Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00241 004390 15214156 na godz. na dobę w sumie
Bandyci Rodriguez - ebook/pdf
Bandyci Rodriguez - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 190
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-96-3 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Łukasz Gołębiewski, autor min. bestsellerowej Xenna, moja miłość i Gdzie jest czytelnik? znów w wielkim stylu! Bandyci Rodriguez to utopia porównywana do W drodze Jacka Kerouaca oraz Bonnie i Clyde Arthura Penna.

Lata dziewięćdziesiąte. Brudne ulice Meksyku. W miejscu gdzie rządzi bezprawie, nędza i alkohol para bliźniaków Rosita i Ricardo okradają banki, mordują i uciekają. Wychowywani bez ojca i matki, dzieci ulicy. Chcą umrzeć z pieśnią na ustach. Walczą o lepsze życie, wolne i bez przymusu. Ta historia jest niczym korrida, pieśń o bohaterach żyjących poza prawem, występnych, ale przepełnionych namiętnością. Najlepsza książka Gołębiewskiego od czasu Xenny. Mrożące krew w żyłach opisy sprawią, że nie oderwiecie się od tej książki nawet na minutę.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ŁUKASZ GOŁĘBIEWSKI Ta historia jest niczym korrida, pieśń o bohaterach żyjących poza prawem, występnych, ale przepełnionych namiętnością. Dariusz Papież, pisarz ŁUKASZ GOŁĘBIEWSKI Jirafa Roja Warszawa 2013 © Copyright by Łukasz Gołębiewski, 2013 © Copyright by Jirafa Roja, 2013 Hanna Kukwa Tatsu Agnieszka Herman Redakcja: Łamanie: Projekt okładki: Zdjęcie na okładce: fotolia.com Mapa: Ewa Sabała tatsu@tatsu.pl ISBN 978-83-62948-96-3 www.jirafaroja.pl Wydanie I Warszawa 2013 Człowiek jest jedyną istotą, która kopuluje twarzą w twarz, patrząc na swojego partnera. (…) Mężczyzna może więc w oczach kobiety zobaczyć rozkosz lub przestrach, miłość lub lęk; ludzka jaźń odsłania się wtedy do końca. Sposób kopulowania oznacza pojawienie się człowieka jako istoty psychicznej, przejście od zwierzęcości do człowieczeństwa. Nawet małpy kopulują „tyłami” Rollo May Miłość i wola Zbrodnia jest cnotą ubogich Carlos Fuentes Wola i fortuna 1. Sobota, 12 października 1996, przed południem, Tuxtepec Nie znam uczucia litości. Nie dla ludzkich śmieci. Często czuję wstręt, pogardę, czasem gniew, czasami pragnę zemsty. Ten skulony pod kaloryferem bydlak, który teraz trzęsie się jak galareta i wybałusza na mnie czerwone jak u króli- ka gały, jeszcze niedawno zgrywał chojraka. Tacy oni są, od- ważni w grupie, a jak przychodzi co do czego, to mają mokro w gaciach i nawet nie próbują się bronić. Liczą, że skowytem zmiękczą serce. Nie moje. Nie jestem czuły na rozpaczliwe błagania. Odwrotnie, brzydzą mnie i nudzą. A ten mnie brzy- dzi szczególnie. Obraził mi siostrę, potem uciekł jak tchórz, a teraz jak skończony dureń dał się zwabić w pułapkę. Durnie nie zasługują na litość. — Pedro, spójrz na mnie i słuchaj uważnie, a może cze- goś się jeszcze nauczysz. Jesteś gorzej niż wszą, jesteś hijo de la chinga, wiesz, co to znaczy? Twoja matka obciągała dru- ta najgorszym śmierdzielom, a ty jesteś bękartem jednego z nich. Zgadza się, Pedro? Z ust cieknie mu ślina, a po ciemnych policzkach pomarsz- czonych jak wyschnięte winogrona — łzy. Nic nie powie, nie 7 krzyknie, może co najwyżej się zapluć, bo narkotyk sparali- żował mu krtań. Nie potrzebuję jego głosu, chcę tylko wy- mierzyć karę. Ten gnój na podłodze to Pedro Ximenez, drobny handlarz crackiem, co to opłaca się gangsterom i policjantom, zaopatru- je się w towar w tienditas, w sklepikach, niczym sprzedawca warzyw, i żyje w ciągłym strachu o uciułanych kilkanaście ty- sięcy dolców. Lubi jednak zgrywać bohatera. Panisko w swojej wsi. Mafioso w plastikowych okularach przeciwsłonecznych, który pewnie nawet nie wie, jak przeładować Kałasznikowa. Przyjechał na moje zaproszenie z La Venta, to kawałek drogi. Pazerny głupiec, jechał trzy godziny, żeby teraz troszkę sobie pocierpieć. Nie lubię frajerów, a zwłaszcza frajerów, którzy ob- rażają moją siostrę, bo normalnie nie zwracam na nich uwa- gi, powietrza wystarcza dla wszystkich. Ten prosił się jednak o uwagę, chciał prywatnego spektaklu, to go ma. Proste. Długo nie czekał. Ledwie przedwczoraj zaczepił Rositę w Cárdenas, jechał knur z bandą naćpanych wiejskich cwaniaków i krzy- czał na dziewczyny, wystawiając obrzydliwą czerwoną gębę z obdrapanego kabrioletu, taki to macho z niego. Oni wszyscy są macho na odległość, z samochodu i wśród kolegów, a gdy im przystawisz lufę do ust, srają pod siebie. Podjechał blisko i klepnął ją w tyłek jak dziwkę, myślał, że może klepać Rositę Rodriguez bezkarnie, ale pomylił się bardzo. Nie może, i bę- dzie żałował, że to zrobił. Rosa na miejscu odstrzeliłaby skur- wielowi jaja, ale jak zobaczył, że wyciąga rewolwer, docisnął gaz i zwiał wzniecając tuman kurzu. Tchórz myślał, że mu uszło płazem, że było, minęło, nic się nie stało, że to był ko- lejny świetny żart. Nie taki świetny. W miasteczku dobrze go znali i wcale nie kochali. Spytałem pierwszego świadka, wła- ściciela baru przy Avenida San Juan, i już wiedziałem wszystko 8 o czerwonoskórym playboyu, synu chingi, Pedro Ximenezie. A potem wystarczyło posłać mu tysiąc peso wraz z karteczką, z adresem tego hotelu w Tuxtepec — przyleciał tu jak mucha do gówna, myśląc, że ma nowego klienta na swój brudny to- war. A tu niespodzianka, my nie bierzemy, nie sprzedajemy i nie kupujemy, przykra sprawa, zysku nie będzie. Ale może boleć. Tyle zrozumiał od razu, bo chłop pobladł na widok mo- jej pięknej siostrzyczki, kiedy godzinę temu wszedł do pokoju w tych swoich żałosnych mokasynach z podkręconymi no- skami, dekatyzowanych dżinsach i czerwonej rozchełstanej koszuli w stylu buchones. — Jesteś, Pedro, śmieciem, ale nic ci nie zrobię, wyjdziesz stąd, tak jak wszedłeś, tylko musisz najpierw przeprosić mo- ją siostrę. Taka drobnostka, którą chyba jesteś jej winien — mówię do niego cicho i prawie uprzejmie. A jemu tylko ślina z ust ścieka na podłogę. Ekscytuje mnie spokój Rosity. Leży na łóżku i kartkuje folder turystyczny, który ktoś tu przed nami zostawił. Nawet nie patrzy na zapluty, spocony, brudny pysk Indianina. Nie rozumiem, jak ten śmieć mógł być tak głupi, żeby ją zaczepić. Brak instynktu. I samokrytycyzmu też. A Rosa rozkosznie się przeciąga. We mnie spokoju nie ma. Nigdy. Muszę działać, bezczyn- ność to dla mnie śmierć. — Oj Pedro, nie rozczarowuj mnie. To chyba korzystny dla ciebie układ? Mówisz przepraszam i hasta luego, nikt nie będzie żywił do ciebie urazy. Zostanie ci wybaczone, zwłasz- cza że przyjechałeś tu do nas sam, z własnej woli. Doceniam trud. Ale nie lubię zwlekać, więc radzę, pospiesz się, bo go- tów jestem pomyśleć, że nie traktujesz mojej siostry z nale- żytym respektem. A może tak właśnie jest, co? Może wciąż uważasz, że to uliczna dziwka? Może myślisz, że wszystko 9 jest w porządku, że nie musisz za nic przepraszać? Robię się zły, Pedro, kiedy milczysz. Wiesz, co robię, jak jestem zły? Wiesz co? Kurwa, zaraz się przekonasz. Przeszklone rozbiegane czarne oczy i charkot. To nie są przeprosiny. A mnie Pedro już bardzo nudzi. — Zapomniałeś języka, Pedro? Skoro zapomniałeś, to pewnie nie jest ci on już potrzebny. Przygotowałem się na ten mały teatrzyk, show, specjal- nie dla mojej Rosity. Pedro Ximenez w roli gwiazdy. Ob- cęgi kowalskie w roli rekwizytu. Ja w drugoplanowej roli oprawcy. — Nasz mały Pedro przeprosi czy zaśpiewa? — pytam szeptem i pokazuję mu nowiutkie, kupione wczoraj w skle- pie żelaznym szczypce do cięcia prętów. Mają długie poma- rańczowe rączki, a na końcu ruchome czarne ostrze, twarde i mocne. On pluje i dygoce, próbuje coś wybełkotać, zasłonić się rękoma, ale nawet nie ma siły zacisnąć dłoni, bezwolny i słaby jak szmaciana lalka. — Biedny brzydki Pedro niemo- wa. Zaszczał dekatyzowane dżinsy. Wpycham mu narzędzie do gardła, a on tylko wytrzeszcza oczy, bo nawet zębów nie jest w stanie zacisnąć, rozszerzam szczękę i chwytam w kleszcze obrzydliwy różowy jęzor. Klik i już po wszystkim. Pedro zalewa się krwią i mdleje. Durnie nie zasługują na litość. Durni trzeba karać, żeby nabierali więcej rozsądku. — Musimy kiedyś znów pojechać na plażę Escondida, są tam teraz chatki do wynajęcia — Rosita odrywa się od folde- ru, ma najpiękniejszy na świecie uśmiech i niczego nie po- trafię jej odmówić. — Oczywiście siostrzyczko, pojedziemy tam choćby i w przyszłym tygodniu — z wdzięcznością się uśmiecha. 10 Zemdlałego i cuchnącego moczem Pedro ciągnę do ka- biny prysznicowej, otwieram zimną wodę, niech się trochę odświeży i ocuci. Ucięty język wrzucam do kibla i spuszczam wodę. — Chodź Muxo — wołam kotkę, która właśnie zeszła z fo- tela i obwąchuje niewielką plamę krwi na wykładzinie. — To niedobre, chodź, dostaniesz ciasteczko. Muxo to moja radość, moja miłość, mój raj. Wtulam twarz w jej pachnące gwiazdami futerko. Drobna, z czarnym aksa- mitnym noskiem i długimi wibrysami, jeden nieparzysty za- bawnie zakręca jej się nad brwią, ma ciekawe świata, piękne oczy, źrenice jak obsydian i tęczówki jak jadeit, perfekcyjne połączenie barw. Płowe puchate futerko, na każdej łapce bia- łe skarpetki i takie śmieszne włoski wokół pazurków. Czarny ogon jest rozłożysty jak u wiewiórki. Moja piękna dziewczyn- ka. Nigdy się nie rozstajemy. Wkładam Muxo do wyścielonej mięciutkim posłaniem klatki. Czas na nas. Rosita odkłada foldery, poprawia białą bluzkę, która seksownie opina się na tych piersiach twar- dych i gładkich jak marmur. Kilkoma szybkimi ruchami za- plata warkocz, szminkuje usta. Do torebki wsuwa Colta Py- thon 357, broń, którą mogłaby na wylot przestrzelić ścianę, zabawka w sam raz dla młodej damy. Gasimy światło, pod prysznicem pozostawiam lecącą wodę. Przekręcam klucz, opuszczamy pokój numer 20 hotelu Mirador. * * * W Ricardzie najbardziej cenię jego poczucie humoru. Uwiel- biam obserwować, jak z trudem opanowuje rozsadzające go emocje. Jest wulkanem, ale nigdy nie wpada w panikę. Na 11 moim braciszku zawsze mogę polegać i znam go lepiej niż samą siebie. Dobrze jest mieć bliźniaka. Schodzimy do małego zimnego holu tego obskurnego ho- telu. On idzie przodem, sprężystym krokiem, męski, dobrze zbudowany, zdecydowany. W holu klimatyzacja ustawiona na máximo, kościotrup by tu zamarzł, ale gekonowi, który śpi na ścianie, najwyraźniej nic nie przeszkadza. Muxo, kotka Ricarda, na punkcie której ma fioła, miauczy niespokojnie w klatce. Urodziła się na jego rękach i wykarmił ją, podając jej do pyszczka przez strzykawkę mleko dla niemowląt. Ni- gdzie się bez niej nie rusza, po kieszeniach nosi kocie cia- steczka, a ja na wszystkich ciuchach mam kocie kłaki. Jest jednak coś uroczego w tym jego przywiązaniu do zwierzaka, traktuje ją tak, jakby była jego dzieckiem. — Buenos días señor Rodriguez — stary karzełkowaty portier z brodawką na nosie szczerzy pożółkłe od tytoniu zę- by. — Jak się państwu spało? — Doskonale — odpowiada z uśmiechem mój braciszek, podkręca wąsy i wręcza portierowi klucz, odlicza bankno- ty, czterysta peso, po chwili dodaje jeszcze pięćdziesiąt. — Trochę nabrudziliśmy w pokoju, znacząco puszcza do star- ca oko, proszę przekazać to ode mnie sprzątaczce, gdy już oporządzi pokój. — Sí señor — karzeł znów szczerzy żółte zęby i biegnie otworzyć przed nami drzwi. Na zewnątrz oślepia słońce i uderza w nas fala wilgotnego ciepła. Próg hotelu Mirador to jakby wrota do innego świata. Wkładam szybko okulary z filtrem fluorescencyjnym, prze- cieram oczy, bo zmiana natężenia światła jest bolesna. Au- to zostawiliśmy pod betonowym dachem, w należącym do hotelu boksie, mdli mnie od zapachu grillowanego na ulicy 12 mięsa, że też sprzedawca tortilli musiał ustawić się pod sa- mym wejściem do garaży. Obydwoje nie jemy mięsa, bo mięso śmierdzi trupem. Zjadanie trupów to najlepszy sposób, żeby samemu stać się trupem. Nasze auto obsiadły oczywiście brudne dzieciaki, nie mo- gło być inaczej. Od tygodnia, odkąd mamy złotego mercedesa, wszędzie to samo. Budzimy niezdrową sensację, najwyższy czas pozbyć się go i przesiąść w coś mniej ekstrawaganckie- go. Oczywiście mercedes był pomysłem Ricarda, w poprzedni piątek skradł go we Flores, w Gwatemali, jakiemuś ministro- wi. Sportowa limuzyna, dopiero co weszła na rynek, całkiem fajna zabawka, tylko zbytnio rzucamy się w oczy. Minister pewnie dostał go jako łapówkę od któregoś ze współpracują- cych z establishmentem karteli narkotykowych, wóz nawet nie miał numeru rejestracyjnego. Prawdopodobnie nigdzie nie zarejestrowany, nieopodatkowany, nieubezpieczony, szu- kaj wiatru w polu. Ale kto szuka, ten w końcu znajduje. Zde- cydowanie czas najwyższy by się go pozbyć. Ricardo jest jak dziecko, teraz zakradł się i zaskoczył brud- nego chłopaka, który wlazł na maskę. Trzyma go właśnie za kołnierz i przystawia mu do głowy lufę Magnum 44. Mój bra- ciszek uwielbia przedstawienia. Chłopak wybałusza przera- żone oczy i błaga o litość, widzę, że jego kolega posikał się ze strachu i stoi jak sparaliżowany w żółtej kałuży moczu. Resz- ta szczeniaków uciekła. Ricardo robi groźną minę, odsuwa chłopcu pistolet od głowy. — Tym razem dostaniesz tylko nauczkę, strzelę w kolano — mówi mu i celuje. Chłopak niemal mdleje ze strachu, a Ri- cardo wybucha śmiechem, naciska języczek spustu i pistolet tryska chłopakowi w kolano strumieniem wody. Uwielbiam poczucie humoru i gadżety mojego brata. 13
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Bandyci Rodriguez
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: