Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00055 005244 13081132 na godz. na dobę w sumie
Bliski nieznajomy - ebook/pdf
Bliski nieznajomy - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 236
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323875673 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Gayle, mistrzyni w pływaniu, po zakończeniu kariery sportowej zostaje znaną dziennikarką telewizyjną. Odnosi sukcesy, ma licznych adoratorów, a mimo to nie wierzy, że jakiś mężczyzna może naprawdę ją pokochać. Mimo swej nieufności zgadza się na małżeństwo z Taylorem, ale nieustannie poddaje go rozlicznym próbom. Pewnego dnia Gayle ulega wypadkowi i nagle przestaje rozpoznawać męża. Taylor nie wie, czy żona rzeczywiście zapadła na amnezję, czy znowu chce go sprawdzić…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Gayle, mistrzyni w pływaniu, po zako(cid:312)czeniu kariery sportowej zostaje znan(cid:263) dziennikark(cid:263) telewizyjn(cid:263). Odnosi sukcesy, ma licznych adoratorów, a mimo to nie wierzy, (cid:359)e jaki(cid:331) m(cid:277)(cid:359)czyzna mo(cid:359)e naprawd(cid:277) j(cid:263) pokochać. Mimo swej nieufno(cid:331)ci zgadza si(cid:277) na mał(cid:359)e(cid:312)stwo z Taylorem, ale nieustannie poddaje go rozlicznym próbom. Pewnego dnia Gayle ulega wypadkowi i nagle przestaje rozpoznawać m(cid:277)(cid:359)a. Taylor nie wie, czy (cid:359)ona rzeczywi(cid:331)cie zapadła na amnezj(cid:277), czy znowu chce go sprawdzić… 7 7 5 8 7 3 S K E D N I T A V 0 M Y T W Ł Z 9 9 8 A N E C 7 0 / 5 0 5 R N , 05-OR.indd 1 05-OR.indd 1 3/21/07 2:21:05 PM 3/21/07 2:21:05 PM Marie Ferrarella Bliski nieznajomy dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Marie Ferrarella Bliski nieznajomy Tłumaczyła Wanda Jaworska Harlequin. Każda chwila może być niezwykła. Czekamy na listy Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Marie Ferrarella Bliski nieznajomy Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa Tytuł oryginału: Husbands And Other Strangers Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 2006 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Żywolewska Korekta: Ewa Długosz-Jurkowska © 2006 by Marie Rydzynski-Ferrarella © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są ikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak irmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Orchidea są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa Printed in Spain by Litograia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-2888-4 Indeks 378577 ORCHIDEA – 135 Rozdział 1 Miał delikatne, niewiarygodnie delikatne dłonie. Prze- suwały się teraz powolutku po jej ciele, muskając je, ni- czym ciepła letnia bryza. To były dłonie kochanka. Pieś- ciły ją, głaskały, a ich dotyk sprawiał, że nieomal jęczała z rozkoszy. Intuicyjnie wiedziała, była pewna, że to silne dłonie. Z łatwością mogłyby uczynić krzywdę, gdyby kierował nimi niepohamowany gniew, agresywny impuls. Tym cu- downiejsze było to, że potraił jej dotykać w ten delikatny, aksamitny niemal sposób. Jak gdyby oddawał jej cześć. Jak gdyby kochał się z nią tylko dłońmi, a właściwie tylko czubkami palców. Ale on kochał się z nią naprawdę. Naprawdę! Nie mogła już tego znieść i z jej ust wydobyło się nieco drżące westchnienie, jakby wypełniająca ją rozkosz mu- siała znaleźć ujście, jakby ją rozsadzała od środka, chcąc wydostać się na zewnątrz.  Marie Ferrarella I wtedy jego dłonie zaprzestały swojej delikatnej wę- drówki po jej ciele. Ustąpiły miejsca wargom, jakby wie- działy, że pieszczota warg jest jeszcze delikatniejsza, jesz- cze bardziej aksamitna… Zadrżała, czując, jak przesuwają się tropem, który zale- dwie chwilę temu wyznaczyły opuszki jego palców. Przed chwilą, który wydawała się jej wiecznością… Tylko dlaczego nie może go zobaczyć? Dlaczego nie może zobaczyć jego twarzy, skoro każda komórka jej ciała go czuje, zna i pragnie? Niezależnie od tego, jak bardzo się starała, nie była w stanie go dostrzec, pochwycić, rozpoznać. Jego tożsamość pozostawała nie- odgadniona. Mimo szeroko otwartych oczu, mimo wysiłku, jaki czyniła, by go ujrzeć, nie widziała, wyczuwała tylko, całą sobą wyczuwała. Było tak, jakby coś w środku, coś, nad czym nie miała władzy, powstrzymywało ją przed zoba- czeniem go. Nie, nie był kimś obcym. Jakże mógł być? Wiedziała, kim jest, przynajmniej w głębi swego serca. Gdzieś w se- kretnych zakamarkach umysłu zawsze wiedziała, że przy- będzie. Że ją odnajdzie i rozpozna w największym tłumie, gdy przyjdzie odpowiedni czas. Niezależnie od tego, kim jest, był jej bratnią duszą, jej wybrańcem, mężczyzną, któ- remu była przeznaczona od samego początku. Przezna- czona do miłości aż po kres. Więc dlaczego nie może go zobaczyć, skoro jej dusza tak dobrze go zna? Skoro zna go jej serce? Gayle Conway wyprostowała się, wyciągnęła, usiłując Bliski nieznajomy  odwrócić głowę, by za wszelką cenę coś dojrzeć. Cokol- wiek. Ale przygniatał ją jakiś ciężar. Coś obcego, nieprzy- jemnego przytrzymywało ją, nie pozwalało na jakikolwiek ruch. Była tak wyczerpana, że nie mogła oddychać. A jed- nak, ostatnim wysiłkiem woli, postarała się pozbyć żela- znych obręczy spinających jej ręce. Rozkosz zastąpiło uczucie dojmującej straty, rozlewając się po jej ciele niczym atrament po jasnym materiale. Jego już nie było. Zniknął, ulatniając się niczym dym z wygasłego ogni- ska, jakby nigdy nie istniał. Ale istniał! Wiedziała, że ist- niał. Był tak samo realny jak ona. A teraz została sama, uwięziona w swoim osamotnieniu i tęsknocie. Jęk, który tym razem wydobył się z jej ust, nie był ję- kiem rozkoszy. Wyrażał smutek z powodu bolesnej straty i niespodziewanego opuszczenia. I nagle dołączył się do niego jakiś inny dźwięk, inny głos. Coś… ktoś… Wołał do niej. Wydobywał ją z tej duszącej ciemności, w której była pogrążona. Ciężar, który ją przygniatał, zelżał, po czym powoli za- czął się unosić. Poczuła na sobie czyjeś dłonie. Ale tym ra- zem nie były to delikatne dłonie kochanka, lecz szorstkie, nerwowe, przywołujące ją nazbyt pospiesznie do jakiejś innej rzeczywistości, do której wcale nie miała ochoty po- wracać. Czuła, jak obce dłonie pocierają jej ramiona, no- gi, przywracając im kolory i siłę. Ścierając z niej ostatnie wspomnienie tamtych dłoni… Próbowała rozpoznać głos, wypowiadający natarczy-  Marie Ferrarella wie jej imię. Należał on jednak do kogoś, kogo nie znała. To był obcy głos. – Gayle, proszę, obudź się. Kochanie, proszę, otwórz tylko oczy. Spójrz na mnie, proszę, Gayle! Palce. Delikatne palce, które nie wędrowały już po jej ciale, lecz splatały się z jej palcami. Znowu jakieś słowa, mamrotane pospiesznie, gorączkowo. Błaganie? Modlitwa? Modlitwa. Ktoś się modlił. Bardziej wyczuwała, niż sły- szała żarliwe słowa, które ktoś zdawał się wsączać wprost do jej podświadomości. Próbowała otworzyć oczy, ale nie była w stanie. Powie- ki nie unosiły się, jakby zostały zaklejone na zawsze al- bo… zarosły. Musi otworzyć oczy, żeby zobaczyć, kto się z nią ko- chał. Musi odkryć mężczyznę, który tak nagle ją zostawił. Pomaleńku, z największym trudem zaczęła wydobywać się z głębokiej otchłani. Szczęśliwie pozbyła się ciężaru, który odbierał oddech i zagrażał jej życiu. Jeszcze chwila, jeszcze kilka coraz głębszych oddechów, i wszystko będzie dobrze. Otrząśnie się z samotności i zespoli z mężczyzną, którego namiętność aż tak rozpaliła jej zmysły. Czuła, jak jej ciało znowu się rozgrzewa. Staje się ciepłe, coraz cie- plejsze, jakby dotykały go promienie słońca. Promienie słońca. To słońce rozgrzewa jej twarz i jej ciało. Słońce, nic po- nadto. Uświadomienie sobie tego faktu tylko wzmogło pust- kę w jej duszy. Bliski nieznajomy  Coś mokrego stoczyło się z rzęs i spłynęło po policz- kach. Gayle otworzyła oczy i zobaczyła pochylone nad so- bą zatroskane, przestraszone twarze. Skupiła się na moment, by je rozpoznać. To byli Sam i Jake. Uczucie pustki nieco się zmniejszyło, gdy poznała twarze dwóch starszych braci. A potem zobaczyła jeszcze kogoś. Taylor Conway niełatwo ulegał emocjom, ale w ciągu ostatnich dwudziestu minut nie był w stanie zapanować nad ogarniającym go panicznym lękiem i przerażeniem. Zawładnęły nim bez reszty, mimo że przez cały ten czas toczył rozpaczliwą walkę. Starał się sztucznym oddycha- niem wtłoczyć powietrze w płuca swojej żony. Odmawiał w duchu wszystkie modlitwy, jakie zdołał sobie przypo- mnieć, i zawierał układy z Bogiem, którego dotychczas nie miał okazji poznać osobiście. Gayle nie może umrzeć! Nie teraz. Nie może jej stracić w ten sposób. Nie może jej stracić w żaden sposób. Nie zgadza się na to, by ją stracić. Nigdy wcześniej nie odczuwał prawdziwego strachu. Te- raz się bał. Strach miał metaliczny, gorzki smak, gorszy od wszystkiego, co kiedykolwiek próbował. Niemal go dławił. Tak jak morze omal nie zdławiło życia Gayle. Ale żyła. Jej pierś opięta zielonym kostiumem kąpie- lowym, z trudem, bo z trudem, ale zaczęła się poruszać. Dzięki Bogu, oddycha. Taylor uświadomił sobie, że nigdy dotąd nie zdarzyło mu się wzywać imienia Bożego, ale to nie miało teraz znaczenia. Nic nie miało znaczenia, do- póki Gayle żyła. 10 Marie Ferrarella Zakaszlała, a woda trysnęła z jej ust i nosa. Taylorowi zakręciło się w głowie, nie bardzo zdawał sobie sprawę, że ma oczy pełne łez. Dopiero teraz zaczęło do niego w pełni docierać to, co mogło się stać. Gayle dźwignęła się z wysiłkiem. Spróbowała usiąść. Niemal się uśmiechnął. Tak, to była jego Gayle. Bojow- niczka. Nie widziała powodu, by leżeć. Położył jej rękę na ramieniu. – Nie próbuj wstawać – powiedział łamiącym się głosem. Ale cóż to, u licha? Wyglądało na to, że się go przestra- szyła. Przyjrzał się jej szybko. Tuż pod jasną linią włosów na czole widniało rozcięcie. To by wyjaśniało, dlaczego nie wypłynęła na powierzchnię. Musiała uderzyć głową w bok łodzi, gdy zanurkowała, skoczywszy do lekko wzburzonej wody. Rana wciąż krwawiła. Krew ściekała jej z twarzy, mieszając się z wodą na pokładzie. Teraz, gdy już była bezpieczna, Taylor poczuł, że jesz- cze chwila, a cała nagromadzona pół godziny wcześniej wściekłość znajdzie sobie ujście. Ale nie mógł na nią w tej chwili krzyczeć, żądać wyjaśnień, co, u diabła, sobie my- ślała, wykonując taki kaskaderski numer. Nie teraz, gdy jest jeszcze taka blada i słaba. – Sam, gdzie jest apteczka? – Odwrócił się do szwagra. Ale Jake go uprzedził. W końcu był tu gospodarzem. To on zaprosił ich na swoją żaglówkę. – Tutaj. – Ukląkł przy Taylorze i otworzył ciemnonie- bieskie blaszane pudełko. – Czego potrzebujesz? – Czegoś do zatamowania krwi. Ta rana mi się nie po- Bliski nieznajomy 11 doba. – Taylor znalazł w zardzewiałym pudełku ostatni kawałek plastra i nakleił go na rozcięcie. Zmarszczył brwi. Na Boga, ależ go wystraszyła. Na- prawdę był przerażony. Teraz, gdy najgorsze już minę- ło, gdy leżała na pokładzie łodzi brata, żywa i przytomna, zdał sobie sprawę, że serce mu łomocze i cały się trzęsie. Gdyby nie kochał jej tak bardzo, dostałaby teraz za swoje. Wciąż jeszcze może to zrobić, po prostu dla zasady. Wstrząśnięty Jake podniósł się, trzymając w ręce ap- teczkę. Podał ją Samowi. Ten spojrzał podejrzliwie na sio- strę. Wciąż była bardzo blada. – Czy ona… – zaczął. – Nic mi nie jest – przerwała mu, machnąwszy ręką, jakby chciała opędzić się od natrętnej muchy. Dlaczego mówią o niej tak, jakby była w innym wy- miarze? Jest przecież tutaj. Chyba obaj bracia doskonale wiedzą, jak bardzo nie cierpi być przedmiotem zaintereso- wania, nienawidzi szumu wokół siebie. Przynajmniej my- ślała, że nie cierpi… tak, nie cierpi. Chociaż odzyskała świadomość, miała wrażenie, że jej głowa tkwi w kokonie z waty. Zmrużyła oczy, skupiając wzrok na mężczyźnie, który wstał z klęczek. – Sam… – zawahała się. Mgła zasnuwająca jej mózg zaczęła powoli opadać. Sam był jej bratem. Jednym z jej braci. Zabawne, że przez chwilę tego nie pamiętała. Wyobrażała sobie, co by po- wiedział, dowiedziawszy się o tym. Od czasów dzieciń- stwa obaj bracia niemiłosiernie jej dokuczali przy każdej okazji. 12 Marie Ferrarella Sam natychmiast znowu przyklęknął. – O co chodzi, Gayle? – O nic – wykrztusiła z wysiłkiem, bo gardło miała obo- lałe, jakby połknęła i z powrotem wykaszlała muszlę. – Po prostu chciałam wymówić twoje imię. Bracia wymienili zaniepokojone spojrzenia. Gayle spra- wiała wrażenie dziwnie przygnębionej, ale przecież nigdy przedtem nie była tak bliska utonięcia. Z całej ich trójki to właśnie ona, najmłodsza i najzwinniejsza, w wodzie czuła się od zawsze jak ryba – ich mała siostrzyczka, w której ojciec od początku pokładał wszystkie swoje nadzieje. Gayle głęboko zaczerpnęła powietrza, co natychmiast wywołało ostry ból w płucach i gwałtowny kaszel. Wciąż jeszcze ocean dawał o sobie znać. Nie bardzo wiedząc, ko- go chwyta, ścisnęła kurczowo silne ramię, które zobaczy- ła nad sobą. – Spokojnie. – Te same silne ręce ją podtrzymały. Te ręce, które wcześniej bezlitośnie przycisnęły ją do ziemi, gdy rozpaczliwie usiłowała rozpoznać mężczyznę odcho- dzącego w dal. Mężczyznę, który się z nią kochał. – Nie próbuj jeszcze wstawać – ostrzegł ją głęboki głos. – Nie chcemy, żebyś się przewróciła i znowu rozbiła sobie gło- wę. Wiem, że jest twarda, ale nawet twoja głowa ma jakieś słabe punkty. Spróbowała się uśmiechnąć, słysząc te słowa, ale nie bardzo jej się to udało. – Jeszcze nie urwała ci głowy? – mruknął zaniepokojo- ny Jake, wracając do steru. – Musi mieć większe obraże- nia, niż myśleliśmy. Bliski nieznajomy 13 Gayle odwróciła głowę i skrzywiła się, czując ból przy tak prostym ruchu. – Co się stało? – spytała Sama. – Co ja tu robię? – Wyłowiłem cię – odparł Taylor. – Uparłaś się, żeby skoczyć z dziobu. – Wskazał miejsce, gdzie zanurkowała. To była głupota. Gdy zerwał się, żeby ją powstrzymać, by- ło już za późno. – Przypuszczalnie po to, żeby mnie zde- nerwować. Kiedy patrzył, jak wślizguje się w wodę, był na nią wściekły. Ale równocześnie podziwiał ją i nic na to nie mógł poradzić. Widok jej idealnej sylwetki zawsze tak na niego działał. Jej ruchy były samą poezją. Z początku, kiedy nie wyłaniała się na powierzchnię, był przeświadczony, że chce mu odpłacić w ten sposób za sprzeczkę z poprzedniego dnia. Wiedział, że potrai wstrzymywać oddech pod wodą przez niewyobrażalnie długi czas. Jej ojciec, emerytowany pułkownik Lars Elliott, złoty medalista olimpijski, nauczył trójkę swoich dzieci pływać, zanim jeszcze nauczyły się chodzić. Postanowił uczynić z nich kandydatów do medali. Co więcej, żądał, by zwyciężali. I Gayle zwyciężała. Ale gdy po trzydziestu sekundach wciąż jej nie było wi- dać, Taylor zaczął się niepokoić. Podczas gdy Jake i Sam rozglądali się dookoła, podejrzewając, że mogła wypłynąć gdzieś dalej, wskoczył do wody, żeby jej szukać. Coś mu mówiło, że tym razem to nie był jeden z tych jej okrop- nych żarcików. Mało brakowało, a nie znalazłby jej. Ostatkiem sił wy- dobył ją na powierzchnię. Płuca zaczynały mu już odma- 14 Marie Ferrarella wiać posłuszeństwa, domagając się powietrza. Ostatecz- nie był tylko przeciętnym pływakiem. Samemu byłoby mu znacznie łatwiej, ale raczej zginąłby razem z Gayle, niż wypuścił z rąk jej bezwładne ciało, pozwalając, by po- chłonął je ocean. Zamrugała, wpatrując się ze zdumieniem w mężczyznę obok siebie. To, co mówił, było zupełnie bez sensu. – Dlaczego miałabym cię denerwować? – spytała. Taylor podniósł się i spojrzał na nią z góry. Potrząsnął głową i znów się uśmiechnął. – Sam nieraz zadaję sobie to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to że irytowanie mnie stało się od jakiegoś czasu twoim hobby. Gayle zmarszczyła brwi, jakby nie miała pojęcia, o czym on mówi. Jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. Niepewność wróciła, choć jeszcze nie potraił sprecy- zować, co dokładnie go niepokoi. – Myślę, że dzięki temu uderzeniu w głowę stało się w końcu coś, co nie udało się żadnemu z nas. Stałaś się potulna – wyjaśnił Sam, gdy skierowała na niego lekko zdziwione spojrzenie szmaragdowych oczu. Jake roześmiał się. – Akurat – prychnęła, podciągając nogi, by usiąść. – Powiedziałem, że masz leżeć – powstrzymał ją Taylor. Dlaczego musi być zawsze tak głupio uparta? Jeśli ma wstrząśnienie mózgu, każdy ruch tylko pogorszy jej stan. Gdyby zaszła taka potrzeba, był gotów nieść ją na rękach od przystani do samego szpitala. Bliski nieznajomy 15 Ale Gayle uchyliła się przed jego ręką. Co on sobie do diabła myśli? Że kim jest? – Dlaczego niby miałabym cię słuchać? – parsknęła. Jake z ulgą potrząsnął głową, uśmiech rozjaśnił mu twarz. – Wraca do siebie – stwierdził. Taylor puścił mimo uszu tę uwagę. Nie spuszczał wzro- ku z żony. – Bo jestem rozsądny. A teraz leż spokojnie, do chole- ry. – Spojrzał na plaster na jej czole i zobaczył małą czer- woną smużkę. – Wciąż krwawisz. – Obejrzał się na Jake’a, który stał przy sterze. – Nie mógłbyś trochę przyspieszyć? – ponaglił go. Morze było coraz bardziej wzburzone. Sztorm nadcho- dził szybciej, niż się spodziewali. Silnik pracował już na pełnych obrotach. – Staram się – odpowiedział Jake. – Ale to nie jest łódź wyścigowa. – To postaraj się bardziej – warknął Taylor. Choć rzadko kiedy pozwalał, żeby ktoś oprócz Gail wy- prowadził go z równowagi, tragedia, której cudem unik- nęli, sprawiła, że tracił cierpliwość i opanowanie. – Ejże, przestań krzyczeć na moich braci – włączyła się Gayle. – A tak przy okazji, kim ty właściwie jesteś? – Co? – Taylor nie wierzył własnym uszom. Cóż to zno- wu za zagrywka? Jego reakcja lekko ją zaniepokoiła, choć próbowała zba- gatelizować irytujące, niejasne uczucie, że powinna znać od- 1 Marie Ferrarella powiedź na swoje pytanie. Zwilżyła językiem wargi i lekko uniosła brodę. – Pytałam, kim jesteś – powtórzyła. – Co to ma znaczyć, kim jestem? – Taylor usiadł obok niej i popatrzył jej w oczy. Pięknie. Nie dość, że jest nieprzyjemny i agresywny, to jeszcze głuchy. – To, co powiedziałam. Kim jesteś? Przyjacielem Sama? Taylor nie miał pojęcia, co to za nowa gra, ale ponie- waż przed chwilą doświadczył największego strachu w ży- ciu, i wciąż jeszcze czuł się trochę oszołomiony, postano- wił wziąć w niej udział. – Tak, jestem przyjacielem Sama. I Jake’a – dodał. Gayle nieco zdziwiła ta odpowiedź. Była przekonana, że zna przyjaciół braci, a już na pewno tych wspólnych. W końcu byli bardzo zżyci ze sobą. Tymczasem w ża- den sposób nie mogła sobie przypomnieć tego ponure- go, ciemnowłosego mężczyzny, któremu się wydawało, że Bóg dał mu prawo do rozkazywania wszystkim dokoła. Ból głowy potęgował się, choć starała się go ignorować. Zerknęła na twarz mężczyzny, usiłując coś sobie przypo- mnieć. – To dlaczego nigdy dotąd cię nie spotkałam? Jake odwrócił się i wymienił spojrzenie z Samem. Za- wisło między nimi niewypowiedziane pytanie: „O co, u diabła, chodzi Gayle tym razem?”. Taylor ukucnął, nie spuszczając wzroku z jej twarzy. Z twarzy, którą tak dobrze znał. Twarzy, której każdy rys, każdy szczegół miał wyryty w pamięci i w sercu. Bliski nieznajomy 1 – Och, spotkaliśmy się nie raz, to przecież oczywiste – odparł głębokim głosem. Gayle wpatrywała się w niego spłoszonym wzrokiem. Nic z tego nie rozumiała. Co niby było oczywiste? Że się spotkali? Szczerze wątpiła, by tak było. Pamiętałaby taką twarz, nawet gdyby zobaczyła ją tylko w przelocie: wyra- ziste rysy, surowe, może nawet zbyt surowe dla niewyro- bionego oka; ów dziwny zbiór płaszczyzn i kątów, które czynią mężczyznę nieprawdopodobnie przystojnym. Całość jest lepsza niż suma części, kołatało jej się po głowie. Ale to, że był przystojny, nie dawało mu jeszcze prawa do okłamywania czy bawienia się jej kosztem, zwłaszcza że czuła się tak, jakby jej mózg miał strukturę sera szwaj- carskiego. – Nie, nie spotkaliśmy się – stwierdziła stanowczo. Może w innych okolicznościach, gdyby nerwy nie od- mawiały mu posłuszeństwa, Taylor przedłużyłby tę grę, ale nie teraz. Nie teraz, gdy przeżył piekło, ponieważ mor- ska toń o mały włos nie stała się ich grobem. Nie, teraz stanowczo nie miał nastroju na fanaberie swojej upartej żony. – Gayle, nie mam ochoty na takie zabawy – dotknął jej ramienia. Otrząsnęła się. Co go upoważnia do dotykania jej? Jakby miał do tego prawo. Dlaczego jej bracia nie pro- testują? Ogarnęła ją nagła słabość, po której oblała ją fala gorąca. Spociła się. Najchętniej zwinęłaby się w kłębek 1 Marie Ferrarella i odizolowała od wszystkiego. Przez chwilę bała się, że znów straci przytomność, ale się nie poddała. Zacisnę- ła zęby. – To dobrze, bo ja też nie mam ochoty. – Oczy jej po- ciemniały, gdy wpatrywała się w tego mężczyznę, który wtargnął w jej życie. – Za chwilę głowa rozleci mi się na kawałki. – Chwyciła się za skronie, jakby w obawie, że na- prawdę może to nastąpić. – A więc, powiesz mi wreszcie, jak się nazywasz, czy nie? Tym razem nie zabrzmiało to jak żart. Sam usiadł na- przeciw siostry. Wyciągnął przed nią rękę, rozczapierza- jąc palce. – Gayle, ile palców widzisz? – spytał bardzo spokoj- nie. – Trzy. – Chwyciła go za rękę i odsunęła ją, tracąc osta- tecznie cierpliwość. – Wszyscy wiemy, że do tylu umiesz liczyć. Nie mam zamiaru bawić się z tobą w żadne wyli- czanki-zgadywanki. Chcę, żeby ktoś mi powiedział, kim jest ten mężczyzna i dlaczego wszystkimi tu rządzi. Mimo pewnego napięcia, słowa siostry wzbudziły we- sołość Jake’a. – Przyganiał kocioł garnkowi – stwierdził, rzucając wy- mowne spojrzenie szwagrowi. Taylor był wyraźnie u kre- su cierpliwości. Obaj bracia często go podziwiali, że żyje z ich siostrą już osiemnaście miesięcy i jeszcze nie zwa- riował. – Nie żebym uważał cię za kocioł… – Jake zawie- sił głos. Taylor nie spuszczał wzroku z Gayle, z kobiety, którą kochał bardziej niż uroki kawalerskiego życia. Bliski nieznajomy 1 – A więc nie wiesz, kim jestem – powiedział i zabrzmia- ło to absurdalnie. Po tym, co ich łączyło, prędzej spodziewałby się, że piramidy się rozpadną, niż że ona go zapomni, albo on ją. To musi być rodzaj gry, okrutny igiel, jaki chciała mu spłatać, żeby odegrać się za wczorajszą sprzeczkę i Bóg je- den wie, za co jeszcze. – Tak – odrzekła. Ale zanim zdążył zareagować, powie- działa jeszcze coś, co wprawiło go w osłupienie, dowodzi- ło bowiem, że jego myśli szły fałszywym tropem. – Nie mam pojęcia, kim jesteś – powtórzyła dobitnie. Jeśli go prowokuje, to ją zabije. Gołymi rękami! – Nie żartujesz? – Patrzył na nią, błagając w duchu, by obróciła to wszystko w żart. – Krwawię. Po co miałabym żartować? Dlaczego bracia jej to robią? Dlaczego ją stawiają w ta- kiej idiotycznej sytuacji? Zaczynała się bać. Przestawa- ła rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Przenosiła wzrok z jednego na drugiego, błagając spojrzeniem, by zaprzestali tej gry. – Sam, Jake, co tu się dzieje? Skąd ja się wzięłam na tej łodzi? Trzej mężczyźni popatrzyli po sobie, nie wiedząc, czy chodzi tu o peridną mistyikację, czy może o coś napraw- dę poważnego. Gayle uklękła, chwiejąc się lekko. – Pytałam, co tu się dzieje. – Przeniosła wzrok z Sama na Jake’a, a potem jej oczy spoczęły na obcym mężczyźnie. Bracia kiedyś nieraz stroili sobie z niej żarty. W ten spo- 20 Marie Ferrarella sób rozładowywali napięcie, jak za czasów dzieciństwa, kiedy byli poddani rygorystycznemu wychowaniu ojca. Ale tym razem posunęli się trochę za daleko. – Jake, Sam, niech mi wreszcie ktoś coś powie. Chcę wiedzieć. Kim jest ten mężczyzna? Rozdział 2 Jake był najstarszy i miał o wiele poważniejsze podejście do życia niż jego rodzeństwo. Popatrzył uważnie na kobietę, którą z radością nazywał swoją małą siostrzyczką. – No dobrze, Gayle, a teraz skończ już z tymi wygłupa- mi – powiedział stanowczo. – Zakpiłaś sobie z nas i nieźle nas przeraziłaś, swojego męża również. Do jej świadomości dotarło tylko to jedno słowo, które wprawiło ją w prawdziwy popłoch. Czy to ona postrada- ła zmysły, czy jednak oni? Znając swoich braci, uznała, że oni. Chyba że… O nie, nie miała najmniejszej ochoty być teraz celem ich okrutnych żartów. „Mąż”, powtórzyła w myślach i rozejrzała się ze złością, rozmyślnie omijając wzrokiem obcego mężczyznę u swe- go boku. – Co za mąż?! – spytała agresywnym tonem. – Tego już za wiele, Gayle! Jake użył swego służbowego, policyjno-detektywistycz- nego tonu, maskując nim narastający niepokój. Na ogół siostra nie grała aż tak dobrze. 22 Marie Ferrarella – Święte słowa! – odparowała, wstając. W głowie jej hu- czało, bała się, że za chwilę upadnie. Rozejrzała się i usiad- ła szybko na jednej z ławek na pokładzie. – Koniec z głu- pimi żartami, chłopcy. – Położyła dłoń na głowie, jak gdyby mogła w ten sposób powstrzymać ból. – Nie czuję się dobrze. Nie odstępując ani na krok, Taylor przyjrzał się uważ- niej kobiecie, która przez ostatnie osiemnaście miesięcy była zmorą jego życia i całym jego światem zarazem. Nigdy nie marzył o małżeństwie. Z rodzicami łączyły go bardzo luźne więzi, tym bardziej więc nie miał ochoty na zakładanie rodziny. Niezależny, zaradny, szedł uparcie własną drogą, od kiedy skończył szkołę średnią. Podjął studia dopiero gdy się zorientował, że będzie mu to potrzebne w osiąganiu wytyczonego celu. Chciał restaurować, odnawiać, remon- tować domy, które czasy świetności dawno już miały za sobą. Nadawał im nowoczesny kształt i funkcjonalność. Uważał się za rzemieślnika i artystę zarazem, wyczu- lonego na detale. Lubił pracować zarówno rękami, jak i umysłem. Ale również lubił się bawić, gdy była po temu okazja. I zawsze bez chwili namysłu szedł tam, gdzie cze- kał go następny projekt. Był w ciągłym ruchu. Wolny. Do chwili, gdy poznał Gayle Elliott. To się stało na przyjęciu wydanym przez Rico Cimmaro- na, zawodowego futbolistę w jego domu, który Taylor zmo- dernizował za niewiarygodną sumę. Uśmiechnięty Rico przedstawił go wtedy drobnej, szczupłej, nieprawdopodob- nie seksownej kobiecie, z którą się aktualnie spotykał.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Bliski nieznajomy
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: