 40 wtedy, gdy próbowałem dodrapać się pazurami do jej serca. Te- raz przynajmniej wiem, dlaczego jest zimne. Teraz przynajmniej wiem, że naprawdę nie ma nikogo. Odebrałem, co moje. Zabra- łem Poli córkę. Doktorka pozbawiłem szczęścia, które uwił moim kosztem, a Malwinie wydarłem z rąk berło cierpienia, którym rzą- dziła w moim życiu. Sam zaś odzyskałem godność, tracąc resztki człowieczeństwa. Sprzedając duszę diabłu, oddałem światu ból, którym nakrywał mi przez lata do stołu. Powoli zamieszałem kawę. Była jeszcze ciepła, ale i tak miała metaliczny posmak. Wiedziałem, że pora na mnie. Spakowałem swoje rzeczy, opłukałem w łazience twarz. Dokumenty ułoży- łem na walizce i otworzyłem okno. Pokój na poddaszu rozścielał przede mną piękne widoki. Na ulicę Rybaki, na Wisłę i drogę, którą wczoraj jechaliśmy. Przypomniałem sobie ten pierwszy skok i ten, którego nigdy miało nie być. Drzwi prosektorium otworzyły się szeroko. Do sali wszedł pato- morfolog. Odkręcił wodę w kranie i spokojnie podszedł do stołu. Ostatnim spojrzeniem zamyślił się nad leżącym ciałem. – Masz piękną sylwetkę – przemknęło przez pustą salę zdanie pozostawione bez odpowiedzi. Cisza tego środowego poranka została gwałtownie przerwana przez hałas piły oddzielającej skó- rę od czaszki. Niczym indiański skalp. Szelest odrywanego ciała i odciąganej kości układały się w rytmiczny fragment symfonii śmierci. Powietrze przesiąkało słodkim zapachem krwi. Lekarz wyjął mózg, którego fragment umieścił w formalinie, a następnie odłożył na bok dwa solidne płaty żeber odsłaniając resztę wnętrz- ności. Mechanicznie krok po kroku kontynuował sekcję i tylko na krótki moment wyprostował się i spoglądając za okno, mruknął pod nosem: – Każdy z nas ma to samo gówno w środku. Twoje opakowane jest w złoty papierek. Aż żal odwijać. Małgorzata Babula – PIĘTNO 41 O KSIĄŻCE Oliwier C. Urodzony w Ełku. Absolwent Wydziału Architektury na Poli- technice Gdańskiej. Podczas studiów związany z koleżanką z roku – Polą. Ta zostawiła go dla doktora, pod kierunkiem którego pisała pracę ma- gisterką. Rozstanie przypłacił wieloma miesiącami picia i dochodze- nia do siebie. Niepowodzenie życia osobistego przekuł na zawodowe sukcesy. Po ukończeniu studiów związał się z zagraniczną firmą „World Pro-Invest”. Zajmował się projektowaniem przestrzeni prywatnych i biz- nesowych z uwzględnieniem nowatorskich rozwiązań synergii optycz- nej. Pionier nowoczesnych metod kreowania krajobrazu. Jego projekty zdobyły uznanie szerokiego gremium odbiorców. Zdobywca Nagrody im. prof. Janusza Bogdanowskiego. W wieku czterdziestu pięciu lat poznał młodszą od siebie dziewczynę – Malwinę, z którą przez długi czas łączy- ła go zawiła i niejednoznaczna relacja. W momencie zwrotnym swojego życia zdecydował się na małżeństwo z Malwiną i przeprowadzkę. Wraz z żoną zamieszkał w Toruniu, gdzie również pracował. Prywatnie był za- gorzałym pasjonatem gór. W chwili śmierci miał pięćdziesiąt lat. Opowieść o mężczyźnie, porzuconym u progu dorosłości przez miłość jego życia i który przez to samo życie zostaje zaskoczony no- wym uczuciem. Piętno to historia o namiętnościach rozdzielonych tylko cienką linią. Ale mylnie byłoby sądzić, iż jest to romans. Mamy bowiem do czynienia ze studium zdrady (w tym z ludzką naiwnością) i utarza- nia się w mrocznych zakamarkach duszy. Poznajemy sekrety spowiedzi człowieka, testament sprzedaży duszy diabłu, próbę ocalenia godno- ści przeszłych dni. Piętno to
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Antologia Kursu Kreatywnego Pisania (PDF)
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: