Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00197 007120 13461731 na godz. na dobę w sumie
Antygona w piekle - ebook/pdf
Antygona w piekle - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: JanKa Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62247-57-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Antygona w piekle” to mocna powieść o miłości w znaczeniu co najmniej podwójnym – o miłości siostry, która musi i chce pomścić zamordowanych przez terrorystów braci, ale sama wpada w ich ręce, oraz o miłości zakochanego w niej mężczyzny, który – żeby ją uwolnić – zaciąga się w szeregi terrorystów. Dla miłości więc gwałci i morduje. Pisana jest surowo, w stylu reportażowym, boleśnie kojarzącym się z gorącymi tematami współczesnej publicystyki, ale rezonują w niej też znane standardy kulturowe – kazirodztwo, związki rodzinne, niewinność, ofiara i bunt wobec losu; ów ostatecznie okazuje się absurdalny. Antygona w tytule przywołuje znaną tragedię także dlatego, że bohaterka jest Greczynką, zderzać się musi jednak z innymi kulturami i nacjami. Akcja zaczyna się w Berlinie (z reminiscencją oświęcimską), przebiega szlakami uchodźców, a kończy na Śląsku. Autor stawia niepokojące pytania o cenę, jaką człowiek zdolny jest zapłacić za ocalenie własnej wizji świata i ważnych dla niego wartości.

Autor o książce:
To opowieść o niezwykłej kobiecie w piekle współczesnego świata. Patrzymy na nią oczyma zakochanego mężczyzny, któremu los zafundował wędrówkę w tym piekle po karkołomnej spirali. W przeciwieństwie do Dantego musiał zapłacić za to najwyższą cenę, ale skarb miłości jest przecież tego wart. Mocno w to wierzę i ta wiara pozwoliła mi przetrwać niejedną chwilę rozpaczy.

Marek Weiss
(Weiss-Grzesiński)  urodzony w 1949 roku w Chorzowie – absolwent polonistyki UW i reżyserii na PWST – ma bogaty dorobek teatralny w kraju i za granicą. Wiele spośród jego ponad stu pięćdziesięciu prac zachwyciło publiczność; były ozdobą międzynarodowych festiwali, zdobywały  tytuły najciekawszych wydarzeń roku. Wystawiał arcydzieła Szekspira, adaptował dramaty stricte literackie dla potrzeb scen muzycznych, ściśle współpracując z choreograf Izadorą Weiss. Dał się poznać jako przedsiębiorczy dyrektor i twórczy reżyser scen Warszawy, Gdańska, Poznania, Wrocławia, Bytomia, Słupska. Prowadził zajęcia dla reżyserów w akademiach teatralnych w Warszawie i Krakowie. Otrzymał wiele nagród i odznaczeń, wśród nich nagrodę teatralną Komitetu Kultury Niezależnej Solidarności za rok 1987 i srebrną Glorię Artis Ministra Kultury i Sztuki w roku 2005.We wrześniu 2016 roku przeszedł na emeryturę i poświęcił się literaturze. Jest autorem kilkudziesięciu artykułów oraz trzech wydanych powieści: „Boskie życie”, „Cena ciała” i „Brat bies”.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Marek Weiss Antygona wpiekle Antygona w piekle Marek Weiss (Weiss-Grzesiński) urodzo- ny w1949 roku wChorzowie – absolwent polonistyki UW ireżyserii na PWST – ma bogaty dorobek teatralny wkraju iza gra- nicą. Wiele spośród jego ponad stu pięć- dziesięciu prac zachwyciło publiczność; były ozdobą międzynarodowych festi- wali, zdobywały tytuły najciekawszych wydarzeń roku. Wystawiał arcydzieła Szekspira, adaptował dramaty stricte li- terackie dla potrzeb scen muzycznych, ściśle współpracując zchoreograf Izadorą Weiss. Dał się poznać jako przedsiębiorczy dyrektor itwórczy reżyser scen Warszawy, Gdańska, Poznania, Wrocławia, Bytomia, Słupska. Prowadził zajęcia dla reżyserów wakademiach teatralnych wWarszawie iKrakowie. Otrzymał wiele nagród iod- znaczeń, wśród nich nagrodę teatralną Komitetu Kultury Niezależnej Solidarności za rok 1987 isrebrną Glorię Artis Ministra Kultury iSztuki wroku 2005. We wrześniu 2016 roku przeszedł na emeryturę ipoświęcił się literaturze. Jest autorem kilkudziesięciu artykułów oraz trzech wydanych powieści: „Boskie życie”, „Cena ciała” i„Brat bies”. Marek Weiss Antygona w piekle 2017 Copyright © Marek Weiss, 2017 Copyright © wydawnictwo JanKa, 2017 Wydanie I Pruszków 2017 ISBN 978-83-62247-57-8 Izadorze Jestem gotowa na wszystko, by tylko umrzeć z honorem, a nie bez honoru. Sofokles, „Antygona” (tłum. Antoni Libera) Rozdział 1 Siedział tak od dłuższego czasu, oparty o ścianę, w pozycji opi- sanej dawno temu przez Dantego jako wyraz rezygnacji i pod- dania się wewnętrznej pustce. Wola życia zamarła, a zmysły przestały odbierać zewnętrzne bodźce. Ściana była z surowej cegły, a ziemię zalano betonem. Tkwił w całkowitym bezru- chu, jeśli nie liczyć skurczów serca i przepony pompującej tlen, falowania jelit i innych oznak życia obecnych w każdej komór- ce fabryki energii, którą wciąż był, mimo niechęci użycia jej w jakiejkolwiek sprawie. A przecież był jeszcze młody, za młody, żeby się zupełnie poddać. Otworzył oczy, właściwie to tylko rozchylił bardziej powieki, bo nie były do końca zamknięte. Zobaczył liczne nogi przechodzącej obok wycieczki szkolnej, potem jeszcze jednej i jeszcze… Niektórzy przechodzący zatrzymywali się, zapewne, żeby mu się przyjrzeć, ale ruszali dalej, bo nie podnosił wzroku na ich twarze. Za plątaniną nóg tkwiły nieruchomo metalowe konstrukcje, podwożące zwłoki do drzwiczek pieców, otwar- tych teraz i od dawna zimnych, ale przecież kiedyś pracujących pełną parą. W wyobraźni ujrzał jeden z pracowitych dni w tym piekle, gdzie ledwo żywi ze zmęczenia wybrańcy w pasiakach wrzucali do pieców ciała odarte ze wszystkiego, zaczynając 8 od godności, a potem z życia, ubrań i włosów, jeśli te wyda- ły się przydatne. Leżały w stertach wśród innych niepotrzeb- nych rzeczy – butów, szczoteczek, okularów, zabawek, a nawet sztucznych szczęk – wypełniających sąsiednie pomieszczenia. Tu po oczyszczającej kąpieli w oparach cyklonu następował kres cierpień w płomieniach przywracających, jak wyznawano od niepamiętnych czasów i jak uczyli inkwizytorzy wszelkiej maści, tę najważniejszą stratę, czyli godność. Myśl o postępie cywilizacji, który sprawił, że jednak tutaj nie wrzucano do ognia żywcem, zmusiła go do dalszego wy- siłku i sprawiła, że wielkie koło zamachowe woli życia drgnęło i pomału ruszyło. Inkwizytorzy zawsze wywoływali w nim gniew, więc i teraz ten niezawodny zapalnik aktywności po- mógł mu odnaleźć się w realnym świecie. Dlaczego tu siedział? Czy zemdlał? Pamięta, że zrobiło mu się słabo, ale raczej nie stracił przytomności, bo wtedy by leżał. Spojrzał na zegarek. Była szósta, więc siedział tak ponad godzinę. Nikt go nie za- pytał, jak się czuje i czy udzielić mu pomocy. Jego usadowienie się pod ścianą musiało więc mieć świadomy przebieg. A jed- nak nie pamiętał, jak to się stało. Tylko to jedno zdanie, któ- re zawładnęło nim i wymiotło z mózgu wszystkie inne, jakie w ciągu życia zarejestrował, słuchając ludzi, czytając książki, zastanawiając się nad różnymi sprawami – wszystko to znik- nęło nagle, a w pustce, która go wypełniła, dzwoniło ostatnie zdanie, jakie pomyślał. Aż w pewnej chwili i ono zgasło. Za- panowała ciemność. Czym by mogła być, jeśli nie śmiercią du- cha na wieść, że Boga nie ma. „Nie ma go” – głosiło swoją złą nowinę to ostatnie zdanie, podkreślając wzgardliwą intonacją małą literę zaimka, zastępującego odwieczne imię, tak kiedyś potężne, że nie wolno go było wymówić bezkarnie. 9 Ta zła nowina nie pojawiła się po raz pierwszy; takie myśli są przecież udziałem każdego racjonalnie żyjącego człowie- ka od czasów ojca wszelkich wątpliwości, jakim był apostoł Tomasz. Co innego jednak wątpić i potem dać się przekonać tak, że zyskuje się tytuł świętego, a co innego uzyskać gwał- towną i nieubłaganą pewność. Na to ma wpływ nie tylko taki wstrząs, jak ten tutaj w Auschwitz, ale także lata lektur, przemyśleń, rozczarowań i pytań bez odpowiedzi. Siedząc pod ścianą krematorium, nie musiał już rozważać i analizo- wać faktów zapisanych w pamięci. Potrzebował tylko pustki, żeby nie zajmować się niczym, co realnie nie istnieje. Gniew był pierwszą rzeczywistością, od jakiej zaczął odbudowywać swoją jaźń. Szedł z kolejną wycieczką do wyjścia. Już nie za- trzymywał się przy ciekawostkach zagłady. Biegł w stronę parkingu, gdzie czekało na niego szybkie jak drapieżna be- stia audi. Kupił je w Berlinie od kolegi, z którym dzielił pokój w studenc- kiej noclegowni przy Benningsenstrasse. Bajeczne stypendium Erasmusa pozwoliło mu przez rok odłożyć z dodatkowych za- robków wystarczającą sumę na tę wymarzoną rakietę, której codziennie zazdrościł koledze, kiedy razem jechali na zajęcia i razem z nich wracali. Szli na piwo w pubie obok dwupiętro- wej kamienicy, gdzie mieszkali w wesołej gromadzie różno- kolorowych przybyszów z całego świata. Kolega miał na imię Peter i pochodził z Xanten na północy. Opowiadał, że to ma- łe miasteczko z wielką katedrą powstało przy ruinach obozu najbardziej na północ wysuniętej legii rzymskiej, broniącej na Renie granic imperium. W obozie mieszkało wtedy całymi rodzinami ponad dziesięć tysięcy ludzi. Mieli swoje świątynie 10 i duży amfiteatr, gdzie dostarczano nudzącym się legionistom i ich czeladzi rozrywek w rzymskim stylu. Najbardziej po- pularną było wypuszczanie na arenę gromadki chrześcijan, a potem wielkiego niedźwiedzia i stada wilków z okolicznych lasów. Teraz gmina Xanten i inwestorzy odbudowali obóz ja- ko wielką atrakcję turystyczną, a w amfiteatrze, wyglądają- cym jak za rzymskich czasów, odbywa się coroczny festiwal operowy. Sprytny miejscowy impresario ściąga ze wschodniej Europy doskonałe spektakle „Aidy”, „Nabucca”, „Traviaty” czy „Toski” i płacąc za nie niewielkie sumy, gromadzi dla siebie majątek z biletów melomanów pielgrzymujących tu autami z północnych Niemiec, z Berlinem włącznie. Peter korzystał z tych wydarzeń w dwojaki sposób. Jako mieszkaniec Xanten miał zawsze zarezerwowane miejsca na swoje ulubione opery. Oglądał je z matką, nieudaną śpiewacz- ką, siedzącą przez cały spektakl, jak wielu Niemców i Holen- drów, z wyciągiem rozłożonym na kolanach, żeby śledzić zapis nutowy i sprawdzać, czy polscy albo rumuńscy wykonawcy nie pomylą się w jakimś takcie. Kiedy taka pomyłka nastą- piła, matka ściskała go za rękę i kręciła z dezaprobatą głową w foliowej chusteczce, chroniącej ją przed deszczem, prawie zawsze kropiącym po zmierzchu w tym regionie. Drugą ko- rzyścią był dostęp do łatwych dziewcząt, przyjeżdżających tu ze wschodu na kilkudniowe występy. Znając wszystkich z obsługi imprezy, Peter szedł za kulisy i po mniej więcej go- dzinie wędrował z jakąś polską czy rumuńską ślicznotką na pizzę do miasteczka. Mieszkał blisko uroczego ryneczku, więc zwiedzanie kończyło się na kanapie jego poddasza, gdzie dys- kretna mama nie zaglądała od dawna, również ze względu na wystrój jego pokoju, który był dla niej nie do przyjęcia. 11 Ślicznotka zostawała czasem do śniadania przynoszonego z dołu, a następnie powtarzała z nim wszystkie obowiązko- we figury jazdy. Lubił Petera za jego beztroski optymizm i dbałość o higienę, tak bardzo ułatwiającą wspólne mieszkanie; za to, że miał sta- rannie uprane i uprasowane ciuchy, a buty zawsze chował do szafki, naciągając je przedtem na prawidła. Starał się go w tym naśladować, ale to było trudniejsze, niż się spodziewał. Higie- na i zamiłowanie do porządku muszą mieć jednak korzenie genetyczne. Może są jedną z cech rasowych? Musi być jakieś wytłumaczenie, że jedne narody mają wszystko poukładane i wypucowane, a inne żyją w bałaganie, więc ich auta, sklecane nie dość dokładnie, nie mają szans z mercedesami czy audi. Lubił Petera również za pomoc w doskonaleniu umiejętności posługiwania się językiem niemieckim, przyswojonym na rocz- nym kursie. Peter był synem germanisty, który uczył niemiec- kiego w Xanten i należał do fanatycznych wielbicieli Wagnera. Jego obsesją stały się związki rodzimego języka z muzyką. Pisał nawet wielką, ambitną rozprawę na ten temat, która nigdy nie ujrzała światła dziennego, bo ciekawe naukowe tezy zostały stłumione przez maniakalne fantazje, łączące mitologię ger- mańską z marzeniami o czystości rasy i uporządkowaniu świa- ta, mimo bolesnych niedawnych doświadczeń dowodzących, że to porządkowanie jest chorobą cywilizacji opartej na technice i dokładnych pomiarach wszystkiego. Matka była miłośniczką opery włoskiej, którą ojciec gardził, uważając, że służy tylko do lepszego trawienia makaronu. „A twój Wagner do trawienia golonki z kartoflami” – odcinała się matka. 12 Wszystkie te opowieści wymagały rewanżu, więc opowiadał koleżce, że on, Konrad Mularz, urodził się w małym górni- czym miasteczku Piaski na granicy Śląska i Zagłębia. Matka miała przepiękny głos i też marzyła, by zostać śpiewaczką, ale nigdy w życiu nie widziała na oczy wyciągu fortepianowego, a co dopiero, żeby trzymać taki wyciąg rozłożony na kolanach i śledzić w nim przebieg muzyki. Robiła zakupy w miejscu, gdzie zdobycie czegokolwiek oprócz octu i kaszy graniczyło z cudem. Gotowała codziennie obiad dla synka i męża, który wchodził do domu po pracy punktualnie o wpół do piątej, bez słowa szedł do łazienki umyć ręce i siadał za stołem nad talerzem nalanej właśnie gorącej zupy, która nie mogła być za słona, bo wtedy wstawał i wylewał ją do zlewu, tak samo bez słowa, po czym wychodził do knajpy. Na szczęście nie zdarzało się to zbyt często, bo matka pilnowała solenia so- lennie, ale miała w genach bałagan, więc nie było to łatwe. Kiedy udało się męża nakarmić, siadała ostrożnie przy rogu stołu i sama jadła, a on przyglądał się jej w milczeniu, rozwa- żając zapewne, jaki diabeł go podkusił, żeby się ożenić z tym wystraszonym bladym nieszczęściem, które każdej nocy bro- niło się rozpaczliwie przed rozdziawianiem suchego krocza. Wiedział, że wpychanie się w nie na siłę boli, ale do głowy mu nie przyszło, żeby jakoś spróbować ją przygotować i cier- pliwie połączyć się z nią, jak Bóg przykazał, w jedno ciało tak, żeby i jej było przyjemnie. Przyjemność to było w życiu Marii słowo egzotyczne. Może kiedyś, w dzieciństwie spędzonym na wsi zagubionej w lasach nad Niemnem, gdzie jako mała pastuszka przeprawiała się codziennie z pięcioma krowami przez rzekę, bywała szczęśliwa. Trzymała się ogona pierwszej z nich, a pozostałe posłusznie płynęły za nimi. Zimą krowy 13 stały w oborze. Kiedy siadała wśród nich i doiła każdy cycek drobnymi paluszkami, obracały ku niej łby, spoglądając na nią z taką czułością, że potem całe życie pragnęła doznać jej w spojrzeniach ludzi, ale to nie było jej dane. Ostatnią przy- jemnością było mierzenie sukni ślubnej, a potem już tylko strach, ból i łzy. Pewnie byłoby rozkoszą śpiewanie synko- wi pięknej arii Halki o starganej duszyczce „jako od wichru krzew połamany” w zapadającym zmierzchu, kiedy pod nie- obecność męża pozwalała chłopcu drapać alabastrowe plecy z kilkoma czarnymi pieprzykami na prawej łopatce. Ale kiedy osuwała w dół ramiączka stanika, żeby malec miał wygod- ne dla swoich pazurków pole bielusieńkiej skóry, poczucie grzechu było tak paraliżujące, że nigdy nie pozwoliła sobie na przeżywanie tej rozkoszy. Aria przepojona była smutkiem i w półmroku pokoju brzmiała jak płacz zagubionego kotka. Wielkie lustro bieliźniarki miało felerną wklęsłość i odbija- ło ich obraz w niepokojącej deformacji. Matka z dłońmi na piersiach i przechyloną na bok jasną, wydłużoną przez lustro głową, z przyczepionym do jej pleców synkiem jak czarnym trollem, upodobniała się do zjawy z przerażającej bajki. Po jej śmierci Konrad wiele razy śnił ten obraz, a kiedy się budził, poduszka była mokra od łez. Matka była dla niego nieskończenie dobra. Chociaż faktycz- nie wydawała się wcielonym nieszczęściem, to dzięki temu, że stał się jedyną miłością jej krótkiego życia, zachowała w nim poczucie równowagi i nie upadała na duchu. Pewnej nocy obu- dził go krzyk w sypialni rodziców, a kiedy tam zajrzał, ojciec warknął: „Pilnuj jej, lecę po pogotowie”. Siedział przy łóżku matki, dygocząc ze strachu, bo była jeszcze bielsza niż zawsze, a jej oczy wytrzeszczone w sufit nie chciały na niego spojrzeć. 14 Kołdra odrzucona na bok odsłaniała jasne łono z rozchylony- mi nogami w kałuży krwi. Potem dowiedział się, że to było po- ronienie, ale wtedy był przekonany, że ojciec zabił ją siekierą. Nawet rozejrzał się w poszukiwaniu tego narzędzia, ale prze- raził się, co będzie, kiedy je odnajdzie, i wbił wzrok w swoje poobgryzane paznokcie, żeby tylko nie patrzeć na rozcięty, jak sądził, brzuch matki. Pogotowie jechało aż z Czeladzi, dokąd ojciec musiał dotrzeć piechotą, więc siedział tak dwie godziny. Na pogrzebie rzucił na jej trumnę garść ziemi, jak ojciec i wiel- ka baba z rudym kołtunem na łbie, która zamieszkała z nimi po kilku dniach. Znienawidził ją od razu, a ona odwzajemnia- ła mu to uczucie z nawiązką. Jedyną pociechą było to, że jak przesoliła zupę, ojciec wylewał ją do zlewu z tą samą ponurą miną i wychodził do knajpy. Uciekł z domu. Tułał się po dworcach i centrach handlowych. Pewnego dnia u kresu sił zastukał do drzwi ciotki Basi. Star- sza siostra matki mieszkała w Sosnowcu. Poszczęściło się jej lepiej niż Marii. Nie wyszła za mąż. Nie miała tak pięknego głosu, ale dostała pracę w chórze Opery Śląskiej w Bytomiu. Kiedy wiek zmusił ją do przesunięcia się na scenie do dalszych rzędów, bo z przodu eksponowały się młode i lepiej ustawio- ne w dyrekcji koleżanki, nie mogła tego znieść i zatrudniła się w szkole muzycznej w Sosnowcu jako pani od kształce- nia słuchu. Dzieciaki ją uwielbiały, bo prócz ładnego głosu miała w sobie charakterystyczny dla ludzi z Kresów potężny ładunek dobroci. Kiedy otworzyła drzwi i ujrzała sponiewie- ranego Konrada, jej serce rozśpiewało się współczuciem i po- trzebą opiekuńczości starzejącej się samotnej panny. Dzięki niej ukończył dobrą szkołę, nie wykoleił się i zdał na studia 15 w Krakowie. Dzięki niej nasłuchał się prawdziwej muzyki i poznał jej sekrety. Dzięki niej bywał w Operze Śląskiej i tam pewnego wieczoru doznał wstrząsu, kiedy krucha i niepozor- na artystka o zabawnym nazwisku Kściuczyk zaśpiewała Hal- kę w tak przejmujący sposób, że w czasie arii o duszyczce „jak krzew połamany” płakał rzewnymi łzami razem z pozostałą widownią. Po roku studiów ubiegał się o stypendium. Ojca zabili w bójce pod jakąś knajpą, więc został sierotą, co mia- ło wpływ na szanse otrzymania górnej stawki stypendialnej. Dziekan socjologii na Ujocie był pod wrażeniem jego praco- witości i postępów w nauce niemieckiego. Namówił Konra- da, żeby spróbował dostać się na uniwersytet w Berlinie. „To stolica Europy – dowodził z powagą – a wkrótce może być stolicą świata. Jako socjolog będziesz miał wgląd we wszystkie najważniejsze wydarzenia i dostęp do głównego nurtu wiedzy w tej dziedzinie”. Szereg szczęśliwych zbiegów okoliczności sprawił, że został zakwalifikowany do kilkunastoosobowej grupy Polaków odbywających staż stypendialny na uniwer- sytecie berlińskim. Kiedy wspominał, jak jeszcze niedawno wędrował po kocich łbach górniczego miasteczka do pierw- szej klasy podstawówki, trzymając w zmarzniętej dłoni starą teczkę, wypchaną elementarzem, kapciami i bułką ze smal- cem zawiniętą w foliowy worek, zastanawiał się, jakim cudem tak mu się udało. Nie było innego wytłumaczenia, jak to, że Bóg osobiście czuwał nad jego losem i sprzyjał mu, obłaska- wiony żarliwymi modlitwami matki, której wiara nie miała sobie równych w tej części świata. Żadne nieszczęścia i żadne cierpienia nie miały najmniejszego wpływu na absolutne za- ufanie Marii do słuszności wyroków bożych. Poddana im była z taką samą pokorą, z jaką w życiu doczesnym poddała się 16 woli mężczyzny, któremu gotowała zupę, prała gacie i każdej nocy wślizgiwała się pod jego kołdrę, gdzie czekały ją upoko- rzenia i ból. Próba zrozumienia tego Boga wypełniła Konradowi znaczną część dojrzewania. Większość podstawowych prawd o nim wyssał z mlekiem matki, jak to się mówi. A przecież nie było ich w mleku, tylko w nieskładnych opowieściach, modlitwach i codziennych westchnieniach, posyłanych w zaświaty, gdzie podobno królował z synem po prawicy i jego matką w nie- bieskim płaszczu po lewicy. Był więc starym, brodatym kró- lem, jak można było wywnioskować, ale jego oblicze nie tylko okrywała tajemnica, ale wręcz zasłaniał surowy zakaz wyobra- żania go w konkretnych rysach. Podobno uczynił człowieka na podobieństwo swoje, ale przecież ludzie byli nieskończenie zróżnicowani. Tylko bliźniacy bywali do siebie podobni. Na- wet ci jednojajowi różnili się jednak od siebie, na przykład kurzajką na twarzy. Jaką w takim razie miał Bóg? Zlepioną z miliardów szczegółów nas wszystkich? To by było przeraża- jące. Powiadają, że koniecznie ma być osobą, a nie mgławico- wym duchem bez jaźni i granic. Jeśli tak, to musi mieć twarz! Osoba to twarz, nie może być inaczej. Matka beształa go za te rozważania. „Ty za dużo nie myśl – powtarzała. – Módl się i dziękuj Panu Bogu za życie”. Ciotka podsunęła mu rozwiązanie problemu, które na długi czas uspokoiło jego serce. „Wyobraź sobie – szeptała tajemni- czo – że Bóg jest pasterzem, który idzie na czele stada swoich owieczek i prowadzi je ku życiu wiecznemu. Nie widzisz jego twarzy, bo nigdy go nie przegonisz. Biegniesz ze wszystkimi, żeby go nie zgubić, ale jego krok jest silny i szybki. On się nie 17 waha, jaką wybrać dla nas drogę i nie ogląda się za siebie, żeby sprawdzić, czy za nim podążasz”. Ciotka nie była tak pobożna jak jej siostra, ale trochę czytała i jej wrodzona szlachetność podsuwała jej rozumienie wiary jako skarbnicy odwiecznych wartości. Szanował jej zdanie, bo w wielu mądrych książkach natrafiał na zdumiewająco podobne. Po latach u Chryzostoma w trzecim nokturnie na dzień Świętej Barbary znalazł zdanie równie wspaniałe jak w szepcie ciotki: „Tak długo, jak długo pozostajemy owieczkami, jesteśmy górą. Nawet gdybyśmy byli otoczeni przez wilki, jesteśmy górą i zwyciężamy. Ale z chwi- lą, kiedy przystajemy do wilków, ponosimy klęskę i tracimy wtedy poparcie tego Pasterza, który nie wilki karmi, a tylko owce”. Piękna metafora o wyższości dobroci nad złem wy- rażona pasterskim językiem na długo zawładnęła intelektem nawet tych, co w życiu nie spotkali wilka. Wiara Konrada była więc jak paciorki różańca nanizane przez różnych ludzi i róż- ne chwile na nitkę jego dojrzewania. Dodawał do nich także swoje przemyślenia. Przynajmniej tak mu się zdawało – że jest ich autorem. Teraz miał przyjaciela, który traktował jego opowieści jak folklorystyczne wspomnienia z zapadłej części Europy, gdzie ludzie wierzą w święte figury i zabobony. Peter też pochodził z mieściny nie większej niż Piaski, ale to była część rzymskiego imperium, część Rzeszy w jej różnych wcieleniach. A potem przyspieszenie cywilizacyjne w  XIX wieku, które tak nie- sprawiedliwie zatrzymało się w okolicy Poznania, pogłębiło przepaść między małymi miasteczkami zachodu i wschodu. Jako młodzi socjolodzy dyskutowali zażarcie nad przyczyna- mi różnic i odpowiedzialnością Niemców za utrwalenie tej 18 przepaści na wieki. Nie tylko dlatego, że strzelali i gazowali, ale również przez poczucie wyższości, kultywowane tak kon- sekwentnie, utrzymywali w swoich „koloniach” wschodnich zacofanie, lęki i hodowanie społeczeństwa o zaniżonej jakości. Jak Anglicy i Francuzi w Afryce i Azji, tak panowie germańscy bez demonicznie złej woli, w naturalnym odruchu koloniza- torów dziewiętnastowiecznych traktowali polską hołotę jako gorszą z natury, a ich dzieci traktowały żydowską część lud- ności jak zwierzęta, którym nie należą się prawa człowieka. Pokolenie za pokoleniem utrwalało ten obraz wyższości i nie miało w związku z tym żadnego poczucia odpowiedzialności czy winy. Ojciec Petera zapisywał w zeszytach, obłożonych zawsze tym samym zielonym papierem, swoje analizy muzycz- no-językowe, nie mając pojęcia, że dokłada cegiełkę do budo- wy Auschwitz. Mama z kolei, kręcąc pogardliwie głową przy każdej pomyłce polskiej czy rumuńskiej śpiewaczki, utrwala- ła w sercu małego Petera przekonanie, że tam, na wschodzie, panują bałagan i nieuctwo, a dziewczęta, które uwodził, tyl- ko potwierdzały jego naturalne poczucie wyższości moralnej niemieckich rodzin nad plemionami stamtąd, gdzie bezładna kopulacja oddala od wzniosłości niemieckiej muzyki jeszcze bardziej niż brak pieniędzy na kształcenie i porządne instru- menty. Konrad tłumaczył przyjacielowi, że to raczej jego kopu- lacje są bezładne i niemoralne. Pomyłki na scenach operowych zdarzają się Amerykankom, Niemkom i Norweżkom równie często jak tym ze wschodu. Po prostu ten gatunek sztuki jest zabójczo trudny. A w orkiestrach Wiednia i Berlina grało za- wsze wielu Żydów, Rumunów, Węgrów i Polaków. To praw- da, że genialnych kompozytorów niemieckich jest więcej niż w całej reszcie świata. Jest to niewątpliwy powód do dumy, ale 19 między dumą a pychą istnieje zasadnicza różnica. W pirami- dzie ludzkości lekceważenie biedaka przez bogacza jest może czymś naturalnym, ale ta banalna wyższość może urosnąć do bestialskiej pogardy wobec śmierdziela w łachmanach, które- go powinno się wyeliminować, żeby nie niweczył harmonii świata. Te porządki, to oczyszczanie ludzkości ze „śmieci” jest procedurą podlegającą swoistej gradacji. Hitler zaczynał swoje porządki skromnie, od kilku szpitali psychiatrycznych, gdzie jego nadworny lekarz usuwał debili w ramach działań medycz- nych. Robił im śmiertelne zastrzyki, a potem wpadł ze swoją ekipą na pomysł urządzania inhalacji cyklonem. Przy szpita- lu sprawnie funkcjonowała spalarnia zwłok. Ta miniaturka obozu zagłady była zalążkiem wielkich fabryk Holocaustu, była początkiem lawiny zrodzonej z „naturalnego” poczucia wyższości. Dlaczego jednak to poczucie musi prowadzić do ekstermina- cji? Czy jej apokaliptyczne następstwo nie wynika z niepew- ności? Gdyby wyższość jednej nacji nad drugą była w sposób oczywisty udowodniona i udokumentowana, może nie trzeba by się było w niej utwierdzać przemocą? Angole w koloniach mieli przez jakiś czas tak oczywiste poczucie wyższości swej rasy, że z nielicznymi wyjątkami zachowywali się wobec pod- ległych im tubylców jak dobrzy ojcowie. Prawdziwi arystokra- ci nie byli tak okrutni jak nuworysze i właściciele niewolników z awansu. Niepewność własnej przewagi jest najczęstszym źró- dłem agresji. Psy na smyczy też są bardziej agresywne i skłon- ne do zaczepki niż te biegające swobodnie. Prawie wszystkie szychy systemów totalitarnych były ludźmi miernej kondycji, niepewnymi swego pochodzenia, obarczonymi kompleksami działającymi jak psia smycz. Peter oponował, powołując się 20 na Castro, Amina i przede wszystkim Mao. Twierdził też, że Hitler i Mussolini nie byli osobnikami zakompleksionymi, a już z pewnością nie był takim Stalin. Tym samym, dowodził, teoria o większym zagrożeniu ze strony jednostek wątpliwej jakości słabo się broni. Gdyby to było takie proste, że to mier- noty są zagrożeniem dla świata, wszędzie panowałby system kastowy jak w Indiach i żadna rewolucja nie miałaby sensu. – Rewolucja nie ma sensu – upierał się Konrad. Jest niezbęd- na dla higieny ludzkości, ale trudno tę jej nieuchronność na- zwać sensowną. Śmierć też jest nieuchronna, ale sensu trudno się w niej dopatrzyć. Jest właśnie ukoronowaniem absurdu zaburzającego harmonię świata. Przyjaciel wybuchał śmie- chem. Twierdził, że wrodzona słowiańska poczciwość fundu- je Konradowi rozumienie sensu i harmonii jako idyllicznego wypoczynku całej przyrody w łagodnych promieniach słońca. Sens i harmonia to wieczny ruch w ramach Heglowskiej tria- dy, opisującej walkę tezy z antytezą, by mogła powstać synte- za, która na następnym piętrze natychmiast natrafi na swoje przeciwieństwo. Taka dialektyka trwa wiecznie i tylko ona jest sensowna. Ofiary są, z punktu widzenia poszczególnych jedno- stek, bolesne, ale w perspektywie wszechświata roztkliwianie się nad nimi jest idiotyczne. To tak jak upieranie się, że prawo nie powinno zezwalać na niszczenie zarodków, bo to jest ży- cie, które musi być chronione w każdej postaci, podczas kiedy niezliczona ilość zarodków jest eliminowana na starcie przez samą przyrodę. Tarpejska skała, z której Spartanie zrzucali nie- pełnosprawnych, była tylko zwieńczeniem naturalnej selekcji. – A ty z pewnością dostałbyś od Hitlera Żelazny Krzyż, gdy- byś miał szczęście żyć w jego pięknych czasach – kpił Konrad, na co przyjaciel znów wybuchał śmiechem, nie żywiąc wcale 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Antygona w piekle
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: