Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00364 007529 20703142 na godz. na dobę w sumie
Aż nadejdzie prawo - ebook/pdf
Aż nadejdzie prawo - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 261
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-66268-61-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).

Aż nadejdzie prawo to powieść Charlesa Aldena Seltzera, amerykańskiego pisarza żyjącego i tworzącego na przełomie XIX i XX wieku, specjalizującego się w historiach westernowych. Jego opowiadania były chętnie publikowane w czasopismach, takich jak 'Argosy', 'Western Story Magazine' czy 'Short Stories'. Opowieść o młodym człowieku przybywającym ze wschodu kraju na zachód ukazała się po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych w 1912 roku. Od tego czasu była wydawana już wielokrotnie - nie tylko po angielsku. Chętnie sięgają po nią tłumacze z całego świata. Nic dziwnego, porusza ona istotne tematy, takie jak praworządność, sprawiedliwość czy zaangażowanie w powierzone zadanie. USA, Dziki Zachód, XIX wiek. Do miasteczka Dry Bottom przybywa nikomu nieznany młodzieniec. Już chwilę po swoim przyjeździe ratuje on z opresji młodą kobietę i śmiało rozprawia się z jej gnębicielem. Co ważne, robi to bez użycia rewolweru. Tak też czyni niejednokrotnie i później, kiedy decyduje się walczyć o sprawiedliwość w okolicy, w której postanowił osiedlić się po śmierci swojego ojca. Ten zostawił mu w spadku ranczo i - ku uciesze młodego mężczyzny - redakcję gazety. Bohater stawia sobie za cel, by wykorzystać ją jako narzędzie walki z miejscowym gangiem złodziei bydła. Czy mu się to uda? Aż nadejdzie prawo to niewątpliwie klasyka gatunku. Szlachetna walka ze złem, kult pracy, a do tego historia miłosna w tle - to wszystko sprawia, że opowieść o młodzieńcu ze Wschodu rozpoczynającym nowe życie na Zachodzie wciąga już od pierwszej strony... i to nie tylko miłośników westernów. Warto sprawdzić i przekonać się samemu!

 

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ 'Biblioteka Andrzeja - Szlakiem Przygody' to seria, w której publikowane są tłumaczenia powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d'Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BIBLIOTEKA ANDRZEJA SZLAKIEM PRZYGODY Charles Alden Seltzer AŻ NADEJDZIE PRAWO Charles Alden Seltzer (15 sierpnia 1875 – 9 lutego 1942) – ame- rykański pisarz, płodny twórca westernów. Stworzył kilkanaście scenariuszy filmowych i napisał wiele opowiadań, głównie publi- kowanych w „Argosy” (a także m.in. w „Adventure”, „Western Story Magazine” i amerykańskiej edycji „Pearson’s Magazine”). Urodził się w Janesville w Wisconsin. Zanim stał się odnoszącym sukcesy pisarzem, był ulicznym sprzedawcą gazet, telegrafistą, mala- rzem, stolarzem, inspektorem budowalnym, redaktorem małej gazety i rzeczoznawczą. Ponieważ wytrwale dążył do tego, by osiągnąć pisarski sukces, wraz z rodziną żył w biedzie – napisał około dwu- stu tekstów, zanim któryś z nich został przyjęty, a w tym czasie żona przynosiła mu od rzeźnika papier pakowy, żeby na nim pisał. Westerny opierał na doświadczeniu wyniesionym ze swojego pię- cioletniego pobytu w Nowym Meksyku. Pod koniec życia (w latach 1930-35) został wybrany burmistrzem North Olmsted w Ohio. Jest tam wspominany z dużym szacunkiem i respektem – założył m.in. pierwszą straż pożarną, stworzył plany pierwszej linii autobusów miejskich i dla dobra mieszkańców walczył z potężnymi firmami (m.in. energetycznymi). Po zyskaniu uznania jako pisarz, jego historie dość szybko trafi- ły do Hollywood, gdzie stały się kanwami wielu filmów wczesnego okresu kina: najpierw niemych, a później udźwiękowionych. Zadebiutował w 1900 roku powieścią The Council of Three, a jego ostatni wydany tekst, już pośmiertnie, to So long, sucker z 1943 roku. Napisał w sumie trzydzieści dziewięć książek, z których dwadzie- ścia trzy były publikowane w odcinkach w „Argosy”. Do jego naj- słynniejszych i zekranizowanych powieści należą The Range Boss (1916, ekranizacja 1917), The Boss of the Lazy Y (1915, 1917) oraz The Trail to Yesterday (obie w 1918). Poza tym dużą popularnością cieszyła się trylogia Opowieści z Dry Bottom (Tales of Dry Bottom), składająca się z następujących powieści: The Two-Gun Man, The Co- ming of the Law oraz „Firebrand” Trevison. Charles Alden Seltzer AŻ NADEJDZIE PRAWO Przełożyła i przypisami opatrzyła Joanna Hacking Osiemdziesiąta pierwsza publikacja elektroniczna Wydawnictwa JAMAKASZ Trzydziesty drugi tom serii: „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” Tytuł oryginału angielskiego: The Coming of the Law © Copyright for the Polish translation by Joanna Hacking, 2021 20 kolorowych kart tablicowych: Dariusz Kocurek © Copyright for the cover and inside illustrations by Dariusz Kocurek, 2021 Redaktor serii: Andrzej Zydorczak Redakcja: Kinga Ochojska Korekta: Andrzej Zydorczak Projekt okładki: Barbara Linda Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty © Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 20 21 Wydanie I ISSN 2449-9137 ISBN 978-83-66268-61-6 Rozdział I Przybycie mężczyzny J eśli pasażerowie pociągu jadącego na zachód, który wjechał na małą czerwoną, drewnianą stację w Dry Bottom1 pod koniec czerwcowego dnia 18… roku, zwrócili w ogóle uwagę na młodego mężczyznę dźwigającego dwie walizki, to zupełnie tego nie okazali. To prawda, zauważyli, kiedy wysiadł – przyglądali mu się ukrad- kiem, gdy schodził na peron – ale natychmiast zapomnieli jego atletyczną sylwetkę i poważną twarz o regularnych rysach, a ich myśli ponownie skupiły się na upale, kurzu i monotonii podróży. Panował normalny ruch i gwar, który zwykle poprzedza nadej- ście pociągu. Jedna torba pocztowa została wyrzucona z wagonu pocz- towego, a następna do niego wrzucona. Przesyłki ekspresowe były bezceremonialnie deponowane przy drzwiach dworca przez naczelni- ka stacji. Konduktor pobiegł do okienka telegrafisty, aby odebrać za- mówienie. Wrócił biegiem, sygnalizując przy tym przez cały czas odjazd pociągu. Dzwon lokomotywy zabrzęczał, maszyniści zmienili bieg, aż zachrzęściło, koła zaskrzypiały, pasażerowie westchnęli i maszyna potoczyła się w dalszą drogę. Młody człowiek, który wysiadł z pociągu, stał przez chwilę nie- ruchomo, wsłuchując się w stukot kół po szynach i obserwując, jak dym z komina parowozu kala jasne błękitne niebo. Nagle uśmiechnął się, zamyślony, rzucił szybkie spojrzenie w kierunku grupki wałkoni stojącej w kącie stacji i podszedł do miejsca, gdzie stał naczelnik stacji sprawdzający nowo otrzymane paczki. – Czy może mi pan wskazać drogę do budynku sądu? – odezwał się młody człowiek. 1 Dry Bottom (ang.) – Sucha Dziura, Suche Dno (w znaczeniu pipidówka). ~ 8 ~ Naczelnik spojrzał w górę, obrócił się i zmierzył wzrokiem przy- bysza. Dostrzegł jego wschodni krój ubrania i jasną zdrową cerę pod podróżnym kurzem. – Nietutejszy? – zauważył, mrużąc nieznacznie i żartobliwie oczy. – Tak. – Tak, mógłbym – podjął na nowo naczelnik stacji, udzielając odpowiedzi na pytanie młodego mężczyzny. – Łatwo go znajdziesz. W tym miasteczku jest tylko jedna ulica, a budynek sądu stoi na dru- gim jej końcu, więc trudno go nie zauważyć. Uśmiechnął się z pewnym rozbawieniem za plecami młodego czło- wieka, gdy ten z serdecznym „dziękuję” powrócił do swych walizek, chwycił je mocno za rączki i pomaszerował w dół drewnianego pero- nu, w stronę miasta, ignorując grupę obiboków na rogu stacji. – Jeszcze jeden nowicjusz – skomentował jeden z nich, gdy młody człowiek znajdował się już zbyt daleko, by to usłyszeć. – Dopro- wadzają ten kraj do ruiny! Młody człowiek szedł wolno wzdłuż szerokiego chodnika, któ- ry biegł równolegle do budynków po jednej stronie ulicy, i przy- glądał się rozmiarom miasta. Nie był to zachęcający widok. Liczne i najprzeróżniejsze domy tuliły się do siebie na rozległej, wolnej prze- strzeni, którą naczelnik stacji nazywał „ulicą”. Większość budynków była niepomalowana i w surowym stanie. Zbudowane z nieheblowa- nych desek biegnących prostopadle, z wąskimi listwami nad spoinami. Kilka ceglanych dwupiętrowych domów, wyglądających na niedawno wzniesione, górowało z nienaturalnie lekceważącą wyższością nad przysadzistymi, jednopiętrowymi konstrukcjami. Znajdowało się tam wiele prywatnych mieszkań, kilka sklepów, ale na pierwszy rzut oka młody człowiek dostrzegł ogromną liczbę saloonów1. Ujrzał kilku ludzi. Ci, którzy pojawili się w zasięgu jego wzro- ku, byli najwyraźniej kowbojami, bo mieli na sobie malownicze stroje, które to wiele razy studiował na ilustracjach wschodnich czaso- pism. Podziwiał ich z daleka. Otaczało ich coś szczególnego. Było 1 Saloon (ang.) – bar z wyszynkiem na Dzikim Zachodzie. ~ 9 ~ coś takiego w tym wolnym, dzikim życiu, jakie wiedli, co go po- ciągało. Coś, co dotykało prymitywnej sfery jego serca. Słyszał opo- wieści o nich – podróżnicy powracający z tych rejonów opowiadali rozmaite historie o dzikich ludziach równin, historie o ich odwadze, brawurze i wielkim męstwie – przyoblekały ich w splendor i roman- tyczność, które wywierały głębokie wrażenie na młodym człowieku. Jego własne życie było raczej prozaiczne. Zobaczył kilka cowponies1 uwiązanych do balustrad przed sa- loonami. Przed jednym ze sklepów zaobserwował pokryty płótnem wóz, który rozpoznał (z widzianych wcześniej rysunków) jako „pre- riowy wóz pionierów”2. Przed innym stał wóz na resorach, odmiana buckboard3. To było wszystko. Aromat szałwii4 wypełnił jego noz- drza, a drobny, krzemienny, sproszkowany pył alkaliczny zalegał wszę- dzie grubą warstwą. Wyglądało to ponuro i szpetnie. Miasteczko leżące przed nim zaczynało się na pustkowiu i na pust- kowiu się kończyło. Nic szczególnie ważnego nie odróżniało go od wie- lu innych miast zaśmiecających oblicze tego świata, które to młody człowiek minął w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, poza tym, że było od nich odrobinę większe. Był to zwyczajny punkcik pośrodku równinnej, trawiastej krainy zajmującej swym zasięgiem rozległy obszar. Trwało tak, spokojne w swym odosobnieniu, odda- lone od cywilizacji tak daleko, jak oddalona jest Księga Rodzaju5 od Apokalipsy6. W duchocie leniwego czerwcowego popołudnia mia- sto drzemało, pozornie opuszczone, nie licząc koni i dwóch wozów 1 Cowponies (ang.) – małe, zręczne konie pasterskie; typ konia, który nadaje się do pracy ze zwierzętami pasterskimi, a szczególnie z bydłem na ranczach i rodeo. 2 Preriowy wóz pionierów (ang. prairie schooner) – kryty wóz używany w XIX wieku przez pionierów podczas podróży przez prerie Ameryki Północnej. 3 Buckboard (ang.) – czterokołowy pojazd o prostej konstrukcji, do którego zaprzę- gano najczęściej konie lub inne większe zwierzęta; wóz posiadał z przodu deskę, która służyła za podnóżek dla woźnicy lub chroniła przed tylnymi kopytami zwie- rzęcia na wypadek wierzgnięcia. 4 Szałwia (Salvia) – rodzaj rośliny z rodziny jasnotowatych (Lamiaceae), liście szare, kwiaty niebiesko-fioletowe. 5 Księga Rodzaju – gr. Genesis, początkowa księga Pięcioksięgu. 6 Apokalipsa Świętego Jana – Objawienie Świętego Jana, ostatnia księga w kanonie Nowego Testamentu. ~ 10 ~ oraz kilku niezainteresowanych kowbojów, którzy zaszczycili młode- go człowieka jedynie spojrzeniami. Najwyraźniej, jeśli byli tu jacyś mieszkańcy, to przebywali w saloonach. Gdy tylko myśl ta przemknę- ła młodemu człowiekowi przez głowę, zacisnął posępnie usta. Szedł jednak wolno dalej, przyglądając się z uwagą wszystkiemu, co znala- zło się w zasięgu jego wzroku. Im więcej widział, tym mniej mu się to podobało. Walizki ciążyły; zatrzymał się przed budynkiem i postawił je na ziemi, a tymczasem chusteczką otarł kurz i pot z czoła. Spojrzał na jaskrawy znak na dachu budynku, przed którym się znajdował, i prze- czytał napis z drwiącym uśmiechem: „Saloon Mody”1. Przed budyn- kiem stały przywiązane do barierki konie. Uzda jednego z nich była wesoło przystrojona kokardą. – Jedynie kobieta mogła zrobić coś takiego – uśmiechając się, stwierdził młody człowiek – ale jaka kobieta zostawiłaby swego konia przed saloonem? Zaczął rozglądać się wokół siebie w poszukiwaniu odpowiedzi i zobaczył pustą przestrzeń przy sobie, a obok tego – sklep. Przed sklepem nie było barierki, ale znajdowało się tam wyjaśnienie całej sprawy. Usłyszał za sobą jakiś dźwięk i odwróciwszy się, ujrzał dwie postacie, mężczyznę i kobietę, w wolnej przestrzeni pomiędzy dwo- ma budynkami. Kobieta wyglądała na trochę starszą od dziewczyny w młodzień- czym wieku, bo kiedy młodzieniec spojrzał na nią, a ona odwróciła się nieznacznie w jego stronę – nie dostrzegając go – ujrzał wymalo- waną na jej twarzy młodość i niewinność, choć sprawiała wrażenie osoby silnie niezależnej, co natychmiast wzbudziło w nim podziw. Była ubrana w malowniczy strój, który składał się z krótkiej spód- nicy do jazdy konnej, dłuższych butów, filcowego kapelusza, weł- nianej bluzki, zwiewnej chustki na szyi, rękawiczek i ostróg. Nie był to widok, który młody człowiek zwykł często oglądać, ale był na tyle atrakcyjny, że chłonął chciwie każdy szczegół wyglądu kobiety. 1 Saloon Mody – w oryginale: The Fashion Saloon. ~ 11 ~ Minęła dobra chwila, zanim dostrzegł mężczyznę. Stał przodem do dziewczyny i trudno było dojrzeć jego twarz. Był bardzo potęż- nie zbudowany, miał ogromne ramiona, górował nad kobietą, czy- niąc ją niepozorną. Młody człowiek stał nieruchomo, przyglądając się tym dwojgu, bo było coś takiego w postawie ogromnego męż- czyzny, co powstrzymywało go przed działaniem. Nagle mężczyzna się odwrócił i młody człowiek ujrzał jego twarz. Miała ona twarde rysy, prostackie i ordynarne, zdradzała niewątpliwą brutalność. Młody człowiek się skrzywił. Nie lubił takich typów, a teraz, gdy zobaczył już mężczyznę, to wyraz twarzy dziewczyny go powstrzymał. Oparł się lekko o front budynku, niecałe piętnaście stóp1 od tej dwójki, próbując wyglądać obojętnie, choć nie ukrywał swego zainte- resowania. Wierzył, że dziewczyna go nie dostrzegła, bo chociaż spoglą- dała w jego stronę, to był pewien, że jej wzrok powędrował w stronę konia przywiązanego do balustrady. Choć było to jedynie przelotne spojrzenie, utwierdziło go w przekonaniu, aby pozostać tam, gdzie stał, do czasu, aż dziewczyna dosiądzie swego konia, niezależnie od tego, ile czasu by to nie potrwało. Odprężył się więc, oparł o budy- nek i przysłuchiwał z uwagą ich rozmowie, choć pozornie wyglądał na zupełnie nią niezainteresowanego. Dziewczyna za to wydawała się głęboko poruszona czymś, co po- wiedział wielki mężczyzna, bo zamarła i stała tak, wpatrując się w niego gniewnym, zaciekłym spojrzeniem. Mężczyzna szydził z niej i szczerzył zęby w drwiącym uśmiechu, krążąc wokół niej; najwy- raźniej miał nad nią władzę. Wyglądało to na zabawę kota z myszą. Wtem młody człowiek usłyszał głos wielkiego mężczyzny: – Czyli nie przyjmujesz łaskawie moich zalotów? Nie chcesz mieć nic ze mną do czynienia? – Jego wymuszony śmiech był gru- biański i opryskliwy, sparaliżował wręcz młodego człowieka. Rzucił szelmowskie spojrzenie na dziewczynę i zobaczył, jak uniosła bro- dę z pogardą. – Mam ci jeszcze raz powtórzyć? – zapytała. 1 Stopa (ang. foot) – jednostka długości stosowana w krajach anglosaskich, licząca 30,48 cm. ~ 12 ~ Młody człowiek odczuł dziwną satysfakcję. Współczucie dla dziew- czyny rozciągnęło mu usta w osobliwym uśmiechu, ale nie miał czasu na lubowanie się tą satysfakcją, bo wielki mężczyzna prze- mówił, lecz tym razem już się nie śmiał. – No! – rzekł krótko. – Jednak będziesz mieć ze mną do czynie- nia. Będziesz ze mną albo pozbawię tego twojego brata, wariata, interesu! Dziewczyna nagle zesztywniała i oblała się głębokim rumień- cem. Młody człowiek zbladł, usłyszawszy tę groźbę, zacisnął zęby i pochylił się do przodu, licząc na to, że usłyszy coś więcej z tej nie- zwykłej rozmowy. Więcej nadeszło szybko. Dziewczyna się odezwa- ła, a jej głos był równy i opanowany, choć przesiąknięty kąśliwym sarkazmem. – Cóż z ciebie za okropny człowiek, żeby grozić bezbronnej dziew- czynie i jej cierpiącemu bratu. Ale ja się ciebie nie boję! Zrobiła krok w jego stronę, stanęła blisko niego i spojrzała mu prosto w oczy. Bardzo starała się pozostawać opanowaną, ale młody człowiek dostrzegł, że jej usta drżały żałośnie podczas tej krótkiej mowy. Poczuł względem niej współczucie. Nie mógł zrozumieć tej dziwnej rozmowy, ale rozpoznał, w jakim kierunku zmierzała, i co zwiastował dwuznaczny podtekst w słowach wielkiego mężczyzny. Najwyraźniej nie pomylił się w swej ocenie młodej kobiety – była w stanie sama się o siebie zatroszczyć. Przybliżył się trochę, choć dobrze wiedział, że rozmowa ta nie była jego sprawą. Kierowała nim jedynie najzwyklejsza troska o to, czy młoda kobieta zostanie odpowiednio potraktowana. Na razie pozostawało tylko czekać, gdyż wielki mężczyzna nie powiedział na razie niczego, co dałoby obcemu podstawę do ingerencji. Rzuciw- szy jeszcze jedno spojrzenie, dostrzegł ciężki rewolwer na biodrze tego człowieka i nie miał najmniejszej wątpliwości, na podstawie tego, co do tej pory zobaczył, że mężczyzna użyłby tej broni, gdyby odwrócił się i zobaczył kogoś podsłuchującego ich rozmowę. Takie zachowanie idealnie pasowałoby do opowieści, które młody czło- wiek słyszał o tej części kraju. Mimo to przysunął się bliżej. ~ 13 ~ Twarz wielkiego mężczyzny nabrzmiała. Opór dziewczyny najwyraźniej go rozwścieczył. – Do ciężkiego diabła! – odezwał się jadowicie. – Cholernie odważna się zrobiłaś! Pochylił się nad nią. – Myślisz sobie, że to hańba być ze mną w komitywie? Co ludzie na to powiedzą? – Chrapliwie się zaśmiał. – Większości ludzi pochle- bia znajomość ze mną, ale powiem ci jedno: jeśli nie jestem twoim przyjacielem, to jestem wrogiem, a ty zrobisz, co mówię, bo inaczej się postaram, aby sprawy stały się bardzo nieprzyjemne dla ciebie i twojego biednego, cierpiącego brata! Młody człowiek zobaczył, jak dłonie dziewczyny się zacisnęły, jak jej twarz wolno pobladła. Już drugi raz mężczyzna zadrwił z jej brata i najwyraźniej jego słowa sprawiły jej ból. Słowa drżały na jej wargach, ale głos ostatecznie się nie wydobył. Na chwilę zmusiła się, aby spojrzeć mężczyźnie prosto w oczy, a wtem jej własne napełni- ły się łzami. Zrobiła krok w tył, jej ramiona obwisły. Wielki męż- czyzna podążył za nią, napawając się tym widokiem. Młodemu człowiekowi znów przyszedł na myśl kot bawiący się myszą. – Zabolało, co? – spytał bezlitośnie wielki mężczyzna. – Sama sobie jesteś winna, będąc taką cholerną świętoszką! Wyciągnął rękę i chwycił ją za ramię. Cofnęła się, a szamocząc się z nim, próbowała złapać za rękojeść rewolweru, wykonaną z kości słoniowej, który zwisał u jej prawego boku. Jej wysiłek był daremny, wielki mężczyzna przytrzymał ją za ramiona. Nagle odwet – jak lawina – spadł na mężczyznę. Dostrzegł ruch, wyczuł niebezpieczeństwo i sięgnął prawą ręką do rękojeści pistole- tu, jednak walka była bezgłośna. Padł strzał, młody człowiek machnął ramieniem jak cepem, zaciśnięta dłoń opadła z hukiem. Wielki mężczy- zna zwalił się na ziemię jak ścięte drzewo, a jego rewolwer poleciał na odległość dziesięciu stóp. Nikły, błękitno-biały dym unosił się leniwie z lufy. Wielki mężczyzna został ponownie uniesiony do góry w rękach i rzucony jeszcze raz o ziemię. Leżał na wznak, wystawiony na jasne światło słoneczne – góra posiniaczonego i krwawiącego ciała. ~ 14 ~ Gniew młodego człowieka zniknął tak szybko, jak się pojawił. Sta- nął nad wielkim mężczyzną, spoglądając na niego z góry. Jego białe zęby jaśniały spoza lekko rozchylonych warg. – Myślę, że to wystarczy – powiedział równym, beznamiętnym głosem. Przez chwilę panowała pełna napięcia cisza. Młody człowiek ob- rócił się i spojrzał na dziewczynę, która przyglądała mu się, zasko- czona i oszołomiona. Młody człowiek uśmiechnął się beztrosko. – Myślę, że czekałem trochę za długo. On nie będzie cię już niepo- koił, przynajmniej przez następne kilka minut. Zauważył, że wzrok dziewczyny skupił się na czymś za jego ple- cami, i odwrócił się, aby zobaczyć, jak przez boczne drzwi Saloonu Mody wysypali się mężczyźni. Wybiegli na zewnątrz, wypełnia- jąc przestrzeń pomiędzy dwoma budynkami. Byli to głównie kow- boje i kilku innych ludzi, których wygląd i ubiór świadczyły o tym, że byli zwykłymi mieszkańcami miasteczka. Młody człowiek stał, milcząc, podczas gdy jedni nowo przybyli okrążyli go, drudzy skupi- li swą uwagę na wielkim mężczyźnie, który wciąż leżał na ziemi. Dziewczyna się nie poruszyła; stała obok młodego człowieka, blada, drobna, niewzruszona, jej oczy były szeroko otwarte i płonęły. Młody człowiek wodził wzrokiem od niej do mężczyzn, którzy stłoczyli się wokół niego, i zdał sobie sprawę z tego, że jeden z nich – smukły kowboj o oliwkowej cerze – najwidoczniej mieszaniec, coś do niego mówił. Stał więc, spoglądając na niego. W jego oczach dostrzegł groźbę, słyszał jego głos, ziejący bluźnierczym oskarżeniem: – A więc zastrzeliłeś Big Billa1, żółtodziobie2! – zawołał. Jego ręka zatknięta była za pas z nabojami, niedaleko rękojeści jego sze- ściostrzałowego rewolweru. Młody człowiek chłodno lustrował twarz mieszańca. Widział drwią- cą bezczelność wypełzającą wąskie, szczerzące zęby wargi, i od razu wiedział, że był to przyjaciel jego pokonanego przeciwnika. Uśmiech- nął się ponuro. Gdy mężczyzna zaczął mówić, był skłonny argumen- 1 Big Bill (ang.) – Wielki Bill. 2 Żółtodziób – pot.: dorastający, niedoświadczony chłopak. Wielki mężczyzna zwalił się na ziemię jak ścięte drzewo, a jego rewolwer poleciał na odległość dziesięciu stóp. ~ 15 ~ tować słuszność swego czynu, ale kiedy usłyszał ohydną zniewagę, jego białe zęby znów zalśniły, wykonał zamach prawym ramieniem – jak cepem – jego pięść zderzyła się ze szczęką mieszańca. Tak jak wielki mężczyzna, i ten padł bezwładnie na ziemię. Tłum nagle się poruszył, pistolety błysnęły w słońcu. Młody mężczyzna zrobił krok w tył, zatrzymał się, przygotował i z zaciśniętymi ustami stanął twarzą w twarz z tłumem. – Oczywiście teraz zaczniecie strzelać – stwierdził z goryczą. Usłyszał poruszenie obok siebie i odwróciwszy się, ujrzał dziew- czynę stojącą w odległości stopy od niego, z pistoletem z rękojeścią z kości słoniowej w dłoni i z lodowatym spojrzeniem. – A mnie się wydaje, że żaden z nich nie strzeli – oświadczyła opanowanym głosem, rozbrzmiewającym w nagłej ciszy, która zapa- dła. – Wielki Bill dostał to, na co sobie zasłużył, a ten dżentelmen nie będzie niepokojony. Jest nieuzbrojony – powiedziała, śmiejąc się oschle. – Zastrzelenie go byłoby morderstwem, a jeśli zostanie zastrze- lony, obiecuję, że natychmiast zostanie pomszczony. Obróciła się lekko, mówiąc coś do młodego człowieka, mając jednocześnie na oku mężczyzn stojących dookoła. W czasie ciszy, która zapadła po jej słowach, kilku mężczyzn ukradkiem schowało swą broń i wycofało się. – Myślę, że Wielki Bill sam jest w stanie zadbać o swoje spra- wy – kontynuowała dziewczyna, wykorzystując jawną niechęć obec- nych do sprawiania jakichkolwiek problemów. Jej twarz pobladła nieznacznie, gdy zauważyła, jak wielki męż- czyzna siada i rozgląda się dookoła. Podniósł się na nogi i kiwał się przez chwilę, oszołomiony, po czym jego wzrok odszukał młodego człowieka i wbił się w niego z niezapowiadającą niczego dobrego za- wziętością. Jego prawa ręka opadła na kaburę pistoletu, a nie znaj- dując tam broni, odwrócił się i zaczął jej szukać. Znalazłszy, powrócił z bronią w ręku do miejsca, gdzie stał młody człowiek. Gdy się tam zatrzymał, nastąpiło nowe poruszenie i mieszaniec stał już na no- gach, wyciągając swój pistolet. Młody człowiek przykucnął, goto- wy do skoku, a wielki mężczyzna ostro odezwał się do mieszańca. – Rzuć to! – warknął. – Pilnuj swoich spraw! ~ 16 ~ Nagle zrozumiał, że mieszaniec również został pokonany, bo patrząc na niego, dostrzegł kurz na jego ubraniu i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Tobie też dołożył, co, Yuma? – Jego toporne rysy zwieńczył szy- derczy uśmiech, gdy stanął twarzą w twarz z młodym człowiekiem. – Znokautował mnie! – powiedział jedwabistym, opanowanym głosem. – Znokautował mnie z zimną krwią. Yumę Eda też! Zrobił kolejny krok w kierunku młodego człowieka i badał go krytycznym wzrokiem. W jego oczach lśniło coś na kształt rozba- wienia. Wtem wycofał się i zaśmiał krótko. – Nie zastrzelę cię – rzekł. – Mam taki pomysł, żebyśmy ty i ja znów się spotkali – kontynuował, a w jego głosie brzmiała złowro- ga groźba. – Zastrzelenie cię nie byłoby nawet w połowie odpłatą. Zapamiętaj to sobie, młody człowieku, nawet nie w połowie. Pozostawiwszy młodego człowieka, oddalił się. Wskazał zebra- nym drzwi saloonu, przez które wysypali się na zewnątrz. Przedefi- lowali przez nie wolno, jeden po drugim, bez protestu. Wielki męż- czyzna zatrzymał się jeszcze na tyle długo, aby znów popatrzeć na młodego człowieka. – Znokautował mnie! – rzekł, jakby ledwie był w stanie pojąć tę prawdę. – Znokautował mnie uderzeniem, z zimną krwią! – Zaśmiał się, a jego prostackie, ordynarne rysy wykrzywiły się w dziwacznym grymasie. – Niech mnie cholera! Odwrócił się raz jeszcze i zniknął w drzwiach za pozostałymi. Młody człowiek stał przez chwilę, patrząc w ślad za nim, po czym odwrócił się i ujrzał młodą kobietę stojącą obok swego konia, wpa- trującą się w niego poważnym spojrzeniem. – Dziękuję – powiedziała. Uchwycił jej jasny uśmiech i już siedziała w siodle, kłusując w dół ulicy, w kierunku stacji. Przez moment młody mężczyzna patrzył za nią, po czym z uśmiechem powrócił do swoich walizek i poma- szerował w stronę widocznego z daleka budynku sądu. Rozdział II Zarządzanie bydłem G mach sądu stał w głębi ulicy. Był to niski, jednopiętrowy budy- nek z czerwonej cegły. Najwyraźniej został niedawno wznie- siony, ponieważ gruz, pozostawiony przez robotników, wciąż zalegał w sąsiedztwie. Z ulicy do szerokiego, łukowego wejścia prowadziła promenada1. Ze schodów można było spojrzeć w dół ulicy, na sta- cję i inne budynki, przycupnięte w świetle słonecznym, brudne od kurzu po wielu dniach bez jednej kropli deszczu. Poza cowponies, buckboardem i wozem preriowym pionierów panował kompletny bezruch i brak było jakichkolwiek oznak życia. Stanowiło to bardzo ostry kontrast z gwarnymi i pełnymi zgiełku miastami, do których był przyzwyczajony młody człowiek. Pomaszerował szybko w dół promenady, wszedł do gmachu są- du i zatrzymał się przed drzwiami z napisem: „Sąd Okręgowy Stanów Zjednoczonych. J. Blackstone Graney”. Młody człowiek postawił na ziemi walizki, przetarł czoło chusteczką, skrzywił się na widok kurzu, który na niej pozostał, i zapukał do drzwi delikatnie, acz stanowczo. Głos w środku natychmiast go wezwał: „Wejść”. Młodzieniec uśmiech- nął się z satysfakcją, przekręcił gałkę i otworzywszy drzwi, stanął na progu. W pokoju przy jednym z okien siedział mężczyzna i usilnie wpatrywał się w rozległą, spieczoną i spękaną od słońca krainę. Od- wrócił się, usłyszawszy otwierające się drzwi, i podniósł wolno, naj- wyraźniej oczekując, aby gość odezwał się pierwszy. Był niskiego wzrostu, nie gruby, ale krępy, sprawiał wrażenie powściągliwego. Jednocześnie w jego oczach czaił się pewien blask, który ostrzegał przed prężnym, analitycznym umysłem. Drzemała w nim sędziow- ska powaga i dostojeństwo. 1 Promenada (ang. boardwalk) – drewniany chodnik prowadzący przez piasek lub pod- mokłą ziemię. ~ 18 ~ Młody człowiek ukłonił się z szacunkiem. – Czy pan to sędzia Graney? – spytał. Sędzia kiwnął głową, a młody człowiek uśmiechnął się lekko. – Nazywam się Kent Hollis – powiedział. Sędzia szedł w kierunku dużego stołu znajdującego się na środku pokoju i na te słowa spojrzał ponownie na młodego człowieka, ale się nie zatrzymał. Gdy tam już dotarł, uśmiechnął się jednak, a opadłszy na krzesło, wskazał młodemu człowiekowi drugie, wolne. – Spodziewałem się ciebie – powiedział, gdy już siedział. – Usiądź, proszę. Poczekał, aż młody człowiek przyciągnął krzesło, a wtedy pochylił się nad stołem i wyciągnął dłoń w powitalnym geście. – Cieszę się, że cię widzę – ciągnął serdecznie. Trzymał dłoń mło- dego człowieka przez chwilę, bacznie wpatrując się w jego niewzru- szone oczy, najwyraźniej dokonując intelektualnej oceny, po czym opuścił rękę i odchylił się do tyłu, a na jego twarzy pojawił się półu- śmiech. – Jesteś bardzo podobny do ojca. Młody człowiek się zachmurzył. – Biedny tata… – rzekł cicho. Na chwilę zapadła cisza. Sędzia badał twarz młodzieńca. To, co ujrzał, musiało go zadowolić, bo się uśmiechnął, ale zaraz potem natychmiast spoważniał. – Przykro mi, że nie byłeś w stanie dotrzeć tu na czas – rzekł. – Pochowaliśmy twego ojca wczoraj. – Nie zdążyłem – odpowiedział młody człowiek z żalem. – Chcia- łem go zobaczyć przed śmiercią. Gdzie go pochowaliście? – Zabraliśmy go na jego ranczo Circle Bar1 – odpowiedział sę- dzia. – Tam chciał być pochowany. Przekonasz się, że chłopcy stamtąd zrobili dla niego wszystko, co mogli, ale to wciąż trochę za mało. Biedaczysko, zasługiwał na coś lepszego. Popatrzył dłużej na młodzieńca. Bolesne linie pojawiły się na jego twarzy, pochylił głowę, potakując na słowa sędziego. 1 Circle Bar (ang.) – Kółko Kreska. ~ 19 ~ – Zawsze myślałem, że to była jego wina – powiedział łagod- nie. – Mogło być inaczej. Podniósł wolno wzrok na sędziego, jego twarz poczerwieniała ze wstydu. – Oczywiście, wie pan coś o jego życiu – dodał. – Był pan jego przyjacielem. Napisał mi o tym jakiś czas temu. Nie będę udawał, że wiem, co zaszło między nim a matką – ciągnął. – Matka nigdy by mi nie powiedziała, a ojciec nigdy o tym nie wspomniał w swych listach. Myślałem, że chodziło o alkohol… Przypatrywał się uważnie twarzy sędziego. Wychwycił lekkie ski- nienie jego głowy i zacisnął usta. – Tak, to musiał być alkohol – kontynuował. – Wywnioskowa- łem to z tego, co sugerowała mi od czasu do czasu matka. Ale… – Zadumany, smutny blask pojawił się w jego oczach. – Miałem na- dzieję, że to nie alkohol spowodował to wszystko. Uchwycił powolne, poważne skinienie głowy sędziego, przerwał nagle, a jego oczy wypełniała rezygnacja. – No dobrze – powiedział. – To koniec, niezależnie od tego, co było powodem. – Odepchnął do tyłu swoje krzesło. – Dziękuję za to, co zrobił pan dla niego. Jeśli mógłbym się jakoś odwdzięczyć… – Usiądź – wskazując ręką krzesło, odpowiedział sędzia. – Nie należą mi się żadne podziękowania. Zrobiłem tylko to, co każdy przy- jaciel zrobiłby dla drugiego. Zorganizowałem dla ciebie wyprawę do Circle Bar – poinformował Hollisa, gdy ten wahał się nad ponow- nym zajęciem krzesła. – Neil Norton, twój zarządca ziem, będzie tutaj o szóstej z buck- boardem – spojrzał na zegarek. – Powinien być za pół godziny, jeśli przybędzie punktualnie. Tymczasem jest kilka spraw, o których chciał- bym ci powiedzieć. Hollis się uśmiechnął. – Proszę mówić – odrzekł. Sędzia oparł łokcie na stole i zmrużył oczy, patrząc na Hollisa. – Nie potraktuj tego pytania za zuchwałość – rzekł poważnie – bo zapewniam cię, że daleki jestem od tego, aby wtrącać się w twoje ~ 20 ~ sprawy. Myślę jednak, że będziesz potrzebował rady, z której oczywi- ście możesz nie skorzystać. Sądzę, że twój wiek nie jest chyba ta- jemnicą? – Nie. – Padła natychmiastowa odpowiedź, a towarzyszył jej sze- roki uśmiech. – Mam dwadzieścia sześć lat. Sędzia uśmiechnął się sucho. – W tym wieku miewa się wielkie ambicje – powiedział. – Pa- miętam, że kiedy ja miałem dwadzieścia sześć lat, byłem zdetermino- wany, żeby zasiąść w Sądzie Najwyższym1. Sam widzisz, jak bardzo chybiłem. Nie mówię, że nigdy nie udaje nam się zrealizować swych zamiarów – dodał szybko, gdy zobaczył błysk w oku młodego czło- wieka. – Chcę tylko pokazać, że w moim przypadku były one raczej dość wygórowane. – Skrzywił się i kontynuował z uśmiechem. – Wi- dzę, że jesteś człowiekiem wykształconym. Hollis przytaknął. Sędzia ciągnął dalej, spoglądając z podziwem na muskularną budowę ciała młodego człowieka i jego szerokie ramiona. – Uprawiałeś lekkoatletykę, football2 i temu podobne? – spytał. – Dobrze – dodał, wychwytując potaknięcie młodego człowieka. – Ani trochę ci to nie zaszkodziło, nikomu to nie szkodzi. Raczej przygo- towuje mężczyznę na ciężkie razy, które z pewnością otrzyma prę- dzej czy później. Jeśli zdecydowałeś się zamieszkać w tym kraju, musisz przygotować się na ciężkie razy. A jak sądzę, masz zamiar tu zamieszkać? – To zależy – odpowiedział Hollis. – Jeśli ojciec pozostawił swoje sprawy w takim stanie, że zmuszony będę tu pozostać, aby je na- 1 Sąd Najwyższy w stanie Nowy Meksyk (ang. New Mexico Supreme Court) – naj- wyższa instancja w amerykańskim stanie Nowy Meksyk; jest to przede wszystkim sąd apelacyjny; składał się pierwotnie z sędziego głównego i dwóch sędziów sto- warzyszonych (później zwiększono tę liczbę do pięciu); może również chodzić o: Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych (ang. Supreme Court of the United States) – najwyższy amerykański sąd apelacyjny i trybunał konstytucyjny; głowa władzy sądowniczej w systemie trójwładzy funkcjonującym w Stanach Zjednoczonych, obok władzy wykonawczej (prezydenta) i ustawodawczej (Kongresu); sąd składa się z 9 sędziów; po wybraniu kadencja sędziego jest nieograniczona. 2 Football (ang.) – futbol amerykański, sportowa gra zespołowa, przepisami zbliżona do rugby. ~ 21 ~ prostować, wtedy zostanę. W przeciwnym razie… – Zawahał się i za- śmiał cicho, po czym kontynuował dalej: – Ja również mam ambi- cje i jeśli będę zmuszony tu pozostać, będę musiał je poświęcić. To raczej skromna ambicja w porównaniu do pana – zaśmiał się. – To dziennikarstwo – mówił dalej i nagle spoważniał. – Chcę być wła- ścicielem gazety. Teraz jestem miejskim redaktorem, ale za kilka lat… Nie mam zamiaru wieszczyć, ale ciężko na to pracowałem. Sędzia zamrugał oczami, zachował powagę. – Obawiam się, że będziesz musiał tu zostać – dodał sucho. – Jeśli chcesz odzyskać cokolwiek z majątku. – Nie spodziewam się, żeby było tego wiele – stwierdził Hollis. Sędzia się uśmiechnął. – Tysiąc akrów1 dobrej, zielonej ziemi, kilka budynków i… – w momencie, kiedy cedził słowa, w oczach sędziego pojawiły się iskierki – gazeta. Hollis się wyprostował. – Gazeta! – złapał oddech. – Gazeta w tym kraju? Dlaczego, na miłość boską, gazeta? Sędzia się śmiał. – Nie będziesz już musiał wracać na Wschód, aby zrealizować swoje ambicje. Możesz mieć gazetę tutaj, gazetę twego ojca, „Nowinki”2 z Dry Bottom. To było całkiem nowe przedsięwzięcie. Wierzę, że pojawiła się z tuzin razy, raczej sporadycznie. Pozornie gazetka wy- chodziła raz na tydzień, ale w rzeczywistości była drukowana wte- dy, gdy twój ojciec lepiej się czuł. Swojego czasu zatrudnił zecera z Las Vegas3, aby ten zajął się składem. Potter się nazywał, bezużytecz- ny facet, ale na swój sposób geniusz, gdy tylko był trzeźwy. Podejrze- wam, że większość materiału, który trafiał do „Nowinek” pochodziło z głowy Dave’a Pottera. W uśmiechu Hollisa można było dostrzec lekką drwinę. 1 Akr (ang. acre) – jednostka powierzchni gruntów używana w krajach anglosaskich; 1 akr równa się 4840 jardów kwadratowych, czyli 4046,856 m². 2 Nowinki – w oryginale: „The Kicker”. 3 Las Vegas – miasto w USA, w południowo-wschodniej części stanu Nevada. ~ 22 ~ – Nie wie pan może przypadkiem, jak to się stało, że ojciec my- ślał, iż gazeta w tym miejscu przyniesie jakieś zyski? – spytał. Sędzia popatrzył na niego w zamyśleniu, w jego oczach zabły- sła iskierka rozbawienia. – Nie pamiętam abym wspominał o tym, że gazeta przynosiła twojemu ojcu jakieś zyski – odpowiedział powoli. – Nie pamiętam również abym mówił, że tego oczekiwał. Jeśli dobrze zrozumiałem całą sytuację, to założył gazetę dla zasady. Miał zamiar użyć jej jako broni. – Proszę mówić dalej – nalegał Hollis. – To mi wygląda raczej na donkiszotowskie1 przedsięwzięcie. – I takim było – przyznał sędzia. – To znaczy, może być po- strzegane jako takie przez człowieka ze wschodniej gazety, ale tu ludzie raczej są skłonni do lekceważenia pieniędzy i metod, koncen- trując się jedynie na rezultatach. Gdy spędzisz tutaj trochę czasu, będziesz w stanie pojąć prawdę i moc tego stwierdzenia. Twój ojciec myślał o rezultatach i zawładnęła nim idea założenia gazety jako środka, za pomocą którego chciał je osiągnąć. Jestem pewny, że gdyby żył, to by mu się to udało. – Tego nie wiem – rzekł Hollis, przyglądając się uważnie sę- dziemu. – Jakich to szczególnych wyników oczekiwał mój ojciec? Oczy sędziego Graneya rozbłysły z ożywieniem. Pochylił się do przodu, mówiąc wolno i wyraźnie. – Mam zamiar przedstawić ci mój punkt widzenia, opowiadając krótką historię o doświadczeniach twojego ojca na tej ziemi, taką, jaką usłyszałem od niego. Przyjechał tu jakieś piętnaście lat temu i zajął ćwiartkę ziemi nad potokiem Królicze Ucho2, czyli obecny teren rancza Circle Bar. Przez kilka dobrych lat był tam dzikim loka- torem, jak nazywa się w tym kraju drobnego właściciela, ale nie był niepokojony, ponieważ w pobliżu mieszkało kilku większych wła- 1 Don Kiszot – Don Kichot, hiszp. Don Quijote, bohater słynnej powieści hiszp. Don Kichot M. de Cervantesa Saavedry (cz. 1-2 1605-15), stanowiącej parodię powieści rycerskiej. 2 Potok Królicze Ucho – w oryginale: Rabbit-Ear Creek. ~ 23 ~ ścicieli, a każdemu człowiekowi zależało na powodzeniu sąsiada. Twojemu ojcu szło dobrze i po kilku latach zaczął kupować ziemię. W końcu nabył tysiąc akrów. Opowiadał mi, że jednego razu po- siadał około pięciu tysięcy sztuk bydła. Oczywiście całe to bydło nie mogło żyć na tysiącu akrów twojego ojca, ale równiny były wolne, a tysiąc akrów mogło bardzo dobrze służyć za główną siedzibę. Osiem lat temu pewni ludzie z Santa Fe1 utworzyli coś, co obecnie jest znane jako Stowarzyszenie Hodowców Bydła Hrabstwa Union2. Towarzystwo to zabezpieczyło część ziemi przylegającą do własności twego ojca, po drugiej stronie potoku Królicze Ucho. Nazwali je Circ- le Cross3. Być może wyda ci się to dość osobliwe, że towarzystwo wybrało nazwę tak bardzo zbliżoną do znaku firmowego twego ojca. Będę zbaczał dość długo z tematu, aż wyjaśnię to postępowanie. Sędzia wyciągnął ołówek i wziął kawałek papieru, który leżał obok niego na biurku, narysował jakieś prymitywne hieroglify i zawiesił nad nimi ołówek. – To tutaj – wyjaśnił, wskazując szkic, który narysował. – To jest oznaczenie, znak firmowy4 Circle Bar, czyli kreska w kółku. A to – wskazał na drugi rysunek – jest Circle Cross, krzyż w kółku. Oczywi- ście jest to jak najbardziej oczywiste, że wszystko, co Towarzystwo Circle Cross musiało zrobić, gdy zapragnęło przywłaszczyć sobie jedną z krów Circle Bar, to dodać pionową kreskę do znaku Circle Bar i stawał się on Circle Cross. Z praktycznego punktu widzenia była to bardzo prosta operacja. Osoba manipulująca oznakowaniem krów stosowała jedynie gorące żelazo przez kawałek mokrego ręczni- ka, nadając tym samym nowemu znakowi markowemu wygląd prze- chodzonego. 1 Santa Fe – miasto w USA, nad rz. Santa Fe (dopływ Rio Grande), u podnóża gór Sangre de Cristo, na wys. 2132 m. 2 Hrabstwo Union (ang. Union County, union – unia, związek, zjednoczenie, wspól- nota) – hrabstwo w stanie Nowy Meksyk w Stanach Zjednoczonych. 3 Circle Cross (ang.) – Kółko Krzyżyk. 4 Zna firmowy (oznaczenie, znakowanie zwierząt, ang. marking, branding) – trwałe oznaczanie zwierząt, zwłaszcza bydła, umożliwiające ich identyfikowanie. ~ 24 ~ Powracając do tematu, nowe towarzystwo nazwało swe ranczo Circle Cross i wzniosło nowe budynki w odległości kilku mil1 od budynków Circle Bar. Niedługo po powstaniu nowe towarzystwo próbowało odkupić Circle Bar, ale twój ojciec odmówił sprzedaży. Bill Dunlavey, zarządca Circle Cross, próbował negocjować kupno Circle Bar, a kiedy spotkał się z odmową, twarde słowa padły po- między nim a twoim ojcem. Niedługo po tym twojemu ojcu zaczę- ło ginąć bydło. To złodzieje rozpoczęli systematyczne ataki na jego stada. Twój ojciec rozpoznał te kradzieże jako robotę Stowarzysze- nia Hodowców Bydła i przeciwstawił się im. Wiele razy zmieniał swe oznaczenia, ale za każdym razem towa- rzystwo dawało mu mata. Zilustruję to: twój ojciec zmienił swój znak firmowy na taki jak ten. – Sędzia narysował znowu coś na papie- rze. – To jest znak „Wine-Glass”2. Możesz zobaczyć, że przypomi- na kieliszek od wina trzymany pionowo do góry, choć oczywiście umieszczony na bydle z Circle Bar był położony na boku. To posu- nięcie okazało się jednak daremne, ponieważ nagle pośród bydła z Circle Cross pojawiły się takie sztuki ze znakiem „Hour-Glass”3, o, takie. – Sędzia znów zaczął rysować. – Dokonano tego, dodając po prostu półokrąg do kieliszka wina, zmieniając jego kształt. Jak już powiedziałem, twój ojciec zmieniał swą markę dobre kilka razy, ale bydło z Circle Bar nadal znikało. Nastały lata wojny. Sto- warzyszenie Hodowców Bydła nie przepuściło żadnej okazji, aby nękać twego ojca albo pozostałych drobnych właścicieli w sąsiedztwie. Z Teksasu4 i Arizony5 sprowadzano rozpasanych, zdeprawowanych mężczyzn, desperatów, którzy znajdowali upodobanie w przelewa- niu ludzkiej krwi. Wędrowali oni po tych ziemiach, uprowadzając bydło z Circle Bar i zabijając jego kowbojów. Twój ojciec miał pro- blem z utrzymaniem ludzi. Aby móc otoczyć się odpowiednią licz- 1 Mila (ang. mile) – jednostka długości stosowana w krajach anglosaskich; 1 mila = 1,609 km. 2 Wine-Glass (ang.) – Kieliszek Wina. 3 Hour-Glass (ang.) – Klepsydra. 4 Teksas (ang. Texas) – stan w południowej części USA, nad Zatoką Meksykańską, graniczy na południu (wzdłuż rz. Rio Grande) z Meksykiem. 5 Arizona – stan w południowo-zachodniej części USA, przy granicy z Meksykiem. ~ 25 ~ bą pracowników potrzebną do ochrony stada, oraz przeciwstawić się agresji wynajętych przez Dunlaveya zabójców, zmuszony był płacić horrendalne pensje. A nawet wówczas nie był w stanie zapo- biec kradzieżom bydła. Dunlavey przekupił jego ludzi. Stada twego ojca zmalały. Zrozumiał, że groziła mu ruina, jeśli nie przedsięweźmie jakichś środków, które pomogłyby mu z powodzeniem uporać się z wrogami. Pojechał do Santa Fe, aby spotkać się z gubernatorem, złodziejskim carpetbaggerem1. Powiedziano mu, że rząd jest bezsilny, że takie same sytuacje mają miejsce w całym kraju i że rząd nie jest w stanie tego zwalczać. Prawo nie nadeszło. – Twój ojciec powrócił do domu, zniechęcony, ale niepokonany. Odwiedził kilku innych drobnych właścicieli ziemskich mieszkają- cych w pobliżu, prosząc ich o współpracę i wsparcie. Obawiając się gniewu Dunlaveya, drobni właściciele odmówili połączenia sił. Twój ojciec zadecydował zatem, że będzie kontynuował walkę w poje- dynkę. Zrozumiał, że jedynie prawo mogłoby pokonać zamierzenia stowarzyszenia, i był zdeterminowany, aby zaprowadzić je na tych ziemiach. W tym właśnie celu założył gazetę. Udało mu się wzbu- dzić zainteresowanie opinii publicznej z takim rezultatem, że powstał tu sąd. Sędzia uśmiechnął się sucho i ciągnął dalej. – Tak, prawo już tu jest. Co więcej, jest tu jego przedstawiciel. „Prawo to ja”2 – zacytował z ironią. – Moje ręce są jednak związane, ten sąd jest najzwyklejszą parodią systemu sprawiedliwości. Rząd 1 Carpetbagger (ang. „dywanowiec”) – w historii Stanów Zjednoczonych obraźliwe określenie stosowane przez byłych konfederatów do każdej osoby z Północy Sta- nów Zjednoczonych, która przybywała na Południe po wojnie secesyjnej; byli oni postrzegani jako wyzyskujący lokalną ludność; termin ten obejmował zarówno osoby, które starały się promować politykę republikańską (w tym prawo Afroame- rykanów do głosowania i sprawowania urzędu), jak i osoby, które dostrzegały moż- liwości biznesowe i polityczne z powodu chaotycznego stanu lokalnych gospoda- rek po wojnie; w praktyce termin carpetbagger był często stosowany do każdego mieszkańca Północy, który był obecny na Południu podczas rekonstrukcji, tj. od 1863 do 1877 roku. 2 „Prawo to ja” – prawdopodobnie odniesienie do słów „Państwo to ja” wypowie- dzianych przez Ludwika XIV (1638-1715), Króla Słońce, króla Francji w latach 1643-1715. ~ 26 ~ w Waszyngtonie1 uznał za właściwe, aby mnie tu przysłać – same- go. Nie mogę wyjść i szukać dowodów. Nie mógłbym zagwaranto- wać wyroku skazującego, nawet gdybym je zebrał. Tutaj ci, którzy nie są przyjaciółmi Dunlaveya, boją się go. Nie jestem w stanie zebrać ławy przysięgłych2. Dunlavey wybiera szeryfa3, kontroluje całą ma- chinę wyborów. Jestem bezsilny, jak zwykły figurant. Tak pokrótce wygląda cała sytuacja. Mógłbym wejść w szczegóły, ale myślę, że dość jasno wszystko przedstawiłem. Twarz Hollisa była grobowo poważna. Usta miał zaciśnięte z wy- razem wskazującym na toczący się w jego głowie konflikt. – Czy jest tu gdzieś niedaleko jakiś posterunek wojskowy? – zapytał. – W Fort Union4, sto mil albo coś koło tego na południowy za- chód. Prosiłem o przysłanie oddziału, ale zostałem poinformowany, że nie można tego zrobić, gdyż żołnierze są potrzebni do utrzymy- wania ładu i porządku wśród Indian. Niezależni hodowcy bydła mają sami walczyć o swoje sprawy. Przynajmniej takie jest założe- nie, jeśli rozważymy postawę rządu. Hollis milczał; był śmiertelnie poważny. Sędzia odchylił się do tyłu na krześle, obserwując go z dziwnym wyrazem twarzy. Zdał sobie sprawę z tego, że powiedział już wystarczająco dużo, aby zniechęcić tego zwyczajnego młodego człowieka do pozostania w tym miejscu 1 Waszyngton (ang. Washington D.C.) – stolica USA, w północno-wschodniej części kraju, nad rz. Potomac i jej dopływami Anacostia i Rock Creek. 2 Ława przysięgłych (ang. jury) – instytucja władzy sądowniczej, w skład której wcho- dzą zwykli obywatele, a nie sędziowie zawodowi; jest wyrazem udziału czynnika społecznego w sprawowaniu wymiaru sprawiedliwości. 3 Szeryf (ang. sheriff) – najwyższy wybieralny przedstawiciel sił porządkowych na terenie hrabstwa, gminy lub miejscowości; urząd w systemie prawodawstwa angiel- skiego, szkockiego i amerykańskiego; w Stanach Zjednoczonych szeryf jest zazwy- czaj wybierany przez mieszkańców na okres od roku do czterech lat, jest funkcjona- riuszem sił porządkowych na terenie hrabstwa lub miejscowości. 4 Fort Union – położony na północ od Watrous w Mora County, Nowy Meksyk; w dużej mierze zaopatrywali go rolnicy i farmerzy z hrabstwa Mora (formalnie utworzonego w 1860 roku); służył jako kwatera główna 8. regimentu kawalerii na początku lat 70. XIX wieku i jako siedziba 9. regimentu kawalerii pod koniec lat 70. XIX wieku podczas wojen Apaczów. ~ 27 ~ dłużej, niż to było absolutnie konieczne. Wcale by się nie zdziwił, gdyby Hollis mu powiedział, że nie ma zamiaru zostać. Dostrzegał w nim jednak coś takiego, co zapewniło go, że jego decyzja, gdy taką już po- dejmie, będzie ostateczna. Więcej niż raz od momentu, gdy Hollis wszedł do biura, sędzia zaobserwował spokojny, pewny błysk w jego oku i za- liczył go do rzadkiej klasy ludzi, których równowaga psychiczna jest tak idealna, że nic nie jest w stanie jej zachwiać. Sędzia spotkał takich ludzi już wcześniej, na Zachodzie, i znał ten typ. Kiedy tak siedział i przyglądał się młodemu człowiekowi, stwierdził, że Opatrzność po- pełniła błąd, pozwalając mu na tracenie czasu na Wschodzie. Zachód kipiał od możliwości i okazji dla ludzi jego pokroju. Następne pytanie Hollisa wcale go nie zaskoczyło. Pokazywało jedynie, że bada sytuację z różnych stron, zanim się zaangażuje. – Jaki jest obecny stan rancza Circle Bar? – spytał. – Tytuł do ziemi jest nienaruszony i nie może być podważony, jednakże Norton informuje mnie, że na pastwisku znajduje się nie więcej niż dwieście sztuk bydła, a budynki są w ruinie. Niezbyt we- soła perspektywa, nieprawdaż? Powiedział prawdę o ziemi i stadzie, ale celowo przesadził, mó- wiąc o stanie budynków, będąc ponuro zdeterminowanym, aby przed- stawić całą sytuację w jak najgorszym świetle. Byłby wtedy w stanie poddać lepszej próbie hart ducha młodego człowieka. Uśmiechał się do Hollisa w zamyśleniu, pocierając brodę. – No, to teraz – przyznał ten drugi, posyłając sędziemu zdawkowy uśmiech – całkiem się z panem zgadzam, że perspektywa nie jest zachę- cająca. Tak długo jednak, jak stan jest taki, jaki jest, nie ma potrzeby narzekać. Nie przybyłem tu w oczekiwaniu na łoże usłane różami. – W takim razie na pewno nie będziesz rozczarowany – odparł sędzia z przekąsem. Nabił i zapalił fajkę. Palił zamyślony, a jego oczy z zaciekawie- niem spoczywały na młodym człowieku. Postanowił posunąć się jesz- cze odrobinkę dalej. – Prawdopodobnie mógłbyś sprzedać Circle Bar – rzekł w koń- cu. – Twój ojciec przed śmiercią powiedział mi, że oferowano mu dziesięć dolarów za akr ziemi. Dałoby to niezłą sumkę. ~ 28 ~ Hollis rzucił spojrzenie na sędziego, w jego oczach zabłysło po- nure rozbawienie. – Radziłby mi pan sprzedać? – zapytał. Sędzia zaśmiał się cicho. – To nieuczciwe pytanie – wykręcił się, mrużąc zagadkowo oczy. – Gdybym był spadkobiercą posiadłości i czuł, że nie chcę brać na siebie ryzyka zarządzania nią, bez cienia wątpliwości powinienem ją sprzedać. Jeśli natomiast zdecydowałbym się na kontynuowanie walki mego ojca przeciwko niegodziwej bandzie, pozostałbym bez względu na konsekwencje. Ale – pykał wolno fajką, a w jego głosie słychać było wyraźny sarkazm – o wiele łatwiej byłoby to sprzedać i powrócić w spokojne strony. Mógłbyś powrócić na Wschód z dzie- sięcioma tysiącami dolarów i realizować swe marzenia o pracy w gaze- cie, dobrze zabezpieczony, i nie kłopotać się o kontynuowanie walki, w której bez wątpienia można zarobić wiele razów. – Dziękuję – rzekł cicho Hollis. Patrzył spokojnie i poważnie w oczy sędziego i ciągnął wolno: – Przedstawił mi pan wystarcza- jąco jasno całą sytuację, ale nie mam zamiaru uciekać, taką decyzję podjąłem. Oczywiście jestem odpowiednio oburzony sposobem, w jaki ów Dunlavey i jego stowarzyszenie potraktowali mojego ojca. – W jego oczach pojawiła się twardość. – Pozostałbym tu i wal- czył z Dunlaveyem i szajką jego zbirów nawet wtedy, gdyby zemsta z osobistych powodów była jedynym argumentem. Jest jednak jeszcze jeden powód. Stawką jest zasada. Nie obchodzi mnie tak bardzo oso- bista strona pytania, choć słabo znałem swego ojca, to wierzę, że zlek- ceważyłby sprawy osobiste, gdyby stanął twarzą w twarz z sytuacją, w której ja się teraz znajduję. Wierzę, że jako amerykański obywa- tel był rozgniewany okolicznościami, które nie pozwalały mu cieszyć się zagwarantowaną przez Konstytucję1 wolnością. Sądząc po tym, co pan powiedział, wygląda na to, że sympatyzuje pan z tym poglą- dem. – Uśmiechnął się do sędziego. – Oczywiście nie mylę się? 1 Konstytucja Stanów Zjednoczonych (ang. Constitution of the United States) – naj- wyższy akt prawny obowiązujący w Stanach Zjednoczonych, podstawa systemu prawnego i ustroju politycznego; wprowadzony w życie 4 marca 1789 roku. Prawa pięść mężczyzny opadła ciężko na stół, zabrzęczały pióra i słoiczki z tuszem stojące na nim. ~ 29 ~ Tytoń w główce fajki1 sędziego rozprysnął się. Prawa pięść męż- czyzny opadła ciężko na stół, zabrzęczały pióra i słoiczki z tuszem stojące na nim. – Nie, młody człowieku, nie mylisz się, trafiłeś w samo sedno. Jeśli masz zamiar tu zostać i walczyć z Dunlaveyem i jego bandą, Black- stone Graney jest z tobą, aż… – Aż nadejdzie prawo – podał myśl Hollis. – Tak, na Boga – oświadczył sędzia. – Możemy pójść nawet da- lej i powiedzieć: „Aż prawo zapanuje!”. 1 Główka fajki – element fajki, komora spalania, połączona z ustnikiem przez cybuch. Rozdział III Norton dokonuje odkrycia S ędzia Graney wstał i pochylił się nad stołem, chwytając dłoń mło- dego człowieka. Trzymał ją mocno. Potem znowu usiadł i dalej palił. Żaden z mężczyzn nie wypowiedział słowa podczas uścisku dłoni, a jednak oboje wiedzieli, że ich serca i umysły były zjednoczone we wspólnym celu. Słowa byłyby tu zbyteczne. Droga Hollisa leżała przed nim, prosta i szeroka. Nie istniał ża- den skrót, który oszczędziłby mu niebezpieczeństw czekających tam na niego. Ani myślał szukać owego. Długo przed tym, jak sędzia za- kończył swoją relację z sytuacji, Hollis podjął decyzję o bezpośrednim zmierzeniu się z problemem. Był w stanie patrzeć poza małostkowy, indywidualny punkt widzenia; zignorował go nawet, aby dotrzeć do podstawowej zasady równych praw. Prawo musi nadejść. Jeśli mógłby pomóc w sprowadzeniu go, osiągnąłby coś prawdziwego i namacal- nego. Byłby spełniony. Nie wierzył, że Przeznaczenie miało cokolwiek do czynienia z jego pojawieniem się w tym miejscu i w tym szcze- gólnym czasie. Czuł raczej, że jego przybycie było jedynie wyni- kiem zbiegu okoliczności i mogło trafić na każdego innego człowieka i jak każdy inny człowiek z odwagą i głęboko zakorzenionymi prze- konaniami był gotów przejść do sedna sprawy, polegając na sobie sa- mym. Nie myślał, żeby grać bohatera. A mimo to tak postrzegał go sędzia, który był przygotowany na słuchanie wymówek, na powstrzymywanie się od wrodzonej skłonno- ści do solidnego złajania młodego człowieka za brak rodzicielskiej lojalności, choć był świadom, że nie mógł wskazać żadnego jasnego powodu, dla którego młody człowiek poświęcał siebie na ołtarzu starej waśni. To było na przekór ludzkiej naturze, aby poświęcać się w ten sposób, zapewniał sam siebie, próbując bronić młodego człowieka. A teraz, kiedy Hollis udowodnił, że nie potrzebował obrońcy, że był gotowy do przejęcia pałeczki w imieniu swego ojca, sędzia ledwo ~ 31 ~ mógł się powstrzymać. Oświadczenie ze spokojem, że ma się zamiar walczyć ze Stowarzyszeniem Hodowców Bydła, podczas gdy w innej części kraju oczekiwało relatywnie bezpieczne życie, było heroiczną decyzją. Wielu innych ludzi skuliłoby się ze strachu i poddało się, nie zadając nawet ciosu. Sędzia Graney od dawna wiedział, że działanie rządu odnośnie wysłania go do Union County było ironicznym ustępstwem z ich strony na rzecz urzędów na Zachodzie, które od dawna domagały się prawa. Został tu przysłany przypuszczalnie w celu egzekwowania owego prawa, a tak naprawdę to po to, aby uciszyć krytyków rzą- du. Nie oczekiwano od niego, że kogokolwiek przekona. Teore- tycznie powinien podtrzymywać majestat prawa w Union County, ale w rzeczywistości po prostu był i pobierał pensję. Nie było żad- nego prawa, które można by egzekwować. W walce toczonej pomiędzy starym Hollisem a Stowarzyszeniem Hodowców Bydła sympatyzował z Hollisem, choć nigdy nie był w stanie wspierać go prawnie. Jednak sędzia wiedział, że prawo musi kiedyś nadejść, zachęcał więc Hollisa, zapewniając go, że na końcu zwycięstwo będzie jego. Aż nagle stary Hollis umarł. Lekarz z Las Vegas, który się nim zajmował, potrząsał głową, kiedy sędzia wypytywał go o pacjenta, i wskazał znacząco na jeden z saloonów w Dry Bottom. Powiedział sędziemu, że nie ma nadziei, a ten zatelegrafował na wschód. Rezulta- tem tego było pojawienie się młodego Hollisa. Ciepło w stosunku do młodego człowieka zaczęło przepełniać serce sędziego. – Jakie masz zamiary w związku z gazetą, z „Nowinkami”? – zapytał. Hollis rzucił mu szybkie spojrzenie i spoważniał. – Być może, gdyby nie było „Nowinek”, moja decyzja byłaby in- na – rzekł. – Tak długo jednak, jak istnieją, pozostanę w interesie! – Spodziewam się, że ta decyzja nie za bardzo spodoba się Dun- laveyowi – stwierdził sędzia. – Pewnie nie – ciągnął Hollis – lecz mimo to nie możemy wszyst- kich zadowolić. Przypuszczam, że będę w stanie odnaleźć tego druka- rza, Pottera, tak się nazywa? ~ 32 ~ – Nie będzie trudno go znaleźć Przeszukanie saloonów powinno wystarczyć – zapewnił sędzia, uśmiechając się. – Gdy będziesz już gotowy wydać „Nowinki”, daj mi znać. Obiecuję, że będę miał Pottera pod ręką. Do uszu obu mężczyzn doszedł turkot kół i jakiś głos. Sędzia odchylił się do tyłu na krześle i wyjrzał przez okno. Gdy powrócił do poprzedniej pozycji i spojrzał na Hollisa, twarz wieńczył mu szero- ki uśmiech. – Przybył twój zarządca ziem – powiedział. Usłyszeli odgłos kroków na chodniku i w drzwiach stanął męż- czyzna. Stał i się im przyglądał. Nowo przybyły od razu sprawił wrażenie człowieka kompetentne- go. Trwał w progu, opanowany, poważny, o spokojnym spojrzeniu, całkowicie pewny siebie. Ubrany był w wysokie buty bez ostróg1, nogawki pokrytych kurzem overalls2 wetknięte były w cholewki bu- tów, wełniana koszula, odpięta pod szyją, okrywała godne podziwu ramiona, wokół szyi miał zawiązaną szkarłatną chustę, a kapelusz z szerokim rondem, z niedbale wgnieciony dnem, był zepchnięty nonszalancko na tył głowy, odsłaniając czoło. U jego szczupłego pasa zwisał dobrze wypełniony pas z nabojami3, a na prawym biodrze ciężki rewolwer. – Witaj, sędzio! – rzekł z uśmiechem w odpowiedzi na serdecz- ne powitanie Graneya. – Dopiero przybyłeś? – spytał sędzia. – Jestem w mieście od godziny – odpowiedział Norton. Rzucił badawcze spojrzenie na Hollisa, które to młody człowiek zniósł ze spokojem. Przemknęła mu przez głowę myśl, że ten buck- board, który widział wcześniej przed sklepem po wyjściu z dworca, 1 Ostroga – część oporządzenia jeźdźca ułatwiająca prowadzenie konia, przede wszystkim pobudzająca go do biegu. 2 Overalls (ang.) – ubranie składające się ze spodni ze śliniakiem podtrzymywanym przez pasy na ramionach, wykonane z perkalu, dżinsu lub podobnego materiału i noszo- ne, jako odzież codzienna lub robocza. 3 Pas z nabojami (pasek nabojowy) – pasek z kieszeniami przeznaczony do noszenia amunicji. ~ 33 ~ musiał należeć do Nortona. Mężczyzna znów się odezwał. Hollis słuchał. – Wpadłem do Saloonu Mody zobaczyć się z moim przyjacielem Redem Eggersem – ciągnął Norton, uśmiechając się szeroko. – Ten sam tłum, co zawsze: Dunlavey, Yuma Ed, Dycha1, Greasy. Większość ferajny, która dostarcza nam tu wielu wrażeń. Na wspomnienie Yumy Eda Hollis podniósł wzrok. Tak nazywał się ów drugi mężczyzna, któremu przyłożył w tej całej aferze przy Saloonie Mody. Zastanawiał się, czy Norton o tym wie. Nie przy- pominał sobie, aby widział go pomiędzy mężczyznami, którzy go otoczyli. Sędzia przedstawił go Nortonowi. Hollis wstał i uścisnął mu dłoń. Wytrzymał ze spokojem jego badawcze spojrzenie. Zauwa- żył, że zarządca ziemski był prawie tak wysoki, jak on sam. Prawdę mówiąc, Norton był zmuszony podnieść lekko wzrok, aby ich spoj- rzenia mogły się spotkać. Miał osobliwy uśmiech, przyjacielski błysk w oku, ale z domieszką powściągliwego, krytycznego i badawczego blasku. Hollis uśmiechnął się na ten widok. – To ty jesteś chłopakiem Jima Hollisa? – spytał Norton. – Mo- im nowym szefem? – Rozpromienił się, najwyraźniej otwarty na nawiązanie przyjaźni. – Nie sądzę, abyś utknął tu na dobre, co? Nie po tym, co tutaj zobaczyłeś. – Jestem przyzwyczajony do życia w ciągłym ruchu – zaśmiał się Hollis. – Tu jest raczej nudno na pierwszy rzut oka. Norton zamrugał oczami. Mrugnął do sędziego, ostrożnie odwra- cając twarz, żeby Hollis tego nie widział. – A więc szukasz wrażeń? – zapytał poważnym głosem. – Może to nie moja sprawa – dodał, a oczy mu błyszczały – ale ja pytam, czy myślisz o pozostaniu tutaj, o zatrzymaniu rancza twojego ojca i jego gazety? Hollis przytaknął. W oczach Nortona pojawiła się nieposkromio- na radość. – To świetnie! – wykrzyknął. – Jeśli zostaniesz, na pewno nie zabraknie ci wrażeń. Obawiałem się, że nie będziesz chciał zostać – 1 Dycha – w oryginale: Ten Spot. ~ 34 ~ zwrócił się do sędziego Graneya z uśmiechem zadowolenia na twa- rzy. – Powiem panu coś, co się panu spodoba. Jak już mówiłem, za- trzymałem się w saloonie Reda Eggersa. Banda Dunlaveya lizała po czymś rany. Byłem tam przez chwilę, próbując dowiedzieć się, o co chodziło, ale żaden z nich nic nie mówił. Wreszcie udało mi się spro- wadzić Reda i ten wszystko mi opowiedział. Według niego Dun- lavey dopadł na dworze tę dziewczynę Hazeltonów i dość ostro się do niej zwracał, kiedy nagle jakiś żółtodziób, zupełnie bez szacunku dla delikatnych uczuć Dunlaveya, podszedł i przyłożył mu w szczękę! – Uderzył go? – zdziwił się sędzia, uśmiechając się z rozbawieniem. – Znokautował go – potwierdził Norton, a w jego oczach tańczyły iskierki. – Wyrżnął go tak mocno, iż Dunlavey pomyślał, że zapa- dła noc, i poszedł lulu. Na to wtrącił się Yuma i już chwytał za broń, no i jemu też się dostało. Ten żółtodziób nie uznawał broni. Red mówi, że nigdy nie wyobrażał sobie, żeby ktokolwiek mógł zadać taki cios. To musia
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Aż nadejdzie prawo
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: