Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00503 007239 13410648 na godz. na dobę w sumie
Bezcenny świadek - ebook/pdf
Bezcenny świadek - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 384
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876281 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Przez wiele lat Lauren żyła pod kloszem. Interesowała ją wyłącznie muzyka, marzyła o światowej karierze pianistycznej. Wypadek zniweczył jej plany. Nagle znalazła się zupełnie sama w obcym mieście, opuszczona przez narzeczonego, bez środków do życia. Z kłopotów wyciągnął ją miły starszy pan, miłośnik jej talentu. To dzięki niemu dostała pracę, to w jego klubie dawała koncerty... Nagle wszystko kończy się jak nożem uciął. Koneser muzyki klasycznej okazuje się gangsterem, a Lauren, niegdyś jego pupilka, staje się niewygodnym świadkiem mafijnych porachunków. Odtąd były dobroczyńca zrobi wszystko, by ją dopaść i skutecznie uciszyć. Lauren niechętnie przyjmuje policyjną ochronę, zwłaszcza że jej ochroniarzem zostaje agent Sam Rawlins. Ten milczący i opryskliwy człowiek traktuje ją z jawną pogardą, bo wątpi w jej wersję wydarzeń. Wrażliwa pianistka i cyniczny agent są niczym postaci z różnych światów, jednak coś ich łączy – wzajemna erotyczna fascynacja, która przybiera na sile...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Bezcenny฀świadek Przez฀wiele฀lat฀Lauren฀żyła฀pod฀kloszem.฀Interesowała฀ ją฀wyłącznie฀muzyka,฀marzyła฀o฀światowej฀karierze฀ pianistycznej.฀Wypadek฀zniweczył฀jej฀plany.฀Nagle฀znalazła฀ się฀zupełnie฀sama฀w฀obcym฀mieście,฀opuszczona฀przez฀ narzeczonego,฀bez฀środków฀do฀życia.฀Z฀kłopotów฀wyciągnął฀ ją฀miły฀starszy฀pan,฀miłośnik฀jej฀talentu.฀To฀dzięki฀niemu฀ dostała฀pracę,฀to฀w฀jego฀klubie฀dawała฀koncerty...฀ Nagle฀wszystko฀kończy฀się฀jak฀nożem฀uciął.฀Koneser฀muzyki฀ klasycznej฀okazuje฀się฀gangsterem,฀a฀Lauren,฀niegdyś฀jego฀ pupilka,฀staje฀się฀niewygodnym฀świadkiem฀mafijnych฀ porachunków.฀Odtąd฀były฀dobroczyńca฀zrobi฀wszystko,฀ by฀ją฀dopaść฀i฀skutecznie฀uciszyć.฀ Lauren฀niechętnie฀przyjmuje฀policyjną฀ochronę,฀zwłaszcza฀ że฀jej฀ochroniarzem฀zostaje฀agent฀Sam฀Rawlins.฀Ten฀ milczący฀i฀opryskliwy฀człowiek฀traktuje฀ją฀z฀jawną฀pogardą,฀ bo฀wątpi฀w฀jej฀wersję฀wydarzeń.฀Wrażliwa฀pianistka฀ i฀cyniczny฀agent฀są฀niczym฀postaci฀z฀różnych฀światów,฀ jednak฀coś฀ich฀łączy฀–฀wzajemna฀erotyczna฀fascynacja,฀ która฀przybiera฀na฀sile... ฀฀฀฀฀฀ k e d a i w (cid:295) y n n e c z e B y a r G ฀ a n n i G Bezcenny (cid:295)wiadek 1 3 5 4 2 3 S K E D N I T A V 0 M Y T W Ł Z 9 9 , 9 A N E C 7 0 / 2 1 6 R N A R M I Ginna฀Gray dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Przełożyła: Wiktoria Mejer Tytuł oryginału: The Witness Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2001 Redaktor serii: Graz˙yna Ordęga Korekta: Ewa Popławska ã 2001 by Ginna Gray ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy MIRA jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXT Ò, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 978-83-238-5127-1 MIRA 6 ROZDZIAŁ PIERWSZY Za drzwiami rozległy się dwa strzały – jeden po drugim. Lauren Brownley gwałtownie poderwała gło- wę, jej spojrzenie padło na odbicie w lustrze, w którym ujrzała pobladłą twarz i wielkie oczy, pełne zgrozy. Do tej pory słyszała strzały jedynie na filmach, nigdy w rzeczywistości, lecz natych- miast rozpoznała ten odgłos i zrobiło jej się zimno. W pierwszym odruchu chciała rzucić się do ucieczki. Czym prędzej zakręciła kran i w panice rozejrzała się po damskiej toalecie, szukając bez- piecznego wyjścia, lecz zobaczyła jedynie znaj- dujące się dość wysoko okno, wychodzące na wąską alejkę między budynkami. Za drzwiami rozległ się rozdzierający krzyk, a Lauren poczuła, jak włosy dosłownie stają jej dęba. Kurczowo zacisnęła mokre dłonie na brzegu umywalki i wbiła spojrzenie w drzwi. Był niemal 6 Bezcenny świadek środek nocy, z lokalu ,,Club Classico’’ dawno juz˙ wszyscy wyszli, jedynie w biurze mógł jeszcze siedzieć właściciel, Carlo Giovesi, z którym Lau- ren poz˙egnała się dziesięć minut wcześniej. Boz˙e wielki, a jeśli do lokalu zakradł się włamywacz i Carlo natknął się na niego? A jeśli tak, to który został postrzelony? Ponownie rozej- rzała się dookoła w daremnej nadziei na znalezie- nie drogi ucieczki, a potem na palcach podeszła do drzwi, połoz˙yła dłoń na klamce i juz˙ miała je pchnąć, gdy dosłownie w ostatnim momencie powstrzymała ją myśl, z˙e jeśli tam rzeczywiście znajduje się uzbrojony napastnik, to pokazywanie mu się jest ostatnią rzeczą, jaką powinna zrobić. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, gdy zdała sobie sprawę z tego, jak blisko była popełnienia straszliwej pomyłki, być moz˙e śmiertelnej. Krzyk przeszedł w przejmujący jęk. Lauren zgasiła światło w toalecie, zagryzła wargi i uchyli- ła drzwi o milimetr. Zamarła. Na parkiecie, nieopodal fortepianu, stało trzech męz˙czyzn. Dwóch czasami widywała w klubie, lecz nie znała ich, trzecim był Carlo i to on trzymał broń. U ich stóp wił się konwulsyjnie jakiś człowiek, trzymając się za kolana, a Lauren przez˙yła wstrząs, gdy zrozumiała, z˙e mu je prze- strzelono. Kiedy rzucający się ranny obrócił się na moment twarzą w jej stronę, zdumiała się jeszcze bardziej. Frank Pappano! Ginna Gray 7 Dwa miesiące wcześniej, gdy zaczęła występo- wać w klubie, grając na fortepianie, Carlo przed- stawił jej Franka jako swego partnera w interesach. Lauren często widywała go w lokalu, lecz wiedzia- ła o nim niewiele. I nie chciała wiedzieć więcej. Frank był duz˙o młodszy od Carla, miał trzydzieści parę lat, śniadą cerę i mógł się podobać. Przy paru okazjach próbował flirtować z Lauren, ona jednak udawała, z˙e niczego nie zauwaz˙a, gdyz˙ wydawał jej się zimny, pozbawiony serca i właściwie na sam jego widok przechodziły ją nieprzyjemne ciarki. Niemniej nawet ktoś taki jak on nie zasłuz˙ył na to, by mu przestrzelić kolana. Nie mogła uwierzyć, z˙e Carlo okazał się zdolny do takiego okrucieństwa. Oparła czoło o framugę i zacisnęła powieki. Dobry Boz˙e, alez˙ ona była głupia i naiwna! Czytała gazety, słyszała, co ludzie mówią, widzia- ła, jakie podejrzane typy przychodzą do biura jej szefa, lecz zamykała oczy i uszy na wszystko, nie chciała o niczym wiedzieć. Zupełnie jak struś, który wsadził głowę w piasek, pomyślała, głęboko zdegustowana. Owszem, czuła w głębi serca, z˙e coś jest nie tak, ale wolała nie zgłębiać tematu i konsekwentnie odsuwała od siebie nawet najmniejsze podejrze- nia, gdyz˙ po tym wszystkim, co Carlo dla niej zrobił, nie chciała być nielojalna. I widzisz, dokąd zaprowadziła cię twoja ślepota, zganiła się w myś- lach. Westchnęła cięz˙ko. 8 Bezcenny świadek – Postrzeliłeś mnie! Jezu Chryste, Carlo! Dla- czego? Och, kurwa, moje nogi! Moje nogi! Carlo potrząsnął imponującą jak na swój wiek grzywą srebrnych włosów, która wraz z charak- terystycznymi rysami twarzy nadawała mu wygląd surowego patriarchy. Powoli rozciągnął wargi w złowieszczym uśmiechu. – Nie baw się ze mną w kotka i myszkę, Frank. Doskonale wiesz, dlaczego. Okradałeś mnie, a ja na to nie pozwolę. Nie odrywając wzroku od lez˙ącego, strzelił palcami, a wtedy jeden z męz˙czyzn podał mu kwadratowy pakuneczek owinięty w folię. Carlo otworzył pakunek, wyjął z niego trochę białego proszku i posypał nim Franka jak śniegiem. – Ta ostatnia partia koki, którą mi dostarczyłeś, składa się głównie z cukru. – Fachowo zwaz˙ył paczuszkę na dłoni. – Stałeś się zbyt chciwy i to cię zgubiło. Gdybyś działał ostroz˙niej i nie podprowa- dził az˙ tak duz˙o, kto wie, czy by ci się nie upiekło? Dureń z ciebie. Nagle zmienił się na twarzy i z furią kopnął rannego w kolano. Frank zawył, a Lauren włosy stanęły dęba na głowie. – Ty z˙ałosny fiucie, naprawdę myślałeś, z˙e gwizdniesz połowę mojej koki i ujdzie ci to na sucho? – warknął. – Nie, Carlo, niczego nie gwizdnąłem! Czło- wieku, przysięgam na Boga! T-to pewnie ci choler- Ginna Gray 9 ni dostawcy, t-to oni cię oszukują, nie ja, wiesz, z˙e ja bym tego nigdy nie zrobił! O Chryste, moje kolana! – Zaczynasz mnie wkurzać. Zostało ci mało czasu. Chociaz˙ w lokalu panował półmrok, Lauren ujrzała wyraźnie, jak twarz Franka robi się szara niczym popiół. – Wyświadczam ci przysługę. Wiesz, z˙e juz˙ dawno przestałem brudzić sobie ręce, ale dla ciebie zrobię wyjątek, bo to sprawa osobista. Dlatego nie zleciłem tego nikomu innemu. Jestem ci to winien. – Jezu, Carlo, wybacz mi – wybełkotał Frank. – Ja nie chciałem, ja naprawdę nie chciałem. Wybacz mi. Nie zabijaj mnie. Proszę, nie zabijaj mnie. – Pracowałeś dla mnie przez tyle lat. Zabrałem cię z ulicy, kiedy byłeś dzieckiem, nauczyłem cię wszystkiego, traktowałem cię jak syna, ty piep- rzony draniu! – Carlo, błagam, nie rób tego! To się nigdy nie powtórzy, przysięgam, przysięgam na Boga! Zro- bię wszystko, co zechcesz, wszystko! Tylko mnie nie zabijaj! – Jego wykrzywiona twarz była cała zlana potem. – Oszczędź sobie i nam zbędnej gadaniny. Byłeś juz˙ trupem, gdy okradłeś mnie po raz pierwszy. Pozostaje tylko ustalić, kiedy i jak umrzesz, a to zalez˙y od ciebie. Powiesz, gdzie 10 Bezcenny świadek schowałeś mój towar, to zastrzelę cię od razu. Zacznij kręcić, a wkrótce sam będziesz błagał, z˙ebym cię zabił. – Chryste, człowieku, wysłuchaj mnie! – To jedyny wybór, jaki ci pozostał – oznajmił Carlo z lodowatym spokojem. – Ostrzegam cię, z˙e jeśli mnie okłamiesz, zginie równiez˙ cała twoja rodzina. Wcale nie chcę tego robić, bardzo lubię Marię oraz małego Franka i Maria. Nienawidzę zabijać kobiet i dzieci, ale wiesz, z˙e nie mam zwyczaju rzucać czczych pogróz˙ek, dlatego jeśli nie chcesz, z˙eby twoja śliczna z˙ona oraz twoi uroczy synkowie ucierpieli, nie okłamuj mnie. – Carlo nachylił się z uśmiechem. – Masz dokład- nie trzy sekundy. Albo mi powiesz, gdzie znajdę towar, który mi ukradłeś, albo następny strzał dostaniesz prosto w jaja. Lauren obserwowała całą tę scenę z komplet- nym niedowierzaniem i narastającym przeraz˙e- niem. Widziała, jak Frank zaczyna się trząść i jak zaciska powieki. Wymamrotał coś pod nosem, przez˙egnał się, potem wziął głęboki oddech. – To... To jest w magazynie w Patton przy Trzeciej Wschodniej. Ledwie zdąz˙ył to powiedzieć, padł trzeci strzał i na czole Franka pojawiła się dziura. Chociaz˙ Lauren wiedziała, czego się spodziewać, podsko- czyła i gwałtownie wciągnęła powietrze. Za późno zakryła usta dłonią. Ginna Gray 11 Frank rzucił się konwulsyjnie, po czym znieru- chomiał, z dziury na czole popłynęła krew. Lauren patrzyła na zabitego, czując, jej się niedobrze. jak robi – Co to było? – Carlo bystro rozejrzał się dookoła, wreszcie jego wzrok spoczął na drzwiach toalet, najpierw męskiej, potem damskiej. Lauren drgnęła i cofnęła się, śmiertelnie przera- z˙ona. Właśnie była świadkiem morderstwa popeł- nionego z zimną krwią! Musi natychmiast wydo- stać się stąd, nim ci trzej odkryją jej obecność! Obejrzała się w stronę okna, zza którego sączyła się z˙ółtawa poświata od latarń w alejce poniz˙ej. Nawet gdyby zdołała podciągnąć się tak wysoko, nie zdąz˙y uciec, nim ktoś zajrzy do toalety. Poczuła przypływ paniki, lecz zdołała się opano- wać. Myśl, kobieto! Myśl! Musi być jakieś wy- jście! Myśl! – Ale co, szefie? Ja nic nie słyszałem. – Czy stały jakieś samochody na parkingu, kiedy przyjechaliście? – A ja tam wiem? Wprowadziliśmy Franka tylnymi drzwiami, jak pan kazał. – To wyjdź i zobacz. Tony, sprawdź kible, ja przeszukam lokal. Boz˙e, Boz˙e, co robić?! Lauren z rozpaczą załamała ręce, spojrzała na kabiny, ale odrzuciła pokusę ukrycia się w którejś z nich, gdyz˙ wie- działa, z˙e Tony na pewno zajrzy do kaz˙dej. 12 Bezcenny świadek Podskoczyła, gdy naraz za ścianą rozległ się łomot, potem następny. Zrozumiała, z˙e ten oprych jest w męskiej toalecie i kopniakami otwiera drzwi kabin. Wahała się przez ułamek sekundy, potem pod- biegła do okna, otworzyła je na tyle szeroko, na ile zdołała, zawróciła do umywalki, chwyciła torebkę, podkasała długą wieczorową suknię, otworzyła drzwi szafki znajdującej się pod umywalką i wcis- nęła się do środka, po raz pierwszy w z˙yciu ciesząc się z tego, z˙e jest niska i drobna. Ledwie zdąz˙yła zamknąć ze sobą drzwiczki, do łazienki wsunęło się łapsko, wymacało kontakt na ścianie i zapaliło światło. Wąski promień wpadł do kryjówki Lauren przez szczelinę w drzwiach szaf- ki. Wstrzymała oddech i próbowała wtopić się plecami w ścianę. Widziała przez szczelinę, jak Tony najpierw ostroz˙nie zagląda do toalety, a po- tem wślizguje się do środka, trzymając broń w rę- ku. Przypominał jej węz˙a, jego zimne oczy poru- szały się nieustannie, ruchy były niezwykle płyn- ne, złowieszcze. Serce biło jej tak mocno, z˙e chyba musiał to słyszeć – a przynajmniej tak jej się zdawało. Na szczęście przeszedł obok szafki i Lauren przestała go widzieć. Po chwili rozległ się znajomy łomot. Raz. Drugi. Trzeci. Za kaz˙dym razem Lauren kuliła się coraz bardziej. Przycisnęła dłoń do ust, z˙eby nie krzyczeć. Ginna Gray 13 – Znalazłeś coś, Tony? – Nie, panie Giovesi. Nic. – Tony znów pojawił się w polu widzenia Lauren. – Jeśli ktoś tu był, to uciekł przez okno, bo jest szeroko otwarte. – Cholera! W drzwiach łazienki stanął Carlo, spojrzał w stronę otwartego okna, skinął na Tony’ego lufą broni. – Wyjdź i sprawdź, czemu Leo jeszcze nie wrócił. – Juz˙ jestem, szefie. Na parkingu stoi czerwony lexus. – Niech to szlag! To wóz Lauren. – Tej szykownej cizi, która tu gra na for- tepianie? – Tak. Myślałem, z˙e kwadrans temu poszła do domu, widać wróciła skorzystać z toalety. – Carlo westchnął. – Wielka szkoda, ona ma wyjątkowy talent. – Co mamy robić, szefie? – Przede wszystkim usuńcie stąd Franka i sprzątnijcie ten cały bałagan. Kiedy skończycie, zabierzcie z parkingu lexusa. Tony, pojedziesz do mieszkania panny Brownley. Musiała stąd uciec przeraz˙ona, a przeraz˙ony królik zazwyczaj chowa się w norze. Pewnie pobiegła spakować kilka drobiazgów, nim zniknie. Ale to bystra dziew- czyna, więc kiedy przestanie panikować i zacznie myśleć, dojdzie do wniosku, z˙e zamiast zwiewać, 14 Bezcenny świadek lepiej jest powiadomić gliny. Musisz ją znaleźć, zanim pójdzie na policję. – I co mam z nią dalej zrobić? Carlo patrzył na niego w milczeniu przez kilka sekund. – Zabij ją. Lauren mocniej przycisnęła dłoń do ust, instynk- townie kuląc się jeszcze bardziej. Długo po tym, jak światła pogasły, a męskie głosy ucichły, Lauren siedziała w swojej kryjów- ce, drz˙ąc na całym ciele i czując, jak serce tłucze jej się w piersi niczym przeraz˙ony ptak. Otaczała ją ciemność i cisza. Nadstawiała uszu, nasłuchu- jąc podejrzanych odgłosów, lecz dobiegał ją je- dynie jednostajny szmer klimatyzacji, mimo to nadal nie ruszała się z miejsca, obawiając się pułapki. Carlo mógł przyczaić się gdzieś w lo- kalu, czekając, az˙ ona się zdradzi ze swoją obe- cnością. W końcu jednak niewygoda zaczęła dawać jej się we znaki, i okazała się silniejsza niz˙ przeraz˙e- nie. Lauren miała zupełnie zdrętwiałe nogi, rura kanalizacyjna wbijała jej się w biodro, do tego pomimo działającej klimatyzacji zrobiło się dziw- nie zimno. Uświadomiła sobie, z˙e tamci zostawili otwarte okno i juz˙ od tego momentu nie prze- stawała o nim myśleć, jakby wzywało ją z przemo- z˙ną siłą. Znajdowało się dość wysoko i nie było Ginna Gray 15 duz˙e, lecz wiedziała, z˙e zdołałaby się przez nie przecisnąć. Jeśli jednak Carlo lub któryś z jego ludzi znajdował się nadal na terenie nocnego klubu, usłyszy ją... Z drugiej strony nie mogła ukrywać się w nieskończoność. Chwilę podumała, a potem – milimetr po milimetrze – ostroz˙nie uchyliła drzwiczki szafki. Z największym trudem wygramoliła się z szaf- ki; zdrętwiałe mięśnie bolały i stawiały opór, musiała zacisnąć zęby, z˙eby nie jęczeć. Wreszcie stanęła na czworakach na zimnej podłodze i pró- bowała się podnieść, udało jej się za trzecim razem. Kilka razy pokuśtykała w tę i z powrotem przez łazienkę, zrobiła tez˙ trochę wymachów ramion, kilka skrętów tułowia. Kiedy wreszcie ból nieco zelz˙ał, a mięśnie zaczęły jako tako działać, rozejrzała się za czymś, na czym mogła- by stanąć. Jedyną rzeczą, której mogła uz˙yć, był wielki metalowy kosz na śmieci, zbyt cięz˙ki, by zdołała go unieść, przechyliła go więc i potoczyła ku oknu. Rzucając co chwilę nerwowe spojrzenie w stronę drzwi, chwyciła oburącz za parapet, wspięła się na kosz i stanęła na nim, opierając stopy na jego przeciwległych brzegach. Kiedy przerzuciła jedną nogę przez parapet, zgubiła pantofel, a kosz prze- wrócił się z łoskotem, który spłoszył wszystkie koty w ciemnej alei. Rozległo się przeraźliwe 16 Bezcenny świadek miauczenie, zdolne postawić na nogi bez mała całe Denver. Lauren ze strachu poczuła przypływ adrenaliny. Błyskawicznie prześlizgnęła się przez okno ni- czym węgorz. Wylądowała twardo, zdzierając sobie skórę z dłoni i jednego kolana, lecz nawet nie poczuła bólu. Wstała, nie tracąc czasu na szukanie zgubionego pantofla, podciągnęła wysoko suknię i rzuciła się do ucieczki. ROZDZIAŁ DRUGI Agent specjalny Sam Szary Wilk Rawlins od- gadł, z˙e szykowało się coś naprawdę waz˙nego, gdy tylko wkroczył do gabinetu szefa FBI w Denver. Harvey Weiss siedział za biurkiem, kręcąc się i ostentacyjnie okazując zniecierpliwienie, pod- czas gdy bezpośredni przełoz˙ony Sama, Charley Potter, przechadzał się w tę i z powrotem. Obaj palili papierosy, podobnie jak trzej agenci – Todd Berringer, David Owens i Roy O’Connor – siedzą- cy na ustawionych półkolem krzesłach. Pod sufi- tem wisiała chmura niebieskawego dymu. – Czy z˙aden z was nie słyszał nigdy o raku płuc? Harvey łypnął ponuro na wchodzącego. – No, raczyłeś się wreszcie zjawić, Rawlins. Najwyz˙szy czas. Gdzieś ty się podziewał, do diabła? 18 Bezcenny świadek – Przez ostatnie pół godziny wlokłem się za pługiem śniez˙nym. Nie wiem, czy zauwaz˙yłeś, ale w ciągu ostatnich paru godzin spadło w Denver dobrych trzydzieści centymetrów śniegu. – Gdybyś nie mieszkał na tym swoim zadupiu, byłbyś bardziej dyspozycyjny w podobnych sytua- cjach. – Na twarzy Harveya odbiła się jeszcze większa dezaprobata, gdy popatrzył na dz˙insy podwładnego, jego stetsona oraz znoszone kow- bojskie buty. Sam zignorował zarówno uszczypliwą uwagę, jak i krytyczne spojrzenie. Cóz˙, to problem Har- veya, jeśli nie podobało mu się, gdzie on mieszka. W z˙yciu nie przeniósłby się do miasta, potrzebo- wał przestrzeni i powietrza. Szef wskazał czwarte krzesło ustawione przed swoim biurkiem. – Przez ciebie tylko marnujemy czas. Siadaj. Sam rzucił na mosięz˙ny wieszak kurtkę oraz kapelusz. – Dziękuję, ale wolę postać tutaj. Tu przynaj- mniej jeszcze jest czym oddychać. Harvey wypuścił kłąb dymu i spojrzał przez niego na Sama, mruz˙ąc oczy. – Niepalący są upierdliwi jak wrzód na dupie. Tylko z˙e akurat ty nie masz prawa narzekać, bo to wy, Indianie, nauczyliście białych palić tytoń. – Wiem. Moi krewni dotąd nazywają to zemstą czerwonego człowieka. Ginna Gray 19 Roy i Dave parsknęli śmiechem, lecz wystar- czyło jedno spojrzenie szefa, by natychmiast u- milkli. Harvey nigdy nie przepuścił okazji, by w u- szczypliwy sposób odnieść się do pochodzenia nielubianego podwładnego. Sam nie czuł się do końca ani Indianinem, ani białym, lecz był dumny ze swego podwójnego dziedzictwa – bo tak to postrzegał – więc cokolwiek rasistowskie uwagi Harveya mocno działały mu na nerwy, nigdy jednak nie pokazał po sobie urazy. – Bardzo śmieszne, Rawlins. Prawdziwy ko- to czy mik z ciebie. Skoro juz˙ poz˙artowałeś, moz˙emy wreszcie wziąć się do roboty? Sam skrzyz˙ował ramiona i spokojnie popatrzył na szefa. – Pewnie. Mam tylko nadzieję, z˙e nie wzywa- łeś nas na darmo, bo jest trzecia nad ranem, a w dodatku prawie odmroziłem sobie tyłek, jadąc tutaj. Złość wykrzywiła rysy Harveya, lecz nim zdą- z˙ył przywołać Sama do porządku, do rozmowy wtrącił się agent Berringer. – A to czemu, stary? Znowu padło ci ogrzewa- nie? Sam uśmiechnął się leciutko, niemal niezau- waz˙alnie. Todd był urodzonym rozjemcą, wtrą- cił się ewidentnie po to, by rozładować atmo- sferę. 20 Bezcenny świadek – Nie znowu. Ciągle jeszcze nie wstało po poprzednim padzie. – Jak to? Przeciez˙ mówiłem ci juz˙ kilka tygodni temu, z˙ebyś złoz˙ył podanie, to ci naprawią – wark- nął Charley. – Złoz˙yłem. Trzy razy. – Sam spojrzał na Harveya. – Tylko z jakiegoś tajemniczego powodu moje podania ciągle giną. – Do cholery cięz˙kiej, czy moz˙emy wreszcie przestać zajmować się pierdołami i przejść do rzeczy? – Jasne. Wal. – Przed godziną policja zawiadomiła nas, z˙e mają u siebie kobietę, która zeznała, z˙e widziała na własne oczy, jak Carlo Giovesi zabił Franka Pappana. Trzej agenci wyprostowali się gwałtownie, Sam nawet nie mrugnął okiem. – Bez jaj! – Dave, najmłodszy ze wszystkich, az˙ pochylił się do przodu, tak podekscytowany, z˙e jego rude włosy wydawały się jeszcze bardziej ogniste niz˙ zazwyczaj. – Co więcej, da się Giovesiemu udowodnić handel narkotykami. – Na twarzy Harveya malo- wało się ogromne zadowolenie z siebie, jakby to on sam zdobył owe dowody. – Czemu Carlo miałby sprzątnąć własnego człowieka? – spytał Todd. – Podobno Frank zaczął podprowadzać mu towar. Carlo wziął to sobie do serca. Ginna Gray 21 – No ja myślę... Dave wydał triumfalny okrzyk. – Bomba! Nareszcie mamy drania! – Nareszcie – przytaknął z uśmiechem Todd. – Co to za kobieta? – spytał spokojnie Sam. – Niejaka Lauren Brownley. Gra na fortepianie w ,,Club Classico’’, to nocny lokal Giovesiego. Kiedy się tam pojawiła po raz pierwszy, policja sprawdziła ją po cichu, my zresztą tez˙. Nie zna- leźliśmy nic ciekawego, to zapewne najnowsza kochanka Carla, chyba jednak nie nalez˙y do jego siatki i nie jest zamieszana w nic nielegalnego. – Harvey rzucił duz˙ą kopertę w kierunku Sama, który złapał ją zręcznie. – Tu jest jej dossier. Nie znam jeszcze wszystkich szczegółów, ale panna Brownley podobno nie tylko widziała morder- stwo, ale tez˙ słyszała, jak Pappano podał adres magazynu, w którym schował podprowadzoną kokainę. – Czemu kochanka Giovesiego miałaby na niego donieść? – spytał Sam. Harvey rozłoz˙ył ręce. – Nie znasz kobiet? Kto wie, co tak naprawdę nimi powoduje? Moz˙e między nią a Carlem za- częło się coś psuć. Moz˙e chce zemścić się za coś. Moz˙e zaczęła na boku kręcić z Frankiem. W sumie co to za róz˙nica? Najwaz˙niejsze, z˙e wreszcie mamy naocznego świadka. Todd az˙ gwizdnął. 22 Bezcenny świadek – Wygląda na to, z˙e Dave ma rację. W końcu dobierzemy się draniowi do skóry. – Tylko wszyscy gęba na kłódkę – ostrzegł Harvey. – Tym razem ma nie być z˙adnych przecie- ków. Nikt poza nami sześcioma nie będzie o ni- czym wiedział, dopóki nasz świadek nie znajdzie się w bezpiecznym miejscu. Wy czterej pojedzie- cie teraz na policję i przesłuchacie tę kobietę. Jeśli rzeczywiście będzie brzmiało to wiarygodnie, przejmujemy sprawę. Todd i Roy, po przesłucha- niu weźmiecie ludzi i pojedziecie aresztować Giovesiego. Charley juz˙ wysłał Sweeneya po nakaz rewizji, magazyn jest pod obserwacją, zgar- niemy tego, kto przyjdzie po towar. Jeśli dopisze nam szczęście, będzie to sam stary Carlo we własnej osobie. Pewnie wciąz˙ jeszcze się gotuje po zdradzie Franka, więc niewykluczone, z˙e pofaty- guje się po swoją kokę osobiście. Rawlins, ciebie wyznaczam do pilnowania świadka, do pomocy daję ci Dave’a. Jeśli faktycznie jej zeznania dadzą nam haka na Giovesiego, wywieź ją jak najszyb- ciej z miasta, zabierz w jakieś bezpieczne miejsce i trzymaj tam az˙ do procesu. – Wyślij kogoś innego. Mam znacznie waz˙niej- sze sprawy niz˙ niańczenie słodkiej cizi Carla. Harvey spurpurowiał, nachylił się i wycelował w Sama z˙ółtym od nikotyny palcem. – Słuchaj no, Rawlins. Zeznania tej kobiety mogą zaprowadzić Giovesiego za kratki i to na Ginna Gray 23 długo, więc czy ci się to podoba, czy nie, zajmiesz się nią i dopilnujesz, z˙eby doz˙yła procesu, niezalez˙- nie od tego, ile by to miało trwać. Zrozumiano? – Pracuję nad pewną sprawą, nie pamiętasz? Jestem juz˙ bliski jej rozwiązania. Zapadło pełne napięcia milczenie. Trzej agenci jak jeden mąz˙ odchrząknęli, zmienili pozycje, jakby nagle zrobiło im się niewygodnie. Charley Potter zacisnął zęby, wbił wzrok w podłogę. Samowi przydzielono jakiś czas wcześniej naj- gorsze zadanie z moz˙liwych, to jest najgorsze z punktu widzenia jego współpracowników, gdyz˙ miał ich wszystkich prześwietlić i znaleźć dowód przeciw któremuś z nich, choćby miał ten dowód wykopać spod ziemi. Od lat biuro FBI w Denver próbowało wnieść akt oskarz˙enia przeciw Giove- siemu, lecz za kaz˙dym razem, gdy juz˙ wydawało się, z˙e go mają, coś musiało pokrzyz˙ować im szyki – a to zdematerializował się główny dowód rzeczo- wy, a to zginął świadek koronny, a to znienacka wypłynęły na jaw jakieś drobne uchybienia proce- duralne popełnione podczas śledztwa, co natych- miast wykorzystywał adwokat Carla i wnioskował o umorzenie postępowania. Cała sprawa śmier- działa na kilometr, Giovesi ewidentnie miał w FBI pomocników. Agent, który przeszedł na złą stronę, budził nienawiść kolegów, ale jeszcze większą budził ten, który próbował go wytropić, gdyz˙ w ich zawodzie 24 Bezcenny świadek podstawę sukcesu stanowiła praca zespołowa i nikt nie chciał wierzyć, z˙e jego przyjaciel lub partner jest skorumpowany. Kiedy tylko ktoś zadawał niewygodne pytania, całe otoczenie natychmiast zjez˙ało się i gwałtownie broniło osoby, której wiarygodność próbowano podwaz˙yć. Sam starał się działać dyskretnie, lecz nie dało się utrzymać jego zadania w tajemnicy, więc wkrótce praktycz- nie tylko Todd i Charley nie omijali go jak trędowatego, reszta zaczęła go unikać. Sam podejrzewał, z˙e właśnie z tego powodu szef zlecił mu to zadanie, zamiast zgodnie z proce- durą zwrócić się do odpowiedniej komórki w Dzia- le Spraw Wewnętrznych FBI. Harvey tłumaczył swoją decyzję osobistym zaangaz˙owaniem w spra- wę – skoro jeden z jego ludzi się sprzedał, to on musiał się z tym uporać za pomocą środków, jakie posiadał, a nie wzywać kogoś na pomoc. Jako dodatkowe uzasadnienie podał fakt, z˙e nie mieli niezbitego dowodu na istnienie wtyczki, istniały tylko podejrzenia oraz ciąg przypadkowych zbie- gów okoliczności. Oczywiście przemilczał fakt, z˙e nikt w całym Biurze w z˙adne przypadki nie wierzył. Zdaniem Sama szef zwalił mu tę robotę na głowę głównie po to, z˙eby zantagonizować go z pozostałymi agentami oraz kompletnie uprzyk- rzyć mu z˙ycie. Na szczęście był typem samotnika, więc nie dotknęło go to az˙ tak bardzo. Ginna Gray 25 – Przyskrzynienie Giovesiego jest waz˙niejsze. Charley zgadza się ze mną w tej kwestii. Zresztą to on sam cię zaproponował. Sam zmierzył swego bezpośredniego przełoz˙o- nego nieprzychylnym spojrzeniem, na co Charley uniósł dłonie obronnym gestem. – Sam, zanim cokolwiek powiesz, posłuchaj, co ja mam do powiedzenia. Jeśli ta kobieta jest kochanką Carla, będziesz miał kilka miesięcy na wyciągnięcie od niej informacji, które mogą nam pomóc między innymi w ustaleniu, którego z na- szych Giovesi przekupił. Naprawdę warto spróbo- wać. Nie sądzisz? – Dokładnie – poparł go Harvey. – Nigdy nie wiadomo, co jej naopowiadał, kiedy lez˙eli razem w łóz˙ku. Tak więc masz nowe zadanie, Rawlins. – Dlaczego ja? – Ty jeden znasz całą sprawę od podszewki i wiesz, o co toczy się gra. W dodatku ufam ci. Nie przepadam za tobą, Rawlins, ale mam do ciebie zaufanie. – Harvey zaciągnął się głęboko papiero- sem i wydmuchnął dym w stronę sufitu. – A teraz juz˙ was tu nie ma. Idźcie przesłuchać świadka. Sam bez słowa zabrał z wieszaka kurtkę oraz kapelusz i wyszedł. Był juz˙ w połowie korytarza, gdy dogonił go Todd. – Chryste, Sam, kiedy ty wreszcie zmądrzejesz i przestaniesz mu się stawiać? Przeciez˙ wiesz, z˙e nie wygrasz. 26 Bezcenny świadek – Ja się stawiam? – Oczywiście. Robisz wszystko, z˙eby zaleźć mu za skórę i cholernie dobrze o tym wiesz. Popatrz no tylko na siebie. Wiesz, jaką wagę Harvey przykłada do odpowiedniego ubioru. Co by ci szkodziło wbić się w garnitur i krawat przed przyjazdem do roboty? – Pieprzę Harveya. Mam wolny weekend, a w dodatku zgodę na wzięcie dnia urlopu. Oficjal- nie nie jestem na słuz˙bie jeszcze przez... – spojrzał na zegarek – ...dwadzieścia siedem i pół godziny. – No dobra, rozumiem, ale przynajmniej mog- łeś się ogolić. Sam przeciągnął dłonią po dwudniowym zaroś- cie, wzruszył ramionami. – Zrobiłem sobie wolne, więc się nie goliłem. Jak chcecie mnie za to podać do sądu, wolna droga. – Aleś ty uparty. Słuchaj, wiem, z˙e go nie lubisz, ja tez˙ nie. Ale to szef. Sam tylko parsknął drwiąco. – Harvey Weiss jest nadętym sztywniakiem i tak naprawdę politykiem, a nie obrońcą prawa. Interesuje go głównie, do diabła, nawet nie głów- nie, tylko wyłącznie, czy dobrze wypadnie. Nie podejmie najmniejszej decyzji bez rozwaz˙enia, jak ona wpłynie na jego wizerunek i czy pomoz˙e mu w otrzymaniu kolejnego awansu. Moim zdaniem zaplanował sobie, z˙e zostanie szefem całego FBI gdzieś tak koło pięćdziesiątki. Ginna Gray 27 – Moz˙e i tak, ale to jeszcze jeden powód więcej, dla którego powinieneś przestać mu się odgryzać. – Te, Cochise! Słysząc ten ryk za plecami, Sam zjez˙ył się jeszcze bardziej. Stanął i obejrzał się powoli. Zobaczył za sobą pozostałych dwóch agentów i Charleya, a potem jego wzrok powędrował ku Harveyowi, który stał w drzwiach swego gabinetu, oczywiście paląc kolejnego papierosa. – Co? – Pamiętaj, co powiedziałem. Jak najszybciej wywieź dziewczynę z Denver i w ogóle ze stanu. Tym razem nie moz˙emy sobie pozwolić na z˙adną wpadkę. Zabierz ją w bezpieczne miejsce, gdzie Carlo nie zdoła jej dosięgnąć. – Taki miałem zamiar. Coś jeszcze? – Utrzymuj stały kontakt. Znasz procedurę, przynajmniej raz dziennie musisz zdać raport mnie albo Charleyowi. Nie kontaktujesz się z nikim innym. – W porządku. – Sam odwrócił się, przeszedł parę kroków, wdusił przycisk windy, drzwi ot- worzyły się natychmiast, Todd szybko wślizgnął się do środka, jakby chciał zejść z linii ognia, lecz Sam odwrócił się jeszcze i spojrzał na Harveya. – A skoro juz˙ przy tym jesteśmy, to masz błędne informacje. Cochise był Apaczem, a nie Nawaho jak moja matka. – Nie czekając na odpowiedź, 28 Bezcenny świadek wsiadł do windy, walnął pięścią w guzik z napisem ,,parter’’. – Dupek. Lauren Brownley okazała się zupełnie inna, niz˙ Sam się spodziewał. Ku jego zaskoczeniu – oraz irytacji – zrobiła na nim ogromne wraz˙enie, ledwie na nią spojrzał po raz pierwszy przez weneckie lustro. Nigdy przedtem nie zdarzyło mu się, z˙eby jakaś przesłuchiwana zawróciła mu w głowie, i to z miejsca. Wściekł się, poniewaz˙ wcale sobie tego nie z˙yczył. Nie tylko on był pod wraz˙eniem. – O rany – wyszeptał Dave. Todd az˙ gwizdnął. – Słuchajcie, zakochałem się. – Ty? Naczelny ogier całego FBI? – zakpił Sam. – Nie zakochałeś się, tylko napaliłeś. – Wszystko jedno, w kaz˙dym razie powaliła mnie, nie kiwnąwszy palcem. A ty spędzisz z nią całe tygodnie. Cholera by to wzięła! – Chętnie się z tobą zamienię miejscami. Todd roześmiał się. – Harvey powiesiłby nas obu za jaja. Chociaz˙... w tym jednym przypadku moz˙e byłoby warto zaryzykować. Niech cię szlag, Sam, ty to masz szczęście. Towarzyszący im dwaj policjanci roześmiali się równiez˙. – Faktycznie jest na co popatrzeć – mruknął Ginna Gray 29 detektyw Allen Morgan, a porucznik John Dumph- ries skinął głową. Sam zapatrzył się na widoczną przez lustro kobietę, zauwaz˙ając kaz˙dy szczegół jej wyglądu. Krąz˙yła po pokoju przesłuchań niczym zdener- wowane zwierzę w klatce, ręce miała skrzyz˙owa- ne, kurczowo przyciśnięte do ciała. Była niewyso- ka i drobnej budowy, w ostrym świetle jarzenió- wek jej włosy połyskiwały niczym miedź. Sam patrzył, jak kobieta podchodzi do wenec- kiego lustra, a kiedy znalazła się tuz˙ przy nim, zobaczył, z˙e miała zielone oczy, delikatne rysy i białą jak papier skórę, przy czym to ostatnie nalez˙ało zapewne przypisać zmęczeniu po nie- przespanej nocy. I oczywiście strachowi, pomyślał beznamiętnie. Nosiła długą do kostek wieczorową czarną suknię z przejrzystymi rękawami i – ku rosnącemu zaskoczeniu Sama – nieduz˙ym dekoltem. Z˙adnego pokazywania biustu, którego mógłby się spodzie- wać po dziewczynie z nocnego klubu. Na oparciu jednego z krzeseł otaczających stół wisiał aksamit- ny czarny z˙akiecik, obszyty czarnymi cekinami, który wraz z suknią stanowił strój nadający się raczej na wyjście do opery, a nie do popisów muzycznych w lokalu prowadzonym przez gang- stera. Chociaz˙ sukienka była pognieciona, miała brudne smugi oraz dziurę na kolanie, nawet 30 Bezcenny świadek nieznający się na ubraniach Sam potrafił dostrzec jej jakość. Przy kaz˙dym kroku przez rozcięcie z boku spódnicy było widać zgrabną nogę w podar- tej pończosze. – Co się stało z jej butami? – spytał Sam. – Podobno zgubiła je podczas ucieczki. – Nie do końca jest w typie Carla – zauwaz˙ył. Do tej pory gangster preferował biuściaste blondyny o fatalnym guście, zaś ta dziewczyna, nawet bosa, brudna i zdenerwowana miała auten- tyczną klasę, której brakowało poprzednim ko- chankom Carla. Porucznik odchrząknął. – Jeśli o to chodzi, to panna Brownley twierdzi, z˙e Giovesi jedynie jej pracodawcą, nikim więcej. Grywa w jego klubie tylko w weekendy, zaś w ciągu tygodnia uczy muzyki w college’u. jest Jasne, pomyślał Sam. Kochanki Carla zawsze pracowały w jego klubie w takim czy innym charakterze, zapewne zatrudniał je w celu zamyd- lenia oczu swej z˙onie, gdyz˙ jeśli w ogóle kogokol- wiek się obawiał, to właśnie Sophii Giovesi. – Co o niej wiecie? – Niewiele. Mamy jej prawo jazdy i adres, tu jest jeszcze raport wstępny i stenogram jej ze- znania. – Porucznik Dumphries podał Samowi teczkę z aktami. – Mówi ci coś ten adres? – spytał detektyw Morgan, gdy Sam rzucił okiem na pierwszą stronę. Ginna Gray 31 – Owszem. Panna Brownley mieszkała w luksusowym apar- tamentowcu, którego właścicielem był nie kto inny, tylko sam Carlo Giovesi. – Do tego nasz świadek jeździ nowiuteńkim lexusem. – No to wszystko pasuje. Raport policyjny tylko potwierdzał informacje, które Sam juz˙ znał z raportu FBI. Agenci odkryli ponadto, z˙e Lauren Brownley w piątki i soboty zostawała sama z Giovesim jeszcze przez parę godzin po zamknięciu lokalu, zaś w środy wieczo- rem Carlo odwiedzał ją w jej mieszkaniu. I to się nazywa, z˙e ona tylko u niego pracuje, pomyślał z drwiną Sam, a potem kąciki jego warg drgnęły leciutko. Ciekawe, jak Carlo tłumaczył się z tych wieczorów przed z˙oną? Powiedział, z˙e regularnie chodzi na kręgle, bo nagle zapragnął wziąć udział w zawodach i musi ćwiczyć? – Nasi ludzie śledzili ją parę razy, rzeczywiście chodziła na uczelnię, więc moz˙e faktycznie czegoś tam uczy. Sam skrzywił się. Agenci FBI tez˙ przeszli się za nią parę razy, ale poniewaz˙ nie wyglądało na to, by maczała palce w jakiejkolwiek nielegalnej działalno- ści, nie przyjrzano się jej gruntowniej, nie zbadano jej przeszłości, nie sprawdzono, czy jeszcze gdzieś nie pracuje. Zdaniem agentów była po prostu kolejną lalą Carla, która dla kaprysu chodziła na jakieś wykłady. 32 Bezcenny świadek – Czy ktoś juz˙ sprawdził, czy naprawdę jest zatrudniona na uczelni? – Nie, wstrzymaliśmy się z wszelkimi działa- niami, dopóki jej nie przesłuchacie. – Dobra. – Sam z trzaskiem zamknął teczkę i ruchem głowy wskazał pokój przesłuchań. – No to bierzmy się za nią. ROZDZIAŁ TRZECI Lauren zrobiła kolejną rundę wokół pomiesz- czenia. Gdzie się wszyscy podziali? Czemu to tyle trwało? Zatrzymała się i popatrzyła na szerokie lustro obok drzwi. Czy stali za nim i przyglądali jej się – tak, jak wielokrotnie widziała na filmach? Tylko dlaczego mieliby to robić? Czyz˙by podejrzewali ją o kłamstwo? A moz˙e porucznik Dumphries i dete- ktyw Morgan pojechali do ,,Club Classico’’ po ciało? Nie znajdą go, mówiła im przeciez˙, z˙e zbiry Carla juz˙ zdąz˙yły pozbyć się dowodu zbrodni. Ale skoro policja niczego nie znajdzie, to jak ma jej uwierzyć? Odwróciła się od lustra i znów zaczęła krąz˙yć po pomieszczeniu. Co ona w ogóle robiła w tym miejscu? Nigdy w z˙yciu nie była na policji. Jak mogło do tego dojść, z˙e siedziała przez całą noc 34 Bezcenny świadek w pokoju przesłuchań? Jęknęła i znowu rzuciła spojrzenie na lustro, tym razem w po to, by popatrzeć na siebie z dezaprobatą. – To wina twojej własnej głupoty i naiwności – mruknęła. – Tylko sobie zawdzięczasz, z˙e wpad- łaś w bagno. A przeciez˙ od dawna widziała niepokojące oznaki. Juz˙ dwa lata wcześniej, kiedy lez˙ała w szpita- lu, gdzie złoz˙ył jej wizytę nieznany jej wówczas pan Giovesi, pielęgniarki napomknęły dyskretnie o jego wątpliwej reputacji, Lauren jednak nie chciała słuchać z˙adnych ostrzez˙eń, gdyz˙ wierzyła, z˙e ktoś o tak nieskazitelnych manierach moz˙e zasługiwać wyłącznie na szacunek. W jej oczach był uroczym starszym panem, dz˙entelmenem w kaz˙dym calu. Westchnęła. Wierzyła, bo chciała w to wierzyć. Giovesi pojawił się w jej z˙yciu w momencie, gdy znalazła się zupełnie sama, kompletnie zagubiona, pozbawiona środków. Pomógł jej – on jeden. Był przy niej, gdy rozpaczliwie potrzebowała kogoś bliskiego, dlatego przymykała oczy na wszystko, czego nie chciała widzieć. Przychodziło jej to o tyle łatwo, z˙e Carlo nieodmiennie traktował ją ze staroświecką galanterią, okazując jej podziw i sza- cunek, a do tego wszystkiego uwielbiał muzykę klasyczną. Lauren z jękiem wczepiła ręce we włosy. Tak jakby miłość do muzyki świadczyła o dobrym charakterze! Ginna Gray 35 Jak mogłam być tak ślepa i głupia? Była tak zdenerwowana, z˙e gdy za jej plecami otworzyły się drzwi, az˙ podskoczyła. Odwróciła się gwałtownie, ujrzała sympatycznego detektywa Morgana, który dał wiarę jej słowom, oschłego porucznika Dumphriesa, który nie krył sceptycyz- mu oraz czterech innych męz˙czyzn. Trzej byli ubrani w tradycyjne ciemne garnitury, lecz zwróci- ła uwagę praktycznie tylko na czwartego z przyby- łych, wyz˙szego od pozostałych. Włosy i głęboko osadzone oczy miał czarne jak noc. Parudniowy zarost ocieniał dolną połowę jego twarzy o ostrych rysach. Wyglądał na twardego jak skała. Poniewaz˙ przewiercał ją wzrokiem, co jesz- cze bardziej wytrąciło ją z równowagi, czym prędzej przeniosła spojrzenie na detektywa Mor- gana. – Cieszę się bardzo, z˙e pan wrócił. Czy pan Giovesi został aresztowany? Czy mogę juz˙ wracać o domu? – Obawiam się, z˙e jeszcze nie. Panno Brown- ley, zechce pani usiąść? Ci panowie przyszli zadać pani parę pytań. To agenci Todd Berringer, Roy O’Connor i Dave Owens oraz agent specjalny Sam Rawlins. FBI. – FBI? Nie rozumiem. Od kiedy FBI zajmuje się morderstwami? – Proszę się nie niepokoić. – Jeden z agentów posłał jej czarujący uśmiech. – Zazwyczaj jest tak, 36 Bezcenny świadek jak pani mówi, lecz w tym wypadku zachodzą pewne dodatkowe okoliczności. – Agent Berringer próbuje powiedzieć, z˙e kie- dy podejrzanym jest znany gangster zamieszany w handel narkotykami, mamy do czynienia z prze- stępstwem federalnym. Od dawna usiłujemy wsa- dzić pani przyjaciela do więzienia. – Proszę, niech pani siada. – Todd Berringer odsunął dla niej krzesło, a gdy usiadła, nalał jej do szklanki wody ze stojącego na stole dzbanka. – Czy mogłaby nam pani dokładnie opowiedzieć, co się stało? Znowu zerknęła na detektywa Morgana. – Nie rozumiem, przeciez˙ policja juz˙ mnie przesłuchiwała. I to dwa razy. – A teraz my panią przesłuchamy – uciął bez cienia współczucia człowiek o jastrzębich rysach. – Najpierw chcielibyśmy się o pani czegoś dowie- dzieć. Od jak dawna pracuje pani w ,,Club Clas- sico’’? – Od dwóch miesięcy. – A jak długo zna pani pana Giovesiego? – Spotkałam go dwa lata temu. – Jak się państwo poznali? – Przyszedł mnie odwiedzić w szpitalu po tym, jak miałam wypadek samochodowy. Robiący notatki Sam uniósł głowę. – Czemu miałby odwiedzać panią w szpitalu, skoro pani nie znał?
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Bezcenny świadek
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: