Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00504 006406 11255554 na godz. na dobę w sumie
Bezsilni - ebook/pdf
Bezsilni - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Ringier Axel Springer Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-8091-299-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Nowy, mocny głos w skandynawskim kryminale.

Co łączy zaginięcia starszych ludzi na fińskich przedmieściach, handel narkotykami i nielegalną imigrację? Pochodząca z Węgier posterunkowa Anna Fekete rozwiązuje skomplikowaną sprawę razem z mrukliwym i aroganckim kolegą z policji Eskiem, rozpracowującym gangi Czarnych Kobr i Aniołów Piekieł. W miarę postępów śledztwa, prowadzącego przez meliny narkomanów, nocne kluby i mieszkania zwykłych obywateli, Anna nie tylko odkrywa mroczne tajemnice porządnych Finów i ciemne strony imigracji, ale też konfrontuje się z dylematami własnego życia uczuciowego.

Intrygująca, niezwykle aktualna powieść z silnym tłem społecznym, doskonała dla fanów zagadek kryminalnych i wielbicieli bezkompromisowych, autentycznych bohaterek, jak Lisbeth Salander z sagi 'Millenium' albo Sarah Lund z serialu 'The Killing'.

'Fascynujący kryminał i bardzo aktualna historia poszukiwania swojego miejsca na świecie. Kartki przewracają się same!'- Katarzyna Puzyńska.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Kati Hiekkapelto Bezsilni Kati Hiekkapelto Bezsilni Bezsilni 1 Ksiazka NW_MOBI.indd 1 13.02.2017 11:41 2 Ksiazka NW_MOBI.indd 2 13.02.2017 11:41 Kati Hiekkapelto Bezsilni Bezsilni Kati Hiekkapelto tłumaczenie Piotr Grzegorzewski i Judyta Łepkowska Przełożył Piotr Grzegorzewski 3 Ksiazka NW_MOBI.indd 3 13.02.2017 11:41 © Kati Hiekkapelto First published in 2014 by Otava Publishing Company Ltd. with the Finnish title Suojattomat. Published in the Polish language by arrangement with Otava Group Agency, Helsinki. Fotografie na okładce: Pelly Benassi, unsplash.com (ptaki) oraz Luke Pamer, unsplash.com (postać) Projekt okładki: Wojtek Kwiecień-Janikowski Redakcja i korekta: Zuzanna Grębecka Skład i łamanie: Jarosław Sokołowski Wydawca: Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. 02-672 Warszawa ul. Domaniewska 52 www.ringieraxelspringer.pl ISBN 978-83-8091-299-1 Drukarnia: TINTA, Działdowo 4 Ksiazka NW_MOBI.indd 4 13.02.2017 11:41 Robertowi, Ilonie i Aino 5 Ksiazka NW_MOBI.indd 5 13.02.2017 11:41 6 Ksiazka NW_MOBI.indd 6 13.02.2017 11:41 Hulający w przełęczy wiatr odsuwał groźbę mgły nadcią- gającej nad afgańskie pogranicze. Powietrze migotało w bla- sku słońca. Panowała całkowita cisza. Nagle na horyzoncie pojawiła się plamka, która zaczęła szybko rosnąć. Samochód, dżip pełen mężczyzn z karabinami. Lufy śmiertelnie groźnych mosinów i kałasznikowów wznosiły się ku niebu, stanowiąc przedłużenie sylwetek mężczyzn, skrywanych za tumanami kurzu i piasku wzbijanego przez wóz. Dżip był coraz bliżej. Wśród mężczyzn pojawiła się drobna, lekko zgarbiona po- stać w ciemnym stroju. Samochód zahamował gwałtownie. Na ziemię zeskoczyło dwóch uzbrojonych mężczyzn. Jeden z nich wyciągnął rękę i pomógł zejść kobiecie w burce. Ostroż- nie uniosła czarną koronkową woalkę zakrywającą oczy. Nie rozglądała się dookoła, po prostu ruszyła za mężczyznami w kierunku pobielonego budynku. 7 7 Ksiazka NW_MOBI.indd 7 13.02.2017 11:41 8 Ksiazka NW_MOBI.indd 8 13.02.2017 11:41 Ministerstwo Spraw Zagranicznych Finlandii Komunikat dotyczący warunków w Pakistanie Zagrożenie przemocą i atakami terrorystycz- nymi występuje w całym kraju, szczególnie na terenach przygranicznych z Afganistanem. Podróżni powinni unikać zapuszczania się w te rejony. Sytuacja w Pakistanie pozostaje niestabilna, może tam dojść do zamieszek na tle politycznym, ekonomicznym, społecznym lub religijnym. Ryzyko ataków terrorystycznych, rozruchów, aktów przemocy i masowych protestów istnie- je zwłaszcza w Karaczi, Peszawarze, Lahaurze, Islamabadzie, Kwecie oraz innych dużych sku- piskach ludności. Ryzyko to jest jeszcze więk- sze przy granicy z Afganistanem. W ostatnich tygodniach doszło do eskalacji przemocy w Ka- raczi. W całym kraju należy zachować daleko idącą ostrożność. Powinno się unikać wizyt na terytoriach plemiennych na północnym wschodzie kraju (w tym w Chajberze, Peszawarze, Wadi-e Swat oraz w Beludżystanie). Pakistańskie prawo zakazujące bluźnierstwa jest nadzwyczaj surowe, za pogwałcenie tego prawa grozi kara śmierci. 9 Ksiazka NW_MOBI.indd 9 13.02.2017 11:41 10 Ksiazka NW_MOBI.indd 10 13.02.2017 11:41 1 Sammy dostał się do Finlandii w taki sam sposób i taką samą drogą, jak dobrze mu znana heroina, którą przemyca- no, aby zaspokoić głód narkotykowy mieszkańców Europy Zachodniej: ukryty w ciężarówce pokonał w obłokach spalin niekończące się stepy Rosji. Heroina jechała dalej, Sammy zakończył podróż. Wystąpił o azyl i zamieszkał w ośrodku dla uchodźców, gdzie prawie udało mu się wyrwać ze szponów nałogu. Na decyzję w  swojej sprawie czekał dwa lata, cztery miesiące i jeden tydzień. Kiedy w końcu otrzymał postanowienie o de- portacji, uciekł, wylądował na ulicy i odkrył subutex. Czoło Sammy’ego pokryły kropelki zimnego potu. Coraz bardziej bolała go głowa. Przeliczył pieniądze – banknot i kilka monet, które dostał z kościelnej funda- cji pomagającej bezdomnym. Na razie powinny starczyć, potem zastanowi się nad tym, skąd wziąć więcej. Kasa zawsze się pojawia, jeśli się wie, gdzie szukać. Zbierał butelki, pracował też na czarno w  pizzerii, sprzątając i załatwiając sprawy, które zlecali mu właściciele. Przy- najmniej nie musiał się prostytuować (w  każdym razie nie za często) i  popełniać poważniejszych wykroczeń. Nie był przestępcą. Nienawidził bydlaków, którzy okra- dali starszych ludzi albo włamywali się do domów. To chyba właśnie włamania wzbudzały w  nim największą odrazę. Tak nie wolno. Dom to miejsce, w którym czło- 11 Ksiazka NW_MOBI.indd 11 13.02.2017 11:41 wiek powinien się czuć bezpiecznie. Gdyby mógł spo- kojnie przebywać we własnym domu, gdyby czuł się tam bezpiecznie, nic złego by się nie wydarzyło. Uczyłby się i  planował karierę. W  niedziele chodziłby do kościoła i zerkał ukradkiem na dziewczynę, z którą zgodnie z wolą rodziców miałby się ożenić. Byłaby piękna. Kiedy wyczu- wałaby jego spojrzenie, skromnie spuszczałaby wzrok, jej gęste, podkręcane rzęsy rzucałyby cień na wysoko osadzone kości policzkowe, a  na twarzy pojawiałby się cień uśmiechu. Byłaby wiosna. Na dworze śpiewałyby ptaszki, przygrzewałoby słonko, a  w  dolinie za domem kwitłyby tysiące drzew. Przejmujące zimno bez trudu przenikało przez ubranie Sammy’ego. Zamarznięta ziemia była śliska i  nierówna, utrudniała chodzenie. Wcześniej przynajmniej rozgrzał się trochę w promieniach słońca. Wędrując po obrzeżach miasta, co jakiś czas zamykał oczy i unosił twarz ku niebu, aby poczuć na policzkach choć odrobinę ciepła. Jednak zima nie miała dla niego litości, temperatura wciąż spa- dała. Budrysówka, którą dostał z  Armii Zbawienia, była cienka, a nigdy nie słyszał o ubieraniu się na cebulkę. Żył na ulicy od dwóch miesięcy i cały ten czas chodził zmar- znięty. Czy zima i mróz nigdy się nie skończą? Gdzie tej nocy będzie spać? Nieważne, najpierw musi zdobyć subutex. Buprenorfinę. Dragi. Tabsy. Jak zwał, tak zwał. Kiedyś na kursie fińskiego omawiali fińskie przysłowia i  starali się znaleźć ich odpo- wiedniki we własnych językach. Sammy’emu nie przycho- dziło nic do głowy, choć nauczyciel nalegał, aby coś sobie przypomniał. Wydawało mu się, że od tych zajęć minęły całe wieki. 12 Ksiazka NW_MOBI.indd 12 13.02.2017 11:41 Ruszył do dzielnicy Leppioja. Znał fińskiego dilera, który tam mieszkał. Był w tym samym wieku, co on, a na dodatek też brał. Nie przepadał za Mackem. Wyczuwał w  nim na- pięcie i gwałtowność, coś przerażającego, szaleństwo osoby uzależnionej. Tyle że Macke zawsze miał towar. Może da Sammy’emu jakiś rabat. A może nawet pozwoli mu spędzić u  siebie noc. Głowa bolała go coraz bardziej. Przyspieszył. Dzielnica leżała dość daleko, właściwie było to zaledwie kilka niskich bloków i  domów w  zabudowie szeregowej pośrod- ku lasu. Nie przypominała zwykłych dzielnic zaludnianych przez ćpunów – nie było tam nawet sklepu na rogu, który można by okraść. Sammy lubił ciszę i  spokój. Z  niejasne- go powodu bardziej bał się aresztowania w centrum miasta niż gdzie indziej, chociaż zdawał sobie sprawę, że przyciąga większą uwagę w okolicach, gdzie nie widuje się zbyt wielu imigrantów. Najlepsze były największe dzielnice podmiej- skie: Rajapuro, Koivuharju i  Vaarala. Zawsze było w  nich mnóstwo towaru i  znajomych, nawet jego rodaków. Na przedmieściach nie mógł całkowicie wtopić się w otoczenie, ale przynajmniej panowała tam cisza. Leppioja była niewiel- ka. Zdaje się, że rodzice Mackego mieli tam lokum i pozwalali mu w nim pomieszkiwać. Chyba tylko dlatego Macke jeszcze nie został eksmitowany. Drzwi bloku oczywiście były zamknięte. Nie mógł dać znać, że przyjdzie, bo nie miał komórki. To utrudniało zdobywanie towaru, ale Sammy bardziej niż głodu bał się, że zostanie złapany przez kogoś z  wydziału antynarkoty- kowego. Jeden niefortunny telefon albo esemes może być jak odcisk łapy na świeżym śniegu. Umiał rozpoznać ślady zająca. W nocy widywało się ich sporo wokół tego miasta, które dla niego było jak polana w niekończącym się lesie na 13 Ksiazka NW_MOBI.indd 13 13.02.2017 11:41 obrzeżach syberyjskiej tajgi. Miasto, które zostawił za sobą, miało ponad milion mieszkańców. Poza tym nieustanne zmienianie telefonów i kart SIM było kosztowne i wiązało się z kolejnym ryzykiem: chodzeniem do sklepów. Sammy nie chciał pokazywać twarzy w miejscach, gdzie mogły być kamery. Tym razem zaryzykował. Zaczekał przy drzwiach w  na- dziei, że ktoś się pojawi i będzie mógł wślizgnąć się do środka. Usiłował zachować spokój, ale i tak wciąż rozglądał się dooko- ła. Czy ktoś go widzi? Do następnego bloku było dobrych kil- kanaście metrów. Pomiędzy budynkami rosło parę świerków i  krzaków pokrytych szronem, był też plac zabaw i  boisko o twardej jak kamień, oblodzonej powierzchni. Nieliczne la- tarnie nie miały wystarczającej mocy, by oświetlić cały teren. Mieszkańcy jeszcze nie spali, ze swoich okien nie widzieli jed- nak całego podwórka. Niestety Sammy nie mógł ukryć się cał- kowicie w ciemności. Jasna, heksagonalna lampa nad drzwia- mi prowadzącymi na klatkę schodową była niczym reflektor. Światło nadawało jego ciemnej skórze siny odcień. Czuł się jak aktor stojący na scenie i  ogarniał go coraz większy niepokój. Minęło stanowczo za dużo czasu, odkąd ostatnio coś brał. Usiłował trzymać nałóg w ryzach, szpry- cował się tylko po to, by zagłuszyć ciągły strach i  rozgrzać się w mroźne noce. Rzuci to w cholerę, gdy tylko wszystko zacznie się układać. Nie powinien mieć z  tym problemu, w końcu nie był naprawdę uzależniony. Nagle poczuł, że za- czyna się trząść. To z zimna. Miał wielką ochotę stłuc szybę w drzwiach i zacząć wrzeszczeć. Musiał się dostać do środka. Macke się nim zajmie. Nagle na klatce schodowej zapaliło się światło. Sammy wyprostował się, zrobił kilka kroków do tyłu i  spróbował 14 Ksiazka NW_MOBI.indd 14 13.02.2017 11:41 przybrać przyjacielski, beztroski wyraz twarzy, chociaż wie- dział, że to bezcelowe. W tym kraju nigdy nie zdoła wmieszać się w  tłum, stać się jednym z  tych bezgranicznie szczęśli- wych, różowiutkich Finów; jego czarne oczy i ciemna skóra zawsze przyciągną czyjąś uwagę. To właśnie dlatego trzeba sprawiać przyjazne wrażenie. Nawet najmniejszy cień groź- by ze strony kogoś takiego jak on może sprawić, że ludzie się- gną po telefony i wezwą policję. Na klatce schodowej pojawił się mężczyzna, nie za mło- dy, ale i nie za stary. Sammy miał problem z określeniem wieku większości Finów. Ten był elegancki, wysoki, miał na sobie ciemną wełnianą kurtkę i  czapkę. Ale nie wy- glądał na szczególnie bogatego. Jego ubranie było stare. Chłopak obserwował ludzi na tyle długo, by wiedzieć, jak rozpoznać zamożność, życzliwość i zagrożenie z ich stro- ny. Teraz wyczuwał to ostatnie. Kiedy mężczyzna był już przy samych drzwiach, Sammy podszedł do nich, jakby właśnie co się zjawił, po czym pochylił się i  zaczął grze- bać w kieszeni, udając, że szuka klucza, chociaż bał się, że wygląda, jakby chciał zwymiotować. „Ach, co za szczęście, że pan tu jest. Też życzę miłego wieczoru. Powodzenia”. Powiedziałby coś takiego, gdyby mógł wydobyć z  siebie głos. Zdołał tylko się uśmiechnąć, mając nadzieję, że drże- nie jego ciała nie rzuca się za bardzo w oczy. Mężczyzna zmierzył go wzrokiem i powiedział coś szorstkim głosem. Sammy pokazał na górę i uśmiechnął się jak kretyn. Facet stanął w drzwiach, przyglądając mu się sceptycznie. Chło- pak wyczuł jego wahanie. Strach nagle się ulotnił. Raz jeszcze pokazał na górę i zdobył się na odwagę, by wypo- wiedzieć słowo „przyjaciel”. Mężczyzna spojrzał za sie- bie na klatkę schodową dokładnie w tej samej chwili, gdy 15 Ksiazka NW_MOBI.indd 15 13.02.2017 11:41 zgasło światło. Zupełnie jakby wystraszyła go ciemność, otworzył szerzej drzwi i odszedł, nie oglądając się za sie- bie. Sammy znalazł się w pogrążonym w mroku korytarzu. Vilho Karppinen padał z  nóg. Przez cały wieczór miał mdłości i przysypiał przed telewizorem. W końcu poszedł do łóżka, ale nie mógł zasnąć z powodu straszliwego hałasu do- biegającego z któregoś z sąsiednich mieszkań. Nie słyszał me- lodii, ale bas był tak głośny, że przenikał przez ściany budyn- ku, rezonował z ramą łóżka i wdzierał się w uszy. Całe łóżko drżało. Momentami hałas ustawał, a wtedy Vilho odpływał, potem jednak wszystko zaczynało się na nowo i wyrywało go ze snu. To się zresztą zdarzało nie pierwszy raz. Vilho liczył na to, że któryś z sąsiadów wezwie w końcu policję, ale naj- widoczniej nikt tego nie zrobił. Hałas wciąż powracał, cho- ciaż nie każdej nocy. Czyżby tylko jemu to przeszkadzało? Ci cholerni gówniarze nie dają innym spać i nikt nie zwraca na to uwagi! Tym razem nie ujdzie im to płazem. Zejdzie i każe im wyłączyć tę łupaninę, bo trudno to nazwać muzyką. Jeśli nie posłuchają, wezwie policję. A z samego rana poskarży się we wspólnocie mieszkaniowej. Te hałaśliwe nieroby zostaną wyrzucone na bruk i znów będzie mógł spać spokojnie. Po- trzebował solidnej dawki snu – człowiek w jego wieku zasłu- giwał na odpoczynek. Vilho ostrożnie usiadł na brzegu łóżka. Zakręciło mu się w głowie. Trzeba to załatwić, powiedział sobie, po czym wstał z jękiem, włożył kapcie i poczłapał do przedpokoju. Dlaczego nagle stał się taki niedołężny? Kiedy to się zaczę- ło? Jeszcze kilka lat temu o tej porze roku jeździł na nar- ty. A może to było dawniej? Wyszedł na korytarz w samej 16 Ksiazka NW_MOBI.indd 16 13.02.2017 11:41 piżamie, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Nasłuchiwał w ciemności, próbując ustalić, skąd dochodzi hałas. Z piętra niżej. Pewnie z mieszkania, które zajmuje ten młody chuli- gan. Vilho nie znał go, mijali się tylko w korytarzu. Chłopak nie mówił „dzień dobry” ani nie patrzył mu w oczy. Podej- rzany typ. Dobrze przynajmniej, że to ta sama klatka, nie musi wkładać kurtki. Zszedł piętro niżej i wcisnął z całych sił dzwonek. Drzwi otworzyły się i ktoś wciągnął go do środka. Czyjaś ręka zła- pała go za górę piżamy, ciągnąc tak mocno, że materiał napiął mu się na plecach. – Co jest, do chuja? Czego tu szukasz, dziadku? Chłopak przyciągnął go do siebie. Vilho poczuł od niego alkohol i dokładnie spojrzał mu w oczy: źrenice przypomi- nały łebki od szpilek. Wiedział już, że popełnił błąd. Trzeba było zadzwonić na policję, zamiast zgrywać bohatera. Czasa- mi po prostu zapominał, ile ma lat, mimo zawrotów głowy, słabości i tego, że ilekroć spojrzał w lustro, widział tam siwe- go, zasuszonego staruszka. – Mógłby pan trochę ściszyć muzykę? – zapytał. – Potrze- buję snu. To wszystko. – A my, kurwa, chcemy tego posłuchać – odparł chłopak i zaczął ciągnąć go do salonu. Vilho próbował się opierać, był jednak za słaby, nie miał szans przy tym młodym byczku, na dodatek nabuzowanym od jakiegoś chemicznego świństwa. Uderzyłby go, gdyby nie to, że jego pięści przypominały skó- rzane rękawiczki suszące się na kaloryferze – były sztywne, a zarazem bezwładne. W salonie chłopak go puścił. Vilho wcią- gnął łapczywie powietrze. Na kanapie siedział drugi chłopak, o ciemnej karnacji i dobrym spojrzeniu. Nie sprawiał wraże- nia groźnego. Może jednak uda mu się z tego wykaraskać. 17 Ksiazka NW_MOBI.indd 17 13.02.2017 11:41 – Nie chcę kłopotów – powiedział Vilha. – Przyszedłem tu w sprawie muzyki. Strasznie mi przeszkadza, mieszkam bez- pośrednio pod wami. – Stul gębę, stary pierdzielu. Za kogo ty się, kurwa, masz? Całymi dniami tylko szpiegujesz innych. Człowiek nie ma ani chwili spokoju, bo jebane staruchy wszędzie węszą. Chłopak na kanapie powiedział coś cichym głosem. Vil- ho nie zrozumiał, ale cieszył go pojednawczy ton tamtego. Może się uda. Odwrócił się do wyjścia. Jednak znów zakręci- ło mu się w głowie i nogi się pod nim ugięły. Wyciągnął rękę do chłopaka, żeby się go przytrzymać. Ten jednak wrzasnął coś z gniewem i zdzielił go pięścią w twarz. Vilho upadł na podłogę, po drodze zawadzając głową o krawędź stołu. Krew trysnęła na śmierdzący dywan i utworzyła jeziorko między pustą strzykawką a puszką po piwie. – Kurwa, zabiłem go! – krzyknął chłopak i zaczął chicho- tać. Zanim Vilho stracił przytomność, zdążył zobaczyć, że chłopak przygląda mu się najpierw z rozbawieniem, a potem z coraz poważniejszą miną. W końcu przyłożył rękę do szyi staruszka, żeby sprawdzić puls. – Ten kutas nie żyje! – wrzasnął. – Musimy coś zrobić. Rusz dupę, jebany Pakistańcu. Trzeba coś wymyślić. I  to szybko! Ksiazka NW_MOBI.indd 18 13.02.2017 11:41 2 Na dworze wciąż panował mrok. Starsza posterunkowa Anna Fekete obudziła się raptownie. Śnił się jej koszmar, nie mogła jednak przypomnieć sobie szczegółów. Pościel była wilgotna od potu. Anna wzięła gorący prysznic i zrobiła so- bie herbatę; miła odmiana, biorąc pod uwagę, że w pracy piła hektolitry kawy. Sącząc gorący napój, czytała gazetę i wsłu- chiwała się w odgłosy budzącego się do życia budynku. Sąsiad akurat się kąpał, z rur biegnących przy jej kuchni dobiegał szum wody. W  oddali rozległo się głuche dudnienie. Nagle dotarło do niej, że w ogóle nie zna swoich sąsiadów. Miesz- kańcy jej klatki uprzejmie się z nią witali, ale byli zdystan- sowani i nie miała pojęcia, kim są, w jaki sposób zarabiają na życie, jakie mają marzenia, radości i troski. Miała nawet problem z dopasowaniem nazwisk na skrzynce pocztowej do konkretnych twarzy. Jednak odpowiadało jej to. Nie pocią- gało jej życie społeczne, nie miała ochoty na wspólne piele- nie ogródka ani udział w spotkaniach w świetlicy działającej w bloku. Życie towarzyskie wydawało się jej przereklamowane. Uważała je w dużej mierze za iluzję. Ludzie, którzy go szukali, najwyraźniej nigdy naprawdę nie doświadczyli go na własnej skórze. Na Zachodzie bezlitosne wtrącanie się w  życie in- nych i ich prywatne sprawy uchodziło za uroczy przejaw tro- ski i zainteresowania, coś, co miało zapobiegać patologiom. Annę strasznie to wkurzało. Jeszcze do niedawna najwięk- szym zmartwieniem Finów było to, co o nich myślą i mówią sąsiedzi, krewni, mieszkańcy tej samej miejscowości. Starali 19 Ksiazka NW_MOBI.indd 19 13.02.2017 11:41 się, by ich życie było skrojone na miarę oczekiwań innych lu- dzi; bali się odrzucenia i ten strach sprawiał, że godzili się na to, co przynosił im los. Ile osób cierpiało z tego powodu przez całe życie? To ma być ten ideał, do którego mamy dążyć? Czy gdyby jej brat Ákos wrócił do Serbii, byłby bardziej przygnę- biony i pił więcej niż obecnie? Czy to właśnie dlatego wolał pozostać w Finlandii? Anna spojrzała na zegar, po czym włożyła dżinsy rurki i starą bluzę z kapturem. Mimo mrozu postanowiła pojechać do pracy na rowerze. Uzupełniła strój o  kurtkę termiczną, czapkę i rękawiczki. Zakrawało na szaleństwo, że miejscowi dojeżdżali do pracy rowerami w najgorszy deszcz i mróz, że ryzykowali jazdę po śliskich i niebezpiecznych drogach, ba- lansując niepewnie na dwóch kółkach. Jej bliscy w ojczystym kraju byliby w szoku, gdyby się dowiedzieli, że Anna jeździ zimą na rowerze. Jednak dzięki oponom z  kolcami śnieg w  ogóle jej nie spowalniał. A  dobrze było trochę się prze- wietrzyć przed pracą, rozprostować kości i rozciągnąć ciało zesztywniałe od snu. – Mam dla ciebie zadanie specjalne – powiedział nadin- spektor Pertti Virkkunen na porannej odprawie w wydziale kryminalnym. – To znaczy? – zapytała Anna. Esko Niemi przyniósł sobie już trzecią kawę tego ranka, Sari Jokikokko-Pennanen jadła kanapkę i bazgrała na mar- ginesach swojego notesu, Nils Näkkäläjärvi pił herbatę. Vir- kkunen zrobił kwaśną minę. – Mamy na dołku Węgierkę. – Ooo… Co takiego zrobiła? 20 Ksiazka NW_MOBI.indd 20 13.02.2017 11:41 – Zatrzymaliśmy ją pod zarzutem potrącenia ze skutkiem śmiertelnym. Wczoraj w nocy kogoś przejechała. – O w mordę. Była pijana? – Nie. – Narkotyki? – Wstępne badanie nic nie wykazało. Wysłaliśmy próbki krwi do analizy. – Przekroczenie prędkości? – Na razie nie wiemy. W każdym razie ledwo duka po fiń- sku i angielsku, więc najlepiej by było, gdybyś to ty ją prze- słuchała. – Jasne! Anna poczuła niepokój. Węgierka. Przesłuchanie po wę- giersku. Czy sobie z tym poradzi? Jak jest po węgiersku „ofia- ra wypadku” albo „nieumyślne spowodowanie śmierci”? Tylu słów w ojczystym języku już nie pamiętała lub nigdy ich nie słyszała… Czy uda jej się zastosować fachową terminolo- gię? Matka miała na Węgrzech znajomego prawnika, może powinna się z nim skontaktować. – No dobra, to bierz się do roboty. Nie możemy jej tam wiecznie trzymać. – Co? Już teraz? – Tak. – Kim jest ofiara? Gdzie doszło do wypadku? Kiedy? Naj- pierw muszę się czegoś dowiedzieć o sprawie. – Kilka godzin temu, niedługo po północy, niedaleko Kan- gassary, na drodze wyjazdowej z  miasta, tuż za rogatkami. Ofiara to staruszek w piżamie. Nie znamy jeszcze jego tożsa- mości. Sari sprawdzi, czy zgłoszono zaginięcie kogoś odpo- wiadającego jego rysopisowi. Tutaj masz zdjęcia z  miejsca wypadku. 21 Ksiazka NW_MOBI.indd 21 13.02.2017 11:41 Anna popatrzyła na fotografie leżące na biurku. Ciało i ka- łuże krwi sprawiały makabryczne wrażenie. Chyba nigdy nie przyzwyczai się do takich widoków. Przez chwilę zastana- wiała się, co lepsze: zobojętnieć na przemoc i widok zakrwa- wionych ciał, czy być w szoku za każdym razem? – Niedaleko Kangassary jest dom spokojnej starości, prawda? Może ofiara wymknęła się z niego w nocy? – Niewykluczone. Takie ucieczki zdarzają się non stop, ale uciekinierzy rzadko kończą pod kołami samochodów. – Zwykle zamarzają na śmierć – włączyła się Sari. Esko nic nie powiedział. Wszyscy zwrócili uwagę na jego przekrwione oczy i trzęsące się ręce, nikt jednak tego nie sko- mentował, nawet Virkkunen. Prawdopodobnie obliczył, ile jeszcze czasu staremu policjantowi pozostało do emerytury, i uznał, że już za późno, by go zmienić. Poza tym Esko zawsze wywiązywał się ze swoich obowiązków i nigdy nie chodził na chorobowe, chociaż nikt nie mógł pojąć, jak to możliwe, sko- ro wyraźnie lubił wypić. Anna sądziła, że niektórym alkohol po prostu jest potrzebny do życia, do złagodzenia perspek- tywy śmierci, zmniejszenia bólu, urozmaicenia nieciekawej codzienności, zwiększenia energii, nadania barw szarej ru- tynie, ucieczki od samooszukiwania i samozniszczenia. Nie wszyscy mogą być entuzjastami zdrowego stylu życia, będą- cymi zawsze w  świetnej formie. Społeczeństwo potrzebuje również pijaków, grubasów i desperatów, którzy będą stano- wić odstraszający przykład dla reszty. Akurat do tego alkohol świetnie się nadawał. Anna zastanawiała się, co porabia Ákos. Wiedziała, że co najmniej od tygodnia jest w ciągu alkoholowym. – Cieszę się, że uda nam się załatwić to bez tłumacza – powiedział Virkkunen. – Zadzwonię do chłopaków na gó- 22 Ksiazka NW_MOBI.indd 22 13.02.2017 11:41 rze i powiem im, żeby sprowadzili dziewczynę do sali prze- słuchań. – Jó reggelt, Fekete Anna vagyok – przedstawiła się poli- cjantka. – Farkas Gabriella, kezét csókolom – odparła oficjalnie dziewczyna. Anna poczuła się nieswojo. Nikt jeszcze nigdy tak się do niej nie zwracał. Ten węgierski zwrot dosłownie oznaczał „całuję rączki” i używano go tylko w odniesieniu do starszych osób lub ludzi o zdecydowanie wyższej pozycji. Po raz pierwszy Anna zdała sobie sprawę z tego, że jej praca rze- czywiście daje jej taką pozycję. Była kimś lepszym. Miała na przykład władzę nad tą dziewczyną. Oczywiście nie była to władza absolutna. Na szczęście istniały przepisy i procedury chroniące prawa jednostki i określające uprawnienia policji, jednak w tym przypadku i w większości innych Anna miała zdecydowaną przewagę. Proste powitanie, którego bez zasta- nowienia używa się podczas wizyty u dziadków, nagle odkry- ło przed nią prawdziwą naturę jej pracy, której nie doceniała. Ile jeszcze rzeczy kryje się za zwrotami pochodzącymi z jej ojczystego języka? Do Anny nagle dotarło, że Gabriella czeka, aż zacznie. Za- poznała ją więc z tym, co wiedziała już o sprawie. Na końcu zapytała, czy wszystko się zgadza. Dziewczyna skinęła głową. – Dokąd jechałaś? – zapytała Anna. – Do Kangassary. Mieszkam u rodziny, której dzieckiem się opiekuję. – Od kiedy? – Od ponad dziesięciu miesięcy. – Przyjechałaś tu na rok? 23 Ksiazka NW_MOBI.indd 23 13.02.2017 11:41 – Tak. – Skąd pochodzisz? – Budapesti vagyok. És te? – Én vajdasági magyar vagyok, Magyarkanizsáról. – Super! Mam znajomych niedaleko, w  Transylwanii, ale nigdy nie byłam w Wojwodinie. Od dawna mieszka pani w Finlandii? – Od dziecka. To ja tutaj zadaję pytania – upomniała ją Anna, starając się jednak nadać głosowi przyjacielski ton. – Jasne, przepraszam. To przez to, że nie licząc skajpa, nie rozmawiałam po węgiersku prawie od roku – odparła Ga- briella, nieco zawstydzona. – Znam to uczucie. Ale wróćmy do tematu naszej rozmo- wy. Skąd jechałaś? na imprezie. – Z uniwerku. A raczej z miasteczka studenckiego. Byłam – Alkomat nic nie wykazał. – Zgadza się, nie piję, jeśli mam prowadzić. Zresztą, w ogóle mało piję. – Brałaś coś? – Nie. Ale w czasie jazdy słuchałam muzyki. – No cóż, to nie jest zabronione. – Ale trochę przy niej odpłynęłam. To była węgierska mu- zyka ludowa – wyjaśniła Gabriella cichym głosem. – Postaraj się jak najdokładniej opowiedzieć, co się stało. Dziewczyna zesztywniała. Wyraźnie powstrzymywała łzy. Zapatrzyła się w dal i z trudem oddychała. Zduszonym głosem, próbując się nie rozpłakać, wyjaśniła, że zobaczyła mężczyznę leżącego na drodze i wcisnęła hamulec, ale samo- chód jej nie posłuchał i jak gdyby nigdy nic ślizgał się dalej po oblodzonej nawierzchni. To wydawało się trwać całą wiecz- 24 Ksiazka NW_MOBI.indd 24 13.02.2017 11:41 ność, chociaż w rzeczywistości zajęło pewnie kilka sekund. Mężczyzna był coraz bliżej, a ona nie mogła nic zrobić. Kiedy w niego uderzyła, rozległ się huk i straciła do reszty panowa- nie nad kierownicą. W tamtej chwili bała się bardziej o siebie niż o tego człowieka. – Pójdę do więzienia? – zapytała, szlochając. – Przede wszystkim musimy ustalić, jak szybko jecha- łaś. Jeśli nie przekroczyłaś dozwolonej prędkości, chyba nie masz powodów do zmartwień. Oczywiście powinnaś wziąć pod uwagę to, że prędkość pojazdu powinna być dostosowa- na do warunków na drodze. Ostatniej nocy było ślisko. – Zwykle nie jeżdżę w taką pogodę, ale właściciele samo- chodu zapewnili mnie, że ma dobre opony zimowe. – Czyj jest ten samochód? – To drugi wóz rodziny, u której mieszkam. Pozwolili mi z niego skorzystać. Czy w ogóle wrócę do domu? Wiem, je- stem żałosna, myślę tylko o sobie. – Na pewno będziesz musiała pozostać w  Finlandii do zakończenia śledztwa i ewentualnego procesu. Na razie nie wiadomo jeszcze, jakie… zarzuty ci postawimy i czy w ogóle będziesz o coś oskarżona. Anna musiała się przez chwilę zastanowić, jak jest po węgiersku „postawić zarzuty”. Kiedy następnym razem będę w  starym kraju, muszę sobie sprawić słownik termi- nologii prawniczej, pomyślała. A  büdös fene, przecież na- wet nie wiem, jak jej powiedzieć, że nie zachowała należytej ostrożności podczas jazdy! W najgorszym razie mogą mnie oskarżyć o utrudnianie śledztwa. Powinnam była nalegać na sprowadzenie tłumacza i wyjaśnić kolegom, że już nie mówię biegle po węgiersku. – Przynajmniej o tyle dobrze, że trafiło na staruszka – po- 25 Ksiazka NW_MOBI.indd 25 13.02.2017 11:41 wiedziała Gabriella, wyrywając Annę z zamyślenia. – Gdyby to było dziecko, chyba bym się po tym nie pozbierała. Palnę- łabym sobie w łeb. – No cóż – westchnęła policjantka. – Na szczęście to nie było dziecko. Wspominałaś, że mężczyzna leżał już na jezdni, kiedy go zauważyłaś, tak? – Zgadza się. – Na pewno nie szedł poboczem? – Nie, leżał na środku. W pierwszej chwili myślałam, że to jakaś kupka piasku, worek ze śmieciami czy coś, w ogóle nie przypominał człowieka, po prostu ciemny kształt na jezdni. – Ruszał się? – Nie wiem. Chyba nie. W każdym razie nie przypominam sobie. jechałaś? – Czy pamiętasz, w jakiej pozycji leżał, zanim na niego na- – Nie. To było takie straszne, takie nierealne… Wiem tyl- ko, że ten ciemny kształt się do mnie przybliżał, i w końcu zobaczyłam, że to człowiek. Zaraz… chyba leżał na boku. Wy- daje mi się, że widziałam jego twarz, miałam wrażenie, że pa- trzy mi prosto w oczy. Ale mogę się mylić albo tylko to sobie wyobraziłam. Kto to był? – Jeszcze nie wiemy. Prawdopodobnie pacjent z demen- cją, który uciekł z domu opieki. Czasami widuje się takie oso- by w dziwnych miejscach. – Może miał atak serca? – Niewykluczone. Mógł też po prostu się przewrócić. Autopsja wyjaśni, co się stało. – Jego rodzina mnie znienawidzi. Anna nie miała serca przyznać, że to bardzo prawdopo- dobne. 26 Ksiazka NW_MOBI.indd 26 13.02.2017 11:41 – Nie do wiary, że pani też jesteś Węgierką. Niesamowi- te! – wykrzyknęła nagle Gabriella. – Nie poradziłabym sobie z tym zeznaniem, gdybym musiała mówić po angielsku. – Sprowadzilibyśmy tłumacza. – Jest pani lepsza niż tłumacz. Wolę panią. Chociaż ucieszył ją ten komplement, Anna nie była w sta- nie odpowiedzieć. Esko Niemi stał przed komisariatem i ćmił papierosa, za- stanawiając się nad sprawą, którą przydzieliło mu Państwo- we Biuro Śledcze. Kurde… Wkurzało go bycie chłopcem na posyłki idiotów w  garniakach. Jedynym człowiekiem, któ- rego rozkazy mógł bez szemrania wykonywać, był Virkku- nen, ale nawet one w większości go wkurzały. Ostatnio jego irytacja znacznie wzrosła, nie miał pojęcia dlaczego. Coś go gryzło, a on nie wiedział co. Zupełnie jakby został zapędzony w kozi róg, złapany w pułapkę. Już kiedyś tak się czuł, jednak nie chciał o tym myśleć ani przyznać się do tego przed sobą. A  gdyby tak sprzedał mieszkanie, kupił dom pośrodku lasu i zaszył się w głuszy? Nie potrzebował tych wszystkich nowoczesnych udogodnień. Wystarczy mu woda, niewielka kuchnia, łóżko, sauna i  kominek. Życie bez elektryczności byłoby przesadą – w końcu nie zamieszka w gułagu. Mógł- by zainstalować panele słoneczne, były dość tanie, chociaż głównie kupowały je ekoświry. Mógłby spróbować. Virkku- nen miał takie panele w swoim letnim domku. Esko odwie- dzał go tam w wakacje, chodzili razem na ryby, odpoczywali. Takie panele wystarczyłyby do zasilania lamp i  ładowania laptopa. Łódka, porządny grill, proste życie z dala od wszyst- kiego. Kurde, byłoby świetnie. Esko poczuł pieczenie w pier- 27 Ksiazka NW_MOBI.indd 27 13.02.2017 11:41 si. Potarł bolące miejsce zaciśniętą pięścią. Ból jeszcze bar- dziej rozbudził jego marzenia. Nie był już młodzieniaszkiem, ale z pewnością wciąż miał czas, by robić coś innego niż prze- dzieranie się przez niekończące się kryminalne bagno. Za- nim jednak to wszystko nastąpi, pokaże żółtodziobom z PBŚ, jak doświadczony policjant wykonuje swoje obowiązki. Ta sprawa będzie zwieńczeniem jego kariery. Po niej zniknie, odjedzie ku zachodzącemu słońcu, zostawiając za sobą tu- many kurzu. Esko wypalił papierosa do samego filtra, rzucił niedopałek na ziemię, rozdeptał go i zapalił kolejnego. A kie- dy skończył palić, poszedł do gabinetu Anny. – Spakuj szminkę i tampony. Jedziemy na miejsce wypad- ku – powiedział. – Zmień wreszcie tę płytę, co? – Postaram się – odburknął Esko. – Taki już jestem – wymamrotał bardziej do siebie niż do niej. Zjechali windą do podziemnego garażu, wsiedli do nie- oznakowanego jasnoniebieskiego forda i  pojechali do mia- sta. Na bezchmurnym niebie świeciło słońce. Spaliny z rury wydechowej unosiły się w  mroźnym powietrzu, a  majesta- tyczne sylwetki budynków odcinały się od jaskrawego błęki- tu nieba. Wysokie zaspy po bokach jedni były brudne i sza- re. Właśnie tak za jakiś czas będą wyglądać moje płuca, jeśli nie rzucę palenia, pomyślała Anna. Ale skoro i tak wszyscy umrzemy, czemu akurat nie na raka płuc? Usiłowała nie my- śleć o łóżkach szpitalnych, środkach przeciwbólowych i ma- skach tlenowych i zamiast tego skupić się na obserwowaniu ludzi za szybą. W miarę jak oddalali się od centrum i zbliża- li do Kangassary, było ich coraz mniej. Miejskie krajobrazy ustąpiły miejsca lasom i wreszcie za którymś zakrętem uj- rzeli samochód Gabrielli, który policja w nocy przestawiła na 28 Ksiazka NW_MOBI.indd 28 13.02.2017 11:41 pobocze. Miejsce wypadku otaczała policyjna taśma. Stanęli na skraju drogi, na tyle daleko, by nie zatrzeć śladów. Anna wysiadła z  wozu. Oblodzona nawierzchnia poły- skiwała w jasnym słońcu. Z daleka auto, którym jechała Ga- briella, wydawało się nienaruszone. Wiedziała, że wkrótce dokładnie obejrzy je specjalista do spraw rekonstrukcji wy- padków i kolizji drogowych. Swoją drogą, co za beznadziejna nazwa stanowiska, pomyślała, w porównaniu z nim starsza posterunkowa brzmi prawie normalnie. Samochód zosta- nie przetransportowany na policyjny parking, a  na jezdni zabezpieczy się ślady hamowania i dowody świadczące o sile tarcia i stanie opon, po czym porówna się je z obrażeniami ofiary oraz z fotografiami z miejsca wypadku. Potem grupa dochodzeniowa przejrzy wszystkie dane, przeanalizuje je w  komputerach i  wyda oświadczenie dotyczące przebiegu wydarzeń. Anna zawsze była pod wrażeniem tego, jak wyspe- cjalizowaną wiedzą dysponowała policja. Wciąż ją to zaskaki- wało, a zarazem dawało złudne wrażenie, że jej kariera ciągle się rozwija i tak już będzie zawsze. W gęstym świerkowym lesie panowała cisza, ciemnozie- lony mrok gałęzi tłumił światło odbijane od śniegu. Anna przypatrzyła się gąszczom i  uznała, że nikt nie mógłby się przez nie przedrzeć. Ofiara musiała iść drogą. – Odjadę jakiś kilometr i wrócę do ciebie na piechotę – po- wiedział Esko. – Spróbuj ustalić, skąd mógł iść stary. – Dobra. Potem przyjrzymy się ziemi w najbliższej oko- licy. Esko spojrzał na gęsty las i pociągnął nosem. – Nikt nie dałby rady tędy przejść – stwierdził, dochodząc do takich samych wniosków, co Anna, po czym wsiadł do sa- mochodu i odjechał. 29 Ksiazka NW_MOBI.indd 29 13.02.2017 11:41 Policjantka przez chwilę stała w miejscu. Wsłuchiwała się w oddalający się szum silnika auta kolegi. Nie słyszała jed- nak, by się zatrzymało i Esko z niego wysiadł. Pomyślała, że musiał odjechać na całkiem dużą odległość. Zastanawiała się też, czy nie powinna się trochę cofnąć. Przeszła szybko jakieś pół kilometra w  kierunku miasta, po czym zawróciła i  ru- szyła wolno, uważnie przyglądając się drodze. Co jakiś czas dostrzegała w śniegu na poboczu ślady jakiegoś zwierzęcia, prawdopodobnie psa. Szosa była tak oblodzona, że gdyby ktoś wyprowadzał psa, nie zostawiłby on śladów… A  może pies biegł luzem, uciekł tak jak ten staruszek? Nagle w zaspie przy szosie dostrzegła ślady butów: jeden płytszy, a  drugi głębszy, z odciskami łap wokół. Śnieg nie tworzył zbitej skorupy. Ciągle jeszcze mogła- by przejechać przez pola na nartach. Ślady stóp były małe. Doszła do wniosku, że należą do kobiety albo dziecka. Za- pewne pies wyczuł zapach zająca i pobiegł w kierunku lasu, ciągnąc za sobą właściciela. Nie widziała nigdzie odcisków butów staruszka, droga była zbyt oblodzona. Przed sobą uj- rzała policyjną taśmę. Samochód Gabrielli pozostawił śla- dy poślizgowe, chociaż ledwo widoczne. Nic nie przywiera do tak śliskiej powierzchni, pomyślała Anna i  popatrzyła na krwawe plamy na ziemi. Krew rozprysnęła się, wsiąkła w  lód i  utworzyła duże, ciemnoczerwone jeziorka. Widok był makabryczny. Wkrótce potem doszedł do niej Esko. Ciężko dyszał. – Powinieneś ograniczyć palenie – skomentowała. – Niby czemu? – warknął w odpowiedzi, po czym sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął papierosy. – Zamiast pieprzyć głupoty, lepiej sprawdź te krzaki. To powinno sprowadzić cię na ziemię. 30 Ksiazka NW_MOBI.indd 30 13.02.2017 11:41 Anna wybuchnęła śmiechem. Dziwne, ale czasami wyda- wało się jej, że na swój sposób lubi Eska. Weszli pomiędzy świerki. Najpierw nogi zapadały im się w śniegu po kolana. Potem, chociaż pod drzewami było mniej śniegu, gęste zarośla utrudniały posuwanie się naprzód. Nie ma mowy, żeby staruszek się tędy przedostał na szosę, pomyślała Anna. A poza tym nie ma tu żadnych śladów, nawet zwierząt. W następnej chwili ujrzała w miękkim śniegu tro- py zająca. To za nim musiał pobiec pies. Pewnie dopadłby go, gdyby nie był na smyczy. Anna przypatrzyła się pniom, szuka- jąc skrawków materiału, czegokolwiek. Niczego nie znalazła. – Dziwne – powiedziała, kiedy wrócili na szosę i zaczęli otrzepywać śnieg ze spodni. – Co takiego? – Że nie ma tu żadnych śladów. Niczego, co wskazywałoby na to, skąd przyszła ofiara. – Wcale nie wydaje mi się to dziwne. Jeśli staruszek szedł drogą albo poboczem, nie zostawiał śladów. Wszystko jest oblodzone, a lód jest cholernie twardy. – To prawda. Ale to i tak dziwne. – Masz zdobyć więcej informacji na temat tej Węgierki – powiedział Esko. – Rozkaz Virkkunena. – Niby jak? Nie mam pojęcia, jak zdobywa się takie infor- macje. – Na litość boską, chyba umiesz posługiwać się telefonem i  potrafisz wystękać coś we własnym języku. A  jak nie, to wyślij mejla. – Na komisariacie ledwo udało mi się przypomnieć, jak jest „wnieść oskarżenie”. I niby do kogo mam zadzwonić? Na Węgrzech jest pewnie więcej policjantów niż ludzi w naszym mieście. 31 Ksiazka NW_MOBI.indd 31 13.02.2017 11:41 – Zapytaj Virkkunena. I przy okazji sprawdź, czy ta dziew- czyna ma pozwolenie na pobyt. – Równie dobrze możesz to zrobić ty. Znamy już tożsa- mość ofiary? – Sari właśnie przysłała wiadomość, że nie. Nie zgłoszono zaginięcia osoby odpowiadającej temu rysopisowi. Obdzwa- nia miejscowe szpitale i domy opieki. – Ze zdjęć wynika, że facet nie był w szpitalnej piżamie. Poza tym w takich miejscach raczej zauważa się czyjeś znik- nięcie. – Żebyś się nie zdziwiła. – Mnie już nic nie zdziwi. Anna pomyślała o swojej babci, która mieszkała z siostrą jej ojca. Wypijała co rano kieliszeczek pálinki domowej ro- boty. Twierdziła, że pomaga jej na krążenie i jasność myśli. Anna nie miała powodu, żeby się z tym nie zgodzić. Babcia miała już ponad dziewięćdziesiątkę, przeżyła wojnę, zaznała mnóstwo cierpienia, w tym stratę syna, wnuka i męża, jednak zawsze udawało się jej zachować pogodę ducha. W ojczyźnie Anny nie ukrywało się seniorów, nie wysyłało się ich do do- mów opieki, gdzie tracili rozum. Traktowano ich z szacun- kiem i witano słowami kezét csókolom, „całuję rączki”. – Późno już, zgłodniałem – powiedział Esko. – Może wró- cimy do miasta, żeby coś wtrząchnąć? – Dobry pomysł – zgodziła się Anna. Przez cały dzień nie jadła niczego konkretnego. W mroku zapłonęła zapałka. Po chwili rozżarzył się jeden papieros, potem drugi. Jenni i  Katri, dziewiątoklasistki ze szkoły średniej w Ketoniemi, wyjrzały zza drzewa, by upew- 32 Ksiazka NW_MOBI.indd 32 13.02.2017 11:41 nić się, że nikt nie idzie. Jenni ukradła papierosy chłopakowi mamy i wysłała esemesa swojej najlepszej przyjaciółce Katri, która mieszkała po sąsiedzku. Dziewczyny powiedziały ro- dzicom, że idą się przejść. Jenni twierdziła, że podprowadze- nie fajek było dziecinnie proste. Mama i jej chłopak oglądali telewizję. Kurtka faceta wisiała w przedpokoju, a papierosy tkwiły w kieszeni. Na dodatek paczka była tylko do połowy pełna. Gdyby była cała, od razu można by się zorientować, że zniknęły z niej dwa papierosy, tak samo, gdyby była prawie pusta. Najlepsza była właśnie paczka pełna do połowy, gwa- rantowała, że nikt niczego nie zauważy. Jenni dobrze o tym wiedziała, bo raz już została przyłapana na podprowadzaniu fajek z prawie pustej paczki. Dziewczyny stały w  lesie tuż za ich blokiem, zaciągały się łapczywie papierosami, plotkowały o  swoich debilnych nauczycielach, Ilarim, przystojniaku, który chodził do rów- noległej klasy, i innych ważnych sprawach, o których zwykle gadają piętnastolatki. Co jakiś czas pluły w zaspy. Kiedy już skończyły palić, postanowiły wybrać się do centrum handlo- wego. Chciały sprawdzić, czy zastaną tam któregoś ze znajo- mych, chociaż szczerze w to wątpiły. W czwartki wieczorem zawsze było tam pustawo. W sumie zawsze było tam pusta- wo. Odkąd z powodu cięć budżetowych zamknięto ośrodek dla młodzieży, kręciły się tam tylko rodziny z małymi dzieć- mi, a przed wejściem tkwili lokalni pijaczkowie. Przed po- wrotem do domu musiały jednak jakoś pozbyć się zapachu dymu, dlatego zdecydowały się na małą wycieczkę. Posta- nowiły przejść przez las, chociaż śnieg utrudniał chodzenie, zmarzły im palce u nóg, a converse’y przemokły. – Co to? – zapytała w pewnej chwili Katri i stanęła rap- townie. 33 Ksiazka NW_MOBI.indd 33 13.02.2017 11:41 – Co? – To na ziemi. – Dziewczyna wymierzyła palcem w wyso- ką sosnę. W śniegu pod nią coś leżało. Jenni podeszła bliżej. – Jezu! – krzyknęła. – Popatrz na to! To był nóż. Nie zwykły nóż do krojenia chleba, ale praw- dziwa broń z  zakrzywionym ostrzem. Ostrzem pokrytym krwią. – Patrz – wyszeptała Katri i pokazała na ziemię jakieś dwa metry dalej. Z jej ust wydobył się obłoczek pary. W śniegu widać było plamy krwi. W ciemności wydawała się prawie czarna. – Myślisz, że ktoś został zabity? – Może powinnyśmy zadzwonić na policję? – Kurwa, mama da mi szlaban, jeśli się dowie, że popala- łam. – To co robimy? – Nie wiem. Chodźmy do centrum, tam się zastanowimy. – Kurde, boję się. A jeśli zabójca ciągle tutaj jest? Dziewczyny przystanęły, wsłuchując się w  ciemny las. Początkowo było całkowicie cicho, słyszały tylko swoje przy- spieszone oddechy. A potem usłyszały odgłos łamanej gałąz- ki. Jeden, drugi… – Spadajmy stąd – wyszeptała przerażona Katri. Rzuciły się do ucieczki. Biegły przez las, nie zwracając uwagi na gałęzie smagające je po twarzach. W pewnej chwili Jenni potknęła się i krzyknęła do Katri, żeby poczekała, ale już po chwili wstała i zaczęła biec dalej. Byle tylko dotrzeć do bezpiecznych budynków i świateł, byle znaleźć się jak najda- lej od tego przerażającego lasu, w którym grasował szalony morderca. Wkrótce potem znalazły się przed centrum han- 34 Ksiazka NW_MOBI.indd 34 13.02.2017 11:41 dlowym. Dobiegły do jednego z pubów, bo tylko tam byli ja- cyś ludzie, oparły się o ścianę i rozejrzały dookoła, usiłując złapać oddech. Nikt ich nie ścigał. Centrum było opustosza- łe, nikogo nie dostrzegły. – Co teraz? – zapytała Jenni. Z pubu wytoczyła się zawiana kobieta i zapaliła papierosa. Zaraz za nią wyskoczył jakiś facet i zaczął się do niej przysta- wiać. – Chodźmy do mnie – powiedziała Katri. – Musimy się zastanowić, co mówić. Jeśli najpierw powiemy o wszystkim mojej mamie, może twoi starzy nie zaczną dopytywać się o fajki. Korki Anny pewnie trzymały się oblodzonej nawierzchni. Mroźne powietrze szczypało przyjemnie w tył gardła. Droga przez lasy za Koivuharju skręcała w kierunku trasy narciar- skiej, dlatego dalej musiała pobiec ścieżką rowerową. Lubiła narciarstwo biegowe, potrzebowała jednak do niego widoku oblodzonego morza, odległego horyzontu i jasnego, wyraźnie odznaczającego się nieba. Nie przepadała za trasami wyty- czonymi w lasach. Podczas porannych biegów narciarskich, gdy zapuszczała się kilometry od brzegu, najważniejszy był dla niej widok bezkresnego lodu. Tego ranka jej przebieżka była szybka i krótka: zaledwie pół godziny, a potem powrót do domu na prysznic i papie- rosa. Udawało się jej trzymać postanowienia noworocznego – tylko jedna fajka dziennie – chociaż złożyła to przyrzecze- nie z papierosem w ustach i podchmielona szampanem, pod- czas gdy fajerwerki wystrzeliwane sprzed ratusza w Kanjižy wybuchały z hukiem nad jej głową. Na niebie pojawiały się 35 Ksiazka NW_MOBI.indd 35 13.02.2017 11:41 diamenty, kule i kolorowe gwiazdy, a ludzie się śmiali, ściska- li się i życzyli sobie wzajemnie szczęśliwego Nowego Roku. Imprezę noworoczną zorganizowały przyjaciółki Réki. Większość z nich Anna znała z czasów, gdy chodziły razem do szkoły. Wynajęły pub na obrzeżach miasta, zamówiły je- dzenie w firmie cateringowej, puszczały hity z lat dziewięć- dziesiątych, tańczyły i piły cały wieczór. Tuż przed północą udały się do centrum miasta, by oglądać pokaz sztucznych ogni, podobnie jak większość mieszkańców Kanjižy w  syl- westra. Przyszła tam również matka z jej przyjaciółmi. Anna nigdy nie widziała w Finlandii tak widowiskowego pokazu. W  Kanjižy pokazy sztucznych ogni odbywały się również w wakacje. Dla Anny fajerwerki w ciepłą, letnią noc były jed- nym z najbardziej emocjonujących wydarzeń w życiu. Mię- dzy imprezowiczami nie widziała Ákosa. Na imprezie spotkała Béciego, chłopaka, który w pierw- szej klasie chował jej plecak i ciągnął za włosy. Béci od dzie- sięciu lat mieszkał w  Budapeszcie, a  Anna nie widziała go od swojego wyjazdu; do tej chwili zdążyła zapomnieć o jego istnieniu. On ją jednak pamiętał. Po pokazie kupili kilka piw i poszli nad zimne brzegi Cisy. Usiedli na starych huśtawkach na metalowych łańcuchach. Jaskrawe płaty czerwonej, żół- tej i zielonej farby łuszczyły się na drewnianych siedzeniach. Wspominali dzieciństwo, zardzewiałe śruby wydawały prze- raźliwe jęki. Kiedy Annie zrobiło się zimno, wślizgnęli się do domu rodziców Béciego i do jego chłopięcej sypialni na pię- trze, pokoju, którego wystrój pozostawał niezmieniony od co najmniej dziesięciu lat. Następnego ranka matka Béciego na- legała, aby Anna została na śniadaniu, a dziewczyna nie zdo- była się na odmowę. To było strasznie zawstydzające. Czuła się, jakby znów miała piętnaście lat. 36 Ksiazka NW_MOBI.indd 36 13.02.2017 11:41 Anna nerwowo zdusiła peta w popielniczce. Miała ocho- tę na jeszcze jednego papierosa. Co ją podkusiło, żeby iść do niego do domu? Teraz Béci usiłował skontaktować się z nią w Finlandii. Réka dała mu adres mejlowy i numer telefonu Anny. A fene egye meg. W końcu udało się jej zwalczyć chęć na kolejną fajkę i za- częła się zastanawiać, czy zadzwonić do Ákosa. Ostatecznie zdecydowała się to zrobić. Jej brat okazał się pijany, chociaż nie za bardzo. Powiedział, że siedzi sam w domu i ogląda te- lewizję – na telewizorze, który dostał do Anny. Dziewczyna jednak nie słyszała dźwięku odbiornika. Zapytała go, czy pamiętał o złożeniu podania o zasiłek dla bezrobotnych, czy ma jedzenie i czy wziął prysznic. Tak, tak, wszystko jest w jak najlepszym porządku, Ákos właśnie ograniczył picie, pra- wie w ogóle rzucił, naprawdę nie pije już dużo, wszystko gra. A kurva életbe, zaklęła Anna pod nosem, kiedy się rozłączyła. Staję się matką mojego starszego brata. Ksiazka NW_MOBI.indd 37 13.02.2017 11:41 3 – Wygląda na to, że w ostatnim czasie nie uciekł żaden staruszek. Obdzwoniłam wczoraj wszystkie domy opieki w pobliżu – powiedziała Sari Annie. Było pięć po ósmej. Wydział kryminalny rozpoczynał pra- cę. Kserokopiarka zaterkotała, ekspres do kawy zabulgotał, światła zapalały się jedno po drugim, komputery zaszumiały. Na pozór przeciętny dzień w dowolnym biurze. Nic nie wska- zywało na to, że w tych ponurych pomieszczeniach o nijakim umeblowaniu pracuje się nad sprawami sięgającymi naj- mroczniejszych zakamarków ludzkiej duszy. – To znaczy, że musiał wyjść ze swojego domu. Mam na- dzieję, że niedługo krewni coś zauważą – odparła Anna. – Też mam taką nadzieję. To mi przypomina o kilku sta- ruszkach, których znaleźliśmy dosłownie zmumifikowanych. Leżeli po śmierci przez lata i nikt nic nie zauważył. – Sari zie- wnęła. Dzieci obudziły ją o piątej rano i jak gdyby nigdy nic zaczęły się bawić. – Takie sprawy to naprawdę wyjątki. Dajmy im kilka dni. Ktoś w  końcu zadzwoni zmartwiony, że dziadek zaginął. Może nawet dzisiaj. – Mam nadzieję. À propos, wczoraj byłam u  Raunego – powiedziała Sari. – O, co u niego? – Jest na zwolnieniu do końca kwietnia, kilka razy w tygo- dniu ma fizjoterapię. Dochodzi do siebie, chociaż do pełnego zdrowia jeszcze długa droga. Lewe kolano ciągle go boli. Pew- nie będzie miał z nim kłopoty do końca życia. 38 Ksiazka NW_MOBI.indd 38 13.02.2017 11:41 Starszy posterunkowy Rauno Forsman został poważnie ranny zeszłej jesieni, kiedy jego samochód zderzył się z ło- siem. Anna przypomniała sobie, jak wyglądał, leżąc na inten- sywnej terapii. Żałowała, że to nie ona jest na jego miejscu, chciałaby być w śpiączce i nigdy się z niej nie obudzić. Prze- szedł ją dreszcz. Cierpiała w tym czasie na bezsenność i była tak zmęczona, że zaczynała się zastanawiać, czy w ogóle jest w stanie pełnić obowiązki policjantki. – Zapomnijmy o pięcie Achillesa, od teraz będziemy mó- wić o kolanie Forsmana – skomentował Nils, wchodząc do sali odpraw. Ciemne włosy miał wciąż potargane po nocy. Anna doszła do wniosku, że jest całkiem przystojny, i zerk- nęła na złotą obrączkę na serdecznym palcu jego lewej ręki. – Co u Niny? – zapytała. – Nie było jej w domu – odparła Sari. – Ale nie chcę się wtrącać. Nie uwierzysz, jak dziewczynki wyrosły. Rauno przesyła wszystkim pozdrowienia. Prosił, żebyście czasami do niego wpadli. Zróbcie to, biedaczysko nudzi się jak mops. – Nie ma sprawy, wpadnę – powiedział Nils. – Ja też – dodała Anna, chociaż doskonale wiedziała, że tego nie zrobi. – Gdzie Esko? – zapytał Nils. – Był tutaj już przed siódmą, pracuje nad sprawą, którą – Co to za sprawa? – Jakieś zagraniczne bandziory próbują się u nas urządzić zleciło mu PBŚ. – wyjaśniła Sari. – Tego tylko nam trzeba – westchnął Nils. – Mam nadzie- ję, że nie wyznaczy mnie do pomocy. – Wątpię. I tak mamy zapieprz z naszymi gangami moto- cyklowymi – powiedziała Sari i jeszcze raz ziewnęła. 39 Ksiazka NW_MOBI.indd 39 13.02.2017 11:41 Anna przeszła do swojego gabinetu i włączyła komputer. Musiała napisać kilka raportów, a  po południu uporać się z  przesłuchaniem w  sprawie napaści. Nic specjalnego, po- winna się z tym wyrobić o czasie. Zastanawiała się jednak, co dalej. Niezbyt pociągała ją perspektywa samotnego spędze- nia piątkowego wieczoru w domu. Może wyskoczy do pubu? Zapyta patolożkę Linneę Markkulę, czy nie miałaby ochoty się przyłączyć. Nie wychodziła nigdzie od świąt. Zapowiadał się kolejny weekend, podczas którego będzie tylko ćwiczyć i czekać na poniedziałek. Naprawdę tego lata kończy dopiero trzydzie- ści jeden lat? Miała wrażenie, że jest o wiele starsza, że jedną nogą jest już w grobie. Tęskniła za towarzystwem prostolinij- nej Réki, codziennymi pogaduszkami o przyziemnych spra- wach, długimi wędrówkami po puszcie między Zimonićem a Velebitem, po járás, jak je nazywały, halami, na których pa- sły się stada owiec pilnowane przez pasterzy, którym poma- gały psy. Ten widok mógłby pochodzić sprzed stu lat, gdyby nie to, że pasterze od czasu do czasu grali na komórkach lub słuchali muzyki przez słuchawki, a ziemię przecinały bruzdy po orce. Pola pochłaniały pusztę stopniowo i  niespiesznie, rolnicy orali nawet w grudniu. Pastwiska stawały się coraz mniejsze, a dzikie zwierzęta nie mogły sobie znaleźć miej- sca w uprzemysłowionym krajobrazie. Dochodziło wręcz do tego, że pasterze używali komórek, by znaleźć lepszą pracę. Pukanie do drzwi przywróciło Annę do teraźniejszości. Do gabinetu wszedł Virkkunen. – Wczoraj wieczorem do lasu za Ketoniemi wezwano ra- diowóz. Nasi ludzie znaleźli nóż i  mnóstwo krwi, zupełnie jakby ktoś zarżnął zwierzę. – Kolejna robota dla nas? – zapytała Anna. 40 Ksiazka NW_MOBI.indd 40 13.02.2017 11:41 – Niewykluczone. Spece z laboratorium są już w drodze na miejsce. – Może ktoś tam faktycznie zabił jakieś zwierzę? Albo była bójka i ktoś został ranny? – Nie zgłoszono nam żadnych napaści. – Jeśli to była bójka między dwoma pijakami, wątpię, żeby zjawili się na komisariacie. – W takich miejscach jak to raczej nie spotyka się pijaków. – Na pewno ludzie od czasu do czasu chodzą tam się napić. – Obdzwoń szpitale i wypytaj, czy mają jakichś pacjentów z ranami kłutymi. Sprawdź też ośrodki zdrowia. – Sari dopiero co dzwoniła w sprawie tej ofiary wypadku. Gdybyśmy wiedzieli, zapytałaby też o to. – Otrzymaliśmy tę informację dosłownie przed chwilą. Mogłabyś się tym zająć? – Dobra. – A co poza tym? – To znaczy? – Tak ogólnie. W pracy, w życiu? Anna poczuła się niezręcznie. Nie uważała Virkkunena za szczególnie bliskiego znajomego, chociaż opowiadała mu o sobie rzeczy, którymi wolałaby się nie dzielić z innymi. Kie- dy w styczniu miała zostać zatrudniona na stałe, Virkkunen wypytywał ją o jej problemy ze snem, ataki paniki, które mia- ła w dzieciństwie, i inne tego typu sprawy: przeszłość, plany na przyszłość i tak dalej. Anna przyłapała się na tym, że myśli o tych planach jeszcze długo po ich rozmowie. – Wszystko dobrze – odparła z uśmiechem i pomyślała, że to w zasadzie prawda. Nie działo się z nią nic niepokojącego. Zadzwoniła jej komórka. Na wyświetlaczu zobaczyła nie- znany numer. Virkkunen machnął ręką i wyszedł z pokoju. 41 Ksiazka NW_MOBI.indd 41 13.02.2017 11:41 – Fekete Anna – przedstawiła się. – Szia, Anna. Itt Gabriella, emlékszel? Czy ją pamięta? Niby jakim cudem miałaby ją zapomnieć? Przecież przesłuchiwała Gabriellę zaledwie wczoraj. Wkrót- ce potem dziewczynę wypuszczono. Według wstępnych ustaleń w chwili wypadku jechała z prędkością około osiem- dziesięciu kilometrów na godzinę, o wiele za szybko jak na te warunki pogodowe, jednak poniżej ograniczenia prędko- ści obowiązującego na tym terenie. Z posterunku odebrała ją zszokowana rodzina, u której mieszkała. Zakazano jej opusz- czania kraju do zakończenia śledztwa. Kiedy dowiedziała się, że nie przekroczyła prędkości, wyraźnie jej ulżyło. Obiecała Annie, że kiedyś do niej zadzwoni, ale policjantka nie spo- dziewała się, że nastąpi to tak szybko. – Szia, Gabi. Hogy vagy? – O  wiele lepiej, dziękuję. Na szczęście Tommi dał mi dzień wolnego. To mój pracodawca. Nie nadaję się jeszcze do opieki nad dziećmi. Nie mogę spać. – To normalne, wciąż jesteś w szoku. To potrwa jeszcze jakiś czas, ale w końcu minie. – Ciągle się zastanawiam, dlaczego ten facet tam leżał. Czemu pojechałam akurat tamtą drogą? I dlaczego słucha- łam muzyki? – Gabi, uspokój się. Wygląda na to, że to był wypadek. Nie przekroczyłaś prędkości, w twojej krwi nie wykryto alkoholu ani narkotyków. Nie zrobiłaś nic złego, miałaś po prostu pe- cha. Gdybyś ty nie potrąciła tego człowieka, zrobiłby to ktoś inny. – Na tej drodze nie było nikogo innego. Nikogo. – Więc zamarzłby na śmierć. – A jeśli on już był martwy? 42 Ksiazka NW_MOBI.indd 42 13.02.2017 11:41 – Już o tym rozmawiałyśmy. Jeśli to był na przykład atak serca, wykryjemy to podczas autopsji. – Kto to był? – Nie wiemy. – Ciągle jeszcze nie wiecie! – krzyknęła Gabriella. – Minął dopiero dzień. Czasami takie dochodzenia ciągną się tygodniami. Gabriella zamilkła na chwilę. Anna słyszała dźwięki w tle, głos dziecka i jakiegoś mężczyzny. – Słuchaj, mogłybyśmy się spotkać? – zapytała nagle dziewczyna. – Co takiego? – Nieoficjalnie. Dali mi numer do psychologa i tłumacza, ale wolałabym pogadać z tobą. Poza tym już znasz sprawę, będzie mi łatwiej. Anna zawahała się. Z jednej strony mieszanie się do ży- cia podejrzanej to niezbyt dobry pomysł, a do tego mogło to być zabronione. Z drugiej strony rozumiała Gabriellę. Na jej miejscu pewnie zrobiłaby to samo. Chciała pomóc tej dziew- czynie, która może nie do końca była jej rodaczką, ale jednak kimś w tym rodzaju. Ostatecznie umówiły się na dziewiątą wieczorem w Irish Corner Bar. Po przesłuchaniu poprosiła Sari o  numery telefonów ośrodków zdrowia i szpitali w mieście i wszystkie je obdzwo- niła. Zajęło jej to zaskakująco dużo czasu. Numerów było naprawdę sporo, a poza tym nigdy nie udawało się uzyskać informacji od osoby, która odebrała telefon. W każdym razie do żadnej z  tych placówek nie trafiła w  ostatnim tygodniu osoba z  raną kłutą albo ciętą. Anna doszła do wniosku, że w Ketoniemi po prostu ktoś zabił zwierzę, może nawet wła- snego psa, bo nie stać go było na wizytę u weterynarza. Popa- 43 Ksiazka NW_MOBI.indd 43 13.02.2017 11:41 trzyła na zegar wiszący na ścianie gabinetu. Jeszcze godzina i będzie miała wolny weekend. Sammy obudził się nagle w  ciemności. Dziwne, że uda- ło mu się zdrzemnąć, mimo że był w  takim stanie. Wiatr wzmógł się tej nocy. Wiał z północnego wschodu, potęgując uczucie zimna. Chodniki i  ulice były oblodzone i  bardziej śliskie niż przedtem, jednak ukryty wśród gazet czuł zaska- kujące ciepło. Ogrzewały go plastikowe ściany kontenera i gruba warstwa papieru w środku. To właśnie tutaj sypiał za każdym razem, gdy nie mógł znaleźć lepszego schronienia. Tak było również tej nocy. Kontenery na papier były ciepłe, ale niezbyt bezpieczne. Nie można spędzać zbyt wielu nocy w tym samym miejscu. Ktoś mógł go zauważyć i zadzwonić na policję. Zdarzyło się kilka razy, że ktoś podchodził, podno- sił pokrywę, by wyrzucić gazetę, i krzyczał na widok młodego mężczyzny leżącego w środku. W takich sytuacjach Sammy usiłował wyglądać jak najbardziej przyjaźnie. „Przepraszam, przepraszam”, powtarzał, a potem uciekał. Od dwóch mie- sięcy w zasadzie tylko uciekał. Jego całe zasrane życie było ucieczką – przed policją, normalnymi ludźmi, głodem nar- kotykowym, radykalnymi islamistami. Nie wiedział, co ro- bić. Nie miał kogo prosić o pomoc. Nie można spędzić całego życia na ukrywaniu się. W każdym razie na pewno nie w tak zimnym kraju. Czuł się, jak w  pułapce, jak lis złapany we wnyki. Ale nawet to było lepsze od gwarantowanej śmierci, jaka czekała go w domu. Sammy nie jadł cały dzień, ale prawie nie zwracał na to uwagi, bo gorszy był głód narkotykowy. Po wydarzeniach po- przedniej nocy postanowił na jakiś czas się ulotnić, trzymać 44 Ksiazka NW_MOBI.indd 44 13.02.2017 11:41 się z dala od dilerów. Wiedział jednak, że długo tak nie pocią- gnie, musiał skołować kasę na choćby trochę subutexu. Gdy- by tylko było go stać na tak dużą dawkę, że mógłby przedaw- kować… Trudno było przedawkować buprenorfinę, musiałby mieć coś jeszcze, choćby diazepam. Zbyt droga impreza. Ma- rzył o złotym strzale i spotkaniu z kostuchą tam, w mroku kontenerów na śmieci, korytarzy i piwnic. Nie bał się śmier- ci, po prostu nie chciał dać satysfakcji ludziom, którzy zabili jego ojca, matkę i brata. Wsłuchał się w podwórko, na którym stał kontener. Pa- nowała tu całkowita cisza, nie dobiegał nawet szum samo- chodów z pobliskiej ulicy. Podejrzewał, że jest jeszcze przed północą. Gdyby nie czuł się tak okropnie, mógłby tu leżeć w ciszy i spokoju jeszcze przez wiele godzin. Jednak drgały mu mięśnie nóg, bolała głowa i czuł mdłości. A także obrzy- dliwy smród, który wydzielało jego ciało. Kiedy ostatni raz się mył? Próbował się odprężyć. Wyobrażał sobie, że jest w domu i leży w swoim łóżku. We wspomnieniach było bar- dziej miękkie niż w rzeczywistości. Dzielił pokój z bratem, pomieszczenie było tak malutkie, że mieściły się w nim tylko dwa wąziutkie łóżka. Rodzice spali na sofie w drugim pokoju, który służył również za salon i kuchnię. Nie było więcej pokoi, ale w ich kraju dwa pokoje to i tak był luksus, o ile
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Bezsilni
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: