Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00171 010294 20256830 na godz. na dobę w sumie
Blizna - ebook/pdf
Blizna - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-953132-0-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).

O co chodzi w BLIŹNIE?

Proste, zdawałoby się, pytanie dziesięcioletniego Pałulka skierowane w 1948 roku do Paula Fuhrmanna podczas ich nocnej wyprawy do lasu po drewno na opał: „Tata, a wtedy na wojnie... zastrzelił żeś jakigo Niymca?” - uruchamia lawinę wspomnień, którymi ojciec dzieli się z synem, ale niezbyt chętnie. Najtragiczniejszy fragment przemilcza. Pałulek poznaje go dopiero po śmierci ojca, dość przypadkowo, podczas rozmowy z matką. I wtedy odkrywa kolejną szokującą historię, o której ani ojciec, ani matka nie mieli bladego pojęcia.

 

Dlaczego warto przeczytać BLIZNĘ?

 

Bo BLIZNA opowiada niezwykle wzruszająco o ciepłych stosunkach familijnych, ale i o cholernie pogmatwanych losach śląskiej rodziny, które będą Was trzymać w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Na końcu, w co wierzę, niejeden zada sobie pytanie, czy aby i w jego życiu nie było zdarzeń i zachowań, które pogłębiając obiegowe definicje bohaterstwa, honoru i miłości, sprawiły, że jego świat stał się bardziej zrozumiałym.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BLIZNA Copyright©2020 by Eugeniusz Ogiński Redakcja i korekta Ewa Dąbrowska ISBN 978-83-953132-0-2 – wydanie elektroniczne EPUB, MOBI, PDF Eugeniusz Ogiński BLIZNA Tata, a wtedy na wojnie… zastrzeli e jakigo Niymca? ł ż ś „Uparcie i skrycie, och, życie, kocham cię nad życie” Wojciech Młynarski BLIZNA Siedział grzecznie przy oknie wychodzącym na podwór- ko i cierpliwie czekał, aż ojciec skończy się golić i poprosi go o pomoc. Miał na sobie śnieżnobiałą koszulę, czarne spoden- ki na szelkach, skarpetki w niebiesko-szare prążki i nieco już zdarte brązowe sandałki. Pszeniczne włosy z idealnie uczesa- nym przedziałkiem opadały skośną grzywką na wysokie czo- ło, dotykając gęstych, mocno zarysowanych brwi nad zupeł- nie do nich niepasującymi błękitnymi oczętami. Co rusz kręcił głową, drapał się w szyję i wciskał palec wskazujący za ciasny, wykrochmalony kołnierz płóciennej koszuli, jakby brakowało mu tchu. Cały czas wodził wzro- kiem po przylegającej do podwórka niewielkiej zagrodzie i gromadce tarzających się w suchej ziemi kur. – Piyńć, sześć, siedym… – liczył, ledwie otwierając usta. 5 Wczoraj wieczorem, zamiatając podwórko, doliczył się trzydziestu. Akurat kiedy skończył, przyglądający mu się z ławki przed gankiem ojciec podniósł się, wszedł do stodoły i zaraz z niej wyszedł z siekierą w ręku. Nie oglądając się na syna, wbił ostrze w stojący nieopodal pieniek i wśliznął się przez wąską furtkę do zagrody. Kury najwidoczniej wyczuły, co się święci; ich gdakanie bowiem, odbiwszy się od pobli- skiego lasu, wracało do zagrody głośnym echem, potęgując i tak już trudny do zniesienia jazgot. Pałulek posmutniał i przysłonił uszy rękami. A ojciec, Paul Fuhrmann, dorwaw- szy najstarszą z kur, wcisnął ją sobie pod pachę. Wierzgające nogi spętał sznurem. Zamknąwszy za sobą furtkę, podszedł do pieńka i sięgnął po siekierę. Zanim Pałulek zdążył się odwrócić, głowa kury – z rozdziawionym dziobem i strzępia- stym grzebieniem – toczyła się już po ziemi, niczym kulka zmiętego kolorowego papieru, a cała reszta, trzymana przez tatę za spętane nogi, wiła się w słabnących konwulsjach. Po minucie kura znieruchomiała, krew przestała kapać. Ojciec wyjął z kieszeni płócienną szmatkę, owinął nią zakrwawioną 6 szyję i, poszukawszy wzrokiem odwróconego do niego pleca- mi syna, odezwał się łagodnym, jakby usprawiedliwiającym tonem: – Niy mazej sie, łōna i tak jajek już niy dowała. Chyć se jōm tukej, za kark, i zanoś matce. Jedenastoletniego Pałulka zemdliło. Mimo to odwrócił się posłusznie, złapał kurę za szyję, tak jak mu ojciec przyka- zał, i wycierając rękawem spływające po policzkach łzy, powlókł się do domu. Skrzydła martwego ptaka zostawiały na placu znaki podobne do śladów po brzozowej miotle. – …dziesiyńć, jedynoście… Wybiła dziewiąta. Paul Fuhrmann odłożył brzytwę, zdjął roboczą koszulę i półnagi pochylił się nad wasztyszym, ema- liowaną miednicą wpuszczoną w niewielki stolik z półką na mydło i małym lustrem. Lakier był już pożółkły, łuszczył się, a mętna woda w miednicy, jakby mlykym rozbielōno, lekko jeszcze parowała. – To po synku – wytłumaczyła matka Pałulka, widząc męża bełtającego ręką wodę, jakby chciał ją rozgarnąć i doj- 7 rzeć dno miednicy. – Niy bydź zaś taki empfindlich! Mydła sie yno trocha rozpuściło. A ryncznik mosz tu świyży… trzimej… abo niy, wiyszōm ci go sam, na żdżodle. Nie czekając na reakcję męża, wyszła do sypialni. To była jedna z tych niedziel, które po latach zlały się Pałulkowi w jedną cudowną niedzielę. To była jedna z tych niedziel, które tak naprawdę rozpo- czynały się dopiero świątecznym obiadem, w samo południe, zaraz po hejnale mariackim dochodzącym z wiszącej nad drzwiami szczekaczki. Jak tylko zaczynała mielić o socjali- zmie, Związku Radzieckim, Polsce Ludowej i rewizjonistach niemieckich, tata wstawał od nakrytego stołu i wyłączał ją. Potem podchodził do befyja, korygował wskazówki budzika i wróciwszy do talerza, mruczał pod nosem: – Przi obiedzie mo być spokōj, inakszy sie nōm jeszcze, niy dej Boże, kiszki poskryncajōm. Pałulek polubiłby i tamte niedzielne przedpołudnia, gdyby nie ten cholerny, wrzynający się w szyję, wykrochma- lony kołnierz płóciennej koszuli, musowo zapiętej na ostatni 8 guzik. Słowa matki – „Niy bydziesz mi w rozchlastanej koszuli do kościoła łaził” – były święte. Uwierało jak diabli i jedyne, co pozwalało mu przetrwać półgodzinny marsz i godzinną mszę, to pewność, że zaraz po kościele będzie mógł poluzo- wać kołnierzyk, a w domu, jeszcze przed obiadem, założyć flanelową, miękką jak puch koszulę i nosić ją rozpiętą pod szyją do samego wieczora. – …dwadziścia jedyn, dwadziścia dwa… Powracający obraz kury pozbawionej głowy wprawdzie ściskał serce Pałulka, ale już nie tak mocno. Tak musi być. Po to kury hodują, żeby niedzielne obiady były inne, świątecz- ne. No i jajek już nie znosiła. Z nie najweselszych rozmyślań wyrwał go donośny głos taty. – Pałulek! Pōdź sam i polyj mie. Yno dej pozōr, cobyś niy narozlywoł. Nabrawszy wody do garnuszka, spłukiwał namydlone plecy ojca tak, żeby strugi spływały prosto do miednicy. Pod lewą łopatką, blisko kręgosłupa, widniała blizna wielkości 9 pajdy chleba. Nie pierwszy raz ją przyuważył, ale i tym razem nie zdobył się na to, by o nią zapytać. Paul wytarł się, rzadkie włosy odsłaniające głęboką już łysinę uczesał aluminiowym grzebieniem co go łod wojny mioł, założył białą koszulę, szary krawat na gumce, czarne spodnie i wyglancowane buty. – Helcia, nō jak tam, jeżeś gotowo? – krzyknął w stronę sypialni. Wyszła jak na zawołanie, ubrana po niedzielnemu, pięk- na. W szykownej sukni w szaro-czarne prążki, wykończonej szerokim kołnierzem, tak samo sztywnym i tak samo śnież- nobiałym, jak kołnierze świątecznych koszul męża i synka. – Ja, mogymy iść – zarządziła. Przechodząc przez antryj, zerknęła w lustro, na suknię. Poprawiła ją w talii, ale tak tylko, machinalnie, bo leżała jak ulał. Wszystkie swoje suknie, podobnie jak koszule męża i syna, szyła sama na swojej starej przedwojennej singerce. Paul zamknął dom na klucz, a furtkę w ogrodzeniu ze sztachet – na skobel. Droga do kościoła prowadziła przez pół 10 miasta. Rodzice szli energicznym krokiem, trzymając się pod ręce, Pałulek dreptał dzielnie przed nimi. By dotrzymać tem- pa, od czasu do czasu śmiesznie podskakiwał. Grał przy tym na swoich organkach „Zuch” – ups, za dużo powiedziane, raczej ćwiczył – jakieś tam swoje i nieswoje melodyjki. Do domu wrócili zaraz po mszy. Matka, nakrywając kuchenny stół białym obrusem, nie omieszkała wygłosić rutynowego polecenia: – Yno mi sie niy rozłaźcie. Kluski sōm gotowe, modro kapusta tyż, miynso pod pierzinōm, na pewno jeszcze ciepłe, a komportu niy byda grzoła, przeca wōm zimny smakuje. Pału- lek, rozkłodej talyrze i szklōnki i o besztyku zaś nie zapōmnij. Po obiedzie ojciec zebrał kości po kurze i wrzucił je do garnka, zmył resztki zōłzy z talerzy, dorzucił piętki suchego chleba, zalał wszystko przegotowaną wodą i wyszedł na podwórko do machającego ogonem Reksa. Potem zajrzał do dwudziestu dziewięciu kur, ośmiu gęsi i świni. Matka tym- czasem zmywała szkorupy, a Pałulek wycierał je do sucha i odkładał na czystą płócienną serwetę. Jak tylko pokończyli swoje poobiednie zadania, ojciec przypiął Reksowi smycz 11 i wszyscy razem wyszli na spacer do lasu, abo yno tak, pola se pooglōndać i do sōmsiadōw jakich zajrzeć… * Któregoś dnia zaraz po szkole Pałulek zapytał matkę o wojnę i o bliznę na plecach taty. Nic nie mówiąc, matka poszła do sypialni i po chwili wróciła z grubą szarą kopertą w dłoni. Nieco się ociągając, wysypała z niej jakieś odznaki i medale wojskowe. – Pooglōndej se… i posłuchej mie… Do tej pory o tej strasznej wojnie najwięcej nasłuchał się w szkole, trochę od babci Gertrudy, mniej od mamy, a naj- mniej od taty. Tym razem matka się rozgadała. – Najprzōd to sie z Ruskimi bił. A potym, jak już w pol- skim wojsku był, to z hitlerokami… ja, tymi samymi hitleroka- mi, co tu pod naszymi łoknami oświyncimiokōw gnali na zatra- cyni. A jak kiery słaby był, to do niego szczylali i na rancie łostowiali. Boroki były te oświyncimioki, boroki. A najbardzij to mi tych dziatek było żol… Ciepali my w nich chlybym namoczōnym w wodzie i zagniecōnym w kulki, coby wyglōnda- ły jak kamiynie. Ale i tak trza było łokropnie pozōr dować, bo 12 szczylali do tych, co pajdami chlyba ciepali… I te pierōny jesz- cze godały, że szczyylajōm skuli tego, że sie po ziymi chlybym niy ciepie, że to grzych – zakończyła, kiwając głową, jakby na potwierdzenie z trudem przechodzących jej przez gardło słów. Pałulek poczuł, że rozpiera go duma z mamy i tamtych maminych kawałków chleba udających kamienie i duma z taty i jego medali: Za Warszawę, Wał Pomorski i Za Berlin. – Mamo, nō a ta blizna taty? * Dwa tygodnie później, opierając się o tylną burtę wózka do przewożenia ziemniaków z pola, węgla z geesu albo drze- wa z lasu, gapił się w rozgwieżdżone niebo. Ojciec ciągnął wózek bez trudu, bo teren był płaski, droga asfaltowa i prosta jak bicz. Pałulek rozmyślał o gwiazdach i o księżycu, który właśnie wyszedł zza drzew, ale przede wszystkim o dziwnej bliźnie wielkości pajdy chleba, schowanej teraz pod czarną kurtką taty. Dotąd wolał o nią nie pytać, choć już od dawna go korciło. Może od taty dowiedziałby się czegoś więcej? Ale 13 wtedy mógłby usłyszeć coś, o czym wolał nie wiedzieć. A poza tym podejrzewał, że tata nie chce, żeby o nią wypyty- wał. Ciemna ściana lasu rosła w oczach. Ojciec milczał. Pału- lek pomyślał, że to chyba dobry moment na trudne pytania. Taaak… ale najpierw zagra na organkach. Wiedział, że ojcu się podoba, jak na nich gra. Bo kiedy na ostatnim festynie ludowym po pierwszej setce i drugim piwie tata podśpiewy- wał sobie śląskie i nieśląskie piosenki, a on całkiem zgrabnie mu przygrywał, to w przerwach na zagrychę słyszał słowa ojca kierowane do biesiadników: – Co jak co, ale słuch mo po mie! Co niy? Moja krew! Zagrał „Jeszcze Polska nie zginęła”. Perfekcyjnie zagrał. Nic dziwnego, przecież tę melodię słyszał prawie codziennie, jak nie w szkole, to w radiu lub na pierwszej lepszej państwo- wej uroczystości. W oknach pobliskiej leśniczówki rozbłysły światła. Ojciec, nie zwolniwszy kroku, odwrócił się i ściszonym gło- sem odezwał się po raz pierwszy, odkąd wyjechali z domu: 14 – Niy grej, synku, bo nos jeszcze feszter usłyszy. Pałulkowi zrobiło się głupio i czym prędzej schował organki. Po krótkim milczeniu zapytał przyciszonym głosem: – Tata? A wtedy na wojnie… zastrzelił żeś jakigo Niymca… Tata? Ojciec milczał. – Musioł żeś przeca jakichś hitlerokōw zabić. Bo za co byś te medale mioł? Dopytywał, choć obawiał się, że może tatę zirytować. Dlatego zdziwił się, gdy ten chrząknął raz i drugi, jakby zbie- rał się do dłuższej godki. I nic nie wskazywało na to, że się zdenerwował. Może dlatego, że był odwrócony plecami, a wokół panowała ciemność? Głos miał przy tym jakiś taki nadzwyczaj spokojny… – Jak by ci to pedzieć, synku… Byłech ranny. Szpliter łod ruskigo granata mi w łopatka wloz. I trefił żech do szpitala w Czechach. Rana sie paskudziła, mało wiela, a bych gangryny dostoł… – I co? – Nō łojca byś dzisiej ni mioł! 15 – To stōnd mosz ta blizna na plecach jak pajda chleba? – Ja… Łod tamtego szplitra. To nie była odpowiedź na pierwsze pytanie, mimo to Pałulek poczuł się lepiej i nabrał odwagi, bo ojciec powie- dział o bliźnie to samo, co matka. – Nō a po tym, jak żeś sie wylizoł i drugi roz poszoł na frōnt? – Po czym? – Nō… po tym, jak żeś już w polskim wojsku był. Żech słyszoł, że pod Stalingradym gewerōm żeś o ziymia ciepnōł i do ruskich uciyk, i że cie tam zaroz do Polokōw dali. I godoł żeś, że dobrze, żeś po naszymu godać umioł… tak żeś godoł. – Komu? – Nōōō… mamie… – Prowda, synku. – Nō to zabił żeś jakigo Niymca, abo niy? Ojciec westchnął i zamilkł. A syn, wiedząc, że ojciec godo yno wtedy, jak go trza słuchać, cierpliwie czekał. 16
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Blizna
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: