Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00113 004244 12920508 na godz. na dobę w sumie
Arcymistrz - ebook/pdf
Arcymistrz - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 256
Wydawca: Wydawnictwo Miejskie Posnania Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3776-8131-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook (-20%), audiobook).
Poznań, grudzień 1928 r. Poważni obywatele miasta otrzymują niepokojące anonimy. Ktoś grozi śmiercią Aleksandrowi Alechinowi szachowemu mistrzowi świata, który rozegra niebawem symultanę w hotelu Bazar. Trzydziestoletni aspirant policji Zbigniew Kaczmarek na rozwiązanie zagadki czasu ma niewiele, a krąg podejrzanych spory. Potencjalni rywale Alechina zazdroszczący mistrzowi sławy? Jakiś szaleniec? Sowieci? Wszak Rosjanin opuścił swój kraj po przejęciu władzy przez bolszewików. Szantażysta rozgrywa partię kryminalnych szachów. Czy młody śledczy zdemaskuje go, zanim ten zabije arcymistrza?
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Poznań, hotel Bazar, czwartek, 13 grudnia 1928 roku, dziewiąta rano – Ktoś się z nami brzydko bawi – powie- dział chudy mężczyzna z fajką w zębach, podno- sząc się znad mahoniowego biurka. Nabiegła krwią twarz podkomisarza Zygfry- da Kaysera zdradzała jednocześnie zaintereso- wanie i znużenie. Gryząc w zębach ustnik puste- go cybucha, policjant w cywilu zastanawiał się nad znaczeniem informacji, którą przeczytał przed chwilą na błyszczącym, kredowym papie- rze. – Raczej ktoś z nami brzydko gra, panie komisarzu – trzeźwo zauważył aspirant Zbigniew Kaczmarek, trzydziestoletni, tęgi pomocnik Kaysera, podchwytując badaw- cze spojrzenie szefa. – Masz rację, kolego. Ktoś ewidentnie z nami gra – zgodził się Kayser. Unikając wzroku siedzącego w fotelu naprzeciwko dyrektora hotelu, Edwarda Kujacińskiego, podkomisarz z wydziału śledczego wyjrzał za okno. Z nieba sypało gęstym, białym puchem. Róg Alei Karola Marcinkowskiego i ulicy Nowej został przy- kryty nim tak szczelnie, że trudno było rozpoznać kostki bruku. Tuż obok pod grubą poduchą śniegu tonął plac Wolności. Życie w centrum miasta zwolniło, jakby siarczy- sty mróz wyhamował tryby w gigantycznym projektorze filmowym. Pierwszy śnieg tej zimy – pomyślał Kayser, a jego ciałem wstrząsnął dreszcz. W gabinecie dyrektora hotelu wcale nie było ciepło. Ech, wyskoczyłby teraz do Esplanady na kieliszek rozgrzewającej anyżówki… Może nawet z tym nudnym, ale porządnym Kaczmarkiem! – Czyli znalazł pan tę kartę, gdy przyszedł do swojego gabinetu? – Z wyraźną niechęcią podkomisarz zmusił się do powrotu w koleiny śledztwa. – O której godzinie to było? Na lekko pucołowatej twarzy dyrektora Kujacińskiego pojawił się cień wahania. – Myślę, że o ósmej, no, najwyżej kwadrans po – żachnął się. – Byłem właśnie po śniadaniu. Jajecznica na bekonie i… – Nie żądamy szczegółów pańskiego menu – uśmiechnął się cierpko Kayser. – Co było dalej? Dyrektor Bazaru poruszył się zniecierpliwiony w fotelu. Szokujące wydarzenia poranka mocno kontrastowały z powolnym działaniem policji. – Mówiłem już przecież panom… Jak zwykle podszedłem do mojego biurka, żeby zabrać się do rachunków, których nie zdążyłem rozliczyć wczoraj wieczorem. Panowie rozumiecie,wczoraj mieliśmy zamieszanie z tą tablicą pamiątkową poświę- coną Paderewskiemu. Było co robić, duże zamieszanie… Sami panowie rozumiecie. Usiadłem w fotelu, z którego pan właśnie wstał, i wtedy zobaczyłem to… Wzrok policjantów raz jeszcze powędrował na błyszczący czystością blat impo- nującego biurka. Leżała na nim równie błyszcząca karta formatu A4. Nawet z oddali można było wyczytać z niej dwa słowa wybite wersalikami na maszynie: MISTRZ ZGINIE! – Kaczmarek, notujesz? – Kayser spojrzał na swojego pomocnika. Aspirant mrugnął do szefa znad notesu, w którym rzetelnie spisywał ołówkiem zeznanie dyrektora. Na moment oderwał wzrok od notatek, by raz jeszcze spojrzeć na skrawek gazety leżący tuż obok kredowej kartki. Nawet spod ściany, gdzie stał, widać było na nim nadrukowaną szachownicę z kombinacją kilku figur. W odróżnieniu od idealnie równych brzegów arkusza papier gazetowy sprawiał wrażenie wydartego byle jak. – Zauważył pan jakiekolwiek ślady czyjejś bytności w gabinecie? – Kayser zwrócił się ponownie do dyrektora hotelu. – Chodzi panu o ślady butów na dywanie czy tego typu sprawy? – zapytał Kuja- ciński. Podkomisarz Kayser skinął łaskawie głową. – Nie, szanowny panie. Wokół było nadzwyczaj czysto. Rzekłbym nawet steryl- nie czysto – odpowiedział dyrektor. – Czy coś zwróciło pana szczególną uwagę? – dopytał podkomisarz. Kujaciński zmarszczył czoło. Widać było, że nie wie, co powiedzieć. – Chyba nie – westchnął. – Byłem tak zaskoczony… Pan rozumie, to był dla mnie szok. Po pierwsze, że ktoś w ten sposób nam grozi. A po wtóre, że ktoś tak bezczelnie zakradł się do mojego osobistego gabinetu i być może przeglądał moje papiery! To rzeczywiście straszne – pomyślał nie bez cienia złośliwości Kayser. Zdecy- dowanie bardziej jednak niż doręczyciel niepokoiła go treść listu. – Jeśli wolno, panie komisarzu… – Stojący dotychczas grzecznie w rogu pokoju i skrzętnie notujący aspirant Kaczmarek poruszył się, jakby chciał zaznaczyć w ten sposób swoją obecność. – Czy szanowny pan dyrektor mógłby nas poinformować, kto ma zwykle rano dostęp do tego piętra? I osobliwie do pańskiego gabinetu? Bo ktoś chyba ma, prawda? Zygfryd Kayser spojrzał z sympatią na podwładnego. Pracowali ze sobą ledwie od wiosny tego roku i podkomisarz musiał przyznać, że jego zmagający się z nadwa- gą pomocnik ma głowę na karku. Jakby na przekór warunkom, jakimi aż nazbyt hoj- nie obdarzyła go natura, aspirant okazał się osobnikiem nadzwyczaj rzutkim i samo- dzielnym. Kayser zdążył zauważyć, że Kaczmarek ma ciągoty do przejmowania ini- cjatywy. Tak było choćby latem, kiedy w Poznaniu gościł sam prezydent Rzeczypo- spolitej Ignacy Mościcki. Aspirant otrzymał wtedy zadanie zapewnienia bezpieczeń- stwa głowy państwa podczas wizyty w Łazienkach Miejskich. Wraz z ekipą kilkunastu funkcjonariuszy spisał się wtedy nad wyraz chwacko. Prezydent był zachwycony pły- walnią, ale nie omieszkał też podziękować policji za jej służbę. Kujaciński spojrzał pytająco na Kaysera, a gdy ten przytaknął aprobującym ski- nieniem głowy, odpowiedział: – Ma pan rację. Dostęp i klucze do tego pokoju ma zawsze hrabia Ignacy Mie- lżyński, mój szacowny przełożony dyrektor, a niegdyś członek rady nadzorczej na- szej spółki. I oczywiście pracownicy sprzątający gabinet… W oczach aspiranta Kaczmarka rozbłysły żywe ogniki. – Ilu ich jest, panie dyrektorze? – zapytał. Kujaciński szybko policzył w myślach. – Dwoje – oznajmił. – To mężczyzna i kobieta. Pracują na zmianę. – Poprosimy o ich nazwiska – zaproponował Kayser. – Sądzi pan komisarz… – Pan wybaczy, wnioski pozostawię dla siebie. – Oczywiście, panie komisarzu – zmitygował się dyrektor hotelu, podnosząc się z fotela pod oknem. – Zaraz podam panom te nazwiska. Mam wszakże jedną prośbę. – Kujaciński ściszył głos. – Nie chciałbym, by o sprawie dowiedział się nasz dyrektor, hrabia Mielżyński. Panowie rozumiecie, pan hrabia ma już swoje lata. Po co go kło- potać… – Jak pan sobie życzy. Choć pan hrabia również powinien zostać przesłuchany, tym razem wyjątkowo pozwolimy sobie przymknąć oko na wymogi formalne – stwier- dził Kayser. – Trudno przecież zakładać, że nasz szanowny Pan z Iwna rozsyła po- gróżki pod adresem własnych, świetnych gości. – Otóż to! Doskonale powiedziane – poparł go skwapliwie dyrektor Kujaciński. – À propos… – Podkomisarz podniósł palec. – Proszę mi przypomnieć, kiedy mistrz zamelduje się w Bazarze. – 16 grudnia, panie komisarzu, czyli w niedzielę. – Hm… A więc za trzy dni – mruknął Kayser. – Czasu mamy niewiele. (…)
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Arcymistrz
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: