Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00267 005124 13083046 na godz. na dobę w sumie
Azyl w górach - ebook/pdf
Azyl w górach - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8413-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Po śmierci brata policjant Brody Taggert nie ma ochoty celebrować świąt. Tymczasem do miasteczka przyjeżdża barwna i szalona Lili Grainger, która zamierza zorganizować huczne obchody bożonarodzeniowe i postanawia wciągnąć w swoje plany Brody’ego. Podczas wyprawy po choinkę jego samochód grzęźnie w śniegu. Zmuszeni spędzić noc w pustej górskiej chacie, Brody i Lili zbliżają się do siebie. Najchętniej pozostaliby w tej samotni na zawsze...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Cara Colter Azyl w górach Cara Colter Azyl w górach Tłumaczyła Julita Mirska Tytuł oryginału: His Mistletoe Bride Pierwsze wydanie: Harlequin Romance, 2008 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka Korekta: Urszula Gołębiewska ã 2008 by Cara Colter ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: Studiu Q, Warszawa ISBN 978-83-238-8413-2 ROMANS – 1072 ROZDZIAŁ PIERWSZY Tego dnia funkcjonariusz Brody Taggert miał paskud- ny humor. – No dobra, możemy złożyć wizytę pannie Lili Grain- ger – mruknął. Jego suka Buba, zdrobniale Bu, która leżała wyciąg- nięta na tylnym siedzeniu radiowozu, zaszczekała na znak zgody. Zważywszy na jego nastrój, pewnie nie jest to najlep- szy moment na składanie wizyt komukolwiek, a zwłaszcza nowej mieszkance Snow Mountain, początkującej pisar- ce, właścicielce sklepu i siostrzenicy szefa w jednej osobie. Właśnie z powodu jej pokrewieństwa z Paulem Hutchin- sonem, zwanym przez wszystkich Hutchem, Tag nie mógł odmówić. Prawdę rzekłszy, otrzymał rozkaz, aby się do niej udać. Hutch był z natury łagodnym człowiekiem, lecz zdener- wował się, usłyszawszy, że Tag przegapił wczorajsze zebra- nie grupy Ratujmy Święta w Snow Mountain. – Ta mała coś knuje – powiedział. – To cwana bestia, zupełnie jak jej matka, a moja siostra. A ty, psiakrew, opuś- ciłeś zebranie, więc poruszamy się po omacku. Po omacku to trafne określenie, pomyślał Tag. Albo- 6 Cara Colter wiem rada miejska postanowiła zgasić w miasteczku świat- ła. Nie, nie latarnie, tylko oświetlenie świąteczne. A to oznacza, że nie będzie tradycyjnej świątecznej ekspozycji w parku Bandstand przy końcu Main. Każdego grudnia od 1957 roku park zamieniał się w Pracownię Świętego Mikołaja. Mechaniczne skrzaty pa- kowały prezenty, między drzewami baraszkowały renifery, brzuchaty Mikołaj machał do ludzi, wołając „Ho, ho, ho!” Niestety zarówno skrzaty, jak i renifery miały już ponad pięćdziesiąt lat; wyczerpała się ich żywotność. Mikołajowe ho-ho-ho pobrzmiewało w zwolnionym tempie, a w zeszłym roku jeden z elfów stanął w ogniu. Ktoś nagrał telefonem komórkowym przerażone dziecko płaczące na tle płomieni. I tak cały kraj usłyszał o mia- steczku Snow Mountain w stanie Waszyngton. Od stycznia trwały zażarte dyskusje na temat przyszło- rocznej ekspozycji. Na październikowym zebraniu w ratu- szu radny Leonard Lemoix, który bynajmniej nie należał do faworytów Taga, przedstawił szczegółową kalkulację. Otóż za pieniądze przeznaczone na naprawę igurek oraz trzykrotne ustawienie i rozmontowanie ekspozycji – po- mijając rachunek za elektryczność – miasto mogłoby ku- pić nowy radiowóz. Radni jednogłośnie podjęli decyzję: koniec ze świątecz- ną ekspozycją. – Oczywiście siostrzenica uważa, że to wszystko moja wina – oznajmił nazajutrz po zebraniu Hutch – a ja nie miałem pojęcia o żadnym radiowozie. W każdym razie postanowiła powołać Komitet Ocalenia Świąt. Wiesz, co mi powiedziała? „Chcesz, wujku, żeby Snow Mountain Azyl w górach 7 przeszło do historii jako miasteczko, w którym skasowa- no święta?” Właśnie wtedy Tag dowiedział się o swoim udziale w komitecie. – Nie możemy pozwolić, aby ludzie mieli nas za bez- dusznych drani, którym zależy wyłącznie na nowym ra- diowozie – dokończył Hutch, którego troska o dobry wi- zerunek policji dziwnym trafem zbiegła się z przybyciem do miasteczka siostrzenicy. Panna Lila mieszkała dotąd w Miami i była bardzo wy- czulona na punkcie poprawności politycznej. Tag, który żywił coraz większą niechęć do nieznanej so- bie siostrzenicy szefa, nie zaprotestował, nie spytał: Dlacze- go ja? Wiedział dlaczego: choć pracował w policji sześć lat, miał najkrótszy staż. Wprawdzie starsi koledzy już dawno przestali go traktować jak żółtodzioba, ale wciąż dostawał zadania, do których nikt inny się nie rwał. Do takich należał udział w Komitecie Ocalenia Świąt. A on, psiakrew, opuścił pierwsze zebranie. Nie tłumaczył się szefowi, dlaczego nie poszedł; wolał słuchać wście- kłej tyrady Hutcha, niż widzieć jego współczującą minę. Na współczujące twarze napatrzył się po śmierci swojego młodszego brata Ethana. I dość. Basta. Wiedział jednak, że nie wykręci się od rozmowy z pan- ną Grainger, chyba żeby zdarzył się napad na bank, a na to się nie zanosiło. Zaklął pod nosem. Psisko zaskomlało, wy- czuwając ponury nastrój swego pana. – To nie twoja wina, Bu. Chryste, dopiero minęło Halloween! Do Bożego Narodzenia zostało jeszcze z siedem tygodni! Owszem, 8 Cara Colter ucieszył się, kiedy radni zagłosowali przeciwko świątecz- nej ekspozycji w parku. I nie, wcale nie dlatego, że za zaoszczędzone pieniądze miasto mogłoby kupić nowy radiowóz. Po prostu jako stróż prawa Brody Taggert widział rów- nież ciemną stronę świąt, o jakiej nie pisano w kolorowych pismach. Dla większości ludzi, z którymi się stykał, okres między Świętem Dziękczynienia a Bożym Narodzeniem był czasem wzmożonego picia, alkohol zaś prowadził do kłótni, bójek, przemocy domowej, wypadków samocho- dowych, hipotermii, rozpadu biznesu, małżeństwa, relacji z ludźmi. Zdaniem Taga w czasie świąt biedni stawali się jeszcze biedniejsi, podli podlejsi, samotni bardziej samotni, a nie- szczęśliwych ogarniała rozpacz. Natomiast ci, którzy tak jak on doświadczyli straty, w okresie świąt przeżywali tę stratę od nowa. W tym roku Tag miał spędzić siódme święta bez brata. Ludzie zapew- niali go, że czas leczy rany, ale jakoś nie mógł w to uwie- rzyć; każdego roku bolało równie mocno. Czuł w sercu pustkę, która na skutek ogólnego ożywienia wokół zdawa- ła się pęcznieć z godziny na godzinę. No ale Lila Grainger o tym nie wiedziała. Żyła w innym świecie, w świecie radosnym, pozbawionym trosk. Uzmy- słowił to sobie, kiedy trzy dni temu otrzymał od niej mejla zatytułowanego „Ocalmy święta w Snow Mountain” – na różowej papeterii tańczyły Mikołaje, niżej widniało za- proszenie na zebranie wraz z zachętą: będzie poczęstunek w postaci kieliszka pysznego ajerkoniaku i słynnych ciaste- czek Jeanie Harper. Azyl w górach 9 Najbardziej zirytowały Taga te tańczące Mikołaje. Ale naprawdę zamierzał się wybrać, nie tylko dlatego, że szef mu kazał. Przynętą były wyśmienite ciasteczka Jeanie, któ- rym nigdy nie potraił się oprzeć, zwłaszcza wtedy, gdy po- lewała je czekoladą, a zimą zwykle tak robiła. Nie wybrał się z bardzo prozaicznej przyczyny: otóż wczoraj po południu musiał zawieźć Bubę do kliniki we- terynaryjnej w Spokane. Zebranie zaczynało się o siódmej. Gdyby chciał, zdążyłby na nie. Ale po usłyszeniu słów: „Będziesz wiedział, kiedy czas nadejdzie”, nie mógł zosta- wić psa samego w domu. Był człowiekiem, który niejedno w życiu widział i który doskonale potraił kontrolować emocje. Podejrzewał jed- nak, że wczoraj by mu się to nie udało, dlatego wolał nie ruszać się z domu. Nawet ciasteczka Jeanie go nie skusiły. Spędził wieczór na kanapie, z Bu na kolanach, oglądając mecz hokejowy i starając się uspokoić po diagnozie, jaką weterynarz mu przekazał. Buba umierała, a Buba była nie tylko psem, także łącz- nikiem z przeszłością, z Ethanem, z życiem. To ona, nie czas, pomogła Tagowi stanąć z powrotem na nogi. Jednej rzeczy Tag nie przewidział: że szef tak szyb- ko zareaguje na jego nieobecność na zebraniu. Hutch wezwał go z samego rana i kazał włączyć się w akcję oca- lania świąt. Tag był pewien, że gdyby przestudiował umowę o pra- cę, nie znalazłby słowa o tym, iż do jego obowiązków nale- ży uczestnictwo w jakichś akcjach podejmowanych przez członków rodziny szefa, nawet jeśli te akcje mogą, jak twierdził Hutch, polepszyć wizerunek policji. 10 Cara Colter Dotychczas policjanci dbali o swój wizerunek w nieco inny sposób: uśmiechali się do małych dzieci, nosili wy- prasowany mundur i wypastowane buty, jeździli czystym radiowozem. Tagowi to odpowiadało. Podejrzewał, że w umowie o pracę nie znalazłby też sło- wa o tym, że za odmowę wykonania polecenia ma sprzą- tać cele. Hm, z drugiej strony to właśnie Hutch po śmierci Ethana wyciągnął do niego pomocną dłoń i zaproponował mu pracę w policji, kiedy on, pogrążony w czarnej rozpa- czy, powoli staczał się na dno. Hutch wiedział też, choć nigdy się z tym nie zdradził, jak wiele Tag zawdzięcza Bubie. Dlatego nie protestował, że pies jeździ w radiowozie. Tag skręcił w Main. Zmierzchało. Wiał zimny listopa- dowy wiatr, podrywając z ziemi suche liście i gazety. Ulica, która pamiętała lepsze czasy, z każdym rokiem wyglądała coraz bardziej żałośnie. Na dawnym sklepie Tilleya co naj- mniej od dziesięciu lat widniał nabazgrany na szybie napis: „Zwijamy interes”. W szyldzie drogerii paliło się tylko kilka liter. Latem turyści wchodzili zaciekawieni, co też tu sprze- dają. Zimą turystów nie było. Ale panna Grainger miała nadzieję to zmienić. Jej zdaniem, wyrażonym w różowym mejlu, nowa wy- remontowana Pracownia Świętego Mikołaja ściągnie do Snow Mountain tabuny gości. Miasteczko stanie się swo- istą mekką. Patrząc na ponury obraz Main, na nieczynne sklepy i wypalone neony, nie bardzo w to wierzył. Snow Moun- tain daleko było do pełnych uroku małych miasteczek na amerykańskiej prowincji. Azyl w górach 11 Tag zadumał się; właściwie brakowało mu jaskrawych światełek i kiczowatych igurek w parku na końcu ulicy. Sklepik Lili Grainger lśnił niczym brylant. Liczący po- nad sto lat budynek, który został niedawno poddany pia- skowaniu, znów miał ściany w kolorze kości słoniowej. Nad drzwiami wisiał gustowny czerwono-zielono-biały szyld z napisem „Pod Jemiołą”, a niżej, wykonane mniej- szymi literami, słowa: „Świąteczny butik”. Święta. Jemioła. Podobno Lila Grainger zainwestowała w sklep zaliczkę za książkę. Nic dziwnego, że zależało jej na ocaleniu Pracowni Świętego Mikołaja. Kiedy podpisała umowę na książkę o tematyce świątecz- nej, dumny Hutch gotów był wykupić ogłoszenie w gaze- cie, żeby się pochwalić siostrzenicą. Potem, nieoczekiwa- nie, Lila podjęła decyzję o przeprowadzce z Florydy do Waszyngtonu i zainwestowała pieniądze w stary, zniszczo- ny budynek na Main. W oknie wystawowym Tag ujrzał widok, jakiego mógł się spodziewać po osobie piszącej różowe mejle z tańczący- mi Mikołajami. Stało tam świątecznie przystrojone minia- turowe miasteczko, przez które przejeżdżała, pogwizdując, miniaturowa ciuchcia. W oknie po drugiej stronie drzwi stała dwumetrowa choinka udekorowana na ioletowo. – Zaraz mi głowa pęknie z bólu – powiedział Tag do psa, sięgając po kapelusz. Buba zaskomlała. – Masz zostać w samochodzie. Psina, zawsze posłuszna, tym razem zignorowała słowa swojego pana, przeskoczyła na przednie siedzenie i gdy tyl- 12 Cara Colter ko Tag otworzył drzwi, przecisnęła się na zewnątrz. Usiad- ła na chodniku i energicznie merdając ogonem, patrzyła wyczekująco. Chryste, nigdy wcześniej nie pomyślał, że zwierzęta też chorują na nowotwory. Bu była najbrzydszym psem świata. Sierść miała koloru błota, łeb doga, tułów shar peja, nogi jamnika. Czy wielki ciężki łeb osadzony na pomarszczo- nym tułowiu zakończonym krzywymi, krótkimi nóżkami mógł się komuś podobać? Owszem. Tagowi. Tag westchnął ciężko. Po wizycie u weterynarza zdał so- bie sprawę, że w tym roku święta Bożego Narodzenia będą jeszcze bardziej posępne. Trudno. Nie znał leku na popra- wę humoru. Przez moment zrobiło mu się żal Lili Grainger. Mo- że jednak zawrócić? W tak paskudnym nastroju nie po- winien się z domu ruszać. Za późno. Zastanawiał się, czy wepchnąć psa z powrotem do radiowozu. Uznał, że nie. Bu odznaczała się niesamowitą intuicją; bezbłędnie odróż- niała dobrych ludzi od złych. Jego czasem jakiś przebie- gły drań potraił oszukać. Zresztą nie tylko drań; również dziewczę o niewinnej twarzy, siwowłosa staruszka w rogo- wych okularach, speszony młodzieniec. Ale nie Bubę; ona każdego umiała przejrzeć na wylot. Niechęć lub podejrzli- wość wyrażała zjeżeniem sierści. Sympatię – najgłupszym uśmiechem na świecie. Tag nigdy nie podważał jej oceny. W porządku, pomyślał. Zobaczmy, jak suka zareaguje na siostrzenicę szefa. Nie żeby miał jakiekolwiek podejrze- nia w stosunku do panny Grainger; przecież wcale jej nie znał, nie miał pojęcia, jak wygląda. Nie wiedział też, dla- Azyl w górach 13 czego tak nagle postanowiła wynieść się z Miami. Szef był potwornym gadułą – kiedy Lila podpisała umowę z wy- dawnictwem, wszystkim o tym opowiadał – ale aż do przy- jazdu siostrzenicy nikomu słowem nie wspomniał o jej pla- nach zamieszkania w Snow Mountain. Na drzwiach wisiała tabliczka zakazująca wstępu psom. Ignorując ją – wszyscy w Snow Mountain wiedzieli, że Bu ma więcej ludzkich cech niż psich – nacisnął klamkę i wszedł do środka. Powitał go dzwonek, taki jak przy sa- niach, a w nozdrza uderzył zapach mięty, cynamonu, pla- cka z dyni, korzennych przypraw, sosny. Świąteczne aromaty. Przywodziły na myśl beztroskie dni, za którymi tęsknił. Oczami wyobraźni ujrzał Ethana, mniej więcej sześcioletniego, który wyciąga spod choinki kolorowe pudło, zrywa opakowanie i piszczy z radości na widok kolejki, niemal identycznej jak ta w oknie wysta- wowym. Po chwili otrząsnął się. Bing Crosby śpiewał kolędę, wszędzie wokół zaś leżały bombki i inne kruche przed- mioty kojarzące się ze świętami. Ruchem dłoni Tag naka- zał psu, żeby się nie ruszał. W głębi pomieszczenia siedziała tyłem do drzwi drobna postać, która pisała coś na komputerze. Najwyraźniej nie słyszała nadejścia gościa. Albo była tak skupiona na pra- cy, albo Bing Crosby zagłuszył swoim śpiewem dzwonek u drzwi. Tag zmarszczył czoło. Spodziewał się ujrzeć kobie- tę nieco starszą, ubraną w kwiecistą sukienkę. Osoba przy komputerze miała na sobie dżinsy biodrówki odsłaniające spory kawałek pleców. Kosmyki włosów w kolorze miodu opadały jej na szyję. 14 Cara Colter W pierwszej chwili Tag uznał, że to nie może być sio- strzenica szefa. W Snow Mountain mieszka wielu człon- ków bliższej i dalszej rodziny Hutcha, ale wszyscy są po czterdziestce. A to dziewczę wygląda na góra osiemnaście lat. Nagle zerwał się wiatr. Chociaż Tag wciąż trzymał rękę na klamce, drzwi zatrzasnęły się z takim hukiem, że Bu aż podskoczyła. Akurat w tym momencie Lila Grainger sięgała po kawę. Huk sprawił, że kubek wysu- nął jej się z dłoni i rozbił na odnowionej drewnianej podłodze. Ona sama poderwała się na nogi i odwróciła przodem do drzwi. Jedną rękę przycisnęła do serca, drugą chwyciła podłużny lizak w czerwono-białe paski, który stał w pudle przy ladzie. Dzierżyła go niczym miecz. Na myśl o tym, że lizak miałby jej służyć do obrony, Tag o mało nie wybuch- nął śmiechem. Ale oczami wyobraźni wciąż widział Etha- na podnieconego świątecznymi podarunkami, poza tym cały czas myślał o chorej Bu, i jakoś śmiech zamarł mu w gardle. Spoglądając na właścicielkę sklepu „Pod Jemiołą”, uświa- domił sobie, że jednak nie ma ona osiemnastu lat, lecz sie- dem lub osiem więcej. Zobaczył też autentyczny strach w jej oczach. Ona zaś, widząc, że Tag ma na sobie mundur, lekko rozluźniła uchwyt na lizaku, ale nie odłożyła go na bok. Ubrana była w obcisłe dżinsy i opięty czerwony swe- ter włożony na białą koszulę. Dół koszuli oraz kołnierzyk wystawały spod swetra. – Przepraszam – powiedziała. – Nie słyszałam, jak pan wchodzi. Azyl w górach 15 Zerknął na Bubę, która zrobiła coś, czego nigdy dotąd nie robiła: wyciągnąwszy się na podłodze, wydała niski, gardłowy dźwięk, takie przeciągłe mruczenie. Brzmiało to tak, jakby nuciła jakąś dziwną kołysankę. Tag wytrzesz- czył oczy; miał nadzieję, że nie jest to kolejny etap choroby, o której weterynarz go wczoraj poinformował. Po chwili przeniósł wzrok na kobietę. Była młoda i piękna, jak aniołki, które umieszcza się na czubku choinki. Skórę miała lekko muśniętą lorydzkim słońcem, gładką niczym porcelana, rysy regularne, bardzo delikatne, oczy wielkie i niebieskie, utkwione w jego twa- rzy. Widział żyłkę pulsującą na jej szyi. – Panna Grainger, prawda? – spytał łagodnie, jakby bał się wzbudzić w niej jeszcze większy strach. – Lila – powiedziała. Swoją szczupłą sylwetką Lila Grainger różniła się od reszty rodziny Hutcha, której członkowie odznaczali się ra- czej krępą budową. Taga ogarnęły wyrzuty sumienia. Psia- kość, nie powinien wlepiać w nią oczu, ale dziewczyna na- prawdę działa na zmysły. Udawała, że już się nie boi, ale była kiepską aktorką. Dlatego przybrał dobroduszny wyraz twarzy; nie będzie na tej niewinnej istocie wyładowywać złości. Jako policjant wiele widział i rzadko się dziwił. Potraił rozpoznać lęk w czyichś oczach. A w oczach Lili wyraźnie go widział. Czyżby policyjny mundur wzbudzał jej strach? Niektórzy tak reagują na widok policji. Stał bez ruchu, wolał się nie zbliżać, Buba jednak, po- cierając brzuchem o podłogę i wciąż mrucząc radośnie, zaczęła się przesuwać w stronę dziewczyny. Tag pstryknął
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Azyl w górach
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: