Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00312 006350 13428803 na godz. na dobę w sumie
Banita - ebook/pdf
Banita - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 51
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-929666-6-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

 

Groteskowo przerysowany karny zesłaniec z centrum Galaktyki szczęśliwym trafem dociera krążownikiem do nieznanego sobie układu solarnego, skrycie lądując na zamieszkałej trzeciej planecie. Jak się można domyślić, to nasza Ziemia. Tu zaś zaczyna rozrabiać, gdyż inaczej nie potrafi. A ponieważ nie grzeszy nadmiarem inteligencji, daje się omotać błędnie zaprogramowanej maszynie pokładowej, która podstępnie dyktuje mu, co ma robić.

Akcja toczy się upalnym latem w zabitym deskami, ale urokliwym siole oraz w otaczających go gęstych borach. Przypada koniec dziewiętnastego wieku i są już znane lampy naftowe. Trwają żniwa, a na podmokłych łąkach klekocą bociany.

Czytelnik ma tu okazję zetknąć się ze skrzyżowaniem klasycznej fantastyki, może motywu z „Predatora” Johna McTiernana, z cha­rakterystyczną dla „Chłopów” Władysława Reymonta panoramą polskiej wsi i figlarnym tematem dwu sióstr z „Balladyny” Juliusza Słowackiego. Dominujący technologicznie przedstawiciel rasy obcych narusza spokój sielankowej osady i panujące w niej obyczaje, rozbudzając uśpione namiętności.

Autor spogląda ze szczyptą humoru i kpiny na obyczajowość dawnej wsi i na różne przywary ludzkie. I przypomina powszechnie znaną gorzką prawdę: każdego można kupić, to tylko kwestia ceny.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Rozdział pierwszy O cknąłem się z wrażeniem, że bardzo długo przebywałem du- chem gdzieś daleko, a teraz wróciłem i łączę się z drętwym jak kołek ciałem. Z początku nie mogłem poruszać okrytymi chityną kończynami, jednak wkrótce wróciło do nich czucie. Dobrze wie- działem, dlaczego bezduszna maszyna wyrwała mnie ze snu, w któ- ry zapadłem przed odlotem. Można to było wyrazić prościutkim, tym niemniej budzącym grozę zdaniem: nadchodziło przeznaczenie. Koszmar! Pokonując opory, wydostałem się z cicho szumiącego hi- bernatora. Musiałem się pozbierać i ustalić, gdzie się znalazłem. Nie wierzyłem własnym oczom. Byłem w nieznanym układzie solarnym. Uśmiechająca się do mnie zagadkowa planeta powoli ro- sła na ekranach. Orbitowała wokół żółtej gwiazdy, jednak nie sama, ale z innymi zagubionymi w przestrzeni globami. Wyłowiłem wzro- kiem pasmo asteroidów znaczące się na bocznych ekranach. Domy- ślałem się, dlaczego mój komputer skierował statek w jej stronę. Zadziwiała atmosferą bogatą w tlen i azot oraz niewyobrażalnymi ogromami wody. Spowijała się wstydliwie w kłęby białych chmur i zdawała się być pokryta wyłącznie błękitnymi oceanami. Spoza ob- łoków przezierały jednak kuszące lądy, tworzące około jednej czwartej jej powierzchni. Jaśniała silnym blaskiem, kontrastując z czernią usianego kobiercami gwiazd nieba. — A to ci dopiero! — mruknąłem z zaskoczeniem. — Co za cudo? Nie przyszło mi do głowy, że po przebudzeniu mogę nadziać się na tak niezwykłe ciało niebieskie. Spodziewałem się śmietniska złożonego z rozsianych w przestrzeni drobnych okruchów skalnych i kosmicznego pyłu. Alternatywą mogła być ogromna gwiazda, któ- rej nie potrafiłbym ominąć lub kondensująca materię czarna dziura z iście szatańską grawitacją. Z bijącym sercem dostałem się do po- 5 kładowego komputera, usiłując dowiedzieć się czegoś więcej o tej planecie. Elektroniczny mózg od dłuższego czasu ją badał, bezna- miętnie gromadząc dane. Oceniał jej wiek na około pięć miliardów aoriańskich lat. Pod cienką skorupą i gorącym płaszczem krył się złożony z żelaza, niklu i krzemu zwarty rdzeń o bardzo wysokiej temperaturze. Trzymała na grawitacyjnej uwięzi naturalnego sateli- tę, jednak skalistego i bez atmosfery. Oglądając ją na fluoryzujących ekranach, to z cicha zżymałem się, po glotrymeńsku cmokając i starając się utrzymać na wodzy rozszalałe po przebudzeniu nerwy, to znowu pogwizdywałem przez szczeliny węchowe, ciesząc się jak nieopierzony młokos. Inni ska- zani pewnie nie mieli takiego szczęścia. Aż dziw brał, że na takich peryferiach pojawiło się życie. Los potrafił płatać figle! Psubrat komputer leczył mnie jednak ze złudzeń. Znalazłem się bardzo da- leko od mojego układu słonecznego. Z osłupieniem przyglądałem się trasie, którą pokonałem. Spałem ponad dziewięćset lat i dotarłem prawie do granic galaktyki. Rzadko kiedy zesłańcom, budzącym się dopiero wtedy, kiedy kończyło się paliwo, udawało się znaleźć przy- jazny skrawek gruntu. Najczęściej z przerażeniem oglądali mroźne pustki, a od najbliższych układów solarnych dzieliło ich wiele lat świetlnych. Biedacy nie mieli więc wyboru. Pozbawiony zasilania krążownik stawał się zamarzającym wrakiem, w którym nic nie działało. Jedynym rozwiązaniem, branym pod uwagę od początku pechowej podróży donikąd, było więc samobójcze polecenie anihi- lacji. Trzask-prask i po krzyku! Nikt tym nieszczęśnikom jednak nie współczuł. W tak wyrafinowany sposób karano bowiem tylko naj- większych przestępców, w opinii ogółu nie zasługujących na akt łaski, wyrozumiałość i przebaczenie. Siedziałem w ponurym więzieniu na jednym z księżyców Gao- rii, z góry wiedząc, jaki zapadnie wyrok. Wiedziałem, na co się po- rwałem, więc nie mogłem rościć sobie prawa do obrony. Miałem sporo czasu na rozmyślania. Nie chciałem skończyć jak inni karnie zesłani w kosmos, a przy tym byłem daleki od tego, by poddawać się, łasić i żebrać o litość. Upadłbym nisko, gdybym odwoływał się do takich metod. Korzystając ze skrytych znajomości i cichych przymierzy przemyciłem przez labirynt więzienny w Oro nowiutki 6 x-reproduktor, pozwalający — między innymi — na szybkie przy- wrócenie zapasu paliwa. Kto wszedł w posiadanie tego rewelacyj- nego wynalazku, nie musiał po przebudzeniu mierzyć się z wizją samobójstwa. Był bowiem w stanie okopać się w dowolnym zakąt- ku kosmosu, nawet z dala od przychylnych planet i dożyć w spokoju późnej starości. Nie było tego złego, co by na dobre nie wyszło. Techniczne cudo miało moc aoriańskiego uskrzydlonego boga świa- tła, walczącego z siłami ciemności. Pozwalało stwarzać z niczego. Sprytu mi nie brakowało, udało mi się oszukać czujnych straż- ników, więc teraz mogłem śmiać się z prześladowców z Aorii, wrednych autokratów i ohydnych sędziów ferujących w ich imieniu wyroki. Należałem do tych, którzy głęboko nimi gardzili. Rządzący systemem słonecznym odwoływali się do idei przyspieszonego roz- woju, która wymagała rezygnacji z wielu szlachetnych przywilejów, utrwalonych od stuleci na naszych planetach, a szczególnie z po- lowań na elaoploriony. Ten przywilej utraciła rasa Glotrymenów, którą z dumą reprezentowałem. Pomyślałem z tęsknotą o pobratym- cach, którym zakazano myśliwskich wypraw na drugą planetę Ar- chei, Faorię. Przypuszczam, że zachowali mnie w pamięci jako prawdziwego bohatera. Przyświecał mi szczytny cel. Nie godząc się z zakazem, poleciałem na Faorię, skrupulatnie omijając wyznaczone szlaki komunikacyjne i dokonałem prawdziwego spustoszenia. Z mściwą satysfakcją wybiłem ogromne stada elaoplorionów. Despoci z Aorii wylewali łzy, skarżąc się w całym układzie słonecznym, że poważnie przetrzebiłem zasoby gatunku, z którym wiązano wielkie nadzieje. Wdrażano zakrojony na szeroką skalę projekt, w efekcie którego elaoploriony miały osiągnąć wysoki po- ziom rozwoju i zamienić się w istoty rozumne. Jako Glotrymen by- łem przeciwny takim krokom. Zwierzęta winny były zostać zwierzę- tami, zwłaszcza te, na które polowało się od wieków, hołdując ro- dowym tradycjom. Nie należało poprawiać natury. Wstrząsnąłem podwalinami nowego ładu i okrzyknięto mnie największym przes- tępcą stulecia. Nim mnie zamknięto we wnętrzu wahadłowca i uś- piono, przeszedłem przez prawdziwe piekło, a jego pamięć sprawia- ła, że jeszcze teraz targały dreszcze moim masywnym ciałem, po- krytym chitynowym płaszczem. 7
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Banita
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: