Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00127 016533 17796414 na godz. na dobę w sumie
Bezgrzeszne lata - ebook/pdf
Bezgrzeszne lata - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 113
Wydawca: Literatura Net Pl Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
'Wspomnienia są zawsze bez wad', jak mówią słowa popularnej piosenki. Właściwa autorowi pogoda ducha, serdeczny stosunek do świata, humor i liryzm w postrzeganiu rzeczywistości doskonale zatem skojarzyły się ze wspomnieniową nutą. W 'Bezgrzesznych latach', wydanych w 1925 r. i kilkakrotnie potem wznawianych, pisarz przywołuje swoje lata szkolne. Czyni to z sentymentem i dowcipnie, spoglądając z dystansu na dawnych kolegów, szkolne awantury, na pedagogów i najbliższych. Każdy rozdział - to fragment barwnej mozaiki, w której czas się na chwilę zatrzymał, pozwalając i nam na chwilę wytchnienia.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aby rozpocz(cid:261)ć lektur(cid:266), kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dost(cid:266)p do spisu tre(cid:286)ci ksi(cid:261)(cid:298)ki. Je(cid:286)li chcesz poł(cid:261)czyć si(cid:266) z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poni(cid:298)ej. 1 KORNEL MAKUSZY(cid:275)SKI BEZGRZESZNE LATA WYDAWNICTWO TOWER PRESS GDA(cid:275)SK 2001 2 ROZMOWA Z ZEGAREM O BEZGRZESZNYCH LATACH Czy te(cid:298) pami(cid:266)tasz, stary mój zegarze, Jak w sło(cid:276)ce twojej tarczy patrzył (cid:298)ak I marzył o tym, o czym ja dzi(cid:286) marz(cid:266)? Pami(cid:266)tasz jeszcze? O, tak, o tak, o tak! Ode dnia do dnia, od chwili do chwili (cid:297)yli(cid:286)my (cid:298)yciu m(cid:261)dremu na wspak, żodziny marły, a my(cid:286)my liczyli Szcz(cid:266)(cid:286)cie na wieczno(cid:286)ć... O, tak, o tak, o tak! A czy pami(cid:266)tasz, filozofie stary, Jake(cid:286) fałszywy mi wybijał znak I wszystkie wokół budziłe(cid:286) zegary, żdym pisał wiersze? O, tak, o tak, o tak! A czy pami(cid:266)tasz, jak mnie rozpacz dzika Zdj(cid:266)ła, gdy stary wzi(cid:261)ł ci(cid:266) Izaak, żdy(cid:286) hebrajskiego uczył si(cid:266) j(cid:266)zyka, By mnie nakarmić? O, tak, o tak, o tak! Lub ow(cid:261) chwil(cid:266) gdzie(cid:286) na czwartym pi(cid:266)trze, żdym gorej(cid:261)cy, jak ognisty krzak, Przysi(cid:266)gał z moc(cid:261) uczucia naj(cid:286)wi(cid:266)tsze, Kln(cid:261)c si(cid:266) na ksi(cid:266)(cid:298)yc? O, tak, o tak, o tak! Lub t(cid:266), gdy(cid:286) starym swym zgrzytn(cid:261)ł (cid:298)elazem, Słusznego swego gniewu daj(cid:261)c znak? O, jak(cid:298)e smutno płakali(cid:286)my razem, żdy nas zdradziła!... O, tak, o tak, o tak! O, jak to dawno, Sokratesie stary! Złamanym skrzydłem tłucze (cid:286)lepy ptak... Serca si(cid:266) psuj(cid:261), psuj(cid:261) si(cid:266) zegary, Wszystko umiera... O, tak, o tak, o tak! Ale raz jeszcze przypomnijmy wzloty, Wracajmy my(cid:286)l(cid:261) na gwia(cid:296)dzisty szlak! Cofnij wskazówki i lećmy w wiek złoty... Niech (cid:298)yje młodo(cid:286)ć! O, tak, o tak, o tak! 3 4 Rozdział pierwszy DZIECINNE ARGUMENTY SŁONECZNEGO PROMIENIA W chwili kiedy si(cid:266) pochyliłem nad biał(cid:261) kart(cid:261) papieru i zanim jej dotkn(cid:261)łem piórem, padła na ni(cid:261) smuga sło(cid:276)ca. Jak rozigrane złote dziecko, co ma roze(cid:286)miane oczy, przeszkadza człowiekowi zaj(cid:266)temu prac(cid:261), tak oto ten słoneczny błysk, co si(cid:266) oderwał od nieba, igra po moim papierze, po powa(cid:298)nej, sztywnej, pysznej ze swej biało(cid:286)ci karcie, włazi pod ostre, zirytowane, czerni(cid:261) atramentu płacz(cid:261)ce pióro i w wielkiej ciszy mego pokoju – (cid:286)mieje si(cid:266), (cid:286)mieje, (cid:286)mieje... Nakrywam t(cid:266) złot(cid:261) plam(cid:266) dłoni(cid:261) – ach! – przeciekła mi przez palce i ju(cid:298) jest na grzbiecie r(cid:266)kiś złym wzrokiem i złym westchnieniem odp(cid:266)dzam tego słonecznego motyla, lecz on wci(cid:261)(cid:298) powraca, przebiwszy w słonecznym locie zimno szyby okiennej. O, jaka to pusta zabawa! Nie mam czasu na igraszki ze słonecznym promieniem, zabł(cid:261)kanym ze (cid:286)wiata. Jestem pełen (cid:298)alów i pełen goryczy. Oto dr(cid:298)y pióro moje, jak (cid:298)(cid:261)dło podnieconej czym(cid:286) osy, i mimo stu słonecznych promieni, choćby mi sło(cid:276)ce ka(cid:298)d(cid:261) chciało wyzłocić kart(cid:266), choćby si(cid:266) dzie(cid:276) słoneczny poło(cid:298)ył na moich papierzyskach i grał, i dzwonił złotem swoich promieni – pióro moje wbije si(cid:266) jak szpon w biel papieru i papier j(cid:266)knie. Potem czarna, atramentowa krew długimi sznureczkami liter popłynie z zapiekłej rany. Tak jest! Tak b(cid:266)dzie! Czegó(cid:298) tedy chcesz, utrapiony promyku sło(cid:276)ca? Uderzyłem pi(cid:266)(cid:286)ci(cid:261) w kart(cid:266) papieru. Zadr(cid:298)ał złoty blask i – l(cid:286)ni si(cid:266). Nie uciekł, przera(cid:298)ony, lecz jak złoty ptak zatrzepotał si(cid:266) razem z kart(cid:261) i po chwili – beztroski, znowu (cid:286)miać si(cid:266) zaczyna i po papierze kr(cid:261)(cid:298)y, i (cid:286)mieje si(cid:266), (cid:286)mieje, (cid:286)mieje. Źaremna jest walka z pustot(cid:261). Jestem jednak człowiekiem łagodnym, nie b(cid:266)d(cid:266) wiódł walki – z czym? z kim? – z mizernym promykiem! Czy uderzyłem kiedy roze(cid:286)miane dziecko? Nie. Uczyni(cid:266) wi(cid:266)c ust(cid:266)pstwo, niegodne dojrzałego serca, i b(cid:266)d(cid:266) si(cid:266) starał wytłumaczyć złotej swawoli, (cid:298)e jest niedowarzona, dokuczliwa i natr(cid:266)tna jak mucha. Pochylam wi(cid:266)c twarz nad niecierpliw(cid:261) i ju(cid:298) blad(cid:261) z pasji kart(cid:261) i zbli(cid:298)ywszy usta do złotego blasku, co (cid:298)ywy i niespokojny wał(cid:266)sa si(cid:266) po 5 niej, mówi(cid:266) szeptemŚ – Miły promyku! Mógłbym ci(cid:266) zamordować jednym ruchem, potrzebnym na zasłoni(cid:266)cie okna, jednak tego nie uczyni(cid:266), bo mi ci(cid:266) (cid:298)al, jeste(cid:286) bowiem dzieciak i (cid:298)ak, łobuz utrapiony, co na mój wiek nie zwa(cid:298)aj(cid:261)c, wpada przez okno, jak szalony, buszuje po moim stole i plami złotem moje kartki papieru. Ale widzisz, dziecko słoneczne, (cid:298)e(cid:286) nie w por(cid:266) tu przyszło. Przeszkadzasz mi i jeste(cid:286) natr(cid:266)tne. Czoło moje jest zmarszczone i zmarszczone jest moje serce. Widziałe(cid:286) pewnie, (cid:298)e na drzewie wi(cid:266)dn(cid:261)cym kora si(cid:266) marszczy i bole(cid:286)nie p(cid:266)ka? Oto spójrz, a je(cid:286)li to poj(cid:261)ć potrafisz, zrozumiesz, (cid:298)e tak wi(cid:266)dnie we mnie serce. Oznacza to, (cid:298)e jest ono chore, bo je zgryzł czerw, zły i zło(cid:286)liwy robak smutku. Bo i jak(cid:298)e(cid:298) ma ono kwitn(cid:261)ć i szumieć rado(cid:286)nie weselem krwi, kiedy dokoła jest ponuro i smutnie? Kiedy wszystko dokoła napełnione jest trosk(cid:261) i zgryzot(cid:261), a rozpacz siedzi opodal na gał(cid:266)zi, jak sowa, co wró(cid:298)y (cid:286)mierć? Przeto w tej chwili, kiedy tak nieopatrznie przyszedłe(cid:286), chciałem si(cid:266) wła(cid:286)nie u(cid:298)alić nad sob(cid:261) i pisać tak, aby ka(cid:298)da literka moja miała okr(cid:261)gły kształt łzy. O, promieniu! Urodzony ze szcz(cid:266)(cid:286)cia, wi(cid:266)c szcz(cid:266)(cid:286)liwy! Nie wiesz, co to jest gorycz i (cid:298)al, i utrapienie. Nie wchod(cid:296) wi(cid:266)c do umarłego ogrodu, w którym kwiaty powi(cid:266)dły i w którym (cid:286)cie(cid:298)yny zarosłe s(cid:261) zielskiem złym i jadowitym. Tylko my, ludzie, którzy umieramy, znamy dobrze drogi na cmentarzach i przechadzki w(cid:286)ród grobów. Sprawia nam to dziwn(cid:261), niepoj(cid:266)t(cid:261) dla ciebie przyjemno(cid:286)ć, bo ty podobno nigdy nie umierasz. Odejd(cid:296) wi(cid:266)c, stworzenie złociste, bo nic tu po tobie. Pozwól mi płakać i nie przeszkadzaj, bo chc(cid:266), aby moje umartwienie było pi(cid:266)kne, nadobne i uwodz(cid:261)ce. Poniewa(cid:298) ja płacz(cid:266), wi(cid:266)c chc(cid:266), aby razem ze mn(cid:261) płakali inni, jestem bowiem człowiekiem, a człowiek rad z bli(cid:296)nim swoim podzieli si(cid:266) gorycz(cid:261) i łzami. Odejd(cid:296) wi(cid:266)c! Błagam ci(cid:266), odejd(cid:296), bo ci(cid:266) zabij(cid:266) jak bezbronnego ptaka. Policzony jest mój czas i zegar mój jest nieum(cid:266)czony, idzie, idzie wci(cid:261)(cid:298) uparty jak nieszcz(cid:266)(cid:286)cie. Zbli(cid:298)a si(cid:266) noc, miła pora ludzi smutnych i bolej(cid:261)cych. Odejd(cid:296), zniknij, bo si(cid:266) wyczerpie moja dobroć łagodna i nie b(cid:266)d(cid:266) mógł pohamować niecierpliwo(cid:286)ci. Wtedy, pióro chwyciwszy, przebij(cid:266) ci(cid:266) na wylot i zginiesz złot(cid:261) (cid:286)mierci(cid:261), niem(cid:261)dry okruchu sło(cid:276)ca, pusty roztrzepa(cid:276)cze, u(cid:286)miechu nieba... – Nie uczynisz mi nic złego! – zaszele(cid:286)cił wesoło promie(cid:276). – Na wszystkie ciemne pot(cid:266)gi! – zawołałem bez głosu – oto zapłata za moj(cid:261) dobroć. Ten (cid:298)ak słoneczny wa(cid:298)y si(cid:266) na rozmow(cid:266) ze mn(cid:261)! A sk(cid:261)d(cid:298)e taki jeste(cid:286) tego pewny, (cid:298)e ci nic złego nie uczyni(cid:266)? – Znam ci(cid:266)! – odrzekła złota okruszyna. – Ty jeste(cid:286) tym, który mnie kocha. – Nie kocham ci(cid:266) i nie chc(cid:266) ci(cid:266) widzieć. Jestem przera(cid:296)liwie sm(cid:266)tny! Złota ja(cid:286)(cid:276) zatrzepotała si(cid:266) jak motyl. Złoty u(cid:286)miech zamigotał na białej karcie. – Twój sm(cid:266)tek jest wart (cid:286)miechu! 6 – Mój smutek jest tragiczny... – Smutek jest jak czarny cie(cid:276), który ro(cid:286)nie i wydłu(cid:298)a si(cid:266), i pusty jest jak cie(cid:276). Nic łatwiejszego, jak odp(cid:266)dzić czarn(cid:261) zmor(cid:266) cienia. Ale ludzie bawi(cid:261) si(cid:266) sm(cid:266)tnym swoim cieniem, bo im si(cid:266) zdaje, (cid:298)e to ponura ich dusza wypełzła z nich i le(cid:298)y rozpostarta krzy(cid:298)em na prochu ziemi. A ten smutny cie(cid:276) to jest pajac, co jak małpa na(cid:286)laduje człowieka. Cie(cid:276) oszukuje człowieka, swojego pana. Człowiek łatwo da si(cid:266) oszukać i smutek czyni z nim co zechce. – Ach, co za m(cid:261)dro(cid:286)ć! ach, jakie gł(cid:266)boko(cid:286)ci! – Jestem m(cid:261)dry m(cid:261)dro(cid:286)ci(cid:261) dziecka... Jestem m(cid:261)dro(cid:286)ci(cid:261) rado(cid:286)ci. Rado(cid:286)ć wielkim jest m(cid:266)drcem, bo rado(cid:286)ć stworzyła sło(cid:276)ce i (cid:286)wiat. Twój smutek niczego nie urodzi. – Mój smutek jest pi(cid:266)kny. – Na (cid:286)wiecie wszystko jest pi(cid:266)kne, nie ma na nim nic brzydkiego, lecz najpi(cid:266)kniejsza jest rado(cid:286)ć. – Promieniu, mówisz rzeczy banalne. – Być mo(cid:298)e, bo mówi(cid:266) to od pocz(cid:261)tku (cid:286)wiata. Jeszcze (cid:286)wiata nie było, a ja ju(cid:298) (cid:286)piewałem o tym jak ptak. – Jest to filozofia dla dzieci... – Wi(cid:266)c najwy(cid:298)sza i najczystsza. Je(cid:286)liby(cid:286) umiał pisać tak, aby ci(cid:266) ka(cid:298)de dziecko poj(cid:266)ło, byłby(cid:286) wielki. Ale tego (cid:298)aden człowiek jeszcze uczynić nie zdoła, wi(cid:266)c si(cid:266) nie martw. Źopiero za siedem tysi(cid:266)cy lat b(cid:266)d(cid:261) ludzie do siebie przemawiali tak cudownie. – Ach, jakimi(cid:298) to słowami b(cid:266)dzie (cid:286)piewała ta cudowna mowa? – To nie b(cid:266)d(cid:261) słowa, to b(cid:266)d(cid:261) blaski. Ja b(cid:266)d(cid:266) w ka(cid:298)dym takim d(cid:296)wi(cid:266)ku. Ka(cid:298)dy d(cid:296)wi(cid:266)k b(cid:266)dzie złoty, ciepły i skrzydlaty. Taki jak ja. Za siedem tysi(cid:266)cy lat... – Czemu(cid:298) tak pó(cid:296)no? – Bo jeszcze dookoła ludzkiego serca jest gruba, twarda skorupa, my(cid:286)l ludzka jest jeszcze oci(cid:266)(cid:298)ała i nie ma skrzydeł, jak poczwarka. Człowiek jest jeszcze (cid:286)lepy i nie widzi złotego pyłu w powietrzu i jest jeszcze głuchy – nie słyszy, jak (cid:286)piewa i gra ka(cid:298)dy atom, ka(cid:298)de l(cid:286)nienie i ka(cid:298)dy pyłek. – A ty to słyszysz? – Ja sam d(cid:296)wi(cid:266)cz(cid:266). Wyt(cid:266)(cid:298) słuch! Oto d(cid:296)wi(cid:266)cz(cid:266)... Słyszysz?... – Nie słysz(cid:266), zwodzisz mnie! – Nie zwodz(cid:266). Ja nie mog(cid:266) kłamać, tylko ty jeste(cid:286) biedny i nieszcz(cid:266)(cid:286)liwy. Ju(cid:298) mnie widzisz, ale nigdy nie usłyszysz. S(cid:261) jednak tacy, co mnie czuj(cid:261), nie widz(cid:261)c nawet. Ci s(cid:261) lepsi od ciebie. 7 – Któ(cid:298) to taki? – Raz siedziała pod murem zzi(cid:266)bni(cid:266)ta, (cid:286)lepa, biedna dziewczynka. Przebiegałem wła(cid:286)nie ulic(cid:261), wi(cid:266)c zatrzymałem si(cid:266) i poło(cid:298)yłem si(cid:266) na jej (cid:286)lepych oczach. Wtedy dziewczynka... – Có(cid:298) ta dziewczynka? – Podniosła r(cid:261)cz(cid:266)ta do oczu, jakby mnie chciała schwytać. Poczuła mnie, nie widz(cid:261)c... I stało si(cid:266) co(cid:286) cudownegoŚ to biedactwo si(cid:266) u(cid:286)miechn(cid:266)ło, a ja byłem szcz(cid:266)(cid:286)liwy. – Przeceniasz si(cid:266), złota okruszyno... – Nie! Jestem pokorny promie(cid:276) sło(cid:276)ca. Czasem nie waham si(cid:266) i padam na brzydk(cid:261) kału(cid:298)(cid:266), która si(cid:266) wtedy staje (cid:286)liczna. – Po có(cid:298) takie po(cid:286)wi(cid:266)cenie? – Po to, aby było pi(cid:266)knie na (cid:286)wiecie. Umiem jednak czynić rzeczy bardzo trudne i czarodziejskie. Chcesz mnie słuchać? – Mów zreszt(cid:261), bawisz mnie... – Źobrze! Raz upadłem na serce straszliwego człowieka, który był zły, sk(cid:261)py i okrutny. Ten człowiek u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) po raz pierwszy w (cid:298)yciu i zacz(cid:261)ł czynić dobrze. – Mo(cid:298)liwe! – Ale to nic, to drobiazg. Wiesz, jaki naród na (cid:286)wiecie jest najbardziej twardy i który ma dusz(cid:266) wyzi(cid:266)bł(cid:261) i nieu(cid:298)yt(cid:261)? – Wiem, Anglicy. – Tak, oni. Otó(cid:298) raz, kiedy wielka mgła opadła, znalazłem si(cid:266) w Anglii, wesoły, w(cid:266)drowny promyk. Tam spotkałem Anglika, który miał dobr(cid:261) twarz i wesoł(cid:261) brod(cid:266). Podobał mi si(cid:266), wi(cid:266)c przez jego oczy wszedłem w jego dusz(cid:266). Stało si(cid:266) co(cid:286) niesłychanego. Ten człowiek stał si(cid:266) tak dobry, tak cudownie dobry, jak gdyby nigdy nie był Anglikiem. Mówił tak słodko, (cid:298)e ludzie, (cid:298)e nawet Anglicy mieli łzy w oczach. Ja to sprawiłem! – Któ(cid:298) to był taki? – Ju(cid:298) umarł! Nazywał si(cid:266) Karol Źickens. Umiał rozmawiać nawet ze (cid:286)wierszczem, nawet z imbrykiem pełnym wody. Ogromnie go lubiłem. – Przyznaj(cid:266), (cid:298)e pi(cid:266)knie uczyniłe(cid:286). – Bardziej jeszcze lubiłem jednak innego człowieka. Pochodził on z twojego kraju. Kochałem jego, a on kochał mnie. Ogrzałem ka(cid:298)de jego słowo tak, (cid:298)e ka(cid:298)de było do mnie podobne. O, jak cudowne serce miał ten człowiek! W duszy jego miałem gniazdko, jak ptak. – Mów, mów... jak si(cid:266) nazywał? – Bolesław Prus... Có(cid:298) to, u(cid:286)miechn(cid:261)łe(cid:286) si(cid:266) z rozrzewnieniem? – Wszystko jedno... Znałe(cid:286) jeszcze kogo(cid:286) podobnego? 8 – O, wielu, wielu znałem takich ludzi. Ale tych dwóch najbardziej chyba lubiłem. Ach! Przypominam sobie... Jeszcze jednego kochałem. Pisał ksi(cid:261)(cid:298)ki. Ja siadywałem mu wtedy na czole albo na oczach, albo na jego ramieniu i po obsadce pióra spływałem na papier. On si(cid:266) u(cid:286)miechał i piórem rozprowadzał mnie po białych karteczkach. Jak to on si(cid:266) nazywał? Aha! źdmund Amicis... Tak, tak si(cid:266) nazywał. – Amicis!... I on ci(cid:266) kochał? – Bardzo! – I to ty pisałe(cid:286) z nim te ksi(cid:261)(cid:298)ki? – Ja nie, ja nie umiem. Ja tylko czyniłem jasno(cid:286)ć dookoła albo ich zm(cid:266)czone i smutne oczy ocierałem łagodnie, aby nie było na nich smutnego spojrzenia. Nie potrzeba przecie, aby wszyscy byli smutni i pełni goryczy. Pewnie, (cid:298)e tacy musz(cid:261) być, co si(cid:266) gryz(cid:261) w sercach, bo musz(cid:261) walczyć z tym, co jest dla nich najstraszniejsze, z czarn(cid:261) noc(cid:261). To s(cid:261) niezmiernie wielcy ludzie. Wszyscy jednak tacy być nie mog(cid:261). Wi(cid:266)cej potrzeba takich, co nauczaj(cid:261) słodkiej miło(cid:286)ci, co w dłonie umiej(cid:261) nabrać blasku, jak ró(cid:298)anej wody, i nios(cid:261) potem to złoto cudowne, i rozdzielaj(cid:261) mi(cid:266)dzy najbiedniejszych. Ludzie s(cid:261) jak ta wyn(cid:266)dzniała, zzi(cid:266)bni(cid:266)ta i (cid:286)lepa dziewczynka, której ja darowałem wielki dla niej skarb – u(cid:286)miech. Trzeba ich pocieszyć i ogrzać serca. Czy przyznajesz mi słuszno(cid:286)ć? – Zastanowi(cid:266) si(cid:266)... – I ju(cid:298) mnie nie odp(cid:266)dzasz? – Prawd(cid:266) mówi(cid:261)c, to jeste(cid:286) stworzeniem wcale miłym i zabawnym. Wi(cid:266)c tak bardzo nie znosisz goryczy? – Umieram, gdy si(cid:266) znajd(cid:266) w jej pobli(cid:298)u. – Łatwo tedy mo(cid:298)esz umrzeć, gdy(cid:298) moje serce jest pełne goryczy. – Nie! ja przecie(cid:298) widz(cid:266) twoje serce. – Och! i my(cid:286)lisz, (cid:298)e kłami(cid:266)? – Nie kłamiesz, lecz si(cid:266) łudzisz. Twoje serce jest pełne miło(cid:286)ci. – Ach, banialuki!... – Nie! to prawda. Spójrz w swoje serce. Patrzysz? – Patrz(cid:266)... – Oto jest pełne miło(cid:286)ci dla nieszcz(cid:266)(cid:286)liwych. Rozrzewnione jest i smutne, ale dobrym, łaskawym smutkiem, (cid:298)e jest takie biedne, ciche i pokorne i nie mo(cid:298)e niedoli ludzkiej dać wi(cid:266)cej ni(cid:298) wszystko, co w nim jest, nic wi(cid:266)cej prócz u(cid:286)miechu. Widzisz?... – Na Boga, nie widz(cid:266) nic... – Ach, tak! Nie mo(cid:298)esz widzieć, bo ci zwilgotniały oczy... To dobrze! Zaraz z nich spłynie 9 wszystka czarno(cid:286)ć i wszystek mrok. Ty nie jeste(cid:286) złym człowiekiem. – Nie! nie! – Jak(cid:298)e si(cid:266) ciesz(cid:266)!... Có(cid:298) to? Ju(cid:298) masz oczy jasne? U(cid:286)miechasz si(cid:266)? – Cicho, cicho, promyku! – Kocham ci(cid:266) za to... O, gdyby(cid:286) wiedział, toby(cid:286) nawet udawał u(cid:286)miech, aby im ul(cid:298)yć. – Czy mo(cid:298)na ul(cid:298)yć n(cid:266)dzy u(cid:286)miechem? – Tak, u(cid:286)miechem pełnym tak słodkiej miło(cid:286)ci, aby była słodsz(cid:261) ni(cid:298) chleb. N(cid:266)dza i cierpienie jest najwi(cid:266)ksz(cid:261) zbrodni(cid:261) (cid:286)wiata i czym(cid:286) tak straszliwym, (cid:298)e Bóg posmutniał. – A ludzie? – Ludzie wymy(cid:286)lili drug(cid:261) ha(cid:276)b(cid:266)Ś dobroczynno(cid:286)ć. Rzuca si(cid:266) k(cid:266)s sple(cid:286)niałego chleba i chce si(cid:266) za to i(cid:286)ć do nieba. Wi(cid:266)c wszystko na (cid:286)wiecie prócz ludzi chce pocieszyć nieszcz(cid:266)(cid:286)liwychŚ sło(cid:276)ce, ksi(cid:266)(cid:298)yc, wiatr, las i morześ gwiazda i kwiat, i ja, promie(cid:276) zabł(cid:261)kany w(cid:286)ród rozpaczy. – Có(cid:298) mog(cid:266) ja, człowiek? – Mało, wiem, (cid:298)e mało. Mo(cid:298)esz jednak uczynić, co ja czyni(cid:266). Niewiele to, prawie nic, ale wi(cid:266)ksz(cid:261) jest ofiara pokornego serca ni(cid:298) złota ofiara bogacza. Mo(cid:298)esz i(cid:286)ć moj(cid:261) drog(cid:261), tu i tam, i wsz(cid:266)dzie. – I choćby(cid:286) miał w duszy tysi(cid:261)c zgryzot, a w sercu morze łez, znajd(cid:296) jednak na jego dnie u(cid:286)miech. Poło(cid:298)ysz go na spłakanych oczach, a u(cid:286)miechn(cid:261) si(cid:266). Poło(cid:298)ysz go na ustach spragnionych, a wyda si(cid:266) im jak kropla rosy. Poło(cid:298)ysz go na serce zzi(cid:266)bni(cid:266)te i ogrzejesz je. Poka(cid:298)esz go duszy udr(cid:266)czonej, a ona na moment jeden zapomni o udr(cid:266)czeniu. U(cid:286)miechem miło(cid:286)ci zapełnisz noc bezsenn(cid:261) i pełn(cid:261) zgryzoty, zetrzesz nim z warg ludzkich słowo przekle(cid:276)stwa. U(cid:286)miech jest wielkim szcz(cid:266)(cid:286)ciem ludzi bardzo biednych, którzy sami ju(cid:298) go w sobie nie znajd(cid:261). U(cid:286)miech jest złotym dzieckiem miło(cid:286)ci, a oni maj(cid:261) serca wyschni(cid:266)te, ju(cid:298) bez miło(cid:286)ci. Trzeba im j(cid:261) przypomnieć. – Słowa moje s(cid:261) bez siły... – A có(cid:298)e(cid:286) ty, człeczyno mizerny, my(cid:286)lał, (cid:298)e tak potrafisz, jak tamci, o których ci mówiłem? Nie zdołasz... Znasz jednak drog(cid:266), któr(cid:261) szli? – Wiem, od serca do serca. – Tak, nie najgorzej pomy(cid:286)lałe(cid:286). Wi(cid:266)c mów, jak potrafisz... – Ale o czym? – O czym? O wszystkim! Miło(cid:286)ć jest wsz(cid:266)dzie i we wszystkim. U(cid:286)miech lata jak ja, 10 promie(cid:276) słoneczny. A serca ludzkie s(cid:261) niepoliczone. Opowiadaj bajki tym, których nawet bajka, sieroca, biedna bajka odbiegła, przeraziwszy si(cid:266) naszczekiwania złego psa zgryzoty. Lecz tylko całym sercem, cał(cid:261) dusz(cid:261) kochaj wszystko biedne i t(cid:261) miło(cid:286)ci(cid:261) napełnij tak słowa swoje, aby były jak pszczoły, słodycz(cid:261) obarczone. I ka(cid:296) im lecieć, jak pszczołom, na wszystkie strony (cid:286)wiata... – Nie potrafi(cid:266), boj(cid:266) si(cid:266)... – Ach, człowieku utrapiony! Płakać potrafi z was ka(cid:298)dy, tylko (cid:286)miać si(cid:266) nie potrafi! – Ja ju(cid:298) próbowałem. – I nie udało si(cid:266). To nie był u(cid:286)miech, lecz konwulsja. Teraz ja ci pomog(cid:266)... Widzisz mnie? – Widz(cid:266)... – Oto przebiegam karty twego papieru. Słyszysz, jak szeleszcz(cid:261)? – Słysz(cid:266)... – Teraz spłyn(cid:261)łem na twoj(cid:261) r(cid:266)k(cid:266)... Teraz wy(cid:298)ej... wy(cid:298)ej... – żdzie jeste(cid:286)? – Na oczach twoich. Co widzisz? – Widz(cid:266) złote koła wiruj(cid:261)ce... – Co jeszcze? co jeszcze? – Widz(cid:266) miliony ludzkich oczu, które patrz(cid:261) w pustk(cid:266) albo s(cid:261) pełne łez. – Co jeszcze? co jeszcze? – Widz(cid:266) głód, który k(cid:261)sa, i (cid:286)mierć, która zabija. Na pomoc, na pomoc! – Nie, ty ich ocalisz... Spływam z oczu twoich, boby(cid:286) si(cid:266) przeraził. – żdzie jeste(cid:286), promieniu? – Co czujesz, człowieku? – Czuj(cid:266) słodycz w moim sercu i tkliwo(cid:286)ć tak rzewn(cid:261), (cid:298)e jestem jak dziecko. żdzie jeste(cid:286)? – Jestem w sercu twoim... I ju(cid:298) ci(cid:266) nie opuszcz(cid:266)... Teraz pisz, bo zmrok zapada. Pisz o ka(cid:298)dym pyłku nawet, bo wielka miło(cid:286)ć pyłek w (cid:286)wiat zamieni. Młodo(cid:286)ć jest pyłkiem sło(cid:276)ca... O niej pisz, o niej... 11 Rozdział drugi CIEL(cid:265)CY (cid:297)YWOT Czytałem gdzie(cid:286) o takim jednym, co (cid:298)ycie miał tak ci(cid:266)(cid:298)kie, (cid:298)e wolał umrzeć zaraz po urodzeniu. Nie miałem nigdy zdolno(cid:286)ci widzenia rzeczy przyszłych, bo urodziwszy si(cid:266), zamy(cid:286)liłem si(cid:266) gł(cid:266)boko, wreszcie, machn(cid:261)wszy r(cid:266)k(cid:261), postanowiłem (cid:298)yć dalej. Teraz dopiero widz(cid:266), (cid:298)e był to z mojej strony pomysł do(cid:286)ć niefortunny. Tego samego zdania musz(cid:261) być nieszcz(cid:266)(cid:286)liwi czytelnicy moich ksi(cid:261)(cid:298)ek. Tajemne pot(cid:266)gi jednak(cid:298)e, które widz(cid:261) przyszło(cid:286)ć i znaj(cid:261) zakryte losy przeznacze(cid:276), ujrzawszy mnie na (cid:286)wiecie, zadr(cid:298)ały. One jedne wiedziały, (cid:298)e si(cid:266) narodził potwór. Uczciwe te pot(cid:266)gi widocznie chciały mnie odwie(cid:286)ć od nierozumnego zamiaru kontynuacji (cid:298)ycia i próbowały mnie przerazić. W tym celu niedługo po moim urodzeniu spaliło si(cid:266) małe miasto, w którym si(cid:266) zjawiłem z niebytu. Paliło si(cid:266) ono przez kilka dni, co na mnie najmniejszego nie uczyniło wra(cid:298)enia, o po(cid:298)arze tym bowiem dowiedziałem si(cid:266) dopiero w kilka lat pó(cid:296)niej, co ju(cid:298) było poniek(cid:261)d bezprzedmiotowe. Natura jednak i jej utajone moce, wci(cid:261)(cid:298) patrz(cid:261)ce na mnie zezem, niech(cid:266)tnym i złym wzrokiem, wznowiły swoje wysiłki, aby mnie przerazić rozp(cid:266)tanym (cid:298)ywiołem. Rodzinne moje miasto stało, raczej waliło si(cid:266), nad bystr(cid:261) górsk(cid:261) rzek(cid:261), która, przez owe ciemne pot(cid:266)gi podszczuta, raz w raz ka(cid:298)dej jesieni i ka(cid:298)dej wiosny wylewała straszliwie. Rzeka niosła domy i sterty, belki i krowy, i najrozmaitszy sprz(cid:266)t biednym ludziom potrzebny do (cid:298)ycia. Patrz(cid:261)c na to rozp(cid:266)tane szale(cid:276)stwo wody, ka(cid:298)dy człowiek powinien zadr(cid:298)eć w sercu nieul(cid:266)kłym. Przypuszczam, (cid:298)e ten cały rwetes i cała ta w(cid:286)ciekła parada miała przede wszystkim na celu wywołanie piekielnego strachu w mojej duszy, o której natura wiedziała, (cid:298)e wyro(cid:286)nie na potwora pisz(cid:261)cego wiersze. Pot(cid:266)(cid:298)ne te pomysły stale chybiały celu. Nie było bowiem wówczas dla mnie i dla moich przyjaciół, z których najstarszy – herszt, miał lat dziesi(cid:266)ć, wi(cid:266)kszej i wspanialszej zabawy jak taka wielka powód(cid:296). Bo(cid:298)e drogi! żdzie(cid:286) co(cid:286) daleko ryczy, w(cid:286)cieka si(cid:266), pieni i burzyś oszalała rzeka chwyta r(cid:266)koma i z(cid:266)bami filary mostu, trz(cid:266)sie nimi, podwa(cid:298)a je, wykr(cid:266)ca, wreszcie z wrzaskiem 12 radosnym lub z głuchym bulgotem zadowolenia łamie je lub wywa(cid:298)a, most p(cid:266)ka w stosie pacierzowym, dr(cid:298)y z bólu, trzeszczy rozpaczliwie z m(cid:266)ki, trzyma si(cid:266) kurczowo drewnianymi łapami brzegów, wreszcie zaczyna mu brakn(cid:261)ć sił, omdlewa, a(cid:298) si(cid:266) bezsilny wali na fale. Czy(cid:298) to nie pi(cid:266)kne? A czy to nie (cid:286)mieszne, kiedy ludzie brodz(cid:261) po ulicach jak kaczki, a w domach nie opodal od rzeki stoj(cid:261)cych mogłe(cid:286) w pokoju, usiadłszy na komodzie, łowić ryby, jak żaweł? W razie takiej wielkiej powodzi nie było mowy o chodzeniu przez par(cid:266) dni do szkoły, wskutek czego słusznie uwa(cid:298)ali(cid:286)my powód(cid:296) za jedno z lepszych boskich błogosławie(cid:276)stw. Inne te(cid:298) bowiem, równie wspaniałe, były z takiej powodzi korzy(cid:286)ci. Po opadni(cid:266)ciu wód mo(cid:298)na było w zagajnikach nad rzek(cid:261) nachodzić rzeczy niebywałe i zdumiewaj(cid:261)ce, Bóg wie, sk(cid:261)d przyniesioneŚ utopion(cid:261) kur(cid:266), kołysk(cid:266), w której le(cid:298)ał pies, złamane krzesło albo pust(cid:261) beczk(cid:266). Wszystkie te przedmioty nadawały si(cid:266) cudownie do umeblowania srogiego india(cid:276)skiego obozu, były to bowiem gro(cid:296)ne czasy Ducha puszczy. Pływaj(cid:261)cej wyspy albo Doliny bez wyj(cid:286)cia. W ł(cid:266)gach nadrzecznych, sk(cid:261)panych w sło(cid:276)cu, było wiele obozów india(cid:276)skich, rozmaite za(cid:286) szczepy wiodły z sob(cid:261) walki srogie i pełne przemy(cid:286)lnych podst(cid:266)pów. Najbardziej krwawym był jeden straszny chłopiec, który si(cid:266) po cywilnemu nazywał Staszek, a kiedy wst(cid:261)pił na (cid:286)cie(cid:298)ki wojenne, zwał si(cid:266) „Krwawy Byk”. Obóz jego plemienia mie(cid:286)cił si(cid:266) w „grocie”, która była gł(cid:266)bok(cid:261) jam(cid:261) po wykopanej glinie, plemi(cid:266) za(cid:286) składało si(cid:266) poza wodzem z siedmiu drabów dziesi(cid:266)cioletnichś była to banda Komanczów, bardzo krwawa i bezczelna. Wódz ich zrobił na tej godno(cid:286)ci olbrzymi maj(cid:261)tek, bo samych stalówek miał z rozboju kilka tuzinów, poza tym brał ka(cid:298)dy łupŚ scyzoryki, ołówki, bułk(cid:266) z masłem albo jabłko. Najbli(cid:298)sze plemiona, szczepy tchórzliwe, o sercach jelenich, haniebnie mu si(cid:266) opłacały za spokój i nieprzeszkadzanie w wielkich wojnach, dalsze jednak próbowały buntu i walki. Krwawy Byk dyszał zemst(cid:261) i zapowiadał wyr(cid:298)ni(cid:266)cie do ostatniej nogi szczepów wojowniczych. W jednym takim szczepie niepodległym byłem jaś nie odznaczałem si(cid:266) wprawdzie zbytnim zapałem do walki, lecz uchodziłem za znawc(cid:266) wszystkich zwyczajów india(cid:276)skich i j(cid:266)zyka. Bóg (cid:286)wiadkiem, (cid:298)e szczep mój nie chciał wojny. Wodzem naszym był dobry chłopczyna, ale bardzo zezowaty i bardzo piegowaty, wskutek czego łatwo osi(cid:261)gn(cid:261)ł godno(cid:286)ć wodza. Takiej g(cid:266)by przera(cid:296)liwej nie mo(cid:298)na było chyba znale(cid:296)ć w(cid:286)ród prawowitych Indian. Bez dekoracyjnego aparatu wodza chłopiec ten mógł swoj(cid:261) twarz(cid:261) przestraszyć niejednego, có(cid:298) dopiero kiedy nało(cid:298)ył na rozmierzwiony łeb papierow(cid:261) obr(cid:266)cz, nadzian(cid:261) kogucimi piórami, a w dło(cid:276) uj(cid:261)ł straszliwy tomahawek drewniany, ale oblepiony srebrnym papierem i popstrzony 13 plamami czerwonego atramentu, co oznaczało krew „bladych twarzy”! Ha! Straszliwie wygl(cid:261)dał ten wódz, kiedy zatoczył zezowatym wzrokiem! Najodwa(cid:298)niejszym robiło si(cid:266) zimno. Całe szcz(cid:266)(cid:286)cie, (cid:298)e kiedy który z poddanych czymkolwiek si(cid:266) zniecierpliwił i podniósł si(cid:266) do or(cid:266)(cid:298)nej rozprawy z wodzem, wódz zmiatał jak jele(cid:276) i ju(cid:298) nie był straszny, bo z tyłu nie miał oczu. Mo(cid:298)e dlatego zwał si(cid:266) „Jele(cid:276) R(cid:261)czy”. Za ciasno było w chaszczach nad rzek(cid:261) dla dwóch takich znakomito(cid:286)ci, jak piegowaty Jele(cid:276) i jak Krwawy Byk, którego serce niezno(cid:286)nie bolało, (cid:298)e nie ma takich piegów i musi twarz, chc(cid:261)c j(cid:261) uczynić dzik(cid:261), smarować glin(cid:261) albo sadz(cid:261), co trzeba było zmywać w chwili powrotu do domu i do cywilizacji. St(cid:261)d zapewne pochodziła ta gł(cid:266)boka nienawi(cid:286)ć do naszego poczciwego wodza, którego(cid:286)my bardzo zreszt(cid:261) kochali, bo w(cid:286)ród wszystkich szczepów, (cid:286)ci(cid:286)lej i niepoetycznie mówi(cid:261)c, w całej szkole nikt tak cudownie nie umiał podpowiadać, jak Jele(cid:276) R(cid:261)czy. To był prawdziwy Indianin! Nie poruszał ustami, a wszystko słyszałe(cid:286). Musiał mieć jakie(cid:286) niezwykłe urz(cid:261)dzenie w brzuchu. Przychodzi raz do niego Indianin z jakiego(cid:286) pokrewnego szczepu i powiadaŚ – Antek! masz stracha? – Albo co? – Ja co(cid:286) wiem, ale nie powiem. – To po co mówisz? – Bo mi ci(cid:266) (cid:298)al... Jele(cid:276) R(cid:261)czy pobladł. Tylko sokole, bystre oko mogło w(cid:286)ród jego piegów dojrzeć oznaki blado(cid:286)ci. – Jak nie powiesz, to ci(cid:266) Pan Bóg pokarze. – A dasz słowo, (cid:298)e nie powiesz, (cid:298)e to ja? – Źaj(cid:266) słowo! – Honorowe? – Potrójne! i jak Boga kocham, (cid:298)e nie powiem. Skupili(cid:286)my si(cid:266) wszyscy, bo powiało tajemnic(cid:261). – To ci powiemŚ Staszek chce ci(cid:266) zakatrupić! – Jaki Staszek? – Krwawy Byk! (cid:285)mierć za(cid:286)miała si(cid:266) głucho, tak (cid:298)e po nas poszedł dreszcz. – Sk(cid:261)d wiesz? – Bo my(cid:286)my podsłuchali ich narad(cid:266). Staszek chce ci(cid:266) wzi(cid:261)ć do niewoli i zdj(cid:261)ć z ciebie skalp. 14 – Nieprawda! – Jak Boga mego kocham! My(cid:286)my słyszeli, jak on przysi(cid:266)gał na cienie ojca i na Wielkiego Źucha! – Na Wielkiego Źucha te(cid:298)? – Tak! Masz pietra? – Ja si(cid:266) nikogo nie boj(cid:266)! – szcz(cid:266)kn(cid:261)ł z(cid:266)bami Jele(cid:276) R(cid:261)czy. – Nie gadaj! Bo ja bym si(cid:266) bał... Ten Staszek jest morowy, on nie przysi(cid:266)ga tak sobie, z łaski na pociech(cid:266). Ty si(cid:266) pilnuj! Zrobiło si(cid:266) cicho, gdy(cid:298) zdradzone gro(cid:296)by Krwawego Byka były nalane krwi(cid:261). Na lekcji w klasie nastrój był ponury, wielka tajemnica bowiem stała si(cid:266) ju(cid:298) publiczn(cid:261) i wszystkie serca były pełne zgrozy. Wiedzieli(cid:286)my, (cid:298)e z Bykiem Krwawym (cid:298)artów nie maś był to dryblas ogromny, silny i miał długie, małpie r(cid:266)ce, do tego za(cid:286) ojciec jego był krawcem. Trudno odgadn(cid:261)ć, dlaczego zaj(cid:266)cie jego ojca miało znaczenie dla wielkiej sprawy, faktem jest jednak, (cid:298)e i ono wniosło nieco niepokoju do naszych rozwa(cid:298)a(cid:276). Niezbadany jest bowiem tajemny splot zdarze(cid:276). Rozpocz(cid:266)ły si(cid:266) knowania, szelesty i szmery. W naszym wodzu ujrzeli(cid:286)my zupełny upadek piegowatego ducha, co zapowiadało nieszcz(cid:266)(cid:286)cie. Był to chłopczyna serdecznie dobry i straszny n(cid:266)dzarzś (cid:298)ywił si(cid:266), wła(cid:286)ciwie (cid:298)ywili go, suchym chlebem i zup(cid:261) z czosnkiem bez (cid:298)adnej okrasy i tylko w jakie(cid:286) wielkie (cid:286)wi(cid:266)to dostawał od przyjaciół bułk(cid:266), nasmarowan(cid:261) masłem, za genialne podpowiadanie. Bułki tej sam nie zjadał, bo połow(cid:266) odnosił swojej młodszej siostrze, miłemu stworzeniu, co maj(cid:261)c siedem lat nosiła wod(cid:266) ze studni, prała parcian(cid:261) bielizn(cid:266) i szorowała wyłupiast(cid:261), wzd(cid:266)t(cid:261) od wilgoci podłog(cid:266) w nieszcz(cid:266)snej izdebce. W szkole małego miasteczka wszyscy znaj(cid:261) wszystkich i wszystko o sobie wiedz(cid:261)ś w dobrych, chłopi(cid:266)cych sercach ten chłopak budził rozrzewnienie nie(cid:286)wiadome. Zapowied(cid:296) srogiego nieszcz(cid:266)(cid:286)cia, co teraz nad nim zawisło, wielkie tedy uczyniła wra(cid:298)enie. Jele(cid:276) R(cid:261)czy nie jest zdolny do walki i sko(cid:276)czy si(cid:266) ona dla niego sromotnie, podbiciem oka, rozbitym nosem lub czym(cid:286) podobnym takim, co jednak było drobiazgiem wobec ha(cid:276)by, która mogła spa(cid:286)ć na cały nasz szczep, na cał(cid:261) nasz(cid:261) klas(cid:266), na której nie było zmazy i w której nikt nie znał trwogi – to znaczy, nie znał trwogi przed byle Bykiem Krwawym – mowa jest bowiem o trwodze obra(cid:298)aj(cid:261)cej poczucie honoru, a nie ma mowy o trwodze, rzec mo(cid:298)na, zawodowej i sercu ludzkiemu przyrodzonej, przed gi(cid:266)tk(cid:261) trzcin(cid:261) w domu i w szkole. Tego mo(cid:298)e si(cid:266) bać bez obrazy honoru sam Bonaparte. Źaremn(cid:261) jest walka człowieka przeciwko kamiennej, serca pozbawionej tradycji, która z bohaterskiego ducha czyni niewolnika i czasem odwraca bohatera odwrotn(cid:261) stron(cid:261) jego walecznego medalu, 15 przegina go na kolanie i w gwałtownym rytmie poniewiera jego człowiecze(cid:276)stwo, które – oburzone do gł(cid:266)bi – wrzeszczy i wymachuje nogami. W tym wypadku szło o honor ludzi wolnych, którzy nie mogli pozwolić, aby ich wodza, wybranego za wspóln(cid:261) zgod(cid:261), niegodziwie pobito. Wolny duch krzykn(cid:261)ł w nasŚ nie pozwalam! Byli(cid:286)my rycerscy i wspaniali. Łatwo jednak krzykn(cid:261)ćŚ nie pozwalam! – ale jak nie pozwolić? Zadumały si(cid:266) przel(cid:266)kłe nasze dusze i weszły w siebie, wszedłszy za(cid:286), ujrzały bezradnych matołów, nie wiedz(cid:261)cych, co czynić. Instynkt samozachowawczy, nieu(cid:286)wiadomiony i wcale rozgarni(cid:266)ty dyplomata, podszepn(cid:261)ł nam to, co zazwyczaj podszeptuje wielkim m(cid:266)(cid:298)om stanuŚ zwi(cid:261)zki i alianse zaczepno-odporne. Krwawemu Bykowi nie damy rady osobno, ale przecie(cid:298) mu damy rad(cid:266) razem. Najwi(cid:266)kszy b(cid:266)cwał poj(cid:261)ł to w lot i nie szcz(cid:266)dził ofiar, aby nasz grecki partykularyzm zwi(cid:261)zać w chwili niebezpiecze(cid:276)stwa w pot(cid:266)g(cid:266) zwyci(cid:266)sk(cid:261). Polityka nasza owych czasów dlatego jeszcze przypominała polityk(cid:266) europejsk(cid:261), (cid:298)e za przymierza słono trzeba było płacić. Nie my(cid:286)l(cid:266), (cid:298)eby mocarstwa brały z nas wzory pod tym wzgl(cid:266)dem, widocznie jednak ju(cid:298) w małych chłopi(cid:266)tach kiełkuj(cid:261) polityczne zdolno(cid:286)ci i brak złudze(cid:276) idealistycznych w tych sprawach jest zupełny. Po rozejrzeniu si(cid:266) w(cid:286)ród india(cid:276)skich pot(cid:266)g, buszuj(cid:261)cych ka(cid:298)dego popołudnia w(cid:286)ród nadrzecznych ł(cid:266)gów, wybrali(cid:286)my cztery szczepy w ł(cid:261)cznej sile pi(cid:266)tnastu chłopa, razem z wodzami i synami wodzów, bo i takie urz(cid:266)dy te(cid:298) istniały. Jeden z wodzów miał wspaniały łuk i trzy strzały, bardzo pierzaste i dziko furcz(cid:261)ce w locie, który po(cid:298)erał czasem odległo(cid:286)ć pi(cid:266)ciu kroków. Wiadomo za(cid:286), (cid:298)e z takiej odległo(cid:286)ci, przy dobrych ch(cid:266)ciach strzelaj(cid:261)cego i przy równie wielkiej i (cid:298)yczliwej uprzejmo(cid:286)ci przeciwnika, który chce być zastrzelonym, mo(cid:298)na go trafić nawet w oko. Źrugi z wodzów posiadał szczególn(cid:261) bro(cid:276), (cid:286)ci(cid:261)gni(cid:266)te z domu – obc(cid:266)gi. Przyznaj(cid:266), (cid:298)e na pozór nie jest to bro(cid:276) efektowna, jak armata na przykład, i zły wojownik nie wiedziałby zgoła, co pocz(cid:261)ć w starciu z obc(cid:266)gami. Nie było jednak(cid:298)e w(cid:286)ród nas złych wojowników, lecz Bayardy i Bonapartowie. Wiedzieli(cid:286)my, (cid:298)e w walce nale(cid:298)y być lwem, ale trzeba czasem być lisem. O! Znali(cid:286)my dobrze Powrót Ulissesa do Itaki, cudown(cid:261) opowie(cid:286)ć z obrazkami. Źla przemy(cid:286)lnego wojownika obc(cid:266)gi s(cid:261) broni(cid:261) okropn(cid:261) i straszliw(cid:261), bo pomy(cid:286)leć tylko, co si(cid:266) dzieje z wrogiem, je(cid:286)li rycerz, uzbrojony w obc(cid:266)gi, zajdzie go z tyłu i jak rak chwyci jego łydk(cid:266) w kleszcze? Wróg drze si(cid:266) jak op(cid:266)tany i zdumiony nieznanym sposobem wojowania, haniebnie si(cid:266) poddaje. Obc(cid:266)gami mo(cid:298)na by te(cid:298) wyrwać wrogowi wszystkie z(cid:266)by po kolei, gdyby był tak uprzejmy i stał spokojnie przez godzin(cid:266) z otwart(cid:261) paszcz(cid:261). Mówi(cid:266) „paszcz(cid:261)” – bo rzecz jest o wojnie. Źwaj inni wodzowie zaprzyja(cid:296)nionych szczepów były to zwyczajne łapserdaki, którzy mieli, tak jak i my, tomahawki z drzewa, lwy jednak mieszkały w ich sercach. Nie to jednak 16 skłoniło nas do zawarcia z nimi przymierza na (cid:286)mierć i (cid:298)ycie, lecz wzgl(cid:266)dy nierównie gł(cid:266)bsze. Źo zwyci(cid:266)(cid:298)enia wroga potrzeba nam było nie tylko brutalnej pomocy, o któr(cid:261) łatwo, przede wszystkim jednak trzeba nam było siły moralnej, pot(cid:266)(cid:298)nego zewu, głosu pioruna, na którego głos serca rw(cid:261) si(cid:266) w piersi z okrzykiemŚ „(cid:285)mierć lub zwyci(cid:266)stwo!” Oto jeden z wodzów miał taki piorun, miał taki przyrz(cid:261)d, takie narz(cid:266)dzie zaczarowane, na którego głos blednie (cid:286)mierć, a zwyci(cid:266)stwo przybiega z okrzykiem. Wódz ten, zwany „Ponury żrzmot”, był synem miejskiego policjanta, ten za(cid:286) policjant miał b(cid:266)ben, który czasem grzmiał na rynku, jak salwa piorunów podczas wielkiej burzyś na jego głos zbiegali si(cid:266) przera(cid:298)eni ludzie, a policjant wytłukłszy palcatami wspaniałe to muzyckie narz(cid:266)dzie, uciszał je, po czym wykrzykiwał w imieniu miasta, (cid:298)e pan burmistrz kazał, aby jutro wszystkie (cid:286)winie w mie(cid:286)cie były zamkni(cid:266)te, a nie wał(cid:266)sały si(cid:266) po ulicach, bo przyje(cid:298)d(cid:298)a do miasta generał, wi(cid:266)c aby wstydu nie było, bo takie (cid:286)cierwo, co nakazu nie uszanuje, pójdzie do ciemnicy na dwie doby. Policjant ten to był Stentor, to był dono(cid:286)ny herold miasta, a jego b(cid:266)ben szerzył poszanowanie i nieomal trwog(cid:266). Źrugi b(cid:266)ben, jego syn, zabierał mu czasem b(cid:266)ben urz(cid:266)dowy i przynosił go do nas, do chaszczów nad rzek(cid:266). Wtedy si(cid:266) odbywał s(cid:261)d ostateczny, gdy(cid:298) ka(cid:298)dy chciał b(cid:266)bnić, a sztuka polegała na tym, kto to uczyni najdono(cid:286)niej. Na trzy mile wkoło ucichały przera(cid:298)one wszystkie ptaki, ryby zdenerwowane ciskały si(cid:266) w rzece jak szalone, chrab(cid:261)szcze spadały z drzew, (cid:286)wi(cid:266)ci Pa(cid:276)scy wygl(cid:261)dali z nieba, zatykaj(cid:261)c uszy, ze zgrozy pobladli, a drzewa szumiały w trwodze, nie mog(cid:261)c uciec. Tylko nasze dusze, pełne piekielnej wrzawy, nurzały si(cid:266) w niej, pływały po niej jak po topieli. Wrogowie z innych szczepów zjawiali si(cid:266) na widnokr(cid:266)gu trwo(cid:298)ni i płochliwi, lecz zahipnotyzowani pot(cid:266)g(cid:261) grzmotu, przychodzili a(cid:298) do jego (cid:296)ródła, oczarowani. Ten to b(cid:266)ben pot(cid:266)(cid:298)ny, dziwo (cid:286)wiata, grzmot miasta, jego krzycz(cid:261)ce sumienie, wła(cid:286)ciwa jego władza, bo burmistrza nikt si(cid:266) nie bał – został naszym sprzymierze(cid:276)cem. Kto miał ten grzmot w r(cid:266)kach, ten mógł być pewnym zwyci(cid:266)stwa. Nie mo(cid:298)na pogn(cid:266)bić Jowisza rycz(cid:261)cego grzmotem, a w r(cid:266)ku (cid:286)ciskaj(cid:261)cego pioruny. Wiele nas to kosztowało. Sojusznik nie był głupi i znał czarodziejstwo tego instrumentu, przypinaj(cid:261)cego duszom skrzydła i daj(cid:261)cego hart sercomś jak polityk wytrawny, godził si(cid:266) na przymierze odporne, a słuchać nie chciał o zaczepnym, dyplomacja za(cid:286) nasza zd(cid:261)(cid:298)ała m(cid:261)drze i słusznie do natychmiastowej zaczepnej wojny, aby wrogowi nie dać czasu na mobilizacj(cid:266) i przygotowanie materiału wojennego. Chodziły bowiem głuche wie(cid:286)ci, (cid:298)e Krwawy Byk ma znajomego z drugiej klasy gimnazjum, który ma stary pistoletś je(cid:286)liby mu si(cid:266) udało zawrzeć z nim przymierze, byliby(cid:286)my zgubieni. Jeden wystrzał rozp(cid:266)dzić by potrafił cał(cid:261) nasz(cid:261) szkoł(cid:266)ś liczyli(cid:286)my tylko na to, (cid:298)e Krwawy Byk b(cid:266)dzie si(cid:266) sam bał wystrzału i poci(cid:261)gni(cid:266)cia za cyngiel. 17 Mógł jednak strzelić i uciec. Wiedział o tym syn policjanta i bardzo si(cid:266) dro(cid:298)ył. Stan(cid:266)ło na tym, (cid:298)e zaprzysi(cid:261)gł pakt i zobowi(cid:261)zał si(cid:266) do wojny zaczepnej z ci(cid:261)głym warczeniem b(cid:266)bna, pod ci(cid:266)(cid:298)kimi jednak warunkamiŚ 1) wojna nie mogła odbyć si(cid:266) we czwartek, gdy(cid:298) tego dnia jest zawsze targ w mie(cid:286)cie i b(cid:266)ben urz(cid:266)duje wtedy z jego ojcemś 2) b(cid:266)bna nikt poza nim nie dostanie do r(cid:261)kś 3) b(cid:266)dzie na nim wybijał takt, jaki mu si(cid:266) podobaś 4) dostanie za to szesna(cid:286)cie stalówek, pi(cid:266)ć ołówków, dwa scyzoryki, dwie tabliczki czekolady i ksi(cid:261)(cid:298)k(cid:266) Puszcza wodna w lesieś jego wojownicy te(cid:298) zostan(cid:261) obdarowaniś 5) w razie wygrania wojny jeden z naszych wojowników nie ma prawa przeszkadzania mu w po(cid:286)lubieniu swojej siostry, która jest w pensjonacie i któr(cid:261) on uwielbia. Ci(cid:266)(cid:298)kie to były warunki, lecz trudno... Ostatni warunek, który był zapowiedzi(cid:261) brzydkiego mezaliansu, bo siostra owa była baronówn(cid:261), nieco nas zaskoczył, nie przypuszczali(cid:286)my bowiem, (cid:298)e si(cid:266) smarkacz ju(cid:298) chce (cid:298)enić, ale to ju(cid:298) jego sprawa prywatna. We wszystkich wielkich poci(cid:261)gni(cid:266)ciach politycznych czaj(cid:261) si(cid:266) takie historie prywatne. Wi(cid:266)cej nas bolały dwa scyzoryki ni(cid:298) baronówna, trzeba jednak było płacić. Bohaterski poryw szybko zgromadził okup za przyja(cid:296)(cid:276), wiedz(cid:261)c, (cid:298)e bez b(cid:266)bna nikt nie zwyci(cid:266)(cid:298)y. Wrzawa jest jednym z decyduj(cid:261)cych momentów w walce. (cid:297)ydy wojuj(cid:261)ce w Starym Testamencie zawsze bardzo krzyczały, a ju(cid:298) kto, jak kto, ale chyba (cid:297)ydy dobrze wiedz(cid:261), co robi(cid:261). Obóz nieprzyjacielski, zdrad(cid:266) knuj(cid:261)cy, niczego si(cid:266) nie domy(cid:286)lał. Krwawy Byk był pewny, (cid:298)e napadnie na nie przygotowanych, zbyt zreszt(cid:261) dufał w imi(cid:266) swoje i w groz(cid:266) budz(cid:261)c(cid:261) swoj(cid:261) sław(cid:266). Zdrajców w naszym obozie nie obawiali(cid:286)my si(cid:266) wcale, bo wszyscy przysi(cid:266)gli tajemnic(cid:266), co nie było wprawdzie murowan(cid:261) r(cid:266)kojmi(cid:261) pewno(cid:286)ci, lecz do aktu przysi(cid:266)gi dodano klauzul(cid:266) prywatn(cid:261), (cid:298)e zdrajca zostałby pobity przez wszystkie szczepy w sposób niepomiarkowany i na wieki wieków groz(cid:266) i przera(cid:298)enie budz(cid:261)cy. To było cokolwiek pewniejsze. O, Krwawy Byku! czarna nadchodzi na ciebie godzina. B(cid:266)dziesz niedługo miał (cid:298)al do matki swojej, (cid:298)e ci(cid:266) urodziła. Sam chciałe(cid:286) wojny, zły i przewrotny wodzu! Na wielkim zgromadzeniu narodów czerwonoskórych, które si(cid:266) odbyło we czwartek, ustalono plan wielkiej bitwy. Tomahawki wojny postanowiono odkopać w niedziel(cid:266), zaraz po mszy studenckiej, wszyscy bowiem Indianie byli bardzo pobo(cid:298)ni, a najweselszym było to, (cid:298)e na niedziel(cid:266) przypadała kolej słu(cid:298)enia do mszy na Krwawego Byka. B(cid:266)dzie przynajmniej jako tako przygotowany na (cid:286)mierć. 18 Było to w pocz(cid:261)tkach lipca, kiedy pachn(cid:261) lipy i z daleka czuć najsłodsz(cid:261) wo(cid:276) – wakacji. Wakacje pachn(cid:261) najpi(cid:266)kniej na (cid:286)wiecie. Źoro(cid:286)li ludzie dlatego s(cid:261) nieszcz(cid:266)(cid:286)liwi i zgorzkniali, bo nie chodz(cid:261) do szkoły i nie czekaj(cid:261) na wakacje. Źzie(cid:276) był cały ze złota, wykładany niebiesk(cid:261) emali(cid:261). Natura lubi takie dzikie paradoksyŚ w górze spokój bł(cid:266)kitny i u(cid:286)miechni(cid:266)ty Pan Bóg, strasznie w lipcu dobry, a na dole burza w sercach i ponure nasze miny, bez u(cid:286)miechu. Jeste(cid:286)my cisi i powa(cid:298)ni, bo sprawa jest ci(cid:266)(cid:298)ka. Termometr naszej odwagi podskoczył o par(cid:266) kresek, bo si(cid:266) do nas zgłosiło na ochotnika kilku wolontariuszów, a w(cid:286)ród nich jeden słynny awanturnik (cid:286)wiatowej sławy, bo ju(cid:298) raz uciekł z domu na Wyspy Robinsona, ale go złapali na nast(cid:266)pnej stacji. Robinsonad(cid:266) wybili mu z głowy drog(cid:261) okr(cid:266)(cid:298)na, przez plecy, została mu jednak nie(cid:286)miertelna sława, krzemie(cid:276) do krzesania ognia i długi sznur. Przedmioty te ofiarował naszej sprawie. Niech si(cid:266) wreszcie stanie, co si(cid:266) ma stać! Wojna! Wojna! Wojna! (cid:285)mierć i zniszczenie! (cid:285)mierć Krwawemu Bykowi! Zaszumiały gło(cid:286)no osiki, zawsze si(cid:266) zreszt(cid:261) czego(cid:286) boj(cid:261)ce. Z wrzaskiem, jakby si(cid:266) dławiła, porwała si(cid:266) z gał(cid:266)zi sroka. Komary bzykały jak karabinowe kule. (cid:285)piesznie szli(cid:286)my tam, gdzie obozowali(cid:286)my i gdzie w(cid:286)ród wojennego ta(cid:276)ca mieli(cid:286)my odkopać topór wojny. Miejsce to znajdowało si(cid:266) pod najgrubszym drzewem, w którym mieszkała sowa, wi(cid:266)c było ono tajemnicze i budziło zgroz(cid:266). Co to jest? Na drzewie wisiał wyci(cid:266)ty pajac z papieru, a pod nim przymocowana była kartka z kajetu z napisemŚ „Tak tu b(cid:266)dzie wisiał z rozpaczy R(cid:261)czy Jele(cid:276), bo mu zabrałem tomahawk i orle pióra. Całuj psa w nos!” PodpisanoŚ „Krwawy Byk, który si(cid:266) nikogo nie boi!” (cid:285)wiat nam zawirował w oczach, bo wi(cid:266)ksza obelga nie mogła spotkać wojownika. Zabrano nam (cid:286)wi(cid:266)te symbole wojny. Spojrzeli(cid:286)my na Jelenia R(cid:261)czego, Jele(cid:276) R(cid:261)czy płakał. Biedny chłopiec tak bardzo był przybity, (cid:298)e si(cid:266) go nam uczyniło serdecznie (cid:298)alś po okropnie brzydkiej jego twarzy, po niezliczonych piegach, z zezowatych, (cid:298)alem przysłoni(cid:266)tych oczu leciały ciurkiem wielkie łzy. Cał(cid:261) rado(cid:286)ci(cid:261) głodnego jego (cid:298)ycia było to, (cid:298)e si(cid:266) przez niesamowito(cid:286)ć swojej twarzy dorobił godno(cid:286)ci wodza, a oto przyszedł zły chłopak, któremu on nigdy niczym nie zawinił, i podeptał jego cze(cid:286)ć rycersk(cid:261), wystawił go na ha(cid:276)b(cid:266), sponiewierał jasno(cid:286)ć jego duszy i słodycz jego serca, nadmiernie łagodnego. 19 Stan(cid:266)li(cid:286)my jakby pora(cid:298)eni. Czuli(cid:286)my tylko jednoŚ wielki smutek, (cid:298)e Krwawy Byk nie jest wojownikiem rycerskim. Prawda, my(cid:286)my przeciwko niemu zawarli przymierze, ale to si(cid:266) równowa(cid:298)yło z jego sił(cid:261) i bezczelno(cid:286)ci(cid:261)ś chcieli(cid:286)my go jednak zwyci(cid:266)(cid:298)yć w walce otwartej, w której nie wiadomo jeszcze kto zginie? Mo(cid:298)e on, ale mo(cid:298)e i my? Zreszt(cid:261) nie tak znów bardzo byli(cid:286)my pewni naszych sprzymierze(cid:276)ców, którzy walczyć mieli kupieni, jak najemne wojska, kondotierzy. Podst(cid:266)pne jednak zabranie nam broni i uroczystej odznaki wodza było czynem brzydkim, tak bardzo brzydkim, (cid:298)e si(cid:266) jego rdzawe ostrze zwróciło wła(cid:286)nie przeciwko niemu. Sprzymierze(cid:276)cy nasi w istocie nie byli pewni i mogli byli tylko „markować” bitw(cid:266), w tej chwili jednak, zrozumiawszy, (cid:298)e post(cid:266)pek Krwawego Byka był niegodny, i ujrzawszy łzy lubionego biedaka, naszego wodza, zawrzeli w(cid:286)ciekło(cid:286)ci(cid:261). Za włosy, na niedziel(cid:266) pi(cid:266)knie czym(cid:286) wysmarowane i gładko uczesane, chwycił ich demon wojny i zatargał nimi. Zapłon(cid:266)ły oczy i r(cid:266)ce dr(cid:298)eć pocz(cid:266)ły. Niepewny sprzymierzeniec stał si(cid:266) zawzi(cid:266)tym przyjacielem. – Ty, Antek! – krzykn(cid:261)ł syn policjanta – ja ci mówi(cid:266), ty si(cid:266) nie martw! On tego ci(cid:266)(cid:298)ko po(cid:298)ałuje, miglanc jeden! „Miglanc” znaczyło w owych czasach co(cid:286) niezrozumiale obel(cid:298)ywego. Za takie słowo mo(cid:298)na było dostać ci(cid:266)(cid:298)ko po łbie. – Ja nie płacz(cid:266), ale mnie wstyd... – Co ci ma być wstyd? Ja ci powiemŚ ja ju(cid:298) nic nie chc(cid:266) za b(cid:266)ben, (cid:298)adnych piór ani scyzoryków. B(cid:266)d(cid:266) b(cid:266)bnił jak dla siebie, za darmo! Armia osłupiała, po czym uczyniła wrzask tak radosny, (cid:298)e fala podniosła si(cid:266) na rzece. żłupi Krwawy Byk! – żdyby był wiedział, czego dokona swoj(cid:261) zdrad(cid:261)! Zapał ogarniał szeregi, które nagle bez komendy zacz(cid:266)ły ta(cid:276)czyć taniec wojenny tak wspaniały, (cid:298)e wróble, nawołuj(cid:261)c si(cid:266), zacz(cid:266)ły zlatywać si(cid:266) z najdalszych stron, aby to zobaczyć. – Howgh! howgh! uff! uffi – krzyczeli Indianie. Je(cid:286)li krzyk ten dotarł do Krwawego Byka, musiało w nim zamrzeć serce i (cid:286)ci(cid:261)ć si(cid:266) w lód. On jednak go nie słyszał, bo upojony łatwym podst(cid:266)pem, ucztował ze swoim szczepem, „syn wodza” bowiem z godno(cid:286)ci, a syn cukiernika w stanie cywilnym, (cid:286)ci(cid:261)gn(cid:261)ł ze sklepu swojego ojca prawdziwego i przyniósł „ojcu wodzowi” dwa słoiki truskawkowych konfitur. Cały szczep raczył si(cid:266) tym teraz i gnu(cid:286)niał w(cid:286)ród słodyczyś najwi(cid:266)ksza wojna nie była w stanie przerwać im oblizywania palców. O, głupi! Nie wiedzieli, (cid:298)e jak chmura gradowa, tak ci(cid:261)gnie ku nim nieszcz(cid:266)(cid:286)cie. Nie! nie jak chmura, która gada grzmotem i dudni, raczej jak w(cid:261)(cid:298), co w trawach pełza bez szelestu i bez 20 (cid:286)ladu. W jednej chwili załomotał piorunŚ to zagrał miejski b(cid:266)ben. W(cid:286)ciekł si(cid:266), oszalał, dudnił, huczał, grzmiał, trzaskałś blady strach krzykn(cid:261)ł w ł(cid:266)gach i ucichł, jakby głos jego zabito uderzeniem no(cid:298)a. Za to uderzył w niebo krzyk inny, huczny, radosny, zwyci(cid:266)ski. Te sprzymierzone szczepy, jakby z ziemi dokoła wyrosłe, grzmiały okrzykiem wojny, a jeszcze bardziej zdumionym krzykiem rado(cid:286)ci, (cid:298)e sprawa pójdzie tak łatwoŚ straszny Krwawy Byk, umazany krwi(cid:261) truskawek, miał w tej chwili min(cid:266) (cid:286)miertelnie zdumionego ciel(cid:266)cia. Porwali si(cid:266) jego towarzysze do (cid:286)miertelnego boju, jemu za(cid:286) strach niezmierny odj(cid:261)ł siły. Za kilka chwil stał skr(cid:266)powany sznurem słynnego Robinsona i przywi(cid:261)zany do pnia olchyś wojownicy jego, otoczeni, widz(cid:261)c poło(cid:298)enie bez wyj(cid:286)cia – poddali si(cid:266) i przeszli na stron(cid:266) zwyci(cid:266)skiego Jelenia R(cid:261)czego. Zdaje si(cid:266), (cid:298)e mieli nieco (cid:298)alu do swego wodza za nierówny podział konfitur. Oto czego ten człowiek dokazał, walcz(cid:261)c podst(cid:266)pem z innymi i siej(cid:261)c krzywdy w(cid:286)ród swoich! Patrzył teraz ponuro, czekaj(cid:261)c na (cid:286)mierć. Ceremoniał india(cid:276)ski ka(cid:298)e na ni(cid:261) czekać bez drgnienia, u(cid:286)miechem pogardy przyjmować drwiny wrogów i (cid:286)piewać, kiedy wróg zadaje m(cid:266)czarnie. Trzeba przyznać, (cid:298)e Krwawy Byk doskonale znosił nieszcz(cid:266)(cid:286)cieś stał wyprostowany i choć był bardzo blady, jednak z politowaniem si(cid:266) u(cid:286)miechał. Jednak(cid:298)e raz drgn(cid:261)ł. Źrgn(cid:261)ł, kiedy si(cid:266) do niego zbli(cid:298)ył nasz poczciwy R(cid:261)czy Jele(cid:276), a kiedy mu spojrzał w oczy, Krwawy Byk opu(cid:286)cił powieki. Zawstydził si(cid:266). Tr(cid:261)cili(cid:286)my si(cid:266) łokciami, a syn policjanta uderzył triumfalnie w miejski b(cid:266)ben. To dobiło Krwawego Byka, wszystkiego si(cid:266) bowiem mógł spodziewać z naszej strony, tylko nie takiej parady i takiego wyekwipowania. Zadr(cid:298)eć musiał w swej ponurej, krwawej duszy, bo olcha, do której był przywi(cid:261)zany, zadr(cid:298)ała. Wojna była uko(cid:276)czona, jednak niezupełnieś pozostał wspaniały jeniec, z którym co(cid:286) trzeba było uczynić, nie tylko dla manifestacji walnego zwyci(cid:266)stwa, tak piorunuj(cid:261)cego, (cid:298)e godne było Cezara lub Napoleona, lecz i ze wzgl(cid:266)dów dyplomatycznych, gdy(cid:298) obezwładniony w tej chwili Herkules mógł si(cid:266) z zemst(cid:261) swoj(cid:261) przyczaić w czarnej duszy, pó(cid:296)niej jednak, uwolniony z wi(cid:266)zów, ka(cid:298)demu zwyci(cid:266)zcy z osobna mo(cid:298)e połamać ko(cid:286)ci. Przed takimi owocami zwyci(cid:266)stwa nale(cid:298)ało si(cid:266) zabezpieczyć, m(cid:261)drze i przezornie. Odeszli(cid:286)my w g(cid:261)szcze, aby odbyć narad(cid:266). India(cid:276)skim zwyczajem milczeli(cid:286)my wszyscy bardzo długo, aby m(cid:261)dro(cid:286)ć miała czas napływać do naszych serc, po dłu(cid:298)szej za(cid:286) chwili zapalili(cid:286)my fajk(cid:266) pokoju, kalumet, co było najwspanialszym momentem uroczysto(cid:286)ci. Pierwszy, który j(cid:261) zapalił, zakrztusił si(cid:266) mocno i łzy goryczy pobiegły mu z oczuś drugi 21 prze(cid:298)ył te same rozkosze, dziesi(cid:261)ty z lekka zawył, ale palił, bo palili wszyscy. Była to straszliwa, brudna, zakopcona, stara faja, zamiast tytuniu za(cid:286) paliło si(cid:266) uschłe li(cid:286)cie olchy. Specjał to był okrutny, tote(cid:298) i wodzom, i wojownikom przera(cid:298)one oczy wychodziły na wierzch. Wielka Rada, która omal nie sko(cid:276)czyła si(cid:266) wzajemn(cid:261) bijatyk(cid:261), pot(cid:266)(cid:298)ni wodzowie bowiem i równie wspaniali wojownicy nie umieli dotrwać w kamiennym spokoju czerwonoskórych braci naszych z Ameryki, orzekła po długich rozwa(cid:298)aniach, (cid:298)e je(cid:286)li Krwawy Byk zło(cid:298)y trzykrotn(cid:261) uroczyst(cid:261) przysi(cid:266)g(cid:266), (cid:298)e nigdy m(cid:286)cić si(cid:266) nie b(cid:266)dzie, (cid:298)e nie poskar(cid:298)y si(cid:266) w szkole i (cid:298)e nigdy walczyć nie b(cid:266)dzie podst(cid:266)pnie, b(cid:266)dzie uwolniony z wi(cid:266)zów i z broni(cid:261) w r(cid:266)ku odejdzie do domuś aby jednak w jaki sposób zaznaczyć, (cid:298)e jednak my zwyci(cid:266)(cid:298)yli(cid:286)my, b(cid:266)dzie mu zdj(cid:266)ty skalp z głowy, ale tylko na niby, on za(cid:286) w chwili zdejmowania mu fryzury z czaszki ma koniecznie zemdleć i krzykn(cid:261)ćŚ „Łaski, o czerwoni bracia!” Warunki, jak widać jasno, nie były ci(cid:266)(cid:298)kie, jakie(cid:298) wi(cid:266)c było nasze przera(cid:298)enie, kiedy usłyszawszy o nich, Krwawy Byk za(cid:286)miał si(cid:266) głucho jakim(cid:286) piekielnym (cid:286)miechem i pr(cid:266)(cid:298)(cid:261)c wi(cid:266)zy, zawołałŚ – Wy psy parszywe! Tchórze i szakale! Ka(cid:298)dy Ming i ka(cid:298)dy Siuks jest dla mnie zdechłym psem. Wol(cid:266) tu zgin(cid:261)ć przy palu m(cid:266)czarni, ni(cid:298) was przeprosić! Mam serce bawołu i sił(cid:266) byka, mego ojca! Precz mi z oczu, wy, serca jelenie! Howgh! Powiedziałem! Uczyniła si(cid:266) (cid:286)miertelna cisza. Tak! Krwawy Byk jest strasznym wodzem, a serce jego nie zna trwogi! Potrafi umrzeć bez drgnienia. Zaimponował mi nadzwyczajnie, podszedłem wi(cid:266)c ostro(cid:298)nie ku niemu, bo gro(cid:296)ny był nawet w wi(cid:266)zach, powiadam mu pi(cid:266)knie i nadobnieŚ – Krwawy Byku! My chcemy wszystko załatwić pokojowo i nie chcemy, aby(cid:286) poszedł ju(cid:298) na łowy do Wielkiego Źucha Manitou. W twoim wigwamie oczekuj(cid:261) ci(cid:266) twoje niewiasty, które głód po(cid:298)era. Któ(cid:298) dla nich upoluje bawołu, je(cid:286)li ty zginiesz? Twój szczep pójdzie w rozsypk(cid:266) albo zacznie pić z rozpaczy ognist(cid:261) wod(cid:266). Namy(cid:286)l si(cid:266), Krwawy Byku! On spojrzał na mnie dziwnie i powiadaŚ – Niech mój czerwony brat zbli(cid:298)y si(cid:266) do mnie tak, abym mu mógł co(cid:286) szepn(cid:261)ć do ucha. – Jestem, Krwawy Byku! Pomy(cid:286)lałem, (cid:298)e robi tylko hece, bo tak potrzeba, a po cichu powie mi, (cid:298)e si(cid:266) poddaje. Zbli(cid:298)yłem si(cid:266) wi(cid:266)c z wielk(cid:261) ufno(cid:286)ci(cid:261) i przyło(cid:298)yłem ucho do jego ust. On nic nie powiedział, za to ja wrzasn(cid:261)łem jak kot obdzierany ze skóry, gdy(cid:298) Krwawy Byk uk(cid:261)sił mnie w ucho. Zgroza padła na wszystkich. Łagodni zwyci(cid:266)zcy zdławili swoj(cid:261) wspaniałomy(cid:286)lno(cid:286)ć jak mizerne ptasz(cid:266)ś w sercach naszych zapiekła si(cid:266) krew, oczy nalały si(cid:266) w(cid:286)ciekło(cid:286)ci(cid:261), dusze stały si(cid:266) z kamienia. Nie
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Bezgrzeszne lata
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: