Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00460 009789 7517046 na godz. na dobę w sumie
Biały murzyn Europy - ebook/pdf
Biały murzyn Europy - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Biblioteka Analiz Język publikacji: polski
ISBN: 9788363879655 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Biały murzyn Europy” jest luźną kontynuacją wydanej w 2011 roku debiutanckiej powieści autora pt. „Dalej od gwiazd”.

Tytułowy bohater Mundek jest nieco starszy, coraz bardziej zdewastowany błąkaniem się po świecie i całkowicie wyprany z iluzji co do otaczającej go sytuacji w kraju i Europie.

Budząc się w szpitalu, podłączony do miliona kroplówek, nie ma pojęcia w jaki sposób się tam znalazł, ani kiedy gościnne mury opuści. Dzieli pokój z podobnym sobie straceńcem i podczas detoksu zawiązują się między nimi nieuchwytne nici przyjaźni, która po wyswobodzeniu młodzieńców z bezpiecznego kokonu jednostki odwykowej pchnie obu w przesyconą alkoholem i narkotykami wędrówkę po Europie, podczas której postanowią wyrównać rachunki z byłymi szefami i wszystkimi, którzy kiedykolwiek zaleźli chłopcom za skórę.

Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

Łukasz Makuła urodził się w 1984 roku w Ziębicach i tam też spędził swoje dzieciństwo i wczesną młodość. Z zawodu, jak sam mówi, jest białym murzynem Europy. W czasach szkolnych kilkakrotnie otrzymywał nagrody w konkursach poetyckich i filmowych, a jego debiut li-teracki miał miejsce w 2002 roku na łamach nie istnieją-cego już „Tygodnika Powiatu Ząbkowickiego”. Pisarz od najmłodszych lat przejawiał spory talent do pakowania się w kłopoty, który szlifował przez całe życie.Od 2005 roku Makuła przebywa poza granicami kraju, dryfując w poszukiwaniu nowych opowieści i trudniąc się czym popadnie m.in. dzienni-karstwem, opieką nad niepełnosprawnymi czy hazardem. Pracował również jako kucharz, piekarz, śmieciarz oraz pracownik fizyczny.„Biały Murzyn Europy” jest luźną kontynuacją wydanej w 2011 roku debiutanckiej po-wieści autora pt. „Dalej od gwiazd”.Tytułowy bohater Mundek jest nieco starszy, coraz bardziej zdewastowany błąkaniem się po świecie i całkowicie wyprany z iluzji co do otaczającej go sytuacji w kraju i Europie.Budząc się w szpitalu, podłączony do miliona kroplówek, nie ma pojęcia w jaki sposób się tam znalazł, ani kiedy gościnne mury opuści. Dzieli pokój z podobnym sobie straceńcem i podczas detoksu zawiązują się między nimi nieuchwytne nici przyjaźni, która po wyswo-bodzeniu młodzieńców z bezpiecznego kokonu jednostki odwykowej pchnie obu w przesy-coną alkoholem i narkotykami wędrówkę po Europie, podczas której postanowią wyrównać rachunki z byłymi szefami i wszystkimi, którzy kiedykolwiek zaleźli chłopcom za skórę.„Biały Murzyn Europy” to opowieść o ludziach, których niemożność podporządkowania się czemukolwiek i komukolwiek pcha ciągle i ciągle w drogę, drogę poszukiwań, odkryć a może w ucieczkę, a może tak po prostu na przekór, bez ideologii i chęci zmiany, a jedynie przez to, że tacy są – nieprzewidywalni, nieobliczalni, że są sobą i potrafią z tą prawdą się utożsamić i żyć, choć czasami mocno boli, ale życie to suma wyborów.Łukasz Gołębiewski, pisarz, dziennikarz, krytyk literacki9788363879648ISBN 978-83-63879-64-8Cena 25,00 złBialy murzyn_okladka.indd 17/18/16 5:14 PM Jirafa RojaWarszawa 2016 © Copyright by Łukasz Makuła, 2016© Copyright by Jirafa Roja, 2016Projekt okładki: Piotr GolemoKorekta: Natalia KiłoczkoSkład: TYPO2ISBN 978-83-63879-65-5Wydanie IWarszawa 2016www.biblioteka-analiz.pl For Nose Eyes and all friends I met on the road Nie ma większego cierpieniaNiż wspominać szczęście wśród niedoli/Dante Alighieri, Boska KomediaTłumaczenie Agnieszki Kuciak/Świat dzieli się na dwie połowy, w jednej z nich jest nie do życia, w drugiej nie do wytrzymania/Marek Hłasko/ 91. Wszechmogące prostownikiIstnieje taki moment tuż przed przebudzeniem, kiedy sen ześli-zguje się jeszcze z powiek, ale mózg już na krawędzi rzeczywisto-ści nie ma pewności, czy jeszcze śni, czy już jest na jawie. Szczegól-nie, kiedy budzi się w nieznanym miejscu, a sen był koszmarem. Szczególnie, kiedy całe życie było koszmarem. Dwudziestosied-mioletnim, całodobowym, powtarzającym się koszmarem, prze-rywanym cyklicznie jeszcze posępniejszymi snami.Krzyczałem, Bóg jeden wie jak długo i głośno. Musiałem jed-nak wrzeszczeć ze szczególnym natężeniem, gdyż czyjeś życzliwe dłonie poczęły szarpać mnie bezczelnie, usiłując odwrócić na bok. Jakieś twarze migały mi przed oczyma, aż wreszcie świadom słów, choć niepewny realności całego zajścia, wywrzeszczałem jedyne sensowne w danej chwili zapytanie:– Co jest, do chuja?!– Uspokój się synu, nie mamy wyjścia, to ci pomoże zasnąć i się uspokoić.– Puszczajcie, kurwa, kanalie, sukinsyny, capy z osranymi ja-jami! Szarpaliśmy się rozpaczliwie przez kilka chwil zdających się nieskończonością, aż jej kres stanowiło zimne ukłucie w dupę, tęt-niące bólem, który promieniując, zamieniał się w zbawczy chłód. Sen ponownie wślizgiwał się na powieki, okrywając je całunem zobojętnienia. Przywoływał cienie, mgłę i spokój. Odpływałem, dryfując bezładnie po ciemnych wodach obłędu. Ponownie urwał mi się film. 10Kolejne przebudzenie nastąpiło po nieokreślonym czasie, jednak ściemniało się i dzięki odwiecznej wędrówce słońca do-szedłem do wniosku, że musiałem leżeć bez ducha przynajmniej dwanaście godzin. Przełyk palił mnie, jakbym połknął papiero-sa, popijając etyliną. Fala żółci zbierała się powoli gdzieś w żo-łądku. Kilka silniejszych torsji wstrząsnęło pokojem, krajem i zaświatami.Wyrzygałem się na linoleum podłogi, czyniąc zwyczajowy ha-łas. Niektórzy potrafią rzygać w ciszy, ja zazwyczaj wrzeszczę jak jakiś zatracony wokalista z lat osiemdziesiątych, Lemmy z Motör-head dla przykładu. Mój rock’n’rollowy paw wzbudził zaintere-sowanie mych nadzorców. Wciąż jeszcze nie miałem pewności, czy jestem na izbie wytrzeźwień, w szpitalu, domu wariatów, czy jeszcze gdzieś indziej. Byłem niesamowicie zamroczony, z najwyż-szym trudem zdając sobie sprawę z własnego położenia. W każ-dym z wymienionych przybytków zdarzało mi się już bywać. Nigdy jednak nie było pewności. W Polsce w ogóle można być pewnym jedynie kilku rzeczy: poza śmiercią i podatkami zawsze są jeszcze najebani kierowcy i niedokształceni urzędnicy. Wie-działem przynajmniej, że wciąż jeszcze jestem w Polsce. Nie napa-wało to szczególnym optymizmem, ale zawsze mogło być gorzej.Byłem przypięty do łóżka pasami za ręce i nogi wzdłuż tułowia, co mocno ograniczało możliwość wyciągnięcia głowy poza łoże, wobec czego rzygowiny spływały na zielonkawe linoleum podło-gi przez przepocone prześcieradło. Śmierdziało jak w wylęgarni smoków. Poprzez załzawione oczy, gdzieś na wąskiej krawędzi wymiarów, ujrzałem dwie pielęgniarki, ale być może tylko mi się zdawało. Mimo wszystko obecność niewiast, choćby tylko wy-obrażona, uspokajała. Zawsze łatwiej je oczarować niż wąsatego oficera z izby wytrzeźwień o twarzy zazdrosnego pedofila sadysty.– Odwiąż go z pasów, zaniesiemy go do kibla… Może pan wstać?W odpowiedzi narzygałem jej na chodaki i upadłem w jezioro wybroczyn. Jakoś jednak wstałem. Wsparty na niewiastach dotar-łem do sracza, gdzie czas jakiś oddawałem się rytualnym modłom. 11– Musi pan wziąć prysznic, słyszy pan?! – wrzeszczała na mnie z gdzieś bardzo daleka.Słyszałem, nie rozumiejąc wiele. Położyłem się na kafelkach, a one odkręciły wodę, wykąpały mnie, zmieniły pościel i ułożyły na powrót do koja. Kiedy przebudziłem się po raz kolejny, z przedramienia sterczała mi przezroczysta linka bogata w jakąś nieodgadnioną ciecz o żółtym kolorze. Naskórek wokół wenflonu napuchł nieco, a naokoło rósł ogromny siniak. Mam cienkie żyły i ciężko się wkłuć, zapewne kie-dy spałem jakaś praktykantka nabywała niezbędne doświadczenie na mych zwłokach. Tym razem mogłem już unieść się o własnych siłach. Wstałem i momentalnie pociemniało mi przed oczami. Pielę-gniarka podtrzymała mnie i na powrót posadziła na łóżku.– Pan jest niemożliwy. Dwa dni leżał bez ducha na intensywnej terapii, a teraz startuje jak na wyścig pokoju. Życie panu niemiłe czy co?– Co mi się stało, siostrzyczko, jak tu trafiłem?– Nic pan nie pamięta?– Gdyby było inaczej, nie zadawałbym głupich pytań.– Ja nic nie wiem. Dzisiaj skończył mi się urlop, jak zaczęłam zmianę, leżał pan nieprzytomny, później krzyczał, wymiotował i re-cytował czyjeś wiersze, chyba Słowackiego, ale pewności nie ma…– Podobało się pani?– Pan raczy żartować. Lekarze mówili cały czas o panu, ponoć dawno już nie widziano tu takiego ewenementu, a tu się zazwyczaj sporo dzieje.– Chodziło mi o poezję, siostrzyczko, nie występy o charakte-rze artystycznym. Jak właściwie ma pani na imię?– Agnieszka.– Bardzo ładnie. I te oczy, wraca mnie pani światu, droga Agnieszko. W tym świetle wprawiłaby pani w zachwyt wszyst-kich greckich filozofów, nawet posągi, zaręczam, że skamieniałe listki figowe odpadłyby im z jajec jak nic. – Pan doprawdy jest niemożliwy, zaraz zawołam psychiatrę! Trzy dni bez ducha, budzi się ledwo i już plugastwa w głowie! 12– Ale proszę się nie unosić, oczarowała pani moje delirycz-ne wizje i aż do opuszczenia tego szlachetnego miejsca o nikim innym nie będę już w stanie myśleć. W sumie szkoda, że nasze pierwsze erotyczne zbliżenie nastąpiło, kiedy leżałem nieprzytom-ny na kafelkach w sraczu, ale wie pani, jak mawiają, żaden mo-ment nie jest właściwy i żaden czas dostatecznie dobry…– Pan wybaczy, ale półżywi młodzieńcy z klasycznym wy-kształceniem, nawet najbardziej intrygujący, zatopieni we wła-snych wymiocinach i dziwacznej frazeologii jakoś nie rozpoczy-nają mojej listy kandydatów o charakterze matrymonialnym.– Chwila słabości, to wszystko, siostrzyczko – rzekłem z naj-słodszym z uśmiechów, starając się dotknąć jej dłoni. Odskoczyła na bezpieczną odległość, rumieniąc się w półmroku pokoju. – Cztery dni słabości, dwa na oddziale detoksykacji i leczenia uzależnień plus dwa na biomie. O wilczy bilet na dalszą odległość naprawdę niełatwo, poza tym ma pan niedawno pozszywaną gło-wę, co zapewne świadczy o zamiłowaniu do sportów walki bądź też miłości jednostronnej, co tym bardziej pana dyskwalifikuje. Proszę bardzo, szwy jeszcze nawet nieściągnięte…– Mniejsza o to, jeszcze mnie pani nie zna. Ja tak mogę bez przerwy i nigdy się nie poddaję.– Pan wcale nie musiał tego mówić, to zwyczajnie widać.– Niech i tak będzie, Agnieszko, skoro chwilowo nie życzysz sobie dzielić ze mną, co masz najlepszego. Mogłabyś ewentualnie, tak w ramach pocieszenia, poczęstować nieszczęśnika papiero-sem?– Tutaj można palić tylko do dwudziestej trzeciej, co dwie go-dziny. Teraz jest czwarta rano, cisza nocna, poza tym ma pan swo-je papierosy, są w szafce obok łóżka. Zabraliśmy zapalniczkę ze względów bezpieczeństwa. Rano o szóstej otwieramy palarnię.– Jakże troskliwie dba pani o moje zatracone zdrowie, niesły-chane.– O pana i jeszcze piętnastu innych deliryków.– Łamie mi pani serce, ale co z tym papierosem? Sama mówi-łaś, że spałem trzy dni, a tak długi czas bez ulubionych używek to dla nałogowca okropnie długa nieskończoność. 13– W sumie sama szłam zapalić, myślę, że możemy zrobić wyją-tek. Jak się pan w ogóle czuje?– A jak wyglądam?– Nienajlepiej.– No właśnie.Wstałem powoli, podtrzymując się stojaka od kroplówki. Poko-nanie dwóch metrów dzielących łóżko od klozetu stanowiło nie-wyobrażalny wysiłek, jednak nie mieniło mi się już przed oczyma i coraz mniej kręciło się w bani. Agnieszka szła obok, asekurując mnie w razie czego. Weszliśmy do sracza i odpaliliśmy po fajce. Zasiadłem na klapie klozetowej i czas jakiś przyglądałem się jej badawczo. Była mniej więcej w moim wieku, szczupła blondynka o znudzonych szarych oczkach. Dość ładna i wyraźnie cierpiąca na brak silnych wrażeń w swoim monotonnym, zwyczajnym życiu. Dobrze znałem ten typ, wystarczyło tylko uważnie przyjrzeć się jej ukradkowym spojrzeniom, w których z rzadka na ułamki sekund błyskały płomyki pożądania tylko po to, aby zniknąć zaraz pod pozorem powagi i dorosłości. Jak każda marzyła o spokojnym i ko-chającym chłopaku, który po jakimś czasie okazywał się zwyczaj-nie nudnym i leniwym sukinsynem, a seks mechanicznie czynioną powinnością, potrzebną jedynie do gaszenia chwilowych napadów dziesięciominutowej pasji. Jednak pod fasadą powagi i dorosłości tlił się żar, którego sama nie rozumiała, a jedynie czuła jego złośli-wą obecność jak drzazgę pod skórą. Jej ukryte ja wrzeszczało: „rzuć tę pracę, jedź w świat, idź się upić, zrób cokolwiek, póki jeszcze je-steś młoda i niebrzydka, zanim nastanie czas, kiedy nie będzie już wyjścia i niezbędnymi do swobodnego funkcjonowania w społe-czeństwie staną się małżeństwo, stała praca i tym podobne gówna”. Jednak tkwiła wytrwale w nudnej pracy, wmawiając sobie, że ją lubi, przecież studiowała po to, aby ją wykonywać. Była z chłopa-kiem, bo choć nudny i zwyczajny, był w gruncie rzeczy doskonały, nie zdradzał jej, nie pił, nie wszczynał awantur i pragnął stabiliza-cji. Jedyną szaloną rzeczą, na jaką się odważyła, było kilka imprez, gdzie uchlała się w trupa i zarzygała taksówkę, być może wypad na Przystanek Woodstock, by choć przez chwilę poczuć się czę-ścią większego od siebie buntu, który był zresztą buntem złudnym 14i przereklamowanym. Dlatego bliskość człowieka takiego jak ja, którego całe życie jest zwyczajnie opisem i definicją buntu przeciw-ko zastanemu porządkowi rzeczy, sprawiała, że jej kamuflowane ja, ta drzazga pod skórą uwierała jakby silniej i bardziej dokuczliwie. – Dziękuję – powiedziałem wreszcie – za życzliwość i humani-taryzm, rzadko mnie to spotyka.– Proszę nie czynić sobie złudzeń, taka praca – odparła, uśmie-chając się w sposób, który przyprawiłby mnie o twardziela, gdy-bym tylko nie ciągnął tak długo i zapamiętale kokainy przez ostat-nie tygodnie.– Sama pani sobie robi złudzenia, ale niech to zostanie naszą tajemnicą.– Pan jest doprawdy niemożliwy – powiedziała, gasząc fajkę w kranie i wyrzucając ją do plastikowego śmietniczka na podło-dze. – Tylko proszę nie mówić nikomu.– Proszę się nie martwić, słynę z dyskrecji.– Da pan radę wstać? Czas wracać do łóżka. Czy potrzeba panu jeszcze czegoś?– O huraganie zmysłów, jak sądzę, mogę chwilowo jedynie po-marzyć, ale nie odmówiłbym sobie kolejnego zastrzyku z jakiegoś sensownego usypiacza, ewentualnie ćwiartki żołądkowej gorzkiej bądź spirytusu. – Na pewno ma pan coś przepisane, zaraz sprawdzę. To co, wstajemy powolutku?Po raz drugi odeskortowała mnie do miejsca spoczynku, tak bliskiego i odległego zarazem. Pomyślałem, że tak właśnie musi wyglądać starość, której nigdy nie miałem w planach co do wła-snej osoby. Zawsze liczyłem, że przy spożyciu wyskoku i narkoty-ków, jakie uskuteczniałem od najmłodszych lat, trzydziestka bę-dzie ostatecznym kresem mojej podróży przez czas, ostatecznym kresem wątroby i mózgu, granicą nie do przekroczenia, barierą nie do ominięcia. Właśnie teraz, na żywo, otrzymywałem konfir-mację zakładanych tez. Pokój ginął w mętnej zielonkawej poświacie, jaką dawało świa-tełko nad drzwiami. Dopiero teraz spostrzegłem, że jedna ze ścian 15była szybą, za którą znajdowała się dyżurka pielęgniarek. Ponownie łapał mnie dreszcz. Dziwaczne, obce zimno nawiedzało całe moje jestestwo. Zaczynało się od głowy i stopniowo przechodziło na resz-tę ciała. Złe zimno, bezradność i rozpacz. Bezkres smutku i cierpie-nia. Przerażenie rosło. Agnieszka nadchodziła ze strzykawką. Sły-szałem ściszone głosy, drzwi od dyżurki i jej kroki na korytarzu.– Dasz radę się odwrócić? – zapytała zamyślona.Zawinąłem się na bok, zsuwając nieco bokserki. Ukazawszy jej rąbek swej szlachetnej dupy, rzekłem:– Tylko się nie przyzwyczajaj, następnym razem, mam nadzie-ję, ty pokażesz mi swoją – odparłem cały rozdygotany, starając się dalej robić dobrą minę.– Bardzo z tobą źle. Nie sądziłam, że aż tak. Teraz zaśniesz, ale nie na długo, to nie będzie dobry sen i raczej przyniesie same koszmary. – Na pewno nic, czego jeszcze bym nie widział – powiedziałem i raz jeszcze urwał mi się film.Nie śniłem jednak koszmarów ani nic. Zapadłem zwyczajnie w ciemność, aby ocknąć się rankiem. Agnieszka przyszła, żeby zapytać, czy będę jadł śniadanie. Nie miałem specjalnej ochoty poznawać pozostałych alkoholików siorbiących chciwie życiodaj-ną owsiankę w stołówce, więc wyłgałem się brakiem sił. Wstałem, powlokłem się do sracza i zapaliłem fajkę. Nocą zostawiła mi za-palniczkę. Odlałem się ciemnopomarańczowym szczochem i wró-ciłem do łoża.– Tu nie wolno palić – powiedziała z zalotnym uśmiechem, kładąc talerz z moim śniadaniem na metalowej szafce. – Jak się dziś czujemy?– Może być, chociaż kanału La Manche wpław bym dzisiaj ra-czej nie przepłynął.– Ale humor dopisuje.– Oczywiście, wieczorem zamierzam ponowić ofertę matry-monialną względem ciebie.Sprawdziła mi ciśnienie i temperaturę, pobrała krew, poinfor-mowała o rychłej wizycie lekarza i podała leki, które połknąłem, 16zapijając mętną inką. Nie zjadłem nic, powąchałem tylko mleczną zupę, przyjrzałem się z zaciekawieniem kilku kromkom chleba z pasztetem, wyrzygałem się w sraczu i zapaliłem kolejnego papie-rosa. Zasnąłem na chwilę, jednak zbudziły mnie głosy.Siwy, niski lekarz czynił poranną inspekcję oddziału. Stał z ja-kąś listą w dłoni w asyście kilku starszych pielęgniarek i przyglą-dał mi się badawczo.– Jak się dziś czujemy?– Jak Mojżesz.– Znaczy?– Zmęczony długą drogą.– Rozumiem.– Doprawdy? W takim razie czekam na wyjaśnienia.– Dostał pan padaczki alkoholowej, zapaści i bezdechu, innymi słowy delirium tremens, raczej silne, biorąc pod uwagę pana młody wiek. Ma pan też poważne zapalenie bło-ny śluzowej żołądka. Potrzebuję wiedzieć, jakich środków pan używał, aby odpowiednio dobrać medykamenty.– I tak nie dacie mi nic więcej jak glukozę, nitrazepam i rela-nium, więc po co się męczyć pisaniną?– Po zebraniu informacji zobaczymy, co się da załatwić.– Jak długo zmuszony jestem tu kwitnąć?– Minimum osiem dni, o ile stan się ustabilizuje. Bardzo z panem kiepsko. Żyje pan jeszcze, bo serce ma jak dzwon, jed-nak wątroba jest powiększona o ponad osiemdziesiąt procent. Tak, tutaj będzie dieta wątrobowa. Nie ruszył pan śniadania. Ile to już dni nie przyjmuje pokarmów?– Około ośmiu, ale dokładnie nie pamiętam.– To czym się pan tak załatwił?– Przesadziłem z szampanem.– A na poważnie?– Dawno nie było mnie w kraju i odczułem nieprzepartą po-trzebę konsumpcji jabola, stąd chwila słabości, zdrowie już nie to samo. – Panie Edmundzie, to jest szpital, nie komisariat. Celem ist-nienia tej instytucji jest niesienie pomocy potrzebującym. Może 17pan strugać wariata, ale szkodzi tym samym sobie. Proszę chociaż powiedzieć, jakie środki pan zażywał, wtedy będę mógł przepisać coś więcej niż glukozę i relanium. Im więcej pan powie, tym szyb-ciej postawimy pana na nogi. Więc jak będzie?– Wódka, kokaina, relanium, amfetamina, grzyby, marihuana i hasz, czasami LSD, kilka razy heroina. W ostatnich trzech tygo-dniach tylko wóda, speed i zioło.– A wcześniej?– Od siedmiu lat ani jednego dnia nie byłem trzeźwy.– To ciekawe.– Ja wiem, świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia.– Jak dużo wódki dziennie w ostatnim czasie?– Mój rekord to dwanaście ćwiartek jednego dnia, ale różnie bywało. Ostatnio mieszałem co tylko weszło mi w ręce, ale od dwóch dni, zanim tu trafiłem, właściwie starałem się tylko podle-czyć, uporządkować doznania, jak mawia klasyk. Co się właściwie stało? Pamiętam, że byłem już w pociągu w drodze nad morze.– Pan był nie tylko w pociągu, ale również w ciągu, alkoholo-wym. I to dość poważnym. Ile pan pił podczas, jak pan to nazywa, „uporządkowywania doznań”?– Starałem się jak najmniej, około trzech, czterech ćwiartek dziennie, plus piwa, zioło i relanium, aż mi zabrakło.– Typowy syndrom odstawienia. Pan zdaje sobie sprawę, jak bliski był śmierci? Dostał pan padaczki alkoholowej, potem ze-mdlał w pociągu i niemal się udusił.– Gówno chodzi po ludziach.– Można to i tak ująć. Pan już był leczony odwykowo – stwier-dził.– Trzykrotnie, w Woskowicach, Miliczu i jeszcze jakimś zadu-piu, którego nazwy nie pamiętam.– Nie pomogło?– Najwyraźniej.– Wcześniej zdarzały się tak dramatyczne stany?– Bywało gorzej. Jedna dziewczyna, kiedyś sypiająca ze mną, często budziła się przerażona, bo oddychałem tak płytko, jakbym był martwy. Czasem bez powodu tracę przytomność, takie tam. 18Ja w ogóle mam problemy ze snem, ale nigdy nie odpłynąłem na tak długo.Doktor zamyślił się, notując coś w notesie. Pielęgniarki przyglą-dały mi się z zaciekawieniem, w sposób, w jaki można obserwować z bliska krokodyla o szczególnie złośliwym charakterze.– Pragnie pan zawiadomić przez nas kogoś o zaistniałej sytu-acji?– Tak, ale nie przez was. Sam zadzwonię.– Tutaj nie wolno używać telefonów.– Coś się na pewno da załatwić.– Potrzebuję jeszcze pańskich danych, adres, nip, i tak dalej.– Nie mam żadnej z tych rzeczy. W Polsce mam status bez-domnego, nigdy tu nie pracowałem, chwilowo przebywam na urlopie.– To gdzie pan mieszka?– W Amsterdamie, tam też pracuję.– Tamtejsze ubezpieczenie pokryje więc koszta leczenia?– Nie ma szans, jestem ubezpieczony jako turysta i nie przy-sługują mi żadne świadczenia. Pracuję w szarej strefie, niby jako pracownik sezonowy, tym sposobem firma oszczędza pieniądze.– To nielegalne.– To półlegalne. Wystarczy, żeby żaden urząd się nie przypier-dalał. Tak to już jest, kiedy się jest białym murzynem Europy.– Co pan chce przez to powiedzieć? – zapytał, zerkając na mnie sponad swoich notatek.– To, że muszę zapierdalać trzy razy więcej i ciężej od czarnu-cha, geja czy Araba, ponieważ nie ochrania mnie żaden aspekt „poprawności politycznej”, religia, kolor skóry, mniejszość seksu-alna ani nic z tych rzeczy, wobec czego łatwo mnie zwolnić pod byle pretekstem. Czarnuch, Arab albo pederasta w razie czego zawsze może powołać się na fakt, iż jest prześladowany, co czyni przełożonym całą masę problemów, wobec czego zostawiają ich w spokoju, skupiając swą frustrację i niezaspokojone ambicje na nas, Polakach – białych murzynach Europy.– Skoro tak bardzo to pana irytuje, dlaczego nie wróci pan do Polski? 19– Bo tutaj jestem jeszcze większym murzynem, zapierdalam tak samo jak tam, za cztery do pięciu razy mniej pieniędzy. Nie stać mnie nawet na wynajęcie mieszkania i papierosy, a wysługuje się mną jakiś burak, któremu mama i tata opłacili prywatne studia, a sukinsyn nawet dobrze czytać nie potrafi. W Polsce jestem jesz-cze większą i biedniejszą szmatą jak za granicą. Poza tym nie po-doba mi się tutaj.– Czym się pan właściwie zajmuje?– Dziennikarstwem. – Doprawdy? Do jakiej gazety pan pisze?– Do żadnej, zabawne prawda?– Zależy, jak na to spojrzeć.– Jakbym nie patrzył, zawsze jest zabawne.– Pracował pan kiedyś w zawodzie?– Oczywiście, ale sponsor poszedł siedzieć i szlag trafił gazetę. Poza tym co i rusz ktoś mnie pozywał do sądu, więc nabawiłem się podejrzliwości względem rodaków, nie ufam sukinsynom. Pro-szę zapisać w kajecie: stany paranoidalne i mania prześladowcza, od biedy można dodać psychozę amfetaminową, będzie się lepiej komponować z całością materiału.– Ciekawy z pana rozmówca, ale nie odpowiedział pan na pyta-nie, z czego właściwie się utrzymuje?– Zapierdalam.– Gdzie pan „zapierdala”, jak się wyraził, jeśli można wie-dzieć?– Czy to takie ważne gdzie? Kiedy trzeba zapierdalać, to wszę-dzie jest tak samo.Poszedł sobie wreszcie, kończąc to idiotyczne, bezsensowne przesłuchanie. Znałem swoje ciało i wiedziałem doskonale, że skoro jeszcze żyję, to czymkolwiek nie stawialiby mnie na nogi, sam bez niczyjej pomocy wstałbym wreszcie i tak. Leżałem sobie, rozprawiając nad tym, co mu powiedziałem. Myślałem o swoim amsterdamskim kołchozie, alkoholu i ponętnych piersiach siostry Agnieszki. Nadeszła akurat w chwili, kiedy mój fiut zaczynał się unosić. 20– Witam, przyszła siostra zaspokoić drzemiące we mnie żądze?– Nie, przyniosłam pański telefon i pozostałe papierosy.– A już miałem nadzieję.– Zmienił pan kolor, już nie jest sinozielonkawy, to dobrze. Jak głowa?– Z głową w porządku, ale przez panią pęka mi serce… i spodnie – odparłem, ukazując gestem namiot sporych rozmia-rów. Zaczerwieniła się, przepięknie przy tym uśmiechając, jednak kontynuowała oficjalnym tonem:– Zaraz i głowa może panu pęknąć, bo przyjmujemy nowego delikwenta, z którym będzie pan zmuszony dzielić pokój. Jeśli bę-dzie tak wesoły, jak pan był na początku, radzę poprosić o prze-niesienie, albo podwójną dawkę nitrazepamu wieczorem.– W takim razie może weźmie mnie pani do siebie, gdzie pod-da jakimś ożywczym zabiegom, w sypialni na przykład. Zarę-czam, że nie sprawię najmniejszych kłopotów, a nawet… – podała mi komórkę, uśmiechając się kącikami ust.– Jest naładowana. Właśnie skończyłam zmianę, przyjdę jutro po południu sprawdzić, jak się pan miewa. Proszę odnieść telefon do dyżurki, kiedy pan skończy. No i raz jeszcze powtarzam, żeby nie palił pan w toalecie… za często, bo będzie draka. Palarnia jest otwierana co dwie godziny.– Jestem pewien, że jaranie w jakiejś kanciapie w towarzystwie piętnastu pozostałych alkoholików niesie ze sobą niezapomniane nauki moralne i związane z tym efekty pedagogiczne.– Zdziwi się pan, jak wielkie.– Już się dziwię.– Do widzenia.– Skoro tak pani uważa.Wyszła, zamykając za sobą drzwi. Włączyłem telefon, na któ-rym było piętnaście nieodebranych połączeń z jednego tylko nu-meru. Oddzwoniłem z klozetu, gdzie odpaliłem papierosa, rozsia-dając się wygodnie na klapie od sedesu.– Ej, miałeś być trzy dni temu, coś się stało?– Jestem w połowie drogi, utknąłem w dość nietypowym miej-scu. 21– Jaśniej. O co chodzi?– Jestem w szpitalu, jeszcze kilka dni będę musiał pozostać na obserwacji.– Jezu, pobiłeś się z kimś?!– Nie wyzywaj mnie i nie pobiłem się z nikim. Zasłabłem w po-ciągu, to wszystko. Mogę do ciebie przyjechać, kiedy mnie wy-puszczą?– No jasne… Ale jak to zasłabłeś? Coś kręcisz. Powiedz prawdę.Zaciągnąłem się głęboko w poszukiwaniu właściwych słów. Nie było sensu kłamać, postanowiłem powiedzieć jej prawdę, tylko nie wiedziałem jakimi słowami.– Halo, jesteś tam? – rozległo się po drugiej stronie.– Jestem, jestem… Pamiętasz, jak ci mówiłem, że dałem czadu we Wrocławiu?– Pamiętam…– Tym razem trochę przesadziłem i kiedy byłem w drodze, sta-rałem się doprowadzić do używalności i… zasłabłem, straciłem przytomność, na prawie trzy dni…– Przedawkowałeś?– Niedodawkowałem, można by rzec.– Syndrom odstawienia?– Jestem na detoksie, walą mi w kable glukozę i inne gówna.– Przyjadę do ciebie.– Nie ma potrzeby. Jak tylko mnie wypuszczą, siadam w pociąg i jadę.– Gdzie jesteś?– Będę za trzy dni, mam tu jeszcze kilka spraw do załatwienia – powiedziałem jej, kazała mi się trzymać i rozłączyliśmy się. Usłyszałem odgłos otwieranych drzwi od pokoju i kroki. – Skończył pan? – zapytał stary, skrzekliwy głos zza cienkich drzwi od klozetu. – Jak skończę, to wyjdę. Nie myśli pani chyba, że wrócę, aby się wysrać na podłogę w pokoju?– Z wami nigdy nic nie wiadomo.– Z wami też, dlatego siedzę w sraczu.– Proszę wychodzić, muszę zrobić panu zastrzyk. 22– Proszę odejść, muszę się wysrać, a pani mnie onieśmiela – odparłem rozdrażniony.– Pan tam nie pali papierosów?– Nie, wstrzykuję sobie heroinę w oko.– Proszę wychodzić!Zgasiłem papierosa i wyrzygałem się raz jeszcze samym glutem. Wycharczawszy się jak Pan Bóg przykazał, opuściłem sracz, dys-kretnie brzęcząc stojakiem od kroplówki. Przyjąwszy witaminy, zasnąłem po raz kolejny. Pierwszym uczuciem, jakiego doznałem po przebudzeniu, był głód. Nie jadłem już od wielu dni, a zbawcze płyny, jakimi raczono moje żyły, jedynie podtrzymywały ciało przy życiu. Poza tym już czwarty dzień nie zażywałem wyskoku i zaczynały mi wracać nor-malne, ludzkie potrzeby, jak jedzenie właśnie. Czułem się znacz-nie pewniej, wiedziałem, że będę już w stanie chodzić o własnych siłach. Uniosłem się nieco i dostrzegłem, że drugie łoże jest już zajęte. Leżący na nim alkoholik bądź narkoman był mniej więcej w moim wieku, był jednak wyższy i chudszy. Jego szare oczy przy-patrywały mi się badawczo z drwiącym, wodnistym blaskiem. Na całym przedramieniu miał wytatuowane gołe baby. Pocił się moc-no, podczas gdy ja marzłem.– Leżałeś bez ruchu tyle godzin, że zaczynało mi się zdawać, iż tę noc spędzę z trupem w jednym pokoju – zagaił.– Bez obaw. Poza tym ciesz się, że nie wpadłeś wcześniej, bo go-tów byłbyś myśleć, że leżysz w pokoju z Michałem Wiśniewskim, tak wesoło tu porzygiwałem.– Już po wszystkim?– Nigdy nie wiadomo.– W ogóle nic nie wiadomo, przecież jesteśmy w Polsce.– Z ust mi to wyjąłeś. Leżymy tak sobie pod prostownikami – rzekłem lirycznie, dokonując inspekcji ilości płynu pozostałe-go w naszych kroplówkach – a miliony kropel lecą nam do żył. Wszystko pięknie, ale chce mi się jarać, jeść, pić i bzykać.– Można by zajarać w klozecie, obiad podają za piętnaście mi-nut, ale na bzykanie nie licz, przynajmniej ze mną. – Nic się nie bój Eltonie Johnie, nie gustuję w ezoterycznej woni gówna. Poza tym jedna pielęgniarka chyba mnie kocha.Wstałem, zerkając za szybę, ale w dyżurce nie było nikogo. Wy-jąłem paczkę fajek z metalowej szafki przy łóżku i skierowałem się wolno w stronę sracza. Nowy lokator podążył za mną, pobrzęku-jąc miarowo własnym stojakiem od kroplówki. Zająłem zwyczajo-wo miejsce na sedesie i odpaliłem fajkę, on uczynił to samo, stojąc i zapytał:– Co zrobimy, jak nadciągnie piguła?– Zanim opuścimy klop, wysram się na podłogę, umażę sobie chuja gównem, wyjdę obnażony i z wyrazem największego zado-wolenia na mojej rumianej twarzy wytłumaczę jej, że to ty jesteś ten pasywny – odparłem, podkreślając przemowę wspaniałym ge-stem.– Ani mi się waż nawet myśleć w ten sposób, pojebie!– To przestań zadawać głupie pytania. 242. PłomieńTuż przed obiadem stara piguła odłączyła nasze puste już kro-plówki i powlekliśmy się z moim lokatorem do stołówki, podtrzy-mując się nawzajem. Wenflony dalej malowniczo wisiały nam u żył. Długi, ciemny korytarz był gęsto oblepiony antyalkoholo-wymi plakatami i wesołą twórczością rezydentów. Odczytaliśmy deliryczny wiersz anonimowego autora, traktujący o odrodzeniu moralnym, jakiemu się poddawał kilka lat temu w tym samym ośrodku. Pewien byłem, że nie minął nawet miesiąc od jego wyj-ścia z detoksu, jak ponownie chwycił za oręż, zasiadając w jakimś nadzwyczaj oblężonym okopie na alkoholowym froncie. Tuż obok stołówki znajdowały się drzwi wyjściowe na świat. Przezornie nacisnąłem klamkę, aby stwierdzić, że wrota są zaryglo-wane. Nie będzie wcale łatwo stąd spierdolić, pomyślałem sobie, roz-patrując alternatywne drogi ucieczki. Jakiś grubas spieszący ku ko-rytu z kubkiem w dłoni zbliżył się do nas, uśmiechając się złośliwie.– To jest oddział zamknięty, panowie – rzekł z nieukrywaną radością, jaką daje idiocie złudne poczucie wyższości nad kimś innym.– Doprawdy? A ja myślałem, że jesteśmy na zielonej szkole – odparłem, robiąc zeza. Grubas zmierzył mnie wzrokiem i z wyra-zem nieukrywanego oburzenia odszedł wpierdalać obiad.– Czasem się zastanawiam, czy przywieźli cię na odpowiedni oddział – powiedział mój lokator. – Być może psychiatryk byłby bardziej stosowny w twoim przypadku.– Żadna różnica, wszyscy i tak jesteśmy wariatami, tylko bez odpowiedniej diagnozy – odparłem i wkroczyliśmy do stołówki. 25Siwy jegomość z wąsem nakładał żarcie przywiezione na wóz-ku. Nam dwóm podał obiad bez kolejki i niemym gestem nakazał zasiąść przy jakimś stole. Alkoholicy siorbali zupkę, cmokając, jak przemawiający do tłumów Jarosław K. Kiedy weszliśmy, spoglą-dali na nas ukradkowo. Rzut okiem na tę zatraconą w opilstwie zbieraninę wystarczył, bym zorientował się, iż większość z ich bez-zębnej zgrai pochodziła z okolicznych wsi, gdzie zaprawili się wy-robami spirytusowymi już tak potężnie, że bez pomocy szpitala bezsprzecznie zawędrowaliby na zieloną trawkę.Usiedliśmy przy stoliku pod oknem, gdzie siedział jeden tylko dziadyga w pidżamie, chciwie siorbiąc ogórkową. Dolewał sobie co chwila, raźno wywijając chochelką.– To miejsce fryzjera – powiedział z dziecinnym uśmiechem.– Chuj mu w cyc – odpowiedziałem tak, żeby wszyscy usłyszeli.Dziadyga zakrztusił się kartoflem i zarzęził potężnie, opluwa-jąc całą pidżamę zupką. Grubas podszedł do niego i pierdolnął z rozmachem w plecy. Dziadyga wówczas wypluł swój kartofelek z powrotem do talerza, otrząsnął i ponownie uśmiechnął się jak dziecko.– Bóg zapłać – powiedział, kiwając głową, po czym nabrał na chochelkę więcej zupy i uzupełnił talerz. Grubas stanął za mną i nie wydawało się, aby miał zamiar ustąpić. Miałem go głęboko w dupie i sączyłem ze swojego talerza.– Dziadzia wytłumaczył ci już, że siedzisz na moim miejscu – powiedział. Nie odwracając się, upiłem łyżeczkę, odstawiłem od ust i zatopiłem w talerzu.– Siądź sobie gdzieś indziej, grubasie – odrzekłem. – Prędko, zanim stary wychla całą zupę na stołówce i twoje pasożyty pójdą spać głodne.Złowieszczy szum przewinął się po wąskiej stołówce niczym fala. Idiota położył mi rękę na ramieniu. Spojrzałem w wodniste oczy mojego lokatora, który był już cały mokry od potu i z napię-ciem obserwował zajście. – No już, zwijaj młody, to moje miejsce.Odstawiłem łyżkę, chwyciłem widelec w prawą dłoń, le-wą przycisnąłem jego dłoń do ramienia, za które mnie trzymał, 26a następnie prawą ręką wykonałem wymach, wykręcając go i oba-lając na sąsiedni stół samą dynamiką i bólem, jaki odczuł w wy-kręconej ręce. Przytrzymałem go lewą ręką za wykręcony nadgar-stek, by prawą przycisnąć widelec do krtani.– Powiedz mi to teraz, a ogolę cię po raz ostatni!– P-p-p-puść… n-n-n-ic c-c-ci n-nie z-zro-o-bię.Przycisnąłem widelec mocniej. Ktoś wstał, ale mój lokator wstał również, uderzając stołkiem o ścianę. Tamten usiadł po-tulnie, bojąc się utraty pozostałych dwóch zębów. Typowa polska solidarność i braterstwo dały raz jeszcze znać o sobie, nikt się nie poruszył. Znali się pewnie wszyscy spod miejscowych murków i skwerków, jednak zesrani milczeli, pokornie wbijając wzrok w żarcie przed sobą. Dziadyga się cieszył, kiwając głową z uzna-niem.– He, he, jak we filmach z Brucem Lee – zawył uradowany, klaszcząc wysuszonymi dłońmi.– Ty też siadaj, grubasie – wysyczałem i pchnąłem go, kopiąc w kostkę tak, że zahaczył nią o drugą nogę i jebnął jak długi z plu-skiem między stolikami. Wyprostowałem się, a adrenalina scho-dziła tak mocno, że z miejsca pociemniało mi w oczach i upadłem na grubasa. Ogórkowa wzbierała mi w gardle zieloną falą i soczy-ście rzygnąłem mu na tors. Pociemniało mi w oczach. Na twa-rzy poczułem tylko chłód posadzki i bezwład wszelkich kończyn, a później już nic. ***Bar był jasny i czysty. Kilka par siedziało przy stolikach, rozma-wiając między sobą ponad ognikami zapachowych świeczek. Spokój miejsca udzielał się wszystkim. Szczupły barman pole-rował szkła. Radio grało jazz. Wsadziłem mój długi, żydowski nochal do szklanicy z whiskey, chłonąc jej specyficzny zapach całym sobą, a potem wypiłem na raz i kojące ciepło wybuchło mi w piersi, elektryzująco napędzając serce. Krew przyspieszyła. Kolejna szklanka sunęła już w moją stronę po marmurowym bla-cie. Złapałem ją i mrugnąłem na barmana. Skinął głową, uśmie-chając się. 27– Dawno cię nie było – odezwał się Misza Grisza zza moich ple-ców. – Ile to już będzie? Ze trzy lata, Mundek.– Tak – odparłem w zamyśleniu. – Trzy lata, dwa miesiące i szesnaście dni.– Nie sądziłem, że wrócisz do Anglii, miałem nadzieję, że zoba-czymy się jeszcze, ale nie wierzyłem w to.– Ani ja nie wierzyłem. Wiele się wydarzyło, kiedy mnie nie było, ale ty nic się nie zmieniłeś, Misza.– Ty za to schudłeś i postarzałeś się mocno. A i co do mnie się mylisz, ale o tym później.– Jak tutaj trafiłem, księżycowy druhu? Nie pamiętam samolo-tu ani drogi, a ten płaszcz, który mam na sobie, przecież przepadł dawno temu.– W życiu przepadają tylko rzeczy, o których zapominamy. Tu-taj wszystko jest tak, jak to zostawiłeś: i płaszcz, i metalowa, rzeź-nicka rękawica na frajerów, i dziura w szybie, twój kij od bilarda czeka wciąż na szafie, i dziewczyny, zaraz zadzwonimy, przyjdą jak dawniej. Nie przyznają się nikomu, ale bardzo tęskniły za tobą, jak my wszyscy. Tutaj naprawdę nie zmieniło się nic i brak nam twojej zakazanej gęby. Nudno jest.Misza Grisza usiadł na stołku obok, a jego drink nadjechał po marmurowym blacie, zatrzymując się dopiero w oczekującej na niego dłoni. – Dlaczego tutaj jestem, Misza? Nic z tego nie rozumiem.– Jesteś tutaj, bo ciągle nie umiesz nas zostawić. Tęsknisz tak samo, choć nigdy się do tego nie przyznasz.– Daj spokój, wiesz przecież, że nie okłamałem cię nigdy i zda-jesz sobie sprawę, dlaczego musiałem wyjechać…– Oczywiście, ale choć zostawiłeś nas, nie odszedłeś stąd nigdy. Dalej żyjesz w sercach ludzi, tak jak my żyjemy w twoim. Ale czas się pożegnać, przynajmniej ze mną. Zanim jednak odejdę, muszę zabrać cię w kilka miejsc i pokazać kilka rzeczy.Dopiliśmy drinki na raz i z chwilą, kiedy nasze pękate szkło dotknęło zimnego blatu baru, szliśmy już po głównej ulicy pod arkadami. Było zupełnie pusto, ciemno i cicho. Nie wiał wiatr, czuć było ciepły asfalt ulicy i lekką bryzę od morza zmieszaną ze 28smrodem fast foodów. Misza Grisza szedł obok, paląc papierosa. Zerkał na mnie ukradkiem i coś wyraźnie bawiło go w całej sy-tuacji.– Nie podoba mi się kierunek, w którym zmierzamy – powie-działem poirytowany jego rozbawieniem.– Obawiasz się? Tak bardzo znienawidziłeś to miejsce?– Nie wkurwiaj mnie, Misza. Wiesz przecież, że w amoku mia-łem je zamiar podpalić.– Tak by chyba było najlepiej z wszystkiego.– Może tak właśnie zaraz uczynię – dodałem, sięgając do kie-szeni płaszcza, gdzie miałem ukrytą starą, metalową zapalniczkę z wygrawerowanym w prezencie zdaniem „Kto się odważy, wygra” i na odwrocie „Goofy the Dog”.– Nie zrobisz tego – odparł Misza, ukazując w szerokim uśmie-chu równe, białe zęby.– Założysz się? Wiesz najlepiej, że nigdy nie przegrywam za-kładów.– Nie podpalisz tej budy, Mundek, bo Ona tam jest.Skręciliśmy obok Lloydsa i budy z kurczakiem w wąską ślepą uliczkę, gdzie mieściły się trzy bary. Przystanąłem na środku uli-cy, a gniew rósł we mnie echem, potężniał pod czaszką, aż zbielały mi knykcie zaciśnięte mocno na zapalniczce.– I tak mnie tam nie wpuszczą – powiedziałem. – Ten mały, gruby bramkarz nienawidzi mnie odkąd przyjebałem mu w kły.Misza Grisza stał obok, szczerząc zęby. Zgasił papierosa, zadep-tując butem, by rzec:– Oni nie zobaczą nas. Nikt nas tu nie widzi, Mundek, nie oba-wiaj się, chodźmy do środka.Spojrzałem na niego niepewnie i weszliśmy do środka. Nikt nas nie zatrzymywał. Bramkarze rzeczywiście sprawiali wrażenie, jakby nas tam w ogóle nie było.– Rozejrzyj się, a ja skołuję jakieś drinki – powiedział Misza Grisza, odchodząc w stronę baru.Lokal nie zmienił się nic. Było ciemno i posępnie, u sufitu wi-siały grube, blaszane rury, cholera jedna wie do czego, a pośrodku sali stała niewielka scena, na której każdego wieczora puszczano Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Biały murzyn Europy
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: