Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00059 005736 14097558 na godz. na dobę w sumie
Biała Dolina - ebook/pdf
Biała Dolina - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 141
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4190-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Jest to powieść o niekonwencjonalnym nieco charakterze.

Jej bohater – młody inżynier budowlany, w następstwie wypadku przy pracy dostaje się do szpitala dla umysłowo chorych. Okazuje się, że prawa rządzące życiem tej instytucji, pomimo jej izolacji od świata zewnętrznego nie różnią się istotnie od zasad panujących poza jej murami: przyjaźń, miłość i nienawiść istnieją tam również i również tam nie wiadomo czasem jak należy postępować aby nie zwariować, a co najważniejsze: kto jest bardziej chory w tym zamkniętym świecie – pacjenci, czy lekarze?

Historia nieprawdziwa, jednak wzruszająca, miłości dwóch serc, skazanej na zagładę już od pierwszego dnia jej istnienia.

 

Przyjemnej lektury.

Autor

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Biała Dolina Andrzej Galicki Biała Dolina © Copyright 2012 Andrzej Galicki All rights reserved Virtualo Edition ISBN: 978-83-272-4190 Projekt okładki: Andrzej Galicki Obraz autora książki pt. Biała dolina namalowany w roku 1994 Polish Edition, License Notes This ebook is licensed for your personal enjoyment only. This ebook may not be re-sold or given away to other people. If you would like to share this book with another person, please purchase an additional copy for each recipient. If you’re reading this book and did not purchase it, or it was not purchased for your use only, then please return to Smashwords.com and purchase your own copy. Thank you for respecting the hard work of this author. Słowo wstępne Ktoś kiedyś powiedział: „W tym szaleństwie jest metoda”. Jaka jest zatem metoda w szaleństwie zwanym „Życie”? Kto ma prawo segregować ludzi na tych normalnych i tych innych? Co jest silniejsze, miłość czy nienawiść i czy wreszcie możliwe jest, że dla samoobrony umysł ludzki jest w stanie zapragnąć samozniszczenia jako ostatecznego środka? A może nie należy traktować tego zbyt poważnie, może odrobina humoru jest najlepszą obroną przeciwko burzowym chmurom, jeżeli ktoś potrafi wystawić twarz na pioruny i śmiać się głośno, będzie uratowany. Przyjemnego czytania, Autor Spis treści 1. Azor 2. Biedronka 3. Drakula 4. Na zrywce 5. Biała dolina 1. Azor Leżałem przy łóżku mojego pana, tak jak powinien robić każdy mądry i wierny pies, za jakiego się przecież uważałem. Czekałem cierpliwie dziwiąc się nawet trochę, że pozwalają mi tu tak leżeć, ba, nawet kołderkę mi podłożyli żebym miał wygodniej i ogólnie nie było źle a czas się nawet nie dłużył, tyle działo się wokół ciekawego. Najbardziej lubiłem jak przechodziła obok mnie salowa Zośka, zdrowa, wiejska dziewucha. Ja, ze swojej pozycji widziałem więcej niż inni, korzystałem więc ile wlezie. Zocha łydki miała mocarne, a uda pod fartuchem krągłe i złociste, prawdziwe marzenie. A że miała dzisiaj dziurę w majtkach, to napatrzyłem się, napatrzyłem, tylko ogona brakowało jej do ideału. A od Balcerzaka, który miał łóżko obok, dowiedziałem się, że pana mojego zabrali wczoraj na elektrowstrząsy, ale nikt nie mówił kiedy on wróci, czekałem więc spokojnie. Moja rola była taka: mam leżeć i pilnować żeby ktoś inny nie próbował wtrynić się na to łóżko. Powarkiwałem więc od czasu do czasu, niegroźnie raczej, tyle tylko żeby respekt wszyscy czuli do tego miejsca, respekt i uszanowanie. Balcerzak, sąsiad, fryzjerem był z zawodu, nie wiem czy dobrym, ale chyba tak. Dobry fryzjer to taki fryzjer który zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia, bez względu na to czy ktoś go słucha, czy nie. Pewnego dnia spotkało Balcerzaka nieszczęście: żona go opuściła z jego własnym klientem i to z takim, który nie zapłacił za ostatnią wizytę, co dla fryzjera jest tak, jakby dwa policzki naraz w jedną mordę zainkasować. Nazajutrz Balcerzak pozornie spokojny, tekturę na drzwiach gabinetu wywiesił z napisem, że od dzisiaj strzyże tylko łysych, a włochate niech sobie radzą tak jak im się podoba. Nie spodobało się to dyrekcji spółdzielni fryzjerskiej do której należał zakład Balcerzaka. Czasem najbardziej zwariowane pomysły okazują się genialne, ten się nie okazał i łysi nie dawali zakładowi niestety dochodów. Spółdzielnia napuściła na Balcerzaka pogotowie z wariatkowa, ale on zamknął się w swoim salonie fryzjerskim i tylko brzytwą wymachiwał przez szybę ilekroć ktoś w białym fartuchu zbliżał się do drzwi wejściowych jego zakładu. Komendant miejscowego posterunku wpadł wtedy na szatański iście pomysł. Wybrał trzech łysych policjantów i kazał im się przebrać w cywilne ubrania. Tak podle uśpiwszy czujność fryzjera, założyli mu sprawnie kaftanik z długimi rękawami i po ptokach. Balcerzak z objawami ciężkiej depresji przebywał właśnie tutaj i podejrzliwie lustrował każdego łysego w polu widzenia, tak jakoś stracił do nich zaufanie. Opowiadał tę swoją historię po raz kolejny zwracając się bądź to w moim kierunku, bądź to w stronę Szymona, chłopa spod Garwolina, który obydwie ręce i nogi przywiązane miał do łóżka i nie bez powodu: gdy niedawno udało mu się uwolnić, zerwał ze ściany gaśnicę i całą salę zapsikał białą pianą, to były jaja, pacjenci cieszyli się jak dzieci, ale sanitariusze cieszyli się mniej i Szymon znalazł się znów na łóżku związany, a na pytania dlaczego chwycił tę gaśnicę, odpowiedział grzecznie, że szukał właściwie siekiery, ale nie mógł jej znaleźć. Oj lepiej że nie znalazł, co by się stało gdyby znalazł - lepiej nie mówić. Co jemu się stało - dokładnie trudno powiedzieć, trochę wiadomo ze skąpych wiadomości przynoszonych przez jego żonę, która odwiedzała go raz w tygodniu. Mała, zgarbiona kobiecina ubrana na czarno. Oboje z Szymonem nie byli rozmowni i jak legenda głosi, gdy przyjechali tutaj na pierwszą wizytę u lekarza i usiedli w gabinecie, przez czas dłuższy profesor nie mógł nijak od nich wyciągnąć kto tu właściwie kogo przywiózł i o mało brakowało a oboje pozostaliby tutaj, gdyby Szymon nie wstał nagle z krzesła i nie zapiał jak kogut, głośno i przeciągle. Wtedy lekarz domyślił się wreszcie i Szymonowa zwolniona została do domu. A wszystko przez krowę Szymonów jedyną, która chudnąć poczęła niemiłosiernie, co bardzo martwiło starego. Skąpiąc pieniędzy na weterynarza sam postanowił ją leczyć domowymi sposobami. Wyczytał gdzieś w kalendarzu rolniczym opowiadanie fantastyczne o wampirach, co krwią ludzką i bydlęcą się żywią, a tylko pianie koguta jest w stanie je przepłoszyć. Piać więc zaczął po nocach po obórce i tak się do tego piania przyzwyczaił, że piał już również w dzień (choć rzadziej). Krowa tymczasem chudła i chudła, być może miejscowe wampiry odporne były na tego rodzaju pianie, być może oprócz piania weterynarz by się również przydał, nie wiadomo. Jedyne co wiadomo, to że któregoś poranka biedne stworzenie wyzionęło ducha w Szymonowej obórce, a sam Szymon piać nie przestał, bo zemstę wampirom przysiągł straszliwą, aż ze skierowaniem gminnego lekarza tutaj się dostał na rozpoznanie i od razu wylądował w sali No 407, gdzie same ciekawe przypadki się znajdowały. Z powodu jego nieposkromionych skłonności do piania, skierowany został na elektrowstrząsy. Po pierwszej serii było nawet lepiej, po drugiej jeszcze lepiej a po trzeciej piać już przestał po nocach (czasem tylko sporadycznie mu się to zdarzało), ale nienawiść do wampirów pozostała w sercu jego. I Poprzysiągł sobie, że tępić je będzie aż do końca dni swoich. Każdą wolną chwilę wypełniało mu odtąd szukanie po kątach siekierki, która była konieczna dla wypełnienia tej misji. Zaniepokoiło to lekarzy do tego stopnia, że kazali przywiązywać go do łóżka na wszelki wypadek, wiadomo - kto szuka ten znajdzie. Biedna Szymonowa odwiedzała go co tydzień i karmiła zsiadłym mlekiem z kartoflami. Kartofle posypane były z wierzchu skwarami grubymi na palec i to wprawiało Szymona we wspaniały humor, jedząc to domowe jadło zapominał na trochę o siekierze, o wampirach, nawet o zdechłej krowie zapominał. Ale gdy po posiłku Szymonowa chowała kanki do tobołka, pamięć mu wracała i nerwowo szeptał jej do ucha za każdym razem to samo: - Wczoraj znowu jednegom widział. Przez okno zaglądał psiajucha. Siekierkę mi przywieź następnym razem z drewutni, jeno tą mniejszą, poręczniej mi będzie pod siennik ją schować. Szymonowa jak zwykle ocierała łzę słoną końcem czarnej chustki i obiecywała że tak, przywiezie niezawodnie, aby tylko martwić się przestał i do roboty w polu powrócił, bo praca to najlepsze lekarstwo ma wszelkie dolegliwości ciała i duszy. Po przeciwnej ścianie sali leżała Jóźwicka, kobita nie stara jeszcze, ale mocno już zajechana, wyglądała trochę jak samochód warszawskiego taksówkarza po trzecim szlifie. Obserwując ją cieszyłem się w duchu, że my z moim panem wódki nie pijemy, czyż życie nie jest wystarczająco pijane samo w sobie żeby je jeszcze bardziej upijać? Przywieziona tu kiedyś po ostrej libacji Jóźwicka, pół nocy pod łóżkiem przesiedziała, strachy miała takie i dopiero nad ranem udało się ją na zewnątrz wyciągnąć. Delirium pozornie minęło, ale nagle coś odmieniło się jej w głowie i robactwo rozmaite zaczęło po niej łazić, choć nic nie było widać gołym okiem. Stan ten utrzymywał się uparcie i chociaż była na lekach, otrzepywała się nieustannie. A Jóźwicka tak samo jak Szymon potrzebna była w domu i to nie tylko dla męża, lecz że metę prowadziła alkoholową w swoim mieszkaniu, a teraz, gdy jej zabrakło, wszystkie pijusy z dzielnicy chodziły jak błędne, bo gdy klina trzeba klinem to meta była ostatnim ratunkiem dla nich wszystkich. Jóźwicka popełniła błąd zawodowy. Przyjęła na próbę skrzynkę trunku niewiadomego pochodzenia i nie chcąc eksperymentować na własnych klientach, sama pierwszą butelkę wydoiła. Towar okazał się dziwny w działaniu i nawet będąc w leczeniu wytrzeźwieć nie była w stanie. Cudeńka z nią wyprawiali, sam profesor odwiedzał, a poziom alkoholu we krwi utrzymywał się jednakowy jak na złość i powrót na dzielnicę nie zapowiadał się prędki. Tymczasem legendy już krążyły o tej gorzałce, po której się nie trzeźwieje. Mąż jej, sam przecież trunkowy, odwiedzał ją tutaj gęsto, problem polegał bowiem na tym, że Jóźwicka resztą świadomości tak potrafiła skrzynkę z towarem skitrać, że teraz była ona nie do odnalezienia. Poznawała męża gdy się zjawiał, uspokajała się nawet na chwilę, ale gdy tylko o skrytkę zaczynał nagabywać znów powracała do oganianie się od pająków - od niego również się wtedy oganiała jakby sam był pająkiem i to największym. Leżałem tak obok łóżka mojego pana i obserwowałem tych ludzi. Drzemałem pozornie, podnosząc jednak od czasu do czasu to jedną powiekę to drugą aby nic godnego uwagi nie umknęło przede mną, nie skryło się gdzieś w zakamarkach mrocznych półsnów i majaczeń w jakie od czasu do czasu popadałem. Głupio mi było, gdy nie byłem w stanie oddzielić czasem zjaw sennych od rzeczywistości, starałem się kontrolować myśli moje by nie latały na wszystkie strony jak zwariowane, pomagała mi w tym taka jedna prosta sztuczka, każdy może spróbować: Koncentracja, nie dać się wyprowadzić z równowagi nikomu i niczemu. Na podłodze, na wprost mojej głowy usiadła akurat mucha. Usiadła świnia tuż przed moim nosem i dobrze wiedziała, dlaczego siada właśnie a tym miejscu. Większość ludzi uważa, że muchy to bezmyślne owady, że latanie ich i łażenie jest kompletnie chaotyczne i przypadkowe. I tutaj się właśnie mylą. Muchy to stworzenia niezwykle inteligentne i złośliwe. Wystarczy zapytać o to pierwszego napotkanego psa, każdy potwierdzi. Na przykład, jeżeli mucha chce usiąść na podłodze, dlaczego siada dokładnie przed moim nosem? Choćby podłoga wielka była jak morze, ona i tak usiądzie dokładnie tutaj. I co? To ma być przypadek? Ja w takie przypadki nie wierzę. A co robi ta złośliwa małpa następnie? Czy usiądzie sobie spokojnie, albo się położy? Nie, one nigdy się nie kładą. A dlaczego? Bo jedyną ambicją, jakie to cholerstwo posiada, to granie psu na nerwach. Drepcze to tam i z powrotem tuż przed moim nosem i robi co się tylko da żeby zwrócić na siebie moją uwagę. Ja udaję oczywiście, że mnie ona nic a nic nie obchodzi, że widzę ją, bo muszę, ale olewam, traktuję jak powietrze i to się udaje, owszem ale tylko do czasu. Bo gdy jej zwykłe, oklepane sztuczki zawodzą, gdy po wyczyszczeniu skrzydełek udaje, że próbuje oderwać sobie głowę, a ja wciąż nic, to co ona robi następnie? Robi coś tak bezczelnego, na co tylko mucha potrafi się zdobyć: podrywa się z podłogi i ląduje prosto na moim czarnym, wilgotnym nosie, na większą profanację tego miejsca trudno się przecież zdobyć. I co ja mogę wtedy zrobić? Nie ugryzę przecież, łapą też się nie będę po pysku okładał a ogon nie sięgnie. Książkę można by napisać o bezczelności tych stworzeń, które są z pewnością wynikiem jednej z pomyłek Noego, gdy kompletował załogę Arki przed Potopem, a może to sprawka Chama? Koniec zabawy jest z reguły jednakowy: kłapie się zębami, albo wali łapą w podłogę, ale mucha szczerzy już gębę z innego miejsca i można być pewnym, że już za chwilę rozpocznie swoje sztuczki od nowa. Ludzie opędzają się przed muchami, uważają że nie są one stworzeniami godnymi uwagi. Zupełnie co innego, gdy przez kraty w otwartym oknie wpadnie przypadkiem motyl. Musi to być przypadkiem, bo żaden normalny motyl nie pchał by się celowo w takie miejsce jak to, chyba że wariat. Właśnie wczoraj zdarzyło się coś takiego. Motyl był niewielki, żółty i miał po dwie czarne kropki na każdym skrzydełku. Balcerzak zerwał się, zasalutował i wykrzyknął: - Czołem panie podporuczniku! Bo Balcerzak zanim został fryzjerem przeszedł zasadniczą służbę wojskową i dobrze się rozeznawał na stopniach oficerskich. Oczy wszystkich obecnych śledziły lot tego motyla po całej sali, bo co motyl to przecież nie zwykła mucha, piękne to zjawisko i ciekawe, chociaż sala No 407 na brak ciekawych zjawisk i tak przecież nie narzekała. A najbardziej zainteresowany wydawał się Szymon, jako że przywiązany do łóżka, głowę jedynie zadarł i śledził ten lot wolnego owada, który mógł sobie lecieć tam gdzie mu się podobało, czy to tam, czy ówdzie, przestronne łąki i pola staremu przypominał. Więc wybałuszał on gały ile wlezie, a dla wzmożenia uwagi jęzor wywalił długi i różowy pokryty z wierzchu białawym nalotem. I właśnie na ten jęzor biedny motylek przysiadł nie wiadomo czym zwabiony, bo przecież wyziewy z Szymonowej gęby na pewno nie przypominały woni kwiecia. A Szymon niewiele myślący kłapnął natychmiast paszczą jak wiekiem trumny, pogryzł dokładnie i przełknął. - Cytrynek - powiedział krzywiąc się kwaśno. Nikt się nie śmiał, nikt się też nie dziwił, tutaj zresztą nigdy nikt się nie dziwił nikomu i niczemu, tak jakby to jedno, jedyne odczucie wszyscy pozostawili na zewnątrz. Płakać, krzyczeć czy złorzeczyć, to było na porządku dziennym. Nawet cieszyli się niektórzy, nie wiadomo czemu. Ale nikt się nie dziwił, widać nie wypadało. Niech no tylko mój pan wróci z elektrowstrząsów myślałem stęskniony. On jest jedynym normalnym człowiekiem w tym całym pierdolniku . A pani Stefa, która miała łóżko obok wejścia, puściła wtedy głośnego bąka i po chwili czknęła równie głośno, co nie było wielką, ani rzadką rozrywką w tym zapomnianym przez anioły miejscu, ale zawsze przecież było to jakieś urozmaicenie. Pani Stefa to inny kawałek ludzkiego losu. Jako kierowniczka sklepu mięsnego spod Warszawy miała nieźle, wszyscy kierownicy sklepów mięsnych mieli nieźle - taki dziwny był to okres w historii naszego kraju. Ona była przy okazji bezpartyjna, co na jej poziomie zawodowym było jeszcze dopuszczalne, choć już niechętnie widziane. I wszystko w jej życiu toczyło się normalnie aż do momentu, gdy zobaczyła ona w telewizji film pod tytułem „Lenin w Poroninie”. I zastanowiła się wtedy, dlaczego ona ma mieć lepiej niż wszyscy ci, którzy nie są kierownikami sklepów mięsnych, a którzy stanowią przecież większość naszego społeczeństwa. Zgłosiła zatem swoją gotowość wstąpienia w szeregi PZPR i zaakceptowana została na zebranie wprowadzające, gdzie natychmiast poprosiła o głos i przedstawiła swoje postulaty dla poprawy doli krajowego konsumenta. Zaproponowała, żeby całe znajdujące się w magazynach mięso (które już wtedy było na kartki) porąbać na kawałki i rzucić na rynek nieodpłatnie. Jak komuna, to prawdziwa, szczera i od serca. Niech wszyscy mają po równo, takie są przecież jej założenia ideologiczne. W miarę jak mówiła i jej zapał rósł, zauważyła, że pozostali członkowie zebrania dziwnie się jej przyglądają, ale tylko do momentu napotkania jej wzroku. Wtedy, nagle ich spojrzenia uciekały gdzieś w bok, pod ścianę, a niektórzy z nich wymieniali nawet pomiędzy sobą kpiące uśmieszki. A pani Stefa pewna była, że natychmiast zarazi obecnych tak wzniosłą ideą i że poprą jej wniosek z ogólnym entuzjazmem. Prowadzący zebranie natomiast chrząknął, powiedział że tak, owszem, godne przemyślenia i natychmiast, jak zając przeskoczył do następnego punktu spotkania. A Pani Stefa usiadła ciężko, czując się głęboko upokorzona i w głowie jej zaświtało podejrzenie, czy aby przypadkiem ci wszyscy zgromadzeni nie siedzą tutaj dla poprawy swojego własnego losu, całą resztę narodu mając głęboko w dupie? Przez całą noc myśli niespokojne krążyły jej po głowie, aż nad ranem zasnęła, już zdeterminowana, że każdą ideę należy poprzeć konkretnym przykładem. Nazajutrz, po otwarciu sklepu, wystawiła dwa długie, składane stoły na ulicę i zaczęła rozdawać owinięte w gazetę kawałki mięsa przechodniom, z których każdy miał tylko podpisać długopisem w książce sklepowej pokwitowanie odbioru. Chętnych oczywiście nie brakowało i wkrótce ogromna kolejka uformowała się wzdłuż ulicy, a Zośka, sprzedawczyni, co raz do chłodni biegała odrąbywać nowe kawałki, aż do kompletnego wyczerpania się towaru, co bardzo prędko nastąpiło, jako że zapasy sklepowe nie były obfite. Gdy przedstawiciel dyrekcji przybył zaalarmowany do sklepu, znalazł tam już tylko gołe haki i liczydła na ladzie, a rozpromieniona pani Stefa zawołała na jego widok triumfująco: - A widzisz pacanie? Wszystko poszło piorunem, nic nie zostało. I jeszcze pytali, kiedy będzie następna dostawa, a ja im na to, że też podzielimy. Jak komunizm to komunizm, wszyscy dostają po równo, nie tylko ci co mają pieniądze. A nikt mnie nie poparł na zebraniu, nikt nie uwierzył że to się uda. Teraz im powiedz, powiedz wszystkim, niech sami przyjadą, wspólnie będziemy dzielić następną dostawę. A za naszym przykładem pójdzie MHD i Społem i wszystkie sieci handlowe, towarzysz Lenin byłby z nas dumny. Przedstawiciel Dyrekcji, gdy się tylko ocknął z głębokiego osłupienia, hycnął w służbową nyskę i na sygnale popędził do biura zameldować o tym szaleństwie. A pani Stefa, która nareszcie miała dzień swojego życia, usiadła za ladą z książką sklepową dla zbilansowania rozchodów. Jak do tej pory żadnemu kierownikowi placówki w ich Dyrekcji nie udało się równie sprawnie rozprowadzić towaru i uszczęśliwić na raz takiej ilości klientów. Odkąd pani Stefa znalazła się tutaj, wiara jej głęboka w zasady komunizmu stała się jeszcze większa, zaczęła malować szminką do ust to gwiazdy czerwone, to znów sierp i młot i wieszać te symbole ponad swoim łóżkiem. Postawiło to dyrekcję ośrodka przed nie lada dylematem: na jakie dolegliwości umysłowe leczyć pacjentkę, jeżeli głosi ona dokładnie te same wzniosłe myśli i hasła, co rządząca krajem partia polityczna? Co prawda pani Stefa nie została jeszcze członkiem PZPR, ale wciąż była oficjalnym jej kandydatem, w tak delikatnym przypadku komisja lekarska z dr Wójcickim, kierownikiem oddziału, wciąż się wahała nad zakwalifikowaniem pani Stefy do odpowiedniej kategorii. W końcu pacjentka sama przyszła im z pomocą. Na zdobytej kartce papieru wymalowała szminką portret Lenina, tak jak go zapamiętała z filmu, który był jej inspiracją. Popełniła jednak poważny błąd rzeczowy, umieściła bowiem w ustach swojego idola fajkę góralską zakrzywioną ku dołowi. I tu powstał punkt zaczepienia. Co prawda część komisji twierdziła, że fajka jest polskim akcentem, pozostałością pobytu towarzysza Lenina w Poroninie, jednak jej większość uznała że portret bacy nie ma nic wspólnego z wodzem rewolucji i że pani Stefa ma po prostu pierdolca, co ujęto w opisie choroby w skomplikowane, medyczne terminy i w taki sposób pani Stefa skierowana została na pierwsze, modne podówczas elektrowstrząsy. Ach, niech no tylko mój pan powróci myślałem spoglądając na portret bacy-Lenina nad łóżkiem pani Stefy. On na pewno będzie wiedział czy to Lenin czy nie Lenin, on wie wszystko, to jedyna całkiem normalna osoba w tej dziurze, ciekawe dlaczego go nie wypuszczają? Ostatni, szósty pacjent sali No 407, to była postać najbardziej złożona. Nawet lekarze i sanitariusze odnosili się do niego z pewnym respektem, mówiono że był on kimś ważnym w pewnym urzędzie, którego nazwy nikt nie wypowiadał głośno jakby w obawie przed wywoływaniem wilka z lasu. Lecz najbardziej podniecające było to, że Marciniak podobno coś wie . I to właśnie coś tworzyło wokół jego osoby pewną barierę, otaczało go niewidzialnym murem nietykalności. Jemu było wolno więcej niż pozostałym, zresztą po jego zachowaniu trudno było się czasem zorientować że coś mu dolega. Marciniak czytywał nawet gazetę, ba rozwiązywał znalezione w niej krzyżówki (co prawda nigdy do końca) i na oko, to zachowywał się jak zwyczajny, normalny facet. I w tym właśnie tkwił przysłowiowy sęk. Był on zbyt normalny żeby być normalnym, to rzucało się w oczy. W pewnych momentach jednak Marciniak wykazywał się wyjątkową oryginalnością. - Szczać na to wszystko - wołał wtedy głośno i wstawał z miejsca na którym akurat siedział. Nie kierował się jednak do toalety w rogu sali, nie, na tym właśnie polegała jego oryginalność. On podchodził prosto do okna i otwierał je szeroko. Poczym z krzesła wstępował na parapet, przytrzymywał się lewą ręką pionowych prętów krat a prawą rozpinał rozporek, wydobywał fajfusa i lał na zewnątrz długo i swobodnie a współmieszkańcy sali No 407 śledzili te poczynania z aprobatą i oczywiście bez zdziwienia. To właśnie dlatego Marciniak przeniesiony został tutaj z innej Sali, po przeciwnej stronie korytarza. Tam, okna wychodziły na ulicę gdzie sikanie Marciniaka wzbudzało niezdrową ciekawość przechodniów. Okna sali No 407 wychodziły na ogród. Tu nikt nie zwracał uwagi na jego sztuczki i wszyscy byli zadowoleni. Dlaczego tolerowano takie zachowanie Marciniaka? Prawdopodobnie ze strachu. Panowało ogólne przekonanie, że on jeszcze może powrócić tam skąd przybył a wyglądał chłop na pamiętliwego. Od czasu do czasu odwiedzało go dwóch takich w ciemnych garniturach, którym nikt nie patrzał w oczy. Koledzy z pracy. Wyprowadzali oni Marciniaka do ogrodu, siadali z nim na ławce, pod drzewem i rozmawiali długo. O czym? Oczywiście próbowali wyciągnąć od niego co też on wie takiego. Wiadomo było, że wie, bo każdy z nich coś wiedział. Ale żaden nie był pewien, co wie ten drugi i w tej niepewności tkwiła potęga milczenia Marciniaka. Po takiej to wizycie pacjent niezawodnie wołał swoje szczać na to , wstępował na parapet i dokonywał obrządkowego sikania, jakby spłukując tę wizytę dokładnie i dopiero wtedy humor mu powracał - No i co? Powiedział pan? - dopytywał się ciekawie Balcerzak, który jak każdy fryzjer wszystko lubił wiedzieć. - A gdzież tam - dumnie odpowiadał Marciniak. - Tak im się dupy trzęsły jak odchodzili, trzeba było widzieć. I pokazywał wtedy jak im się trzęsły a myśmy przyglądali się ciekawie, jak zwykle bez zdziwienia. Dzisiejszy obchód wyglądał inaczej niż zazwyczaj. Dr Wójcicki (ta szuja) szedł pierwszy i to się nie zmieniło. Za nim postępowała dr Balicka (niewiele różniąca się od swojego szefa) i pielęgniarka Marysia, którą wszyscy lubiliśmy za pogodne usposobienie. Co dzisiaj było inaczej? Dzisiaj lekarzom towarzyszyła niewielka grupka studentów Akademii Medycznej. Trzech chłopaków i dwie dziewczyny. Po raz pierwszy pewnie na takim oddziale, świadczyły o tym trwożne spojrzenia rzucane wokół i to, że starali się oni trzymać jak najbliżej lekarzy, tak jak nowo narodzone kurczaki nie odstępowali na krok swoich kwok. Nie mieli przecież pojęcia, że to właśnie tamci stanowią największe zagrożenie na całym oddziale i że to my powinniśmy ich leczyć, a nie odwrotnie. Grupka zatrzymywała się obok każdego łóżka, dr Balicka badała puls każdego pacjenta, Marysia mierzyła ciśnienie a dr Wójcicki brał do ręki kartę chorobową i w skrócie, ale z bardzo ważną miną dokonywał opisu zaburzeń, przebiegu choroby i za każdym razem dorzucał coś od siebie, coś co wydawało mu się mądre, ale jak wariat może powiedzieć coś mądrego? Wygłupiał się i tyle. Znaliśmy już to wszystko na pamięć. Obok siedzącego na swoim łóżku Marciniaka zatrzymał się na krótko, skurczył się jakoś pod bacznym spojrzeniem pacjenta, sam się pewnie zastanawiał nie raz co też Marciniak może wiedzieć, a gdy doszło do opisu choroby dr Wójcicki odgraniczył się do kilku chrząknięć. Marciniak nie spuszczał tymczasem z niego swego stalowego spojrzenia świdrującego twarz lekarza spod krzaczastych brwi i nie dałbyś głowy kto tutaj jest badany. Wreszcie lekarze zatrzymali się obok łóżka mojego pana.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Biała Dolina
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: