Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00322 041714 15606246 na godz. na dobę w sumie
Bizarro Bazar - ebook/pdf
Bizarro Bazar - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 331
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4043-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

Najlepsi zagraniczni i polscy twórcy bizarro zapraszają do wejścia na Bizarro Bazar – czekają tu na Was 22 premierowe opowiadania, które wgniatają w glebę surrealistycznymi pomysłami, niepokoją psychodeliczną atmosferą i wywołują spazmy humorem najczarniejszym z możliwych.



Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

N I E D O B R E L I T E R K I p r e z e n t u j a w w w . n i e d o b r e l i t e r k i . w o r d p r e s s . c o m BIZARRO BAZAR wydanie I, 2013 ISBN 978-83-272-4043-9 Redakcja / Korekta Dariusz Barczewski, Marek Grzywacz, Marcin Kiszela, Kazimierz Kyrcz Tłumaczenia Marek Grzywacz, Marcin Kiszela Skład i łamanie Wojciech Jan Pawlik, www.pawlik.es Projekt okładki Wojciech Jan Pawlik, www.pawlik.es Ilustracja na okładce Ed Mironiuk, www.edmironiuk.com Copyright ©2013 by Jeff Burk Copyright ©2013 by Michał Stonawski Copyright ©2013 by Marcin Rojek Copyright ©2013 by Krzysztof Maciejewski Copyright ©2013 by Jeremy C. Shipp Copyright ©2013 by Dawid Kain Copyright ©2013 by Kazimierz Kyrcz Jr. Copyright ©2013 by Paweł Waśkiewicz Copyright ©2013 by Jan Maszczyszyn Copyright ©2013 by Zeter Zelke Copyright ©2013 by Bradley Sands Copyright ©2013 by Dariusz Barczewski Copyright ©2013 by Karol Mitka Copyright ©2013 by Krzysztof T. Dąbrowski Copyright ©2013 by Carlton Mellick III Copyright ©2013 by Robert Cichowlas Copyright ©2013 by Cameron Pierce Copyright ©2013 by Bartosz Orlewski Copyright ©2013 by Dariusz Kuchniak Copyright ©2013 by Grzegorz Gajek Copyright ©2013 by Marek Grzywacz Copyright ©2013 by Edward Lee J e f f B u r k Dom (z) kotow Dawno, dawno temu, w dziwnej krainie zwanej Portland w stanie Oregon, żył sobie człowiek, na którego wołano Jasper. Bez nazwiska, po prostu Jasper. Jasper lubił mówić, że jego domem jest całe miasto, co było miłym sposobem na wyjaśnienie komuś, że jest bez- domnym. Jasper spędzał dni pchając ulicami sklepowy wózek. Zbierał do niego puszki, by sprzedać je potem w centrum recyklingu. Czasami zaś po prostu żebrał. Nocował pod mostem. Tam jadł to, co udało mu się wy- grzebać ze śmietnika. Chlał tanie piwsko, kupione za kasę zdobytą na recyklingu lub wyżebraną, tak długo aż w koń- cu urywał mu się film. W większości przypadków budził się przemoczony. Por- tland to deszczowe miasto i jeśli nie masz dachu nad gło- wą – prawdziwego, chatki z kartonu raczej nie dają rady – zwykle budzisz się mokry. Pewnego popołudnia Jasper rozmyślał nad tym strasz- liwie drażniącym aspektem swojego stylu życia i nagle znalazł rozwiązanie. Polował na blaszane puszki w południowo-wschod- niej części miasta. Pchał skradziony wózek, zawierają- cy wszystkie znaleziska z dzisiejszej wyprawy. Miał już 5 z pewnością dość blachy, by kupić sześciopak Pabst Blue Ribbon. Przemierzał luksusową dzielnicę mieszkalną, zasiedloną głównie przez japiszonów i hipsterów. Ludzie tam żyjący czują się na tyle bezpiecznie, by łazić samotnie po zmroku, upijać się z nieznajomymi i – co jest dla naszej opowieści najistotniejsze – pozwalać kotom szlajać się swobodnie cały dzień i całą noc. Jeden z tych właśnie kotów, biały i długowłosy, wybiegł pod nogi Jaspera, zdawałoby się znikąd. Bezdomny po- tknął się, lecz zdołał odzyskać równowagę. Puchata bestia znów zaatakowała jego kończyny dolne. Jasper schylił się i podniósł kota, a potem zaczął mu się przyglądać. – RAAAUUURRR!!! – zaprotestowało zwierzę, wyry- wając się. Jasper odwrócił je do góry nogami i uniósł nad głowę. – Tak... – mruknął do siebie, wkładając kota pod ramię. – ...raur – powiedział kot. Jasper przetrząsnął wszystkie kieszenie swojego stare- go i brudnego skórzanego płaszcza, aż wreszcie znalazł kłębek sznurka, który zawsze nosił przy sobie. Wystarczy- ło kilka szybkich ruchów nadgarstkiem, by związać kota. Jego łapki przywarły ciasno do ciała, sznur obwiązał go jak pakunek. – Raur? Jasper wrzucił zdobycz do wózka i ruszył w dalszą wę- drówkę, rozglądając się za innymi futrzakami do złapa- nia. Kolejnych pięć nie sprawiło mu żadnych trudności. W okolicy było pełno kociaków, więc zgodnie z zasadami prawdopodobieństwa musiał trafić na kilka przyjaznych, powolnych lub grubych. 6 Lecz Jasper potrzebował jakiegoś sposobu na złapanie takiej ilości kotów, jakiej wymagał jego plan. Spojrzał na piątkę swoich więźniów, a oni na niego – w ich oczach płonęła nienawiść. „Co lubią koty? Jak zwabić je do siebie w taki sposób, żeby jeszcze cieszyły się, że połknęły haczyk?” Wreszcie wpadł na coś i poszedł do najbliższego sklepu zoologicznego. Sprzedawczyni była albo bardzo zjarana, albo niesamowicie apatyczna, bo nie mrugnęła nawet jed- nym mocno podmalowanym okiem, gdy wszedł do środka ze swoim wózkiem, razem z pięcioma kociakami-więź- niami, i przeszedł przez sklep, mijając kasę. Gdy wymknął się już na zewnątrz, wziął plastikową reklamówkę i wy- jął z niej trzy jednofuntowe worki najlepszej kocimiętki, jaką zdołał znaleźć. Dwa z nich włożył sobie do kieszeni, a trzeci rozerwał. Nagle rozniósł się mocny zapach, od którego wszystkie koty w wózku zaczęły głośno miau- czeć. Jasper wysypał połowę zawartości worka na swój pojazd i ładunek, resztę zaś na siebie, wcierając kocimięt- kę we włosy i ubranie. Koty mruczały donośnie, osiągając stan napędzanej narkotykiem błogości. Jasper dopchał wózek z powrotem do obleganego przez koty sąsiedztwa i nie minęła nawet minuta, a wszystkie zwierzaki już do niego lgnęły. Musiał je tylko podnosić, wiązać i wrzucać do wózka. Kiedy wcierał nieco koci- miętki w ich pyszczki, nawet nie walczyły. „Musiałem so- bie sprawić gówno prima sort”, pomyślał. Wkrótce wózek wypełnił się aż po brzegi mruczącymi i miauczącymi, naćpanymi i związanymi kotami. Dopchał pojazd do swojego zwyczajowego siedliska pod mostem. Był to opuszczony teren, pięć na pięć jardów tra- wiastej polanki, graniczący z autostradami i dawno opróż- 7 nionymi magazynami. Prywatny kącik, w którym Jasper mógł spać bezpiecznie, a kiedy wychodził na miasto bez obaw zostawiał tam swój marny dobytek. Wyjął koty z wózka i ułożył na ziemi. Potem ustawił zwierzaki w rządkach, wszystkie głową w jednym kierun- ku, i zaczął je wiązać, tworząc płyty z kotów. Następnie postawił je jedną na drugiej, związał razem i tak powstała ściana z kotów. Lecz wtedy Jasperowi skończyły się futrzaki. Było oczy- wiste, że jeśli chce dokończyć projekt, będzie potrzebował ich DUŻO. Podniósł więc kotościanę, ta syknęła na niego i na swój własny, kolektywny los. Przeniósł ją w pobliże drzewa, oparł o pień i przywiązał prostopadle do niego. – Patrzcie – powiedział, cofając się o krok i wyciągając ręce w zachwycie – mój dom z kotów. Pierwszej nocy nie był to jeszcze kotodom, bardziej kotodaszek. Jasper spał pod kotami i choć ochroniły go przed porannym deszczem, ich nieprzerwane miauczenie sprawiało, że trudno mu było zasnąć. Miło mieć dach nad głową, ale przydałyby się też ściany. Obudził się wraz z pierwszym promykiem słońca i ugo- tował sobie pożywne śniadanie z pieczonej fasoli. Myślał o rozpoczynającym się dniu. Zapowiadał się na pracowity – aby ukończyć dzieło, musiał przecież zgromadzić wiele nowych kotów. – RRRRAAAUUUURRRR!!! – Musicie być głodne – zauważył Jasper. Podszedł do kotościany z garnkiem fasoli w jednej dłoni i łyżką w dru- giej. Zanurzył łychę w naczyniu, wygrzebał kilka ziaren. Wyciągnął rękę do szarego, krótkowłosego kota w drugim rządku od góry. Zwierzak chętnie napchał swój mały pysz- 8 czek fasolą. Jasper podał łyżkę następnemu w rzędzie. Ro- bił to dalej, od czasu do czasu nabierając więcej strawy, aż każdy z kociaków tworzących ścianę był najedzony. Gdy wreszcie sam się pożywił, wziął swój pusty wózek i wyszedł na miasto, a potem łapał koty aż całkiem go wypełnił. Potem zrobił to znowu i znowu i znowu, aż po sześciu wyprawach słońce zaczęło zachodzić, a jego miej- scówka pełna była związanych, naćpanych kotów. Jasper usiadł na ziemi, wyczerpany, i wyjął z kieszeni zdeptanego papierosa. Był trochę zmięty, ale wciąż nada- wał się do palenia. Kiedy cieszył się zasłużoną przerwą, obok przeszli Por- no i Willy. Porno był krępym, niskim i okrągłym czło- wieczkiem. Wziął swoją ksywkę od szajki handlującej dziecięcą pornografią, której kiedyś przewodził, a której porażka stała się przyczyną tego, że skończył na ulicy. Willy był wysokim, chudym jak szczapa facetem, który stracił większość zębów, a twarz miał usianą otwartymi wrzodami po metaamfetaminie. – Co tu kombinujesz? – spytał Porno, oglądając zebrane koty. – Wchodzisz do branży rzeźniczej? Willy klasnął w dłonie, a po jego brodzie spłynęła struż- ka śliny. – O, kurde, o kurde! Tak dawno nie miałem w ustach do- brej Kici Barbecue. Weźmiemy trzy – powiedział, unosząc w górę lewą dłoń i pokazując cztery palce. – Te koty nie są na sprzedaż – odpowiedział Jasper. – Aha, to co w takim razie chcesz zrobić z tymi kociaka- mi? – dociekał Porno. dymem. – Będę w nich mieszkał – odparł Jasper, zaciągając się Porno i Willy spojrzeli po sobie, kompletnie zdezorientowani. 9 Niski bezdomny przyciągnął wysokiego do siebie i szep- nął mu do ucha: – Zdaje mi się, że nasz drogi przyjaciel Jasper w końcu sfiksował. Nie wytrzymał stresu życia we współczesnym świecie. Idźmy w swoją stronę i zostawmy go jego prze- znaczeniu. Willy przytaknął i oddalili się. Jasper nie przejmował się ich nagłą ucieczką. Wir kątów, figur i planów absorbował całą jego uwagę. Skończył pa- lić i wstał. Rozejrzał się. Kotów musiało być ze trzy setki. Strząsnął trochę brudu ze spodni i wziął się do roboty. Pracował całą noc i cały następny dzień i nawet noc po nim. Kiedy pierwsze promienie Słońca rozświetliły niebo u zarania drugiego dnia, wreszcie skończył. Mierzący piętnaście stóp szerokości na dwadzieścia długości i dwanaście wysokości budynek był właściwie jednym dużym pokojem. Całkiem w porządku jak na po- trzeby jednego człowieka i kilkuset kotów. Dom składał się z czterech ścian i dachu. Wszystkie ko- ciaki zwrócił pyskiem do wnętrza, by łatwiej było je kar- mić i aby nieczystości pozostały na zewnątrz. Jasper chodził po domu. Setki ogonów uderzało o ścia- ny, przez co chata wyglądała jak jakiś dziwny, futrzasto- -mackowaty potwór. Wyszedł, obszedł budowlę, oparł ręce o ścianę i potrzą- snął nią mocno. Oprócz kanonady wściekłych miauknięć ze środka, nic się nie wydarzyło. Budynek stał pewnie. Przeszedł z powrotem na front i otworzył drzwi. Ta wła- śnie innowacja wyjątkowo przepełniała go dumą. Nie jest łatwo zrobić zawiasy z kotów, ale znalazł sposób. Wszedł do domu i zatrzasnął za sobą drzwi. Setki ma- łych głów obróciły się jednocześcnie, by na niego spoj- 10 rzeć. Mnóstwo jarzących się, bystrych oczu wpatrywało się w niego, próbując dociec, co teraz zrobi. Uśmiechnął się do nich. – Nie bójcie się, kiciusie. Nie skrzywdzę was. Witajcie w waszym nowym domu. * * * Z początku zarówno Jasperowi, jak i kotom ciężko było przywyknąć do nowej sytuacji mieszkaniowej. On musiał pracować ciężej, chcąc zdobyć dość jedzenia, by wykar- mić wszystkie nowe pyszczki. Potrzeba było dużo wię- cej puszek, więcej polowań na śmietnikach w odległych dzielnicach. Czasem Jasper szedł do łóżka głodny, byleby tylko dom był syty. Boże uchowaj, jeśli nie przyniósłby dość jedzenia. Pierwszy kot, który nie dostałby strawy, zacząłby miau- czeć, a reszta zaraz by mu zawtórowała. Po chwili w domu byłoby tak głośno, że Jasper nie słyszałby własnych myśli. Ale z biegiem czasu zdobywał jedzenie coraz sprawniej i po kilku tygodniach stało się to dla niego normą. Od- kąd on i jego dom lepiej się odżywiali, byli też szczęśliw- si. Raz na tydzień Jasper musiał wziąć łopatę i odgarnąć gówno zalegające wokół budynku. Opieka nad koto-domem wymagała sporego wysiłku, ale nie dbał o to. W końcu miał coś swojego. Coś, co sam zrobił. Coś własnego. Z upływem dni koty zebrane w domu stawały się sobie bliższe, nie tylko przez to, że powiązano je razem. Wcze- śniej, gdy jeden z kotów zamiauczał, reszta dołączała, a te- raz miauczały jednogłośnie. Trzy setki dachowców z jednym mózgiem i jednym głosem. 11 Kiedy nadeszła zima, Jasper nie posiadał się z radości, że podjął wysiłek i zbudował koto-dom. Ciepło kocich ciał utrzymywało przyjemną temperaturę w środku. Jasper zauważył nawet, że koty lubią być związane. Przytulały się mocniej, tak, że wnętrze domu stawało się ciaśniejsze, ich powieki opadały, a potem wszystkie chrapały unisono. Pod koniec zimy koty tak przywykły do nowej sytuacji, że zapomniały zupełnie o dawnych rodzinach i przyjacio- łach. Były tylko one i Jasper, który czuł się podobnie przy- wiązany do nich. Gdy nadeszła wiosna, polanka zakwitła purpurowymi, polnymi kwiatami. Każdej nocy Jasper kładł się na swoim brudnym, śmietnikowym materacu i zasypiał spokojnie, wsłuchany w mruczenie swojej chatki. * * * Wtedy nadszedł pamiętny dzień, który przyniósł kres jego szczęściu. Jasper wstał pewnego ranka i zanim zdążył pozbyć się śpiochów z kącików oczu, wiedział już, że coś jest nie tak. Koty cicho powarkiwały. Ich oczy zdawały się krążyć w poszukiwaniu jakiegoś niebezpieczeństwa, którego nie mogły zlokalizować. Ich małe ciała wibrowały od frustra- cji i wściekłości. Jasper wyskoczył z łóżka i narzucił na siebie zabłocone łachy. Starał się uspokoić dom, przemawiając słodko, za- pewniając, że koty są jego „ładnymi kiciusiami”, ale nic to nie dało. Otworzył drzwi, wyszedł na próg i nagle poczuł na cie- le bolesne smagnięcia biczujących go wściekle ogonów. Runął do przodu i padł na kolana, oślepiony przez kłęby 12 futra. Dochodząc do siebie, rozejrzał się wkoło. Od razu dostrzegł to, co tak zdenerwowało jego dom. Po drugiej stronie parceli, gdzie jeszcze zeszłej nocy rosła przyjemna kępka polnych kwiatów, zobaczył dom zbudowany z psów. Setek psów wszystkich możliwych kształtów i rozmiarów. Związanych, skierowanych pyska- mi do wnętrza. Budowla była prawie dwa razy większa od jego własnej. Drzwi do pso-domu otworzyły się i wyszedł z niego fa- cet tak gruby, że mógłby być cyrkową atrakcją. Jego nie- omal pękający w szwach t-shirt zdobił napis „Pierdolę się na Pierwszej Randce”. Połcie mięsa, które służyły mu za nogi, były okryte brudnymi i podartymi spodniami od dre- su. Jak tylko opuścił dom, wszystkie psy zaczęły ujadać. Koto-dom Jaspera zaskrzeczał i zatrząsł się tak mocno, że prawie się przesunął. – Zamknij się! – Grubas wrzasnął na swój dom. – Za- mknijcie się, jebane kundle. Pso-dom natychmiast ucichł. Tłuścioch, kołysząc biodrami, podszedł do Jaspera i zła- pał go za rękę. Był od niego wyższy co najmniej o trzy stopy, więc bez trudności podniósł biedaka na nogi, w tym samym czasie potrząsając z wigorem jego dłonią. – No witaj pan – wydarł się grubas. – Musisz być moim nowym sąsiadem, nie? Miło cię poznać. Jestem Herbert. – Zbudowałeś to zeszłej nocy? – Jasper wskazał palcem pso-dom. – Gnieżdżę się tu od lat. Mój dom stoi tutaj od miesięcy. To miejsce to MÓJ dom. Nie możesz się tu tak po prostu wprowadzić. Herbert podrapał pokryty trądzikiem podbródek. – Naprawdę... – zaczął tamten. 13 Jasper czekał na odpowiedź, ale ta nie nadeszła. – Naprawdę! – rzucił, poirytowany. – To moja miej- scówka. Byłem tu pierwszy, a poza tym twój dom dener- wuje mój dom. – Tjaaa, powiem ci coś – odparł Herbert, klepiąc Jaspera w plecy z taką siłą, że ten niemal się zakrztusił. – To duża miejscówa i ja se tu zwyczajnie zostanę. Odszedł od Jaspera, a gdy już dotarł do progu swojej chaty, obrócił się. – Pokażemy im, że koty i psy mogą żyć razem. Zaśmiał się sam do siebie, wszedł do domu i zamknął drzwi. Jasper odwrócił się do swojego budynku, zobaczył, że jego ogony wiją się wściekle, po czym wszedł do środka. Wszystkie kocie głowy zwróciły się ku niemu, błyszczą- ce ślepia zadawały to samo pytanie – „Uporałeś się z tym? Już będzie dobrze?” – Przepraszam, kiciusie – powiedział. – Nie... nie jestem pewien, co robić. Nie widział żadnego natychmiastowego rozwiązania problemu. Użycie siły do wypędzenia Herberta i usunię- cia psiego domu nie wchodziło w grę. Tamten bez trudu pokonałby Jaspera w bójce. Jasper zdecydował więc, że spróbuje żyć z tym nowym sąsiadem w zgodzie. Lecz dom nie był zadowolony z tego obrotu spraw. Kiedy tylko psy zaczynały szczekać, jego schronienie trzęsło się, wydając z siebie istną kakofonię wkurwionych miauknięć. Przez resztę czasu koty były cicho, ale aż gotowały się z wściekłości. Wydawało się, że w ogóle przestały odczu- wać głód. Jasper nie potrafił ich zmusić do jedzenia. Po paru dniach upewnił się, że dom się kurczy – koty robiły się coraz chudsze. 14 Jasper przestał sypiać. Jakby mało było ciągłej atmos- fery gniewu, którą generował dom, Herbert chrapał tak głośno, że nie dało się zmrużyć oka. Co kilka godzin jego pso-dom zaczynał szczekać, wprawiając koto-dom w prze- rażenie. Sam Herbert smacznie przesypiał ten harmider. Po tygodniu Jasper stwierdził, że starczy tego dobrego. Słońce wstało, on też podniósł się z łóżka po kolejnej nie- przespanej nocy, ubrał się i ruszył prosto do drzwi Herber- ta. Walił w nie, a każdemu stuknięciu odpowiadało skom- lenie ze środka. Herbert otworzył i popatrzył z góry na Jaspera. – Czego tu? – spytał. – Tak nie może dalej być – powiedział Jasper. – Byłem tutaj pierwszy. To moja ziemia. Muszę poprosić cię, byś odszedł. Twoja obecność i twój dom sprawiają, że moje życie stało się nie do wytrzymania. A więc idź, zanim zmusisz mnie do podjęcia drastycznych kroków. Herbert spojrzał na Jaspera spode łba. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. – Pierdol się! – krzyknął i zatrzasnął pso-drzwi, aż za- skowytały. Jasper stał tak dłuższą chwilę, gapiąc się na ich pyski. Nie wiedział, co począć. Odwrócił się na pięcie i wrócił do siebie. * * * Stuk. Raur! Stuk. Raur! Stuk. Raur! Jasper otworzył drzwi i zobaczył, że stoi przed nimi mały, łysiejący człowieczek w garniturze. Miał w ręku podkładkę do pisania i, oglądając dom, robił notatki. Powtarzał przy tym pod nosem ciche tss, tss, tss. 15 – Witam szanownego pana. Pan... – zawahał się, przeno- sząc wzrok z Jaspera na swe zapiski. – ... Jasper? – To ja. – Jestem z ratusza i chciałem pana poinformować, że nie uzyskał pan odpowiednich pozwoleń, by wznieść struktu- rę tego typu w granicach miasta. Jasper nie wiedział o czym mówił ten człowiek. – „Strukturę tego typu”? Masz na myśli koty? – Teraz, gdy widzę to własnymi oczyma, oczywistym jest, że nie ma możliwości dostosowania tego budynku do przepisów budowlanych. – Gość mówił dalej, ignorując Jaspera. Zapisał coś na papierze, a potem szybkim ruchem oderwał kartkę i wręczył ją mężczyźnie. – Przykro mi o tym pana powiadamiać – wyjaśnił – ale ma pan dokładnie trzydzieści dni by opuścić ten budynek, zanim miasto zdecyduje, że został postawiony nielegalnie i przeznaczy go do rozbiórki. – Trzydzieści dni? Przecież tego nie rozbiorę! Próbowa- łem kiedyś, tylko po to, żeby uciec od tego dupka. – Jasper pokazał palcem dom z psów i był zaskoczony widokiem jego właściciela obserwującego z progu rozmowę, choć wcale nie powinno go to dziwić. Gość przyciągnął z powrotem uwagę Jaspera. – Nie mój problem. Dostał pan powiadomienie o trzy- dziestodniowym terminie. – A jeśli go nie opuszczę? – Zgniotą pana buldożery, razem z domem. Jasper wskazał Herberta. – A co z nim? Jego chatę też rozwalicie? – Nie. – Czemu? – Wypełnił odpowiednie formularze. 16 – Ale jego dom jest zbudowany z psów, mój z kotów. Jaka jest różnica? – Wypełnił odpowiednie formularze. – Bez jaj... – Proszę pana, muszę się pożegnać. Życzę miłego dnia – mężczyzna skinął na Jaspera. – Dostał pan powiadomie- nie. Po tych słowach odwrócił się i oddalił w pośpiechu. Jasper spoglądał przed siebie pustym wzrokiem, zasta- nawiając się, co dalej. Miał stracić swój dom. Nie tylko stracić – oni chcieli go zniszczyć. – Ciężki los, sąsiedzie – wrzasnął Herbert. Potem za- śmiał się i zatrzasnął za sobą drzwi. * * * Jasper wszedł do chatki Papy Skorpiona. Mała lepianka, sklecona ze skradzionych znaków drogowych, znajdowała się aż na wschodnim krańcu miasta, dużo dalej, niż za- puszczał się jakikolwiek ludzki rozbitek – chyba, że szu- kał usług jej lokatora. Mały, słabowity staruszek pokazał gestem, by Jasper po- szedł za nim. Papa Skorpion ubierał się w szaty, które nie były niczym więcej niż szmatami zakrytymi jasnoczerwo- ną kurtką Members Only. Ciężko było uwierzyć, że ktoś wyglądający tak marnie władał podobną mocą. Jasper rozejrzał się po wnętrzu lepianki. Książki, słoiki, papiery zalegające na dwóch stołach i łóżko pełne szczu- rów. Ściany w pokryte były tylko i wyłącznie znakami UWAGA i tymi, które ostrzegały przed porażeniem prą- dem – takimi z małym ludzikiem rażonym błyskawicą. Papa Skorpion zwrócił uwagę na to, co obserwuje Jasper. 17 – Rozsądnie jest brać pod uwagę ich ostrzeżenia. – Par- sknął śmiechem i od razu zaczął kaszleć oraz ciężko dy- szeć. Wyjął z kieszeni kurtki inhalator, psiknął sobie do ust i po chwili znów mógł oddychać normalnie. – A więc co może zrobić dla ciebie Papa Skorpion? – Chcę się zemścić – powiedział Jasper – na człowieku, którego nienawidzę. Papa Skorpion kiwnął głową i spojrzał na swojego gościa. Przyglądał mu się przez moment i nagle się uśmiechnął. – Ty jesteś tym szaleńcem, co mieszka w domu z kotów? – A ty kimś, kto każe się nazywać Papa Skorpion? Papa Skorpion roześmiał się głośno. – Tu mnie masz. – W mgnieniu oka spoważniał. – Mogę zrobić to, czego chcesz. Wrócił do kupki śmieci. Grzebał w niej kilka sekund, odpychając na bok papiery, książki i różne bezużyteczne rzeczy. Potem odwrócił się i pokazał Jasperowi szklaną fiolkę. Ten wziął ją i zajrzał do środka. Zobaczył trochę prze- źroczystego płynu, który wyglądał i zachowywał się do- kładnie jak woda. – Bezzapachowy, bezbarwny, bezsmakowy – wyjaśnił Papa Skorpion. – Nawet mała dawka zdoła powalić rosłe- go chłopa. Jasper wciąż przyglądał się uważnie fiolce, myśląc o po- tężnych rozmiarach Herberta. – Chyba będę potrzebował tego dużo więcej. * * * Stuk. Hau! Stuk. Hau! Stuk. Hau! Herbert otworzył drzwi i spojrzał na Jaspera. 18 – Czego tu? – spytał. Jasper uniósł ręce, udając, że osłania się przed ciosem. – Po co ta agresja? Przyszedłem się pogodzić. Jak wiesz, jutro mam się stąd wynieść. Myślałem, że w moją ostatnią noc tutaj moglibyśmy spędzić miło czas. Herbert zmierzył Jaspera wzrokiem. – Mam żeberka barbecue i piwo. Jasper cofnął się o krok i zwrócił uwagę osiłka na skła- dany stół ze stali, ustawiony pomiędzy ich domami. Leża- ły na nim ociekające sosem żeberka. Herbertowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Ode- pchnął sąsiada na bok i popędził do stolika szybciej niż kiedykolwiek. Od razu złapał kawał mięsa z kością i wsu- nął sobie w usta. – Zaraz przyniosę piwo – obiecał Jasper, wchodząc do swojego domu. Wyszedł z dwoma wielkimi kuflami. Usiadł obok Herberta i podał mu jeden z nich. Herbert nie był najmądrzejszym facetem na świecie, ale wystarczająco bystrym, by nie brać napoju, jeśli nie wi- dział jak go nalewano. Zwłaszcza od osoby, która może go nienawidzić. Udał więc, że pociąga łyk piwa, ale nim szkło dotknęło jego warg, błyskawicznie odstawił naczynie na blat. – Ach, podoba mi się to, co se żeś zrobił z domem. Tak jak dach – powiedział, pokazując palcem. Jasper odwrócił się w stronę domu z kotów. – Dziękuję ci, włożyłem w to mnóstwo pracy. Będzie mi przykro wyprowadzać się stąd. Gdy Jasper nie patrzył, Herbert sprytnie zamienił ich ku- fle. „Dam mu nauczkę”, pomyślał. Jasper znów spojrzał na sąsiada. – Ale dość gadania. Zjedzmy i napijmy się. 19 – Zdróweczko – powiedział Herbert, unosząc swój kufel. Jedli i pili całą noc, aż do wczesnych godzin rannych. Przy każdej dolewce piwa Jasper wchodził do domu, a potem Herbert, odwracając uwagę sąsiada, zamieniał ich kufle. Już niemal świtało, gdy postanowili, że pora położyć się do spania. – Wiesz co, nie jesteś taki zły – bełkotał Herbert, ściska- jąc towarzysza na pożegnanie. „To małe gówno nie ma pojęcia, że przez całą noc za- mieniałem kufle” – myślał sobie – „Nie jestem taki durny. Nie zdoła mnie otruć”. Herbert zaśmiał się do siebie wracając do domu, a gdy tylko rzucił się na łóżko, momentalnie urwał mu się film. Jasper wszedł do koto-domu, gdzie niczego już nie było. Zwykle chował wszędzie różne błyskotki i inne drobia- zgi, które znalazł lub ukradł, żeby potem je sprzedać. Ale ostatnio pozbył się wszystkiego, chcąc uzbierać wystar- czającą ilość kasy na jedzenie, piwo i – oczywiście – tru- ciznę Papy Skorpiona. Tę, która była w każdym kuflu wychylonym tej nocy przez obu mężczyzn. „Pieprzone skurwiele. Nigdy nie opuszczę mojego domu” – myślał Jasper – „To wszystko, co kiedykolwiek miałem i nikt mi tego nie odbierze. Ani miasto, ani ten gruby pojeb”. Jasper zachichotał, czując, że płuca zaczynają odmawiać mu posłuszeństwa. W domu z psów Herbert miotał się na łóżku. Toczył pia- nę z ust, a z oczodołów płynęła mu krew. Koty i psy zawyły jednocześnie, wspólnie opłakując swoich umierających panów. Kiedy wzeszło słońce, obaj mężczyźni już nie żyli. 20 * * * Ekipa od rozbiórek w ogóle nie przybyła na miejsce. Mieli się zjawić, ale nigdy się nie pokazali. Ani wtedy, ani później. Domy zostały same, z martwymi panami w środku. Wkrótce żałobę zagłuszył głód. Domów nie karmiono już od wielu dni. Dom z kotów przełamał się pierwszy. Futrzaki czuły za- pach gnijącego mięsa Jaspera, a ich oczy nie miały wybo- ru, musiały patrzeć na jego ciało. Setki wygłodniałych ko- tów ruszyły ku trupowi jak jedna istota, ich niedożywione ciała wyślizgiwały się z więzów. Dom implodował i koty runęły na swojego właściciela. Były związane od tak dawna, że zapomniały już jak się używa łap. Te, które miały szczęście, spadły prosto na zwłoki i od razu zaczęły ucztę. Ich małe pyszczki wgryza- ły się w miękkie, lekko nadgniłe mięso. Inne koty pełzały po ziemi, tratując swoich pobratymców, żeby dotrzeć do nieboszczyka. Wygłodniałe koty szybko pożarły trupa, ale to ich nie nasyciło. Połączenie śmierci Jaspera i głodu zniszczyło kolektywny umysł dachowców. Została w nim tylko jedna myśl. Jedna dyrektywa. „Jeść”. Zwróciły się przeciwko sobie, pochłaniając każdy skra- wek ciała, kości i futra, zjadając się wzajemnie i jednocze- śnie będąc jedzonymi. Dźwięk tego konsumpcyjnego szału zdenerwował psy. Każdym z nich wstrząsnęło wspólne pragnienie. „Jedzenie”. 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Bizarro Bazar
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: