Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00395 007685 20638149 na godz. na dobę w sumie
Autobiorgafia. Dzieje moich poszukiwań prawdy - ebook/pdf
Autobiorgafia. Dzieje moich poszukiwań prawdy - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 512
Wydawca: Axis Mundi Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-61432-56-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> inne
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Książka-drogowskaz, klasyczna autobiografia, która opowiada jego własnymi słowami historię życia Gandhiego. M.K.Gandhi to jedna z najbardziej inspirujących postaci dwudziestego wieku, propagator pacyfizmu jako środka walki politycznej i jeden z twórców współczesnej państwowości indyjskiej. Jest to klasyczna autobiografia, która opowiada jego własnymi słowami historię życia Gandhiego oraz tego, jak rozwijał swoją koncepcję niestosowania przemocy oraz biernego oporu, która utorowała Indiom drogę do niepodległości i stała się podstawą wielu ruchów niepodległościowych.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

M. K. GA NDHI A U T O B I O G R A F I A D Z I E J E M O I C H P O S Z U K I W A ¡ P R A W D Y tytuł oryginału: M.K. Gandhi An Autobiography or he Story of My Experiments With Truth Copyright © Navajivan Trust. his book is published by the permission of Navajivan Trust, Ahmedabad – 380014 (India) All rights reserved. Copyright © 2013 Axis Mundi zdjęcie na okładce: © he Granger Collection/forum zdjęcia: str. 5, 194 (z żoną), 260 – Getty Images/Flash Press Media, str. 14 (z bratem), 96, 374 – Rue des Archives/forum, str. 503 – Sueddeutsche Zeitung Photo/forum wydanie v isbn: 978-83-61432-49-4 ean: 9788361432494 e-book: 978-83-61432-56-2 przekład: Józef Brodzki redakcja merytoryczna: Bożena Rubczyńska redakcja: Elżbieta Makowska korekta: Katarzyna Szajowska, Magdalena Swoboda korekta techniczna: Basia Borowska projekt okładki: Borys Borowski skład: Positive Studio Polish language copyright © 2013 Axis Mundi Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy. współpraca wydawnicza: Aleja Róż, Katarzyna Majszczyk M. K. GA NDHI A U T O B I O G R A F I A D Z I E J E M O I C H P O S Z U K I W A ¡ P R A W D Y PRZEDMOWA rzed czterema lub pięciu laty pod wpływem nalegań niektórych moich najbliższych współpracowników zgodziłem się napisać swoją autobio- graię. Zacząłem więc pisać, wszakże zaledwie zdążyłem odwrócić pierwszą zapisaną kartkę, kiedy w Bombaju wybuchły rozruchy i praca moja uległa zatrzymaniu. Następnie przyszła cała seria wydarzeń, których kulmina- cyjnym punktem było uwięzienie mnie w Yeravda 1. Dżeramdas, jeden z  moich towarzyszy więziennych, prosił mnie, bym odłożył wszystkie inne prace i skończył spisywanie mego życiorysu. Odpowie- działem mu, że zakreśliłem już pewien plan prac nad poznaniem siebie samego i że nie sądzę, bym mógł zająć się czymkolwiek innym, zanim tego nie wyko- nam. Mógłbym jednak zdążyć skończyć swą autobiograię, gdybym odsiedział całą karę w więzieniu; potrzebny mi był jeszcze rok do skończenia mego życio- rysu, kiedy zostałem zwolniony. Swami Anand ze swej strony wystąpił z taką samą prośbą, a wobec tego, że skończyłem opisywanie dziejów ruchu Satjagraha 2 w  Afryce Południowej, nęciło mnie podjęcie pracy nad autobiograią dla „Navajivanu” 3. Swami chciał, abym napisał oddzielnie do wydania książkowego – nie miałem jednak tyle czasu do rozporządzenia. Mogłem zaledwie co tydzień pisywać po jednym roz- dziale. Coś trzeba było każdego tygodnia napisać dla „Navajivanu”. Czyż nie mogłaby to być moja autobiograia? Swami zgodził się na mój projekt i oto za- bieram się ostro do roboty. Wszelako mój głęboko wierzący przyjaciel żywił co do tego pewne wątpliwości, którymi podzielił się ze mną w „dniu milczenia”. – Czemu się wdajesz w  tę awanturę? – zapytał mnie. – Pisanie własnego życiorysu jest raczej właściwe ludziom z Zachodu. Nie znam nikogo ze Wschodu, który by to robił, jeżeli nie liczyć tych, którzy ulegli wpływom zachodniego świa- ta. I o czym chcesz pisać? Wyobraźmy sobie, że jutro odrzucisz poglądy, które dziś uważasz za niezłomne, lub też poddasz w przyszłości rewizji swoje dzisiejsze plany – czyż nie sprawi to, że ludzie postępujący zgodnie z tym, co głosi twoje słowo, bądź mówione, bądź pisane, będą się uważali za wprowadzonych w błąd? 1 2 3 Yeravda – więzienie brytyjskie, w  którym Gandhi przebywał od 18 marca 1922 r. do 26 stycznia 1924 r. Satjagraha – patrz cz. IV, rozdz. XXVI. „Navajivan” (Nowe Życie) – miesięcznik kierowany przez Gandhiego. Wychodził w Ahmedabadzie w języku gudźarati. 7 Czy nie sądzisz, że rzeczą znacznie bardziej właściwą byłoby zaniechanie właśnie teraz pisania jakiejkolwiek autobiograii? Ten argument wywarł na mnie pewne wrażenie. Ale moim zamiarem nie jest napisanie autentycznego własnego życiorysu. Pragnąłem po prostu opo- wiedzieć dzieje moich niezliczonych zmagań na drodze poszukiwania prawdy, a wobec tego, że całe moje życie jest w gruncie rzeczy tylko właśnie tymi po- szukiwaniami, więc też odpowiada prawdzie, że cała opowieść będzie częściowo nosiła charakter autobiograiczny. Nie będę jednak miał nic przeciwko temu, by każda stronica mówiła jedynie o tych moich poszukiwaniach i zmaganiach, jakie toczyłem w imię prawdy. Mam nadzieję, a  może jedynie schlebiam sobie, żywiąc ją, że relacja o wszystkich tych poszukiwaniach może przynieść pewną korzyść czytelni- kowi. Moje doświadczenia w dziedzinie polityki są obecnie znane nie tylko w In- diach, lecz do pewnego stopnia całemu cywilizowanemu światu. Dla mnie oso- biście nie mają one szczególnego znaczenia, a tytuł „Mahatma” 4 jaki mi zyskały, ma go jeszcze mniej. Ten tytuł sprawiał mi często głęboki ból i nie pamiętam takiej chwili, kiedy można byłoby powiedzieć, że był mi przyjemny. Natomiast bardzo chętnie gotów jestem opowiedzieć o wszystkich moich zmaganiach i po- szukiwaniach w dziedzinie duchowej, o których wiem tylko ja, a które stały się źródłem tej siły, jaką rozporządzam, działając na polu polityki. Jeżeli te zma- gania i poszukiwania mają charakter „duchowy”, wtedy nie może być mowy o jakimś chwaleniu się z mojej strony – przeciwnie: przyczyniają się one jedynie do umocnienia mnie w skromności. Im bardziej bowiem zastanawiam się nad moją przeszłością i bliżej się jej przypatruję, tym mocniej odczuwam, jak daleko mi do doskonałości. To, co pragnąłem osiągnąć, do czego dążyłem i  co usiłowałem zdobyć w ciągu ubiegłych trzydziestu lat, zawarło się w pragnieniu poznania siebie sa- mego, spojrzenia w oblicze Boga, w dążeniu do osiągnięcia moksza 5. Żyję, działam, istnieję dla osiągnięcia tego celu. Wszystko, co czynię, bądź przemawiając, bądź pisząc, oraz wszystkie moje poczynania polityki zmierzają do tego samego celu. Wobec tego jednak, że zawsze utrzymywa- łem, iż to, co jest możliwe do osiągnięcia dla jednostki, jest również dostępne 4 5 Mahatma – wielki duchem. Moksza – wyzwolenie od narodzin i od śmierci. 8 ogółowi, wszystkie moje poszukiwania prawdy prowadzone były nie w  izo- lacji, lecz na oczach wszystkich. Nie sądzę, by ta okoliczność pomniejszała ich wartość duchową. Istnieją wszelako pewne sprawy, których poznanie jest dostępne wyłącznie jednostce oraz jej Stwórcy. Nie dadzą się one absolutnie przekazać. Poszukiwania, o  których zamierzam opowiedzieć, nie mają tego charakteru. Są one natury duchowej albo raczej moralnej. Istotą bowiem re- ligii jest moralność. Do opowieści niniejszej włączone zostaną jedynie te sprawy dotyczące religii, które będą mogły być zrozumiane zarówno przez dzieci, jak i  przez dorosłych. Jeżeli zdołam opowiedzieć o nich w sposób beznamiętny i skromny, po- mogą one wielu innym poszukiwaczom prawdy w ich dalszej drodze naprzód. Jestem bardzo daleki od nadawania tym poszukiwaniom jakichkolwiek cech doskonałości. Nie pretenduję do niczego innego, podobnie jak uczony, który przeprowadzając badania z maksymalną dokładnością, zdolnością przewidywa- nia i skrupulatnością, nigdy nie wydaje ostatniego wniosku o swych osiągnię- ciach, lecz przygląda się im z całym krytycyzmem. Poddałem się głębokiej samoanalizie, usiłowałem na każdym kroku odnaj- dywać siebie samego, każdą sytuację psychologiczną starałem się zbadać i zgłę- bić – a jednak daleki jestem od tego, by pretendować do nieomylności wniosków, do których doszedłem. Pretenduję jednak do jednego, a mianowicie do tego, że moje wnioski wy- dają mi się bezwzględnie słuszne i – na razie – skłonny jestem uważać je za osta- teczne. Gdyby było inaczej, nie mogłyby stanowić podstawy do jakiegokolwiek działania. W każdym przypadku stosowałem metodę przyjmowania lub odrzu- cania powziętych wniosków i postępowałem zgodnie z nią. Dopóki jednak moje postępowanie jest zgodne z moim rozumem i z moim sercem, muszę się mocno trzymać raz powziętych moich własnych wniosków. Gdyby mi chodziło jedynie o rozważanie zasadniczych zagadnień, z pew- nością nie próbowałbym pisać autobiograii, wobec tego jednak, że moim celem jest przytoczyć szereg różnych praktycznych wskazówek, jak stosować te zasady, więc też rozdziały, które zamierzam napisać, opatruję wspólnym tytułem: Dzieje moich poszukiwań prawdy. Będą one zawierały moje zmagania i  poszukiwania, o  ile chodzi o  nie- sprzeciwianie się złu, sprawę celibatu lub inne metody postępowania, jakoby niezależne od wierności zasadom prawdy. Moim zdaniem jednak, prawda jest 9 naczelną zasadą, skupiającą w sobie inne liczne zasady. Tego rodzaju Prawda polega nie tylko na wierności prawdzie w  słowach, lecz również w  myślach i dotyczy nie tylko względnej prawdy, tak jak my ją rozumiemy, lecz Prawdy Absolutnej, Zasad Odwiecznych, czyli pojęcia Boga. Istnieją niezliczone deinicje Boga, gdyż niezliczone są dowody Jego ist- nienia. Napełniają mnie one podziwem, czcią i na chwilę oszołamiają. Ale ja uznaję Boga jedynie jako najwyższe wcielenie Prawdy. Nie znalazłem Go jesz- cze, ale wciąż Go poszukuję i gotów jestem na drodze tych poszukiwań złożyć w oierze wszystko, co posiadam najdroższego. Nawet gdyby ta oiara wymagała mego życia, sądzę, że byłbym gotów je poświęcić. Dopóki jednak nie zdołałem poznać Absolutnej Prawdy, muszę pozostać wierny względnej prawdzie, a więc takiej, jak ją sobie wyobrażam. Ta względna prawda musi być dla mnie – na razie – moją latarnią morską, moją tarczą i moim puklerzem. I chociaż obrana przeze mnie ścieżka jest stroma, wąska i niekiedy ostra jak ostrze brzytwy, dla mnie była ona jednak najkrótsza i najdogodniejsza. Nawet moje błędy, wielkie jak Himalaje, wydały mi się fraszką, gdyż wier- nie trzymałem się tej ścieżki. To ona ustrzegła mnie od poważnych kłopotów, szedłem więc naprzód zgodnie z prowadzącym mnie światłem. Niekiedy w po- suwaniu się naprzód przytraiały mi się chwile, gdy strwożonym spojrzeniem zdawałem się dostrzegać Absolutną Prawdę i  Boga, wtedy z  każdym dniem mocniej rosła we mnie pewność, że jedynie On jest czymś realnie istniejącym, wszystko inne zaś jest nierealne. Niechże więc ci, którzy tego pragną, uprzytomnią sobie, jak bardzo to przeświadczenie brało we mnie górę, niech zechcą uczestniczyć w moich poszu- kiwaniach, a także – jeżeli potraią – niech dzielą ze mną moją wiarę. Następnym przeświadczeniem, którego nabrałem, było to, że jeżeli cokol- wiek jest dostępne dla mnie, tym samym jest dostępne nawet każdemu dziecku. Miałem zresztą bezsporne powody, by tak twierdzić. Środki, jakimi należy się posługiwać przy poszukiwaniu prawdy, są zarów- no bardzo proste, jak i bardzo skomplikowane. Mogą się one jednak wydać wręcz nie do pomyślenia zarówno zuchwalcowi, jak i niewinnemu dziecku. Człowiek poszukujący prawdy winien być skromniejszy od pyłu zaściela- jącego ziemię. Życie potrai skruszyć proch pod jego stopami na najdrobniej- szy pyłek, lecz poszukiwacz prawdy sam winien być tak skromny, że nawet ów pył jest w stanie go skruszyć. Tylko wtedy i dopiero wtedy dostrzeże on prawdę. 10 Dialog pomiędzy Wasiszthą i  Wiszwamitrą 6 czyni to aż nadto oczywi- stym. Chrześcijaństwo oraz islam również w  dostatecznym stopniu to po- twierdzają. Jeżeli cokolwiek z tego, co spisuję na tych kartkach, mogłoby urazić czy- telnika, gotowego przyjąć je za dowód rozpierającej mnie pychy, niech raczej zechce uznać, że coś w moich dociekaniach się nie zgadza, a moje przelotne widzenia potraktuje jeno jako miraż. Niechaj zginą setki takich jak ja, lecz niech ostoi się Prawda. Nie uszczuplajmy zakresu prawdy nawet o włos, wy- dając sądy o pogrążonych w błędach śmiertelnikach, podobnych do mnie sa- mego. Mam nadzieję i wnoszę o to modły, by nikt nie zechciał uważać porad rozsianych w  tych rozdziałach za autorytatywne. Opowiedziane tu poszu- kiwania prawdy powinno się rozpatrywać jako ilustracje, w świetle których każdy jest w  stanie poczynić własne doświadczenia, zgodnie ze swoimi upodobaniami i umiejętnościami. Wierzę, iż w tym ograniczonym zakresie owe ilustracje mogą być doprawdy pożyteczne, nie mam bowiem zamiaru ani przemilczać, ani przeceniać żadnej z przykrych spraw, które muszą być opowiedziane. Mam nadzieję, że czytelnik całkowicie pozna wszystkie moje błędy i po- myłki. Moim celem nie jest bynajmniej powiedzieć, jak bardzo jestem dobry, lecz opisać swoje poszukiwania na drodze poznawania wiedzy o satjagraha. Wydając sąd o sobie samym, będę usiłował być równie bezwzględny, jak jest nią Prawda, oraz jakimi pragnę, by byli inni. Przykładając do siebie tę miarę, muszę zawołać wraz z Surdasem 7: Gdzie znaleźć nędznika Bardziej niż ja zepsutego i obmierzłego? Byłem tak wiarołomny, Żem własnego wyrzekł się Stwórcy Bo nieprzerwanym pasmem tortur dla mnie jest to, że wciąż jeszcze jestem daleki od Niego, który – dobrze wiem o tym – rządzi każdym tchnieniem mego 6 7 Aluzja do bardzo starej legendy opisującej rywalizację między Wasiszthą i Wiszwamitrą – dwoma wielkimi mędrcami. Surdas (1483–1563) – poeta indyjski, autor Sursagar – zbioru poematów religijnych. 11 życia i którego jestem latoroślą. Świadom jestem tego, że złe uczucia trzymają mnie z dala od Niego, a przecież nie mogę się ich wyzbyć. Muszę jednak już kończyć. Pozostaje mi jedynie podjąć niniejszą opowieść w rozdziale, który nastąpi później. M.K. Gandhi Aśram, Sabarmati 26 listopada 1925 r. część I i. narodziny i pokrewieństwa ód Gandhich należy do kasty bania 8 i – jak się wydaje – wywodził się z kupców korzennych. Jednak od trzech pokoleń, począwszy od mego dziadka, byli oni premierami rządu w różnych księstwach Katiawadu 9. Uttamczand Gandhi, czyli Ota Gandhi, mój dziadek, musiał być czło- wiekiem o surowych zasadach. Intrygi państwowe zmusiły go do opuszczenia Porbandaru 10, gdzie był diwanem 11, i schronienia się w Dźunagadh 12. Tu powitał nawaba 13, unosząc do góry lewą rękę, a ktoś zwróciwszy uwagę na ten ostenta- cyjny afront, zażądał wyjaśnień, na co otrzymał następującą odpowiedź: „Prawa ręka jest na razie zajęta w Porbandarze”. Ota Gandhi, owdowiawszy, ożenił się po raz drugi. Z pierwszego mał- żeństwa miał czterech synów, a  z  drugiego – dwóch. Nie sądzę, abym kie- dykolwiek w  dzieciństwie odczuł lub bodaj wiedział, iż owi synowie Oty Gandhiego nie byli dziećmi jednej matki. Piątym spośród tych sześciu braci był Karamczand Gandhi, czyli Kaba Gandhi, szóstym zaś Tulsidas Gan- dhi. Obydwaj ci bracia byli kolejno, jeden po drugim, premierami rządu w Porbandarze. Kaba Gandhi był moim ojcem. Był on członkiem Trybunału w  Radźasthanie 14. Dziś nie istnieje on już, lecz w  owych czasach stanowił bardzo wpływową instytucję służącą do likwidowania zatargów pomiędzy przywódcami a  członkami ich klanów. Był on również przez pewien czas premierem w  Radźkocie 15, a  następnie w  Wankanerze 16. Gdy umierał, był emerytem państwa Radźkot. Kaba Gandhi czterokrotnie zawierał związki małżeńskie, zostając raz po raz wdowcem. Miał dwie córki z pierwszego i drugiego małżeństwa. Jego ostat- nia żona, Putlibai, urodziła mu córkę oraz trzech synów, z  których ja byłem najmłodszy. 8 9 10 11 12 13 14 15 16 Bania – kasta drobnych kupców. Katiawad – zachodnia część Indii, na północ od Bombaju, obecnie Mumbaju. Porbandar – port w południowo-zachodniej części Katiawadu. Diwan – premier w księstwach indyjskich. Dźunagadh – księstwo w południowej części Katiawadu. Nawab – w okresie panowania mogołów przedstawiciel władzy najwyższej, z czasem władca udzielny, książę. Radźasthan – jedna z prowincji indyjskich, położona między Gudźaratem a Delhi. Radźkot – księstwo w centrum Katiawadu. Wankaner – księstwo na północ od Radźkotu. 15 Mój ojciec kochał swój klan, był mu wierny, odznaczał się odwagą i wielkodusznością, lecz był wybuchowy. Nie stronił od uciech cielesnych. Ożenił się po raz czwarty, kiedy był już po czterdziestce. Był niesprzedajny i zarówno wśród rodziny, jak i na zewnątrz zdobył sobie sławę swą niezłom- ną bezstronnością. Jego lojalność w stosunku do państwa była powszechnie znana. Kiedy zastępca przedstawiciela rządu brytyjskiego obelżywie odezwał się o thakore sahebie 17 z Radźkotu, jego przełożonym, wówczas Kaba Gandhi sta- wił czoło owym obelgom. Tamten rozgniewał się i zażądał od Kaby Gandhiego, by go przeprosił, na co mój ojciec odpowiedział odmownie i w rezultacie został uwięziony na parę godzin. Kiedy jednak ów urzędnik zorientował się, że Kaba Gandhi jest nieprzejednany, wydał rozkaz uwolnienia go. Mój ojciec nigdy nie pretendował do jakiegokolwiek gromadzenia majątku i pozostawił nam w spadku bardzo niewiele. Nie miał żadnego wykształcenia, prócz tego, które daje doświadczenie. Co najwyżej dałoby się o nim powiedzieć, że osiągnął piąty stopień w języku gudźarati. Znajomość historii i geograii była mu całkowicie obca, jednak bogate doświadczenie nabyte przy rozwiązywaniu praktycznych zagadnień dawało mu mocne podstawy przy rozstrzyganiu naj- bardziej zawiłych spraw oraz sprawowaniu władzy nad setkami ludzi. Był też bardzo mało obyty ze sprawami religijnymi, natomiast reprezen- tował ten rodzaj kultury religijnej, którą wielu Indusów zdobywa dzięki częste- mu odwiedzaniu świątyń i przysłuchiwaniu się dyskusjom na tematy religijne. U  schyłku swego życia zaczął, na skutek nalegań pewnego zaprzyjaźnionego z rodziną wykształconego bramina, studiować księgi Gity 18 i zwykł podczas od- prawiania codziennych modłów głośno recytować poszczególne wersety. Dominującym wspomnieniem, jakie mi pozostało po matce, jest otaczają- ca ją aureola pewnej świętości. Matka była głęboko religijna. Nie zasiadłaby ni- gdy do spożywania posiłku bez uprzedniego odprawienia codziennych modłów. Odwiedzanie haveli 19 – świątyni poświeconej bogowi Wisznu – było jednym z  jej codziennych obowiązków. Jak daleko sięga moja pamięć, nie mogę so- bie przypomnieć, by kiedykolwiek opuściła Czaturmas 20. Składała najsurowsze 17 18 19 20 hakore saheb – książę, pan. Bhagawadgita – sławny poemat stanowiący fragment epopei sanskryckiej Mahabharaty. Jest to wykład doktryny religijnej, ilozoicznej i podstawowy tekst religii hinduskiej. Haveli – świątynia boga Wisznu, wisznuicka. Czaturmas – ślubowanie postu lub półpostu podczas czterech deszczowych miesięcy. 16 ślubowania i  spełniała je bez uchybień. Nawet choroba nie usprawiedliwiała zwolnienia od nich. Przypominam sobie, że kiedyś zachorowała w trakcie prze- strzegania ślubowania Czandrajana 21, jednak zły stan zdrowia nie był wystar- czającym powodem, by je przerwała. Poddanie się dwom lub trzem kolejno po sobie następującym postom nie było dla niej czymś niezwykłym. Podczas świę- towania Czaturmas przyjmowanie jednego posiłku dziennie weszło jej w zwy- czaj. Nie zadowalając się tym, matka moja pościła co drugi dzień w  okresie jednego Czaturmas. Podczas innego Czaturmas złożyła ślubowanie nieprzyjmo- wania posiłków, zanim nie ujrzy słońca. W owe dnie my, dzieci, staliśmy wpatrzeni w niebo, czekając, aż będziemy mogli oznajmić naszej matce ukazanie się słońca. Każdy wie, że w kulminacyj- nych momentach pory deszczowej słońce często wcale się nie pokazuje. Przypo- minam sobie dnie, kiedy przy nagłym jego ukazaniu się biegliśmy do matki, by jej tę wiadomość oznajmić. Wtedy matka sama wybiegała z domu, by na własne oczy przekonać się o  tym, tymczasem krótka chwila ukazania się słońca już zdążyła przeminąć, pozbawiając ją pożywienia. – To nie ma znaczenia! – mówiła z  pogodą ducha – widocznie Bóg nie chciał, bym dziś jadła. – Po czym wracała do swych domowych zajęć. Matka moja była obdarzona wybitnie rozwiniętym poczuciem zdrowego rozsądku. Była doskonale poinformowana, gdy chodziło o wszystkie sprawy do- tyczące państwa, a  panie bywające na dworze wysoko ceniły jej inteligencję. Często, korzystając z przywilejów dzieciństwa, towarzyszyłem jej i wciąż jeszcze zachowałem w pamięci niektóre ożywione dyskusje, jakie moja matka prowa- dziła z owdowiałą matką thakore saheba. Urodziłem się więc jako dziecko tych oto rodziców, w Porbandarze, zna- nym również pod nazwą Sudamapuri, dnia drugiego października 1869 roku. Dzieciństwo spędziłem w Porbandarze. Pamiętam, że posłano mnie do szkoły. Przebrnięcie przez tabliczkę mnożenia sprawiało mi znaczne trudności. Nie przypominam sobie z  owych dni nic więcej niż to, że nauczyłem się wraz z  innymi chłopcami nadawać naszemu nauczycielowi najróżniejsze przezwi- ska – świadczy to dobitnie, że moje zdolności umysłowe były raczej dość nikłe, a moja pamięć – niedojrzała. 21 Czandrajana – rodzaj postu, podczas którego dzienna porcja pożywienia ulega zwiększeniu lub zmniejszeniu, zależnie od ubywania czy też powiększania się tarczy księżyca. 17 ii. dzieciństwo iałem zapewne około siedmiu lat, kiedy mój ojciec opuścił Porbandar dla Radźkotu, by zostać członkiem Trybunału w Radźasthanie. Zosta- łem tam oddany do szkoły i doskonale pamiętam zarówno te czasy, jak i nazwiska oraz wszelkie inne szczegóły dotyczące moich nauczycieli. Podobnie jak było w Porbandarze, tak i tutaj niewiele da się powiedzieć o mojej nauce. By- łem zaledwie przeciętnym uczniem. Z tej szkoły przeszedłem do podmiejskiej, a następnie do liceum – miałem już wtedy dwanaście lat. Nie przypominam so- bie, abym w ciągu tego niedługiego okresu powiedział kiedykolwiek nieprawdę moim nauczycielom bądź kolegom. Byłem bardzo nieśmiały i unikałem towarzy- stwa. Książki i odrabianie lekcji zastępowały mi kolegów. Moim zwyczajem na co dzień było punktualnie przychodzić do szkoły, a później po skończeniu lekcji wracać co żywo do domu. Dosłownie biegłem ile sił, gdyż nie miałem dość śmia- łości, by się odezwać słówkiem do kogokolwiek. Bałem się, że ktoś może sobie ze mnie zakpić. W pierwszym roku uczęszczania do gimnazjum przytraiło mi się podczas egzaminów pewne wydarzenie, o którym warto wspomnieć. Mister Gilles, in- spektor oświaty, przybył na wizytację do naszego liceum. Dał nam pięć wyrazów, które mieliśmy napisać i wymawiać litera po literze. Jednym z tych wyrazów był kettle (czajnik). Literowałem go błędnie. Nauczyciel usiłował przyśpieszyć moją odpowiedź, szturchając mnie końcem bucika, ale mu się nie udało. Nie zoriento- wałem się, że nauczyciel daje mi do zrozumienia, abym ściągnął prawidłową pi- sownię z tabliczki mego sąsiada, przeciwnie – sądziłem, że obecność nauczyciela ma na celu przeszkodzenie nam w ściąganiu jeden od drugiego. Rezultat był taki, że wszyscy chłopcy prócz mnie napisali każdy wyraz całkiem prawidłowo. Tylko ja byłem tępy. Nauczyciel usiłował później oduczyć mnie tego braku bystrości, ale ja nigdy nie nauczyłem się ściągać. To zdarzenie nie zdołało jednak w żadnym stopniu pomniejszyć szacunku, jaki żywiłem dla mego nauczyciela. Z reguły byłem ślepy na błędy popełniane przez starszych. Później poznałem wiele innych słabych stron tego nauczyciela, jednak moje poważanie dla niego nie uległo zmianie. Nauczyłem się bowiem wykonywać rozkazy wydawane przez starszych i nie krytykować ich postępków. Dwa inne wydarzenia związane z tym samym okresem pozostały na zawsze w mojej pamięci. Z reguły nie lubiłem czytania jakichkolwiek innych książek poza podręcznikami szkolnymi. Moje codzienne lekcje musiały być sumiennie 18 odrobione, gdyż tak samo nie lubiłem zbytnio obarczać mego nauczyciela, jak i sprawiać mu zawodu. Dlatego też odrabiałem lekcje, ale rzadko poświęcałem im zbyt wiele uwagi. Toteż nawet kiedy lekcje nie były odrobione jak należy, nie było mowy o tym, abym przeczytał coś więcej poza tym, co było zadane. Pewnego jednak razu wzrok mój padł na książkę kupioną przez mego ojca. Była to Shravana Pitribhakti Nataka (sztuka teatralna o przywiązaniu Śrawany do swych rodziców). Przeczytałem ją z ogromnym zainteresowaniem. W tym samym czasie do zamieszkiwanej przez nas miejscowości przybyli wędrowni ak- torzy. Jedno z przedstawień, które widziałem, ukazywało Śrawanę dźwigającego ślepych rodziców przywiązanych rzemykami, kiedy odbywał wraz z nimi piel- grzymkę. Zarówno książka, jak i przedstawienie wywarły na mnie niezatarte wrażenie. – Oto przykład do naśladowania! – powiedziałem do siebie. Rozdzierające zawodzenia rodziców nad martwym ciałem Śrawany wciąż są świeże w mojej pamięci. Tkliwa melodia wzruszyła mnie głęboko, wygrywa- łem ją na „concertinie”, którą kupił mi ojciec. Przytraiło się jeszcze jedno podobne wydarzenie, mające związek z innym przedstawieniem. W tym oto czasie otrzymałem zezwolenie ojca na zobaczenie przedstawienia odgrywanego przez zespół aktorów dramatycznych. Sztuka ta, nosząca tytuł Hariśćandra 22, podbiła moje serce. Mógłbym na nią patrzeć bez końca. Lecz czyż często mogłem otrzymać pozwolenie na oglądanie jej? Musia- łem więc niezliczoną ilość razy odgrywać ją dla siebie samego. „Czemu – zapytywałem siebie dniem i nocą – wszystko nie jest tak samo prawdziwe jak dla Hariśćandy?” Postępować zgodnie z  prawdą i  przejść przez te wszystkie próby, jakim poddał się Hariśćandra – oto co było przyświecającym mi ideałem. Uwierzyłem dosłownie w  dzieje Hariśćandry. Sama myśl o  nim przyprawiała mnie o  łzy. Mój zdrowy rozsądek powiada mi dziś, że Hariśćandra nie mógł być postacią historyczną. Jednak obaj – Hariśćandra i Śrawana – są dla mnie żyjącymi po- staciami i jestem przekonany, że gdybym dziś przeczytał te sztuki, byłbym tak samo głęboko wzruszony jak wtedy. 22 Hariśćandra – bardzo popularna legenda w  Indiach, przedstawia króla Hariśćandrę, męczennika prawdy. 19 iii. małżeństwo dziecięce ie mam zbyt wielkiej ochoty do napisania tego rozdziału i wiem, że w  trakcie tej opowieści będę miał niejedną gorzką pigułkę do prze- łknięcia. Nie mogę jednak postąpić inaczej, jeżeli chcę uchodzić za człowieka, który przede wszystkim uznaje prawdę. Obowiązkiem, który mi sprawia sporo przykrości, jest opowiedzenie, jak wstąpiłem w związki małżeń- skie, mając trzynaście lat. Kiedy patrzę na młodzież mającą tyleż, co ja wtedy, lat, a pozostającą dziś pod moją opieką, wzbiera we mnie uczucie litości dla siebie samego oraz cieszę się z tego, że oni uniknęli losu, który mnie spotkał. Nie widzę żadnego moralnego argumentu na poparcie potrzeby zawierania tych zdecydowanie przedwczesnych małżeństw. Chcę jednak ustrzec czytelników przed popełnieniem błędu: zostałem ożeniony, nie zaś zaręczony. Gdyż w Katiawadzie przestrzegane są dwa różne obyczaje: zaręczyny i małżeństwo. Zaręczyny są uprzednim przyrzeczeniem ze strony rodziców chłopca i dziewczyny, iż oboje zawrą związek małżeński, przy czym przyrzeczenie to nie jest nienaruszalne. Śmierć chłopca nie czyni wdo- wą dziewczyny. Jest to porozumienie zawarte wyłącznie pomiędzy rodzicami i dzieci nie mają z nim nic wspólnego. Często nie są nawet o tym powiadamiane. Okazuje się, że – nic nie wiedząc o tym – byłem trzykrotnie zaręczony. Opowie- dziano mi, że dwie dziewczyny, które zostały wybrane dla mnie, umarły jedna po drugiej, stąd też wiem, że byłem trzy razy zaręczony. Natomiast jak przez mgłę przypominam sobie, że obrządek moich trzecich zaręczyn odbył się, kiedy miałem siedem lat. Nie pamiętam jednak, by mnie o tym powiadomiono. W niniejszym rozdziale opowiadam o swoim małżeństwie, którego dzieje najdokładniej sobie przypominam. Wypada jeszcze raz nadmienić, że było nas trzech braci. Najstarszy był już żonaty. Rodzina postanowiła ożenić jednocześnie średniego brata, który był star- szy ode mnie o  dwa, trzy lata, naszego kuzyna, starszego mniej więcej o  rok, i mnie. Przy powzięciu podobnej decyzji bynajmniej nie brano pod uwagę, czy to będzie z korzyścią dla nas, jeszcze mniej liczono się z naszą wolą – była to po prostu sprawa wygodna dla rodziny, no i pewna oszczędność. Małżeństwa wśród hindusów nie są czymś prostym. Bardzo często rodziny narzeczonej i narzeczonego doprowadzają się przez nie do ruiny. Traci się mają- tek, marnuje czas. Przygotowania trwają nieraz całe miesiące – chodzi o szycie 20 strojów i ozdób, o gromadzenie środków na ucztę weselną. Jedni starają się prze- ścignąć drugich liczbą i rozmaitością przygotowanych potraw. Kobiety obdarzo- ne głosem, czy też nie, ćwiczą się w śpiewie aż do zachrypnięcia, czasami nawet zapadają na zdrowiu i zakłócają spokój swoim sąsiadom. Ci z kolei spokojnie znoszą wszystkie niewygody i wrzaski, wszystkie brudy i nieporządki, wiedząc, że przyjdzie czas, kiedy oni sami będą musieli zachować się w podobny sposób. Toteż dorośli w mojej rodzinie byli zdania, że najlepiej będzie, jeżeli załatwią to wszystko za jednym zamachem. Wydatki będą mniejsze, a efekt – większy. Łatwiej jest bowiem narazić się na wydatki, skoro się wie, że będą jednorazowe, a nie trzykrotne. Mój ojciec i stryj byli już starzy, a my byliśmy ostatnimi ich dziećmi, które należało ożenić. Możliwe również, że chcieli po raz ostatni w ży- ciu zabawić się jak należy. Wszystkie te względy zadecydowały więc o tym, że miała się odbyć potrójna uroczystość weselna i – jak już wcześniej powiedziałem – przygotowania do niej trwały od paru miesięcy. Otóż jedynie dzięki tym przygotowaniom my, chłopcy, zostaliśmy zawcza- su powiadomieni o zbliżających się wydarzeniach. Nie sądzę, by wtedy ozna- czało to dla mnie coś ponad perspektywę otrzymania nowego odzienia, walenia w  bęben, uczestniczenia w  pochodzie weselnym, wzięcia udziału w  obitych ucztach weselnych i pozyskania obcej mi dziewczyny do zabawy. Cielesne po- trzeby przyszły później. Chciałbym właściwie ukryć za kurtyną uczucie wstydu, jakiego wtedy doznawałem, podając jedynie parę szczegółów zasługujących na to, by o nich opowiedzieć. Wrócę zresztą do nich później, chociaż one również mają mało wspólnego z zasadniczym celem, dla którego podjąłem się opisania całego tego wydarzenia. A  więc mój brat i  ja zostaliśmy przywiezieni z  Radźkotu do Porbandaru. Przytraiło się również parę zabawnych szczegółów poprzedzających moment kul- minacyjny obchodu, jak między innymi to, że wysmarowano nam całe ciało won- nymi olejkami, sporządzonymi z żółcienia – ale wolę raczej pominąć te szczegóły. Chociaż mój ojciec był diwanem, jednak był sługą państwa, tym bardziej że cieszył się względami thakore saheba, a  ten nie chciał mu aż do ostatniej chwili pozwolić wyjechać. Kiedy wreszcie przystał na to, kazał sporządzić dla mego ojca specjalne furgony, dzięki czemu podróż została skrócona o dwa dni. Los chciał jednak, by się stało inaczej. Porbandar jest odległy od Radźkotu o sto dwadzieścia mil, podróż końmi trwa pięć dni. Mój ojciec odbył ją wprawdzie w ciągu trzech, ale powóz wpadł na trzeci furgon i ojciec został ciężko poranio- ny. Na miejsce przybył cały obandażowany. 21 Zarówno jego, jak i nasze zainteresowanie nadchodzącymi wydarzeniami osłabło, ale uroczystości weselne musiały się odbyć. Czyż można było odłożyć datę ślubu? Jednak w swojej chłopięcej uciesze z racji mającego się odbyć wesela zapomniałem o smutku, jaki powinny były we mnie wzbudzić obrażenia mego rodziciela. Wprawdzie byłem bardzo przywiązany do moich rodziców, ale nie mniej- szą przyjemność sprawiały mi wszelkie uciechy cielesne. Dopiero później dane mi było poznać, że szczęście i wszelkie przyjemności winny być złożone w oie- rze i zastąpione czcią dla rodziców. I oto, jak gdyby kara za moje pragnienie uciech, przytraiło się coś, co na całe życie pozostało w mojej pamięci i o czym opowiem później. Niszkulanand 23 śpiewa: „Wyrzeczenie się przedmiotów bez wyrzeczenia pragnień ma krótki żywot, choćbyś nie wiem jak mocno do tego dążył…”. Ile- kroć sam śpiewam tę pieśń lub słyszę, jak ją śpiewają, w mojej pamięci uparcie powraca to przykre wydarzenie i napełnia mnie uczuciem wstydu. Mimo odniesionych obrażeń mój ojciec zachował się bardzo dzielnie i wziął udział we wszystkich uroczystościach weselnych. Dziś jeszcze, kiedy o  tym pomyślę, widzę miejsce, na którym siedział podczas różnych faz obchodzonej uroczystości. Anim przypuszczał wtedy, że nadejdzie dzień, gdy będę surowo osądzał mego ojca za to, że ożenił mnie, jeszcze dziecko, ale wtedy wszystko wydawało mi się w największym porządku, właściwe i zabawne. Zresztą, sam miałem wtedy ogromną ochotę ożenić się, a wszystko, cokolwiek czynił naon- czas mój ojciec, nie mogło podlegać żadnym zastrzeżeniom. Wszystko to żywo zachowało się w mojej pamięci. Dziś jeszcze widzę siebie, jak siedzimy na naszym weselnym tronie, jak wykonujemy ceremoniał Saptapa- di 24, jak my, nowo poślubieni małżonkowie, kładziemy sobie wzajemnie do ust kawałki słodkiego kansaru 25, jak rozpoczynamy wspólne pożycie. I – ach! – ta pierwsza poślubna noc! Dwoje niewinnych dzieci wbrew swojej woli zostało rzuconych w ocean życia. Żona mojego brata pouczyła mnie, jak mam się za- chować w pierwszą noc poślubną. Nie wiem, kto uświadomił moją żonę. Nigdy jej o to nie pytałem ani nie mam zamiaru czynić tego obecnie. Czytelnik może być pewny, że oboje byliśmy zbyt zdenerwowani, by móc spojrzeć na siebie. 23 24 25 Niszkulanand – poeta piszący w języku gudźarati, żyjący na początku XIX w. Saptapadi – siedem kroków, jakie narzeczeni wykonują razem, składając równocześnie ślubowanie wierności i oddania. Kansar – placek pszenny, który nowo poślubieni spożywają po zakończeniu uroczystości. 22 Byliśmy poza tym ogromnie nieśmiali. Jak przemówić do niej i co jej powie- dzieć? Całe uprzednie pouczenie niewiele mi się przydało, gdyż w takich przy- padkach raczej przydaje się brak wszelkich pouczeń. Świadomość tego, w jaki sposób przyszliśmy na świat, czyni wszelkie uświadamianie zgoła zbytecznym. Stopniowo coraz lepiej poznawaliśmy się nawzajem, rozmawialiśmy ze sobą bez skrępowania. Byliśmy w jednym wieku. Nie uczyniłem jednak nic, by zapewnić sobie autorytet małżonka. iv. zabawa w „małżonka” niej więcej w tym samym czasie, kiedy wstąpiłem w związek małżeń- ski, ukazały się niewielkie broszury, w cenie jednej piastry (nie pamię- tam dokładnie), w  których omawiano sprawy miłości małżeńskiej, oszczędności, małżeństw zawieranych w wieku dziecięcym lub podobne tematy. Ilekroć wpadły mi w ręce, czytałem je od deski do deski. Przywykłem zapomi- nać o  tym, czego nie lubiłem, i  wprowadzać w  czyn to, co mi odpowiadało. Zawarta w tych książeczkach dozgonna wierność żonie, jako jeden z obowiąz- ków małżonka, pozostała w mym sercu na zawsze. Ponadto żywiłem niepoha- mowane umiłowanie prawdy, a jakiekolwiek uchybienie jej było dla mnie czymś wręcz nie do pomyślenia. Zresztą, w tym wczesnym okresie życia było bardzo niewiele sposobności, bym mógł nie dochować jej wiary. Owa lekcja wierności miała jednak również swoje nieprzewidziane skutki „Jeżeli – mówiłem do siebie – nawołuje się mnie, bym dochował wierności mojej żonie, winno się i ją wezwać, by mi była wierna”. Te myśli uczyniły ze mnie za- zdrosnego małżonka. Obowiązki ciążące na mojej żonie zamieniły się we mnie w prawo domagania się od niej wierności i jeżeli chciałem obstawać przy tym prawie, musiałem pilnie i uparcie stać na jego straży. Nie miałem wprawdzie naj- mniejszego powodu, by podejrzewać moją żonę o wiarołomstwo, ale zazdrość nie czeka na dowody. Musiałem bacznie pilnować każdego jej kroku, nie wolno jej było wychodzić gdziekolwiek bez mojego pozwolenia. Stało się to powodem gorzkich sprzeczek pomiędzy nami. Ograniczenie swobody poruszania się było – właściwie mówiąc – więzie- niem, a Kasturbai nie była dziewczyną, która by się zgodziła znosić coś podobnego. Kategorycznie zażądała dla siebie prawa wychodzenia, kiedy będzie chciała i do- kąd zechce. Im bardziej ograniczałem jej swobodę poruszania się, tym większej 23 domagała się dla siebie wolności, a ja coraz bardziej sprzeciwiałem się temu. I oto my, dwoje poślubionych sobie dzieci, przywykliśmy całymi dniami nie zamieniać ze sobą słowa. Sądzę, że stawianie przez Kasturbai żądań udzielenia jej wolności, wobec stosowanych przeze mnie ograniczeń, było rzeczą wręcz niewinną. Jakże mogła dziewczyna pozbawiona wszelkiej przebiegłości ulegać zakazom chodzenia do świątyni lub odwiedzania przyjaciół? Jeżeli ja uzurpowałem sobie prawo zabra- niania jej czegokolwiek, czemu jej nie miały przysługiwać te same prawa? Dziś to wszystko jest dla mnie oczywiste, ale wtedy chodziło mi przede wszystkim o zdobycie autorytetu „małżonka”. Niech jednak czytelnicy nie sądzą, że życie nasze składało się wtedy z sa- mych przykrości… Cała moja surowość miała przecież swe źródło w miłości. Pragnąłem uczynić z mej żony idealną małżonkę. Ideałem moim było stworze- nie dla niej życia pełnego prawości, nauczenie jej tego, czego się sam uczyłem, wreszcie upodobnienie jej życia i myśli do moich. Nie jestem pewien, czy Kasturbai miała podobne ambicje. Była analfabet- ką. Była prosta, miała niezależne, konsekwentne usposobienie, a wobec mnie była małomówna. Brak wykształcenia nie przygnębiał jej i nie przypominam sobie, by moje studia kiedykolwiek dodawały jej ochoty zakosztowania tego samego. Mam jednak wrażenie, że wszystkie moje ówczesne ambicje były dość jednostronne i koncentrowały się w jednym kierunku, a mianowicie widziałem w mojej żonie jedynie kobietę i pragnąłem tylko wzajemności. Jeżeli jej nawet nie było, nie stanowiło to dla mnie nieszczęścia, a to dlatego, że przynajmniej jedna strona była pochłonięta czynną miłością. Muszę przyznać, że kochałem ją namiętnie. Nawet w szkole nie przesta- wałem myśleć o niej, a świadomość tego, że oto znów zapadnie noc i będziemy razem, nie opuszczała mnie ani na chwilę. Rozłąka była nie do zniesienia. Przywykłem rozmawiać z nią do późnej nocy, a gdyby tej pożerającej mnie namiętności nie towarzyszyło jednocześnie nieugięte poczucie ciążących na mnie obowiązków, byłbym niewątpliwie albo wpadł w chorobę i umarł przed- wcześnie, albo zaczął prowadzić życie pełne udręki. Wszakże z góry powzięte, codzienne zobowiązania musiały być spełniane każdego ranka, a oszukiwanie przeze mnie kogokolwiek w ogóle nie wchodziło w rachubę. To właśnie uchro- niło mnie od wielu czyhających na mnie pułapek. Powiedziałem już, że Kasturbai była analfabetką. Bardzo pragnąłem uczyć ją, ale moja miłość pełna pożądania nie pozostawiała mi na to czasu. Nauka 24 musiała jednak mieć miejsce, nawet wbrew jej woli, często w nocy. Nie śmiałem spotykać się z nią w obecności osób starszych, a tym bardziej rozmawiać z nią w ciągu dnia. W Katiawadzie obowiązywał w owych czasach, a nawet istnieje obecnie, swoisty i barbarzyński zwyczaj purdah 26. Okoliczności były więc nie- sprzyjające temu. Muszę jednak wyznać, że większość moich wysiłków ucze- nia Kasturbai, gdy oboje byliśmy jeszcze młodzi, się nie powiodła. Kiedy zaś ochłonąłem z  mocy zmysłów, którym ulegałem, wpadłem zaraz w  wir życia społecznego, które pozostawiało mi bardzo mało wolnego czasu. Nie udało mi się również nauczyć jej czegokolwiek za pośrednictwem prywatnych nauczycieli i w rezultacie Kasturbai z trudem potrai dziś skreślić parę nieskomplikowanych liter i czyta jedynie najprostsze słowa języka gudźarati. Jestem przekonany, że gdyby moja miłość dla niej nie miała tak bardzo zmysłowego charakteru, moja żona byłaby dziś wykształconą kobietą. Potraiłbym przemóc jej niechęć do na- uki, bo nie ma przecież rzeczy niemożliwych dla prawdziwej miłości. Wspomniałem tylko o jednej okoliczności, która w mniejszym lub więk- szym stopniu ocaliła mnie od katastrofy popadnięcia w  odmęty wyłącznie zmysłowej miłości. Warto jednak dodać do tego jeszcze jedno słowo. Liczne przykłady przekonały mnie, iż Bóg ocala w końcu tego, kto kieruje się prawy- mi pobudkami. Obok okrutnego zwyczaju zawierania ślubów pomiędzy dziećmi, w  spo- łeczeństwie indyjskim istnieje jeszcze inny obyczaj, który do pewnego stopnia pomniejsza zło wyrządzane przez poprzedni. Oto rodzice nie pozwalają mło- dym małżeństwom na zbyt długie przebywanie razem. Żona – prawie dziec- ko – przeważną część czasu spędza u boku swego ojca. Podobnie było z nami. Czyli można powiedzieć, że w ciągu pierwszych pięciu lat naszego małżeństwa – a więc od trzynastego do osiemnastego roku życia – razem spędziliśmy najwy- żej trzy lata. Nie minęło sześć miesięcy, kiedy byliśmy razem, a już przychodziło wezwanie ze strony rodziców mojej żony, by powróciła do nich. Wtedy te we- zwania były niepożądane, ale one ocaliły nas oboje. Kiedy miałem osiemnaście lat, wyjechałem na studia do Anglii, co ozna- czało długi i zbawienny dla mego zdrowia okres rozłąki. Nawet po moim po- wrocie z Anglii rzadko byliśmy razem dłużej niż sześć miesięcy. Musiałem być w  ciągłych podróżach pomiędzy Radźkotem a  Bombajem. Później zostałem 26 Purdah – słowo pochodzenia perskiego, oznacza zasłonę. W  Indiach panował zwyczaj zamykania kobiet w oddzielnej części domu, co oznaczało separację od życia zewnętrznego, będącego udziałem wyłącznie mężczyzn. Oznaczało to także noszenie zasłon przez kobiety. 25 wezwany do Afryki Południowej i ta okoliczność ostatecznie uwolniła mnie od potrzeby zaspokajania pożądań cielesnych. V. W LICEUM owiedziałem już, że kiedy się ożeniłem, byłem uczniem liceum. Wszyscy trzej moi bracia chodzili do tej samej szkoły. Najstarszy był oczywiście o parę klas wyżej od reszty, a średni brat, ten, który jed- nocześnie ze mną wstąpił w związek małżeński, był tylko o jedną klasę wyżej ode mnie. Dla każdego z nas małżeństwo oznaczało stratę jednego roku w na- uce szkolnej. Dla jednego z moich braci skutki były jeszcze gorsze, gdyż w ogó- le zrezygnował z dalszej nauki. Któż zdoła obliczyć, ilu młodzieńców uległo tej samej co on pokusie. Dopiero obecnie w naszym społeczeństwie nauka i mał- żeństwo mogą iść w parze. Kontynuowałem więc naukę. W liceum nie uważano mnie za tępego i za- wsze cieszyłem się względami nauczycieli. Każdego roku posyłano rodzicom ocenę moich postępów w nauce i mojego sprawowania. Dostawałem nawet na- grody, przechodząc do następnych oddziałów. W  czwartym i  szóstym otrzy- małem stypendia: jedno wynosiło cztery rupie, drugie – dziesięć, które raczej zawdzięczam sprzyjającemu mi szczęściu aniżeli posiadanym wiadomościom. Stypendia nie były dostępne dla wszystkich, lecz zarezerwowane jedynie dla najlepszych uczniów, pochodzących z okręgu Sorath w Katiawadzie. W owych zaś czasach w klasach liczących od czterdziestu do pięćdziesięciu uczniów nie było takich wielu. O ile sobie przypominam, nie miałem zbyt wysokiego mniemania o własnych zdolnościach. Często byłem nawet szczerze zdziwiony, otrzymując nagrody i sty- pendia. Zazdrośnie jednak stałem na straży własnej godności. Najmniejsza uraza wyciskała mi łzy z oczu. Było dla mnie czymś nie do zniesienia, gdy zasłużyłem lub, zdaniem nauczyciela, zasługiwałem na naganę. Przypominam sobie, że kiedyś zostałem wychłostany. Nie tyle chodziło mi o sam fakt ukarania mnie, ile o to, że uważano, jakobym na nie zasłużył. Zalewałem się łzami. Przytraiło się to, kiedy byłem w pierwszym lub drugim oddziale. Drugi podobny wypadek miał miej- sce, kiedy byłem w siódmym. Dyrektorem szkoły był wtedy Dorabdźi Eduldźi Gimi. Cieszył się dużą popularnością wśród uczniów, chociaż surowo przestrze- gał dyscypliny, był nieugięty, a jednocześnie był dobrym nauczycielem. Za jego 26 sprawą gimnastyka oraz gra w krykieta były obowiązkowe dla uczniów starszych oddziałów. Nie lubiłem ani gimnastyki, ani krykieta. Nigdy nie brałem udziału w żadnych ćwiczeniach, grach w krykieta lub piłkę nożną, zanim te zajęcia nie zostały uznane za przymusowe. Wrodzona nieśmiałość była przyczyną, dla której trzymałem się na uboczu, co – jak to obecnie widzę – było błędem z  mojej strony. Ulegałem wówczas mylnemu przeświadczeniu, że gimnastyka nie ma nic wspólnego z nauką. Dziś rozumiem, że trening izyczny powinien w wychowaniu zajmować tyleż miejsca, co umysłowy. Muszę jednak zaznaczyć, że powodem, dla którego nie brałem udziału w  ćwiczeniach izycznych, bynajmniej nie był mój zły stan zdrowia. Powód leżał gdzie indziej: przeczytałem w książkach o pożytku, jaki przynoszą długie spacery na świeżym powietrzu, a wobec tego, że to mi odpowiadało, na- brałem przyzwyczajenia do odbywania długich przechadzek, co mi pozostało aż do dziś. Te długie przechadzki ogromnie mnie zahartowały. Innym powodem tego, że nie znosiłem gimnastyki, było moje gorące pra- gnienie pielęgnowania ojca. Zaraz po skończonych zajęciach w szkole biegłem do domu i zabierałem się do obsługiwania go. Raczej ten rodzaj zajęcia skłonny byłem uważać za obowiązkowe ćwiczenia. Zwróciłem się z prośbą do dyrektora szkoły, mister Gimiego, o zwolnienie mnie z ćwiczeń gimnastycznych, abym miał czas na pielęgnowanie ojca. Ale dyrektor nie chciał mnie wysłuchać. Otóż przytraiło się pewnej soboty, kiedy zajęcia szkolne kończyły się z rana, że powi- nienem był o czwartej po południu wrócić z domu do szkoły na owe ćwiczenia gimnastyczne. Nie miałem zegarka, a zachmurzone niebo wprowadziło mnie w błąd. Zanim przybiegłem do szkoły, wszyscy chłopcy już się porozchodzili. Następnego dnia mister Gimi, przeglądając listę, spostrzegł, że byłem nie- obecny. Kiedy mnie zapytał o przyczynę, odpowiedziałem mu, dlaczego tak się stało. Dyrektor nie chciał mi jednak uwierzyć i kazał mi zapłacić karę w wyso- kości jednego czy też dwóch ann 27 (nie przypominam sobie dokładnie). Byłem więc oskarżony o to, że kłamię! Cierpiałem z tego powodu ogromnie. W jaki sposób udowodnić, że jestem niewinny? Nie było na to sposobu. Płakałem z gniewu. Zrozumiałem wtedy, że człowiek dbający o prawdę musi jednocześnie być uważny. Był to pierwszy i ostatni przykład mojego niedbalstwa w szkole. Słabo sobie przypominam, co wygrałem na tym, że kara została mi darowa- na. Ostatecznie uzyskałem zwolnienie z ćwiczeń gimnastycznych, ale dopiero 27 Anna – 1/16 część rupii. 27 po wystosowaniu przez mego ojca własnoręcznego pisma do dyrektora szkoły, w którym zawiadomił go, że życzy sobie, abym zaraz po skończonych lekcjach wracał do domu. Pomimo jednak, że nie byłem jednym z najgorszych uczniów zaniedbują- cych owe ćwiczenia gimnastyczne, wszystkie kary, jakie miały spadać na innych opieszałych uczniów, stale skupiały się na mnie. Nie wiem, jaką drogą doszedłem do przeświadczenia, że ładny charakter pisma nie jest konieczny do wykształcenia, pozostało mi ono jednak aż do cza- su, kiedy wyjechałem do Anglii. Kiedy znacznie później, zwłaszcza w Afryce Południowej, zobaczyłem piękne, wykaligrafowane pismo adwokatów i  mło- dzieży urodzonej i wychowanej na miejscu, czułem się głęboko zawstydzony i ogromnie żałowałem własnego niedbalstwa. Zrozumiałem, że brzydkie pismo powinno się uważać za dowód niedoskonałości otrzymanego wykształcenia. Usiłowałem je później poprawić, ale już było za późno. Nigdy nie zdołałem odrobić tego, co zostało przeze mnie zaniedbane w młodości. Niechże mój przykład będzie przestrogą dla każdego młodzieńca i dziew- czyny – powinni zrozumieć, że wyraźne i ładne pismo jest nieodzowną częścią wykształcenia. Jestem obecnie zdania, że zanim dzieci zaczną się uczyć pisać, powinny się nauczyć rysować. Niech dziecko nauczy się odróżniać kształt liter, podobnie jak uczy się rozróżniania odmiennych kształtów różnych przedmio- tów. Dopiero wtedy będzie w stanie pisać znakomicie wyćwiczoną ręką. Jeszcze dwa wspomnienia z moich szkolnych lat zasługują na to, by o nich opowiedzieć. Z powodu mojego małżeństwa straciłem cały rok, a mój nauczyciel chciał, abym nadrobił stracony czas, przeskakując jedną klasę, na co zazwyczaj pozwa- lano jedynie wyjątkowo pilnym uczniom. Miałem za sobą tylko sześć miesięcy w  trzecim oddziale licealnym i  otrzymałem promocję do czwartego po egza- minach, jakie się odbyły po feriach letnich. Począwszy od czwartego oddziału, większość przedmiotów wykładano w języku angielskim. Czułem się jak rzuco- ny na fale bezgranicznego oceanu. Geometria była dla mnie nowym przedmio- tem i nie bardzo byłem w niej mocny, a wykłady w języku angielskim czyniły ją dla mnie jeszcze trudniejszą. Nauczyciel wykładał bardzo dobrze, ale nie by- łem w stanie za nim nadążyć. Niekiedy całkowicie traciłem nadzieję i myślałem o tym, by powrócić do trzeciego oddziału, zdając sobie sprawę, że ambicja odro- bienia dwóch lat w ciągu jednego roku szkolnego była nieco wygórowana. Ale byłoby to kompromitacją nie tylko dla mnie, ale i dla mego nauczyciela, który 28 licząc na moją pracowitość, wyraził zgodę na przeniesienie mnie do wyższego oddziału. Obawa sprawienia podwójnego zawodu kazała mi więc wytrwać. Kiedy wreszcie z  największym trudem przezwyciężyłem trzynaste twier- dzenie geometryczne Euklidesa, cała prostota tej nauki objawiła mi się naraz w  sposób zgoła nieoczekiwany. Przedmiot, który wymagał jedynie zwykłego i  całkowicie nieskomplikowanego rozumowania, nie mógł przedstawiać zbyt- nich trudności. Od tego czasu geometria stała się dla mnie zarówno przyjem- nym, jak i łatwym przedmiotem. Natomiast nauka sanskrytu była orzechem trudnym do zgryzienia. W geo- metrii nie było nic do zapamiętania, za to w nauce sanskrytu, moim zdaniem, trzeba się było uczyć wszystkiego na pamięć. Przedmiot ten zaczynano wykładać począwszy od czwartego oddziału. Jak tylko przeszedłem do szóstego, zniechę- ciłem się ostatecznie. Nauczyciel był bardzo wymagający, zależało mu przede wszystkim – jak mi się wydaje – na tym, aby wywierać presję na uczniów. Pomię- dzy nauczycielem sanskrytu a wykładowcą języka perskiego istniał pewien rodzaj rywalizacji. Nauczyciel perskiego był bardziej wyrozumiały. Uczniowie mówili zazwyczaj między sobą, że język perski jest bardzo łatwy do nauki i że nauczyciel tego przedmiotu jest dobry i  pobłażliwy dla uczniów. Owa „łatwość” skusiła mnie pewnego dnia i zostałem na lekcji perskiego. Nauczyciel sanskrytu poczuł się tym ogromnie urażony. Wezwał mnie do siebie i powiedział: – Jak mogłeś zapomnieć o  tym, że jesteś synem ojca wyznającego wiarę wisznuicką? Czyżbyś nie chciał się uczyć języka własnej wiary? Jeżeli napotykasz pewne trudności, dlaczego nie przyjdziesz do mnie? Chcę was, moich uczniów, nauczyć sanskrytu, jak tylko potraię najlepiej. Gdy zrobisz pewne postępy, sam odnajdziesz w nim wiele niezmiernie ciekawych rzeczy. Nie zniechęcaj się. Przyjdź, mój chłopcze, znów na lekcje sanskrytu. Dobroć nauczyciela mnie zawstydziła. Nie mogłem zlekceważyć jego życz- liwości. Dziś z wdzięcznością wspominam Krysznaśankara Pandya, bo przecież gdybym się wtedy nie nauczył – wprawdzie niezbyt wiele – sanskrytu, z pewno- ścią studiowanie naszych świętych ksiąg przychodziłoby mi ze znacznie większym trudem. Bardzo też później ubolewałem nad tym, że nie poznałem gruntowniej sanskrytu, a od tego czasu nabrałem przekonania, że każdy hinduski chłopiec lub też dziewczyna powinni znać podstawy sanskrytu. Sądzę również, że wśród przedmiotów wykładanych w  każdym liceum w Indiach powinno się zostawić dość dużo miejsca na naukę języków: hindi, sanskrytu, perskiego, arabskiego oraz angielskiego, niezależnie od nauki języka 29 ojczystego. Ta długa lista nie powinna nikogo przerażać. Gdyby nasze wykształ- cenie było bardziej systematyczne, a nasi chłopcy byli zwolnieni od obowiązku uczenia się w obcym języku wykładanych im przedmiotów, jestem przekonany, że nauka wszystkich wymienionych języków przestałaby być tak nudna, a stała- by się przyjemnością. Gruntowna znajomość jednego języka w pewnym sensie znacznie ułatwia poznanie drugiego. W rzeczywistości bowiem języki: hindi, gudźarati i sanskryt mogą być roz- patrywane jako jeden język, a perski i arabski również jako jeden. Pomimo iż język perski należy do grupy języków aryjskich, arabski zaś do semickich, po- między tymi dwoma językami istnieje bliskie pokrewieństwo, ponieważ swój główny rozwój zawdzięczają islamowi. Nie uważam natomiast urdu za wyraźnie odrębny język, gdyż przyswoił sobie gramatykę hindi, a jego słownictwo ma swe główne źródło w perskim i arabskim. Każdy więc, kto chce dobrze poznać urdu, musi znać perski i arabski, podobnie jak chcąc nauczyć się języków: gudźarati, hindi, bengali lub marathi, trzeba znać sanskryt 28. VI. TRAGEDIA omiędzy nielicznymi przyjaciółmi, których miałem w różnych okre- sach uczęszczania do liceum, zaledwie dwóch mogę nazwać bliskimi i serdecznymi. Jedna z tych przyjaźni nie trwała zbyt długo, chociaż nigdy nie wypierałem się moich przyjaciół. Tym razem mój przyjaciel wyparł się mnie, gdyż znalazłem sobie nowego. Tę ostatnią przyjaźń uważam za tragedię mego życia. Trwała długo. Zdawało mi się, że spełniam jakąś misję nawrócenia. Chłopiec, o którym mowa, był właściwie przyjacielem mego brata. Cho- dzili do jednej klasy. Znałem jego wady, ale uważałem go za wiernego przyja- ciela. Zarówno moja matka, jak starszy brat i moja żona, wszyscy przestrzegali mnie przed nim, twierdząc, że to dla mnie złe towarzystwo. Byłem jednak zbyt ambitny, by zwracać uwagę na przestrogi żony, a nie miałem dość odwagi, by przeciwstawić się opinii matki i starszego brata. Broniłem go jednak, mó- wiąc: „Wiem, że on ma wady, o których mówicie, ale nie znacie jego zalet. On mnie nie sprowadzi na błędną drogę, a moja przyjaźń z nim może go nawrócić. 28 Języki hindi, gudźarati, bengali, marathi wywodzą się z sanskrytu, podobnie jak języki romańskie wywodzą się z łaciny. Język urdu ma tę samą gramatykę co język hindi, lecz jego słownictwo jest zapożyczone w znacznej mierze z języka arabskiego i perskiego. 30 Jestem pewien, że jeżeli się zmieni, będzie znakomitym człowiekiem. Proszę was, bądźcie o mnie spokojni!”. Nie sądzę, bym ich przekonał, ale zgodzili się z moimi argumentami i po- zwolili mi postępować, jak będę uważał za stosowne. Przekonałem się później, że moje rachuby były mylne. Reformator nie może sobie pozwolić na utrzy- mywanie bliskich stosunków z kimś, kogo chce zmienić. Prawdziwa przyjaźń polega na pokrewieństwie dusz, które rzadko przytraia się na świecie, i dlatego istotnie wartościowa i długotrwała może być przyjaźń jedynie pomiędzy dwo- ma naturami mającymi wiele wspólnych cech. Jeden przyjaciel oddziałuje na drugiego i dlatego też w prawdziwej przyjaźni jest tak mało miejsca na nawraca- nie. Jestem ponadto zdania, że należy unikać wszelkiej szczególnej intymności w stosunkach z przyjaciółmi, gdyż człowiek łatwiej przyswaja sobie wady aniżeli zalety. Ten zaś, kto pragnie utrzymywać przyjaźń z Bogiem, musi albo pozostać samotny, albo cały świat uczynić swymi przyjaciółmi. Możliwe, że się mylę, ale moje usiłowania utrzymania bliskiej przyjaźni skończyły się niepowodzeniem. Kiedy po raz pierwszy zbliżyłem się do owego przyjaciela, fala „reform” przelewała się przez Radźkot. Dowiedziałem się od niego, że wielu spośród naszych nauczycieli w tajemnicy je mięso i pije wino. Wymienił mi również nazwiska wielu dostojnych obywateli w  Radźkocie, którzy należeli do tego samego towarzystwa. Wśród nich mieli się również znajdować, jak mi powie- dział, niektórzy uczniowie miejscowego liceum. Byłem tym ogromnie zaskoczony i  boleśnie dotknięty. Zapytałem mego przyjaciela, czym należy to wytłumaczyć, a on wyjaśnił mi w następujący sposób: „Jesteśmy słabym narodem dlatego, że nie jemy mięsa. Anglicy rządzą nami dlatego, że je spożywają. Wiesz, jaki jestem silny i jaki ze mnie doskonały bie- gacz – to dlatego, że ja też jem mięso. Ci, co jedzą mięso, nie miewają ani wrzo- dów, ani żadnych narośli, a nawet jeżeli im się czasami przytraią – to szybko znikają. Nasi nauczyciele i inne wybitne osoby spożywające mięso nie są głup- cami. Widzę, jakie to jest pożyteczne. Powinieneś robić tak samo, a zresztą, to ci nie zaszkodzi, jeżeli spróbujesz. Zobaczysz, przybędzie ci wiele siły”. Wszystkie te namowy na rzecz jedzenia mięsa nie od razu odniosły skutek. Stanowiły temat długich i skomplikowanych argumentów, za pomocą których mój przyjaciel od czasu do czasu usiłował na mnie oddziaływać. Mój starszy brat już im uległ i potwierdzał słowa swego przyjaciela. W porównaniu z moim bratem i tym przyjacielem istotnie wyglądałem na znacznie słabszego izycznie. 31 Obaj byli silniejsi ode mnie, izycznie lepiej rozwinięci i odważniejsi. Wyczyny dokonywane przez tego przyjaciela miały dla mnie ogromny urok. Potraił bar- dzo szybko przebiegać duże odległości, umiał skakać daleko i wysoko, potraił wytrzymać każdą chłostę. Często popisywał się przede mną, a przecież zawsze jest się olśnionym, widząc w innym zalety, których się nie ma. Toteż bywałem istotnie olśniony jego wyczynami – a zatem gorąco pragnąłem stać się podob- ny do niego. Cóż, kiedy nie potraiłem ani tak biegać, ani tak skakać jak on. Czemuż nie miałbym zostać równie silny? Ponadto – byłem bardzo tchórzli- wy. Panicznie bałem się złodziei, wszelkich duchów, żmij. Bałem się wychylić nosa poza dom w nocy. Ciemność mnie przerażała. Usnąć w ciemnym pokoju było niemal niepodobieństwem dla mnie, gdyż wciąż wyobrażałem sobie, że oto z jednej strony zbliżają się duchy, z drugiej – złodzieje, z trzeciej – żmije. Nie mogłem zasnąć, jeżeli w pokoju nie paliło się światło. Czy mogłem zwierzyć się z tych obaw żonie, która już przestała być dziec- kiem i spała obok mnie? Wiedziałem, że jest odważniejsza ode mnie, i czułem się zawstydzony. Kasturbai nie bała się ani żmij, ani duchów. Potraiła pójść wszę- dzie po ciemku. Mój przyjaciel wiedział o wszystkich moich słabościach. Opo- wiadał mi o tym, jak umie trzymać w ręku żywą żmiję, jak potrai się obronić przed złodziejami i jak nie wierzy w żadne duchy. Wszystko to, rzecz oczywista, wynikało z tego, że jadł mięso. Wśród uczniów liceum dużą popularnością cieszył się wtedy marnawy utwór napisany w języku gudźarati przez poetę Narmada 29. Oto jego treść: Spójrz, jak potężny Anglik Rządzi małymi Indusami, Dlatego, że żre mięso, Ma pięć łokci wzrostu. Wszystko to wywierało na mnie odpowiednie wrażenie. Byłem zdruzgota- ny. Nabierałem coraz mocniejszego przeświadczenia, że spożywanie mięsa jest dobre, że uczyni mnie mocnym i odważnym i że gdyby ludzie w całym naszym kraju zaczęli jeść mięso, zapanowalibyśmy nad Anglikami. Wyznaczony został zawczasu dzień, kiedy miałem zacząć spożywać mięso. Oczywiście, wszystko było zachowane w najściślejszej tajemnicy. 29 Narmad (1833–1886) – poeta i prozaik piszący w języku gudźarati. 32 Ród Gandhich należał do wyznawców Wisznu. Moi rodzice byli mu szcze- gólnie oddani. Regularnie uczęszczali do haveli. Rodzina posiadała nawet własne świątynie. W Gudźaracie dżinizm 30 był bardzo silny, a jego wpływ dawał się od- czuć wszędzie i przy każdej okazji. W całych Indiach nie można było się spotkać z równie ostrym sprzeciwem przeciwko spożywaniu mięsa i ze wstrętem, jaki ono budziło, jak właśnie w Gudźaracie wśród wyznawców dżinizmu i Wisznu. Takie właśnie były tradycje, wśród których się urodziłem i byłem wychowany. Trzeba dodać, że żywiłem niewypowiedzianą cześć dla moich rodziców. Zda- wałem sobie sprawę, że będzie dla nich śmiertelnym ciosem, jeżeli się dowiedzą, że jadłem mięso. Ponadto moje gorące umiłowanie prawdy zwiększyło jeszcze moje skrupuły. Nie mogę również powiedzieć, abym nie wiedział, że popełnię oszustwo wobec rodziców, jeżeli zacznę jeść mięso. Ale mój umysł był całkowicie pochłonięty potrzebą dokonania „reformy”. Nie chodziło bynajmniej o przyjem- ność, jaką to mogło sprawić memu podniebieniu. Nie wiedziałem zresztą wcale o tym, że mam szczególnie wydelikacony zmysł smaku. Chciałem po prostu być silny i odważny oraz pragnąłem, by wszyscy moi ziomkowie byli tacy po to, by- śmy mogli pobić Anglików i przywrócić Indiom wolność. Nie słyszałem jeszcze nigdy przedtem wyrazu swaradź 31 – wiedziałem jed- nak, co oznacza wolność. Szał „reform” opętał mnie. Zapewniwszy sobie tajem- nicę, przekonałem sam siebie, że ukrycie tego wydarzenia przed rodzicami nie będzie właściwi
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Autobiorgafia. Dzieje moich poszukiwań prawdy
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: