Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00052 006548 13598531 na godz. na dobę w sumie
Avenedor. Cykl Pendorum. Część VII - ebook/pdf
Avenedor. Cykl Pendorum. Część VII - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7859-960-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Dalsze części cyklu Pendorum V – IX opowiadają historię z perspektywy syna Anrei, który przybywa na kontynent swej matki, aby wypełnić jej przepowiednię. Jednak już na początku drogi napotyka on tajemniczą, niemą niewolnicę i od tego momentu jego misja coraz bardziej się komplikuje. Z kolei nad Pendorum zbierają się ciemne chmury, oto przybywają tu dawni, gniewni i krwawi Bogowie żądni jedynie pomsty i władzy.

 

Części V – IX można czytać bez znajomości wcześniejszych części cyklu.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

A V E N E D O R Krzysztof Bonk AVENEDOR cykl Pendorum część VII © Copyright by Krzysztof Bonk Projekt okładki: Krzysztof Bieniawski ISBN wydania elektronicznego: 978-83-7859-960-9 Wydawnictwo: self-publishing e-wydanie pierwsze 2018 Kontakt: bookbonk@gmail.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione 5 I. WYBRANIEC Tak więc się dokonało. Ziszcza się rzecz niepojęta, ale jest już za późno, aby odwrócić nieprzewidziany bieg wy- padków. Oto porywa mnie zupełnie nowy, dziejowy prąd. I tak, wyrzekam się siebie, swych osobistych pragnień, a nawet miłości. Wszystko to składam na świętym ołtarzu mej boskiej matki i podpalam. Otóż ja, Avezan, na przekór wszystkiemu zjednoczę kontynent, kładąc po drodze u swych stóp wszystkich wrogów, w tym także zdradziec- kich Bogów Pendorum. A uczynię to, mając pod swym władaniem samych Allearów, najdoskonalszych w dziejach wojowników. Będą mi wiernie służyć, zawsze gotowi na me rozkazy, albowiem oto staję się ich władcą, najwyższym wodzem, prawdziwym wybrańcem połączonym węzłem małżeństwa z Larien, przywódczynią zjednoczonych, al- learskich klanów. I nie wybaczaj mi Nail, bo nie zasługuję na taką łaskę, ale musiałem to uczynić ze w względu na to, kim z urodzenia jestem. * – Otóż tak, Ambum… – oznajmiam z ciężkością w głosie do wojownika. Wspólnie zasiadamy w cieniu li- ściastych drzew nad bystro płynącym strumieniem w oko- 6 licy opuszczonego szałasu. – Przyznaję… przyznaję rację dawnym kompanom mej matki, w tym także Viri. – Viria! – Właśnie… Ona, Adora, Gabu, Ravel, Exon czy Ka- lilla… Wszyscy oni byli swego czasu nikim, byli niewolni- kami. Lecz podnieśli się i każdy z nich osiągnął naprawdę wiele. Jednak jak to uczynili? Bynajmniej nie służąc wiernie i prawo mej matce. Mianowicie osiągnęli oni sukces po jej śmierci i samodzielnie dzięki zdecydowaniu, bezwzględ- ności czy zwykłym oszustwom. Innymi słowy, cechował ich nieprzejednany pragmatyzm. A ja, Avezan…? – Avezan! – Dokładnie… Jeżeli osobiście pragnę osiągnąć co- kolwiek wielkiego w mym życiu, to nie mogę uchylać się przed ryzykownymi czynami. Dlatego nie zaprzeczę, tak, dla dobra Pendorum dałem się przekonać, abym splamił się ciężkim kłamstwem. Oto podałem się za syna Anrei i Zana, co jest skąd inąd prawdą. Ale przedstawiłem się nie jako ich najmłodszy syn, którym w rzeczywistości je- stem, a najstarszy… odwieczny wybraniec. To była jedyna droga, aby stanąć na czele Allearów, a wskazała mi ją sama Larien… – Pindżałka! – Tak i to niczego sobie… Choć po stokroć wolałbym istotę, której już nigdy nie będę w stanie spojrzeć w oczy, moją Nail… – Nail! – Otóż to… – Po tym wyznaniu win, pragnień, jak i nie- 7 cnych występków klepię przyjacielsko syna Gabu po mon- strualnych plecach. To bowiem ważne, aby mieć kompana, na którym można niestrudzenie polegać i który mnie na- prawdę rozumie. Myślę tak, a następnie wstaję i kieruję się z powrotem do allearskiego obozu. Świadomie nadkładam drogi, aby ominąć szerokim łukiem teren, gdzie swoje siedziby mają Nail oraz Viria. Na miejscu wkraczam do najokazalszego zielonego na- miotu, do niedawna należącego do Larien, a teraz będą- cego i moim. Wewnątrz spotykam wspomnianą kobietę, a obecnie i moją małżonkę. Siedzi ona ze skrzyżowanymi nogami na zwierzęcej skórze i uważnie studiuje mapę Pen- dorum – podarek od Hamri. Osobiście dłużej zatrzymuję się tuż za progiem i jakby onieśmielony przyglądam się żonie. Jest bardzo wysoka, prawie mojego wzrostu. Dość szczupła, ale ma silną, wy- trenowaną sylwetkę. Jej włosy są bardzo jasne, a w świetle słońca aż się złocą. Twarz ma dość surową, ale piękną w tym bardzo szlachetną z wyglądu. Do tego oszczędnie okazuje emocje, niewiele się uśmiechając. Trochę przypomina mi Atrix, ale czy to ważne? Szybko dochodzę do wniosku, że nie, wcale. Przeszłość bowiem zostawiłem już za sobą, odciąłem ją, jak spróchniałe ko- nary w miłosnym drzewie. Teraz natomiast, w teraźniej- szości, zobaczę, co zrodzą obecne, miłosne kwiatostany. – Larien… – odzywam się łagodnie, aby zakomuni- kować swą bytność w pobliżu kobiety. Ona przyzywa mnie 8 energicznym ruchem ręki. Kiedy koło niej siadam, wska- zuje mi na fragment mapy i z pasją tłumaczy: – Avenedor niebawem wyruszy na czele Jeźdźców Ma- janu na królestwo Saladior, to pewne i niewątpliwie będzie podążał tym traktem. To z kolei jest idealne miejsce na za- sadzkę na jego pomioty Otchłani. Oczywiście, jeżeli twoja misja u króla skończy się naszym sojuszem. I być może wspólnie nie wygramy bitwy z Avenedorem, ale przynaj- mniej osłabimy go do tego stopnia, że nie zdoła on zająć całego królestwa. – Cieszy mnie, że jako nieliczna z Allearów rozumiesz doniosłość i wagę konieczności walki u boku władztw Pendorum z gniewnymi Bogami – mówię, choć dziwiąc się samemu sobie, wypowiadam swe słowa z pewną obojętno- ścią. Na co Larien przeszywa mnie na wskroś spojrzeniem swych błękitnych oczu i ostro oświadcza: – Na przestrzeni tysięcy lat mój lud wiele wycierpiał od obcych najeźdźców, którzy mienią się na ten czas władcami Pendorum. Ale to nie kto inny, jak właśnie gniewni Bogowie ich tu sprowadzili zza odległych mórz i oceanów. Teraz z kolei dzieci Anrei i Abezzala przybywają do serca krainy, aby niszczyć i zabijać bez opamiętania. A jak znam ich obecną naturę, a znam ją dobrze, to nie poprzestaną oni siać pożogi jedynie we władztwach Pendorum, tylko kiedyś przybędą i tutaj. Dlatego musimy powstrzymać ich jak najszybciej i nie brzydzić się tym, że uczynimy to ramię w ramie z naszymi pomniejszymi wrogami. – Rozumiem i podziwiam twoją roztropność oraz 9 pragmatyzm. Tutaj nasze myśli, działania i plany są zbieżne. Dlatego… – Współdziałamy – kończy dobitnie Larien. – Czynimy wspólnie coś dla dobra nas wszystkich, więc racja jest po naszej stronie. – Zgadza się… – Zatem, co jeszcze tutaj robisz?! – wybucha nagle ko- bieta. Spoglądam na nią pytająco, marszcząc brwi, a ona kontynuuje: – Czy nie powinieneś być już w drodze do władcy królestwa Saladior, Rewarda? Wszak sojusz się sam nie zawiąże! – O to ci chodzi… – oświadczam spokojnie. – Wiedz, że we wspomnianą misję wysłałem właśnie wielką mistrzynię Zakonu Łuki i Strzał Srebrzystej Łani, Hamri. – Czemu nie pojechałeś sam? – rzuca z wyrzutem La- rien. – Pomny mych zdolności dyplomatycznych, czyli tego, co wyszło z moich negocjacji w księstwie Razzinal, naj- pierw pragnę wybadać grunt w królestwie – mówię cały czas w sposób opanowany i delikatnie odgarniam złoty kosmyk włosów z lica rozmówczyni. Lecz ona wręcz wzdryga się na mój dotyk i odskakuje do tyłu. – Wszystko w porządku…? – zapytuję zaskoczony tak gwałtowną re- akcją na moją niewinną pieszczotę. Do tego skierowaną do własnej małżonki. – Tak, jak najbardziej, w porządku… – posykuje kobieta i niemal ze wstrętem wyciera ręką twarz po moim dotyku. Ja natomiast, nieco skonsternowany, oświadczam: 10 – Wybacz, jeżeli mój ruch odebrałaś jako nachalność z mej strony… Jednak podczas naszej pierwszej rozmowy sama wspominałaś, że aby Allearzy trwale zaakceptowali nasz związek, musi zrodzić się z niego nasz potomek. Zatem…? – Tak, pamiętam o tym, mój mężu… – rzuca kąśliwie Larien, ostatnie słowo wypowiadając niemal z pogardą. A zaraz dodaje: – Wynikiem naszego pierwszego spo- tkania jest twoja dostateczna, mam nadzieję, wiedza o za- sadach panujących wśród Allearów. Wiesz wobec tego, że mimo, iż zjednoczyłam allearskie klany, to mi, jako ko- biecie, nigdy nie dane byłoby tutaj do końca przewodzić. Zawsze musiałabym się liczyć ze zdaniem zachowawczej starszyzny. Ponieważ od tysiącleci to jedynie męski wybra- niec Allearów, syn Anrei i Zana, może zdobyć nad naszym ludem pełnię władzy, taka jest tradycja i płynące z niej prawo. Dlatego ty i ja musieliśmy wspólnie uciec się do fortelu. Zaś mogliśmy to uczynić przede wszystkim z tego powodu, że masz boskość w oczach. Starszyzna to widzi, że jesteś synem Zana oraz Anrei. I dopóki nie pozna całej prawdy, oby nigdy się to nie stało, dopóty będziemy mogli sprawnie rządzić dla dobra całego Pendorum. – Wszak… ciągle musimy się podporządkowywać tra- dycji… – zauważam. – Tak, to jedno będzie nas zawsze krępować, to cena, jaką musimy zapłacić i… – Larien zawiesza głos, po czym cedząc przez zęby, kończy: – I zapłacę wymaganą cenę… – Dotyka się ręką w policzek, gdzie wcześniej raczyłem ją 11 musnąć. – Zapłacę i poświęcę się… Słowem dziś w nocy będę twoja i… spełnię swoją małżeńską powinność… – Naraz kobieta robi minę, zupełnie jakby zbierało się jej na wymioty. – Przepraszam – mówi, chwyta się za brzuch i szybko wychodzi na zewnątrz. W odpowiedzi wzdycham tylko z prawdziwym zrezy- gnowaniem na myśl o naszym miesiącu miodowym oraz przede wszystkim rychłym skonsumowaniu związku. Ażeby się trochę pocieszyć i rozluźnić zarazem, idę w kąt namiotu, gdzie w drewnianej skrzyni leżą w słomie pełne butelki wina. I domyślam się, że w obecnych okolicznościach coraz częściej będzie mi przychodziło tu zaglądać. Czyli szukać ukojenia w bordowym trunku, a nie miłosnych objęciach oziębłej kochanki. Cóż powiedzieć, nikt chyba nigdy nie twierdził, że bycie władcą to droga przez życie usłana jedynie pachnącymi różami. Resztę jasnego dnia, którego pozostaje już niewiele spę- dzam na rozmowach z Allearami. W końcu jako allearski władca pragnę poznać mój lud, wydaje mi się to ze wszech miar naturalne. Jednak kontakt z tutejszymi mieszkań- cami napotyka na specyficzną barierę, do której nie jestem przyzwyczajony. Zamiast swobodnej wymiany myśli, co raz doświadczam dystansu i czołobitności w moją stronę. W me uszy nieustannie wlewają się kwieciste pozdro- wienia, oddające cześć wielkiemu wybrańcowi Allearów, którym wszak wcale nie jestem. Słyszę za to, iż jam je- dynym obrońcą i wybawieniem, kimś, kto w żaden sposób nie może jawić się zwykłym człowiekiem. Być może tak 12 w rzeczywistości jest, myślę sobie. Ale czy to przekreśla szansę na to, aby nawiązać ze mną naturalny tryb roz- mowy? Wygląda na to, iż właśnie tak. Ta swoista sztuczność, choć może i niewymuszona, jednak szybko mnie nuży. Dlatego nawet z pewną ulgą zjawiam się po zmroku w moim obecnym namiocie. We- wnątrz stoją dwa żelazne kosze z płonącymi w nich drwami rozświetlające i ogrzewające nieco przestrzeń. W środku niej, na zwierzęcej skórze, zgodnie z zapowiedzią, spo- czywa pod ciemnym kocem Larien. Kobieta nie rusza się i ma zamknięte oczy. Można by pomyśleć, że śpi, albo nawet nie żyje… gdyby nie to, że po zbliżeniu się do niej czyni krzywy wyraz twarzy, zu- pełnie jakby doszedł ją nieprzyjemny swąd lub nawiedziły koszmarne myśli. Cóż powiedzieć, na pewno nie jest to zachęcająca gra wstępna ze strony mej małżonki. Lecz jak zauważyła sama Larien, wspólnie podjęliśmy się gry, której reguł musimy przestrzegać. Allearskiej tradycji musi stać się zadość, czy nam się to podoba, czy nie. Dlatego rozbieram się do naga, powoli zdejmuję zasła- niający kobietę koc i tym samym odkrywam również jej nagość. Ukazuje mi się doskonale zrównoważone ciało, którego widok wręcz zapiera dech. I to sprawia, że po raz pierwszy rodzi się we mnie zarzewie pożądania, które wraz z wodzeniem wzrokiem po piersiach, łonie i udach kobiety, systematycznie narasta. Aż jestem już gotowy spełnić swoją powinność. Kładę się ostrożnie na Larien, która ciągle nie otwiera 13 oczu, a jedynie potęguje odpychający wyraz na swej pięknej, dostojnej twarzy. A skoro tak, to więcej nie spoglądam na jej wykręcane odrazą lico, tylko kładę głowę ponad ko- biecym ramieniem, obejmuję Allearkę mocniej i staram się zainicjować cielesną miłość. Niebawem czuję, że jestem już na drobnej drodze. Gdy raptem kobieta gwałtownie bije mnie w plecy pięściami. W pierwszym momencie zastanawiam się, czy nie jest objaw nagle rozbudzonego, dzikiego pożądania. Lecz gdy moją twarz dosięgają ostre paznokcie, raniąc mnie do krwi, zdaję sobie sprawę, że jako kochanek niewątpliwie czynię zawód kobiecie. Dlatego zsuwam się z niej, celem unik- nięcia kolejnych razów. Kucam i przyglądając się z rezerwą Larien, gładzę się po pokancerowanej twarzy. W tym czasie kobieta zajmuje pozycję analogiczną do mojej. Przyjmuje ona gardę, jakby gotując się do walki i w iście bojowym duchu z siebie wyrzuca: – Nie śmiej mnie więcej dotykać, bydlaku! – Ale… – jęczę na dobre zafrapowany. – Milcz! – krzyczy z kolei Larien. – Nawet nie wiesz, z kim masz tu do czynienia! – Z moją żoną, która podobno ma dać mi dziecko… – stwierdzam z nad wyraz kwaśnym uśmiechem. – Otóż to się nie może wydarzyć! Nie w moim przy- – Skąd ta nagła zmiana…? – pytam coraz bardziej zre- zygnowany. Na co Larien unosi dumnie pierś z idealnym biustem i ostentacyjnie wypala: padku! 14 – To ja, ja sama jestem odwiecznym wybrańcem Alle- arów, a twoim starszym bratem, rozumiesz?! Właśnie ja! – Ale… eee… – Kompletnie mnie zatyka. Larien wręcz przeciwnie, wpada ona w prawdziwy słowotok skierowany prosto we mnie niczym niszczycielski oręż: – Jestem wybrańcem Allearów, tak! Lecz jakimś niezro- zumiałym przekleństwem narodziłam się w tym żywocie w ciele kobiety! I… I… nienawidzę tego! Nie akceptuję, rozumiesz?! Te szerokie biodra, obfite piersi, ta upokarza- jąca, dojmująca pustka pomiędzy nogami… To nie do za- akceptowania, to nie ja! Nie ja! – Rozkłada dramatycznie ramiona. – Aha… zatem…? – jęczę z miną zbitego psa. – Zrobimy to inaczej – odpowiada raptem całkiem spo- kojnie Larien. – Jak, od tyłu…? – zapytuję niewinnie, spoglądając na zarys krągłych, kobiecych pośladków. W odpowiedzi moją twarz dosięga siarczyste uderzenie dłonią, a mych uszu wściekle wypowiadane, kobiece słowa: – Nie kpij! Nigdy nie będziesz mnie miał, jako kobiety. Ani ty, ani nikt inny, bo nie czuję się kobietą i nie dam się… – Słowa więzną Larien w gardle. – A co z tradycją…? – pytam z rezerwą. – Stanie się jej zadość – pada dumna odpowiedź. – Naj- ważniejsze jest Pendorum, to dla niego istnieję i wszystko mu podporządkuję. – Czyli… dalej będziemy knuć, tak…? – zgaduję. – A i owszem, nie pozostawiono nam bowiem wy- 15 boru! – rzuca dziarsko Larien. – Dlatego jutro zorganizuję wszystko, co trzeba, aby począć… nasze dziecko… A teraz idź się przewietrzyć i nie wracaj przed świtem. Nie prze- szkadzaj mi i przestań mnie tu nachodzić! Mnie, jedynego wybrańca Allearów! Czarną noc spędzam w opuszczonym szałasie nad strumieniem, które to schronienie zauważam wcześniej podczas odbywania w okolicy dysputy z synem Gabu. Na- tomiast rześkim rankiem myję się dokładnie w płynącej, lodowatej wodzie i powracam do obozowiska. Na miejscu oświadczam krzątającym się tubylcom, że medytowałem w samotności po upojnej nocy spędzonej z Larien. Tymi kłamstwami zyskuję jeszcze większy sza- cunek i raczony jestem pieczoną strawą, a także gotowa- nymi warzywami oraz przetworami z leśnych owoców. Na- sycony udaję się, nie bez obaw, do namiotu Larien, który aż do wczoraj w nocy brałem również za swój. W środku wita mnie widok mej świeżo upieczonej, zniecierpliwionej żony ubranej w białą suknię, która to kobieta rzuca mi lekceważące spojrzenie. Następnie wska- zuje ona jakąś postać stojącą na czworakach tyłem do nas w rogu namiotu i wtedy padają znamienne słowa Larien: – Będę udawała ciążę, systematycznie wypychając sobie ubranie na łonie odpowiednim materiałem. I będę to czy- niła do czasu, aż nastąpi rozwiązanie tej oto dziewczyny, która powije twe dziecko. – Ty tak poważenie…? – Spoglądam skołowany na dziewczynę, to na małżonkę. 16 wany. – Jak najbardziej, poważnie – oznajmia ta ostatnia. – Przyszły allearski dziedzic musi mieć w sobie krew po- tomka Anrei inaczej starszyzna się zorientuje. – Czyli nie mam wyboru… – stwierdzam zrezygno- – Żadnego – pada oschła odpowiedź. A skoro tak, to idę do wskazanej mi dziewczyny. Patrzę na nią dłuższy czas z krzywym uśmiechem, aż w końcu mówię do przygląda- jącej mi się Larien: – Mogłabyś się odwrócić…? To trochę… krępujące, kiedy tak patrzysz. – Oczywiście, przepraszam – rzuca lodowato i kieruje swój wzrok za poły namiotu. A zaraz zapytuje: – Skoń- czyłeś już? – Jeszcze nie zacząłem… – Więc nie daj się prosić. Roksin jest moją zaufaną służką i sama się poświęca, uszanuj to. – Dobrze, wybrańcu Allearów… – drwię z lekka i zsuwam sobie do kolan spodnie. Następnie kucam za dziewczęcymi pośladkami i odkrywam ich nagość, podnosząc koc. Jednak tym razem jest mi tak dziwnie, że za nic nie mogę wzniecić w sobie nawet iskry pożądania. Zrezygnowany spoglądam na Larien i zauważam, że z ukosa ciągle mi się przygląda. A widząc mą niemoc, jadowicie posykuje: – Dotknij ją, Roksin. Niestety ja za ciebie tego, co trzeba, nie zrobię, choć chciałabym, możesz mi wierzyć. – Wierzę… – mruczę i od niechcenia dotykam ko- biecych krągłości. Gładzę je, aż w końcu jestem w stanie 17 rozpocząć fizyczne zbliżenie. Lecz po kliku nieśmiałych próbach, niepewnie oświadczam: – Coś jest nie tak… Nie daję rady… – Roksin jest dziewicą, a kobiece miejsca Allearek są wyjątkowo… ciasne – pada wyjaśnienie. – Po prostu mu- sisz użyć męskiej siły… Chyba jesteś mężczyzną?! – Jestem – powarkuję i tym razem z nieco urażoną, męską dumą, czynię nad wyraz silny ruch biodrami. Od tego momentu doznaję do tego stopnia intensywnego od- czucia cielesnej miłości, że dosłownie po chwili jest już po wszystkim. Pełen pomieszania, gdzie rozkosz miesza mi się z ulgą oraz upokorzeniem, wstaję i podciągam spodnie, po czym bez słowa kieruję się do wyjścia z namiotu. W progu łapie mnie za ramię Larien i o dziwo ciepło do mnie szepcze: – Dziękuję ci w imieniu mego ludu i pamiętaj, że wszystko to robimy dla dobra Pendorum. Ale po drodze nie możemy zapominać, że Pendorum to przede wszystkim jego mieszkańcy. Dlatego, proszę, okazuj należny szacunek Roksin, za jej poświęcenie. Mów jej miłe rzeczy, dawaj po- darki, a nie tylko poklepuj po tyłku jak klacz do rozpłodu! – kończy ostro kobieta. – Dobrze – wyrażam zgodę i próbuję wyjść z namiotu. Ale Larien mnie przytrzymuje i dodaje: – Jest coś jeszcze. – Tak? – Roksin jest niemową. Powinieneś to wiedzieć. 18 19
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Avenedor. Cykl Pendorum. Część VII
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: