Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00329 008162 13405209 na godz. na dobę w sumie
Blondynka na Kubie - ebook/pdf
Blondynka na Kubie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 241
Wydawca: National Geographic Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7596-165-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> przewodniki >> podróże
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Przyjechałam na Kubę po to, żeby zrozumieć kim naprawdę był Ernesto Che Guevara. Zimnym mordercą czy wrażliwym lekarzem, który chciał ratować świat przed niesprawiedliwością? Jaka jest prawda? Gdzie jej szukać? Chyba tylko na tej karaibskiej wyspie, gdzie po ulicach miast krążą stare amerykańskie samochody. Co oznacza wyrażenie Cuba Libre, czyli „Wolna Kuba”? Skąd się wzięła kubańska rewolucja? I czy zespół Buena Vista Social Club wciąż gra? Jak się wkrótce okazało, moimi towarzyszami w tej podróży zostali Flegmatyczny Anglik, Szalony Hiszpan i niezliczone zastępy tajnych agentów.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

R O Z D Z I A ¸ 1 Wyspa tajemnic Hawana by∏a goràca. Po parnym dniu zaczyna∏a si´ jeszcze bardziej upal- na noc, kiedy barman bez pami´ci la∏ rum do lodowatych drinków z liÊçmi mi´ty, a przez otwarte drzwi na ulic´ p∏yn´∏a kubaƒska muzyka. Pulchne nie- mieckie turystki zrywa∏y z ramion ˝akiety i chustki, dajàc si´ porwaç do taƒca gi´tkim Kubaƒczykom. Kiedy przyciskali bràzowe palce do ich ró˝owych ple- ców, powietrze g´stnia∏o od westchnieƒ i milczàcej zgody na wszystko, co mog∏oby si´ wydarzyç. Kontrabas nape∏nia∏ ciemnoÊç erotycznym wezwaniem, pot´gowanym przez goràczkowe marakasy i studzonym przez t´sknie rozmarzonà tràbk´. Niemki lgn´∏y do swoich kubaƒskich partnerów, zapominajàc, ˝e w swojej ojczyênie sà statecznymi matkami i ˝onami równie jak one grubych Niemców, z którymi od czterdziestu lat pijà przed telewizorem wieczorne piwo. Niewa˝ne by∏o to, ˝e obejmujàcy je Kubaƒczycy nie majà przesz∏oÊci, imion i ani grosza przy duszy. Byli tak samo anonimowi jak muzyka. W takà noc wszystko by∏o mo˝liwe. Po wypiciu trzeciego mojito1, zobaczy∏am, ˝e do taƒca przy∏àcza si´ s∏ony wiatr znad morza i chudy koƒ zaprz´˝ony do doro˝ki. Nawet kamienie w bru- kowanej ulicy podrygiwa∏y pod moimi stopami, wi´c zerwa∏am si´ z miejsca i wpad∏am w czyjeÊ ramiona, gotowa poddaç si´ im w porywajàcym rytmie, bio- dro przy biodrze, policzek przy policzku, gdy nagle mój partner i ja spojrzeliÊmy sobie w oczy. Âwiat zatrzyma∏ si´ na u∏amek sekundy, podczas którego czym pr´- dzej roz∏àczyliÊmy d∏onie i odskoczyliÊmy na bezpiecznà odleg∏oÊç – ja i on, czyli pulchna Niemka o dekolcie g∏´bokim jak Rów Mariaƒski, w którym ko∏ysa∏y si´ dwie go∏e, ró˝owe dynie. 1 Mojito (hiszp.) – ulubiony drink Ernesta Hemingwaya i do dziÊ najbardziej popularny na Kubie, sk∏adajàcy si´ z bia∏ego rumu, soku z limonów, cukru, Êwie˝ych liÊci mi´ty, wody sodowej i lodu. 7 Skoczy∏am w bok i prawie natychmiast chwyci∏ mnie w pasie inny tancerz, o bezpiecznie koÊcistych r´kach, w kraciastej koszuli i kapeluszu skrywajàcym pó∏ twarzy. Taƒczy∏ jak szatan. Nigdy wczeÊniej nie widzia∏am, ˝eby ludzie tak nami´tnie oddawali si´ mu- zyce. Ani w Argentynie, gdzie po zapadni´ciu zmroku w portowych barach rozbrzmiewa∏o tango, ani w Kolumbii, gdzie od rana do wieczora królowa∏a sal- sa, ani podczas plemiennych ceremonii w d˝ungli amazoƒskiej czy w Afryce, gdzie muzyka mia∏a otwieraç wrota do Êwiata niewidzialnego oczom zwyk∏ych Êmiertelników. Muzyka na Kubie jest elektrownià, do której od urodzenia jest pod∏àczony ka˝dy cz∏owiek, wi´c gdy tylko zaczyna graç, Kubaƒczyk zrywa si´ do taƒca i z ka˝- dà minutà ∏aduje si´ zapasem energii do ˝ycia. Nagle przypomnia∏ mi si´ Fidel Castro, który wczoraj wieczorem w telewi- zji przez cztery godziny pokazywa∏ lodówki i wiatraki, z oburzeniem wskazujàc, ˝e zu˝ywajà za du˝o energii elektrycznej. Gro˝àc palcem przeszed∏ kilka kroków dalej do mniejszego wiatraka z niebieskimi skrzyd∏ami, odwróci∏ si´ do kamery i powiedzia∏: – Oto jest dobry wiatrak! Energooszcz´dny! Kamera przenios∏a si´ na twarz rozradowanej Kubanki, która klaszczàc ze szcz´Êcia w r´ce powiedzia∏a: – To jest mój nowy wiatrak! Kupi∏am go dzi´ki naszemu Fidelowi, ale to nie jest jedyny prezent, jaki dostaliÊmy od naszego jefe el comandante, wodza, bo pierw- szà rzeczà, jakà nam da∏, by∏a rewolucja i wyzwolenie Kuby! Fidel Castro wyst´powa∏ w telewizji prawie codziennie, opowiadajàc o spra- wach najbli˝szych Kubaƒczykom – o imperializmie Ameryki, o terrorystach nies∏usznie pozostawionych na wolnoÊci, o potkni´ciach wrogich rzàdów, a tak- ˝e o najnowszych garnkach ciÊnieniowych do gotowania ry˝u, sprowadzonych z bratniego kraju – Chin, podajàc przy tym szczegó∏owy przepis ich obs∏ugi, w którym równie˝ zawarte by∏o polecenie oszcz´dzania energii elektrycznej. Do garnka nale˝y wsypaç ry˝, zalaç go wodà, szczelnie zamknàç, doprowadziç do wrzenia, a nast´pnie zgasiç gaz, pozostawiajàc ry˝ w zamkni´tym garnku „a˝ doj- dzie”. Garnek kosztuje 120 peso. Miesi´czna pensja Kubaƒczyka wynosi 240 peso. Butelka wody mineralnej kosztuje 24 peso, kilogram mi´sa bez kartek – 66 peso, jedno jajko – 2 peso. Ka˝dy Kubaƒczyk dostaje przydzia∏ na zakup trzech kilogra- mów ry˝u miesi´cznie, 25 deka fasoli, tyle samo oleju, odrobin´ kawy i paru innych produktów w niewielkich iloÊciach. Wo∏owiny nie mo˝na kupiç od kilku lat. Dzieci do roku ˝ycia dostajà miesi´cznie dwie butelki mleka, starsze majà przydzia∏ mleka w proszku. Bilet na autobus miejski w Hawanie kosztuje 20 centavos, czyli mniej ni˝ 2 polskie grosze, ale za bilet autobusowy z Hawany do odleg∏ego o cztery godzi- ny miasta Santa Clara trzeba zap∏aciç ponad czterysta peso. Jak mo˝liwe jest tu 8 ˝ycie na co dzieƒ? Jak Kubaƒczykom udaje si´ prze˝yç do koƒca miesiàca? Skàd biorà si∏´, radoÊç i nadziej´? A mo˝e tu nie ma nadziei?… Po ulicach Hawany je˝d˝à stare amerykaƒskie samochody. Po kilku dniach uÊwiadomi∏am sobie, ˝e wszystkie te okràg∏e fordy, chevrolety i buicki z lat pi´ç- dziesiàtych to rówieÊnicy kubaƒskiej rewolucji. Pojawi∏y si´ na wyspie jako najnowsze modele Êwiatowej motoryzacji tu˝ przed tym, gdy w∏adz´ na Kubie przejà∏ rzàd rewolucyjny. I razem z rewolucjà zacz´∏y dojrzewaç. I choç to brzmi nieprawdopodobnie, pi´çdziesi´cioletnie samochody sà dziÊ na wyspie tak samo wiecznie m∏ode, jak kubaƒska rewolucja. Wyglàdajà jak triumfalna, nie koƒczàca si´ parada eksponatów, które z muzeów uciek∏y na wolnoÊç. Kuba to wyspa tajemnic. Nie ma tu niczego, a jednak jest wszystko. Nie ma lekarstw, ale wszyscy sà zdrowi. Nie ma ˝ywnoÊci, ale nikt nie g∏oduje. Nie ma pieni´dzy, ale wszyscy sà zamo˝ni. Brakuje swobód obywatelskich, ale nie ma ˝e- braków ani bezdomnych dzieci na ulicach. Ka˝dy obywatel dostaje w pracy darmowy obiad. Ka˝de dziecko dostaje w szkole dwa posi∏ki. Ka˝dy uczeƒ jest pionierem i przychodzi do szko∏y w bia- ∏ej koszuli i czerwonej chustce na szyi. Kim chcà zostaç gdy dorosnà? – Seremos como el Ché! – odpowiadajà bez wahania. – B´dziemy tacy jak Che! Kuba to wyspa tajemnic. Nie ma tu niczego, a jednak jest wszystko. 9 Che Guevara to idealny wzór do naÊladowania – m∏ody, wykszta∏co- ny lekarz, który podczas podró˝y po Ameryce Po∏udniowej odkrywa, ˝e Êwiat jest niesprawiedliwy, wi´c sprzeciwia si´ z∏u i próbuje je naprawiç. W dodatku jest przystojny, inteligentny, uczciwy, ∏agodny, wspó∏czujàcy i kocha swoich rodziców. Jest bardziej bohaterski od Supermana, a co naj- wa˝niejsze – jest prawdziwy. Nie powsta∏ w wyobraêni pisarza ani re˝ysera; naprawd´ ˝y∏, walczy∏ i pisa∏. Na jednej z tylnych, zapomnianych uliczek, dokàd nigdy nie docierajà tury- Êci, znalaz∏am ksi´garni´. W ma∏ym pokoju sta∏y ciasno st∏oczone drewniane rega∏y pe∏ne ksià˝ek, które le˝a∏y te˝ na parapetach, sto∏ach, krzes∏ach i na pod∏odze. Mi´dzy nimi drzema∏a nieco zakurzona Kubanka. Obok podr´cznika o gatunkach drewna z biciem serca znalaz∏am kilkanaÊcie wyblak∏ych numerów magazynu National Geographic – czy to nie dziwne w kra- ju, który od lat prowadzi wojn´ z Amerykà?… Wczoraj wieczorem w telewizji Fidel Castro opowiada∏ w jaki sposób „ten, no ten, jak mu tam… Bush” znowu skompromitowa∏ si´ przed Êwiatem. Przy s∏ynnym Maleconie, czyli bulwarze nadmorskim w Hawanie nieustannie trwa kampania antyamerykaƒska. Ostatnio powieszono tam jedno ze zdj´ç opubli- kowanych w mi´dzynarodowej prasie, a przedstawiajàce amerykaƒskich ˝o∏nierzy zn´cajàcych si´ nad irackimi wi´êniami. Domalowano na nim ogrom- nà czarnà swastyk´. Oryginalny numer magazynu National Geographic z 1930 roku, z czarno-bia- ∏ymi zdj´ciami zimnego Tybetu na ok∏adce, zrobi∏ si´ niespodziewanie bardzo goràcy. Od∏o˝y∏am go na stó∏ i nagle zobaczy∏am kompletny zestaw dzie∏ Che Guevary. Wzi´∏am do r´ki pierwszy tom i otworzy∏am na przypadkowej stronie. Che pisa∏: „Zwyczajowym i bardzo wa˝nym elementem wyposa˝enia ˝o∏nierza jest ty- toƒ – w postaci papierosów, cygar czy te˝ fajki. Dym z tytoniu jest wspania∏ym towarzyszem samotnego ˝o∏nierza”. Pochwa∏a palenia tytoniu i uzale˝nienia od nikotyny napisana przez lekarza, w dodatku od dzieciƒstwa chorego na astm´! Nie mówi∏am, ˝e Kuba to wyspa tajemnic? Przyjecha∏am na Kub´ po to, ˝e- by odkryç prawd´. Jak si´ wkrótce potem okaza∏o, moimi towarzyszami w tej podró˝y mieli byç Flegmatyczny Anglik, Szalony Hiszpan i niezliczone zast´py tajnych agentów. Pi´çdziesi´cioletnie samochody sà tak samo wiecznie m∏ode, jak kubaƒska rewolucja. Wyglàdajà jak triumfalna, nie koƒczàca si´ parada eksponatów, które z muzeów uciek∏y na wolnoÊç. 10 R O Z D Z I A ¸ 2 Wielb∏àdy w Hawanie To by∏ potwór. Ogromny, d∏ugi, garbaty, ryczàcy i ró˝owy jak landrynka. Wy∏oni∏ si´ zza zakr´tu dyszàc wielkà paszczà, a potem stanà∏ przy kraw´˝niku, wypluwajàc z siebie ma∏e ludziki. Wyglàdali jak niejadalne resztki wi´kszego obiadu. Mnie te˝ czeka∏ ten los. Garbaty potwór zwany wielb∏àdem – camello – to najtaƒszy i najwi´kszy hawaƒski autobus miejski zrobiony z masy ˝elaza do- czepionej do kawa∏ka ci´˝arówki. Odwa˝nie stan´∏am w t∏umie udeptujàcym chodnik. Kubaƒczycy tworzyli teoretycznà kolejk´, bo ka˝da nowa osoba rzuca∏a w t∏um sakramentalne pytanie: – Último?2 Kto jest ostatni? – Soy yo! – odpowiedzia∏am podnoszàc r´k´. – To ja! I od razu poczu∏am si´ lepiej, bo przyjemnie jest pomyÊleç, ˝e kolejka na- rasta z ty∏u, a nie przede mnà. Tak mi si´ przynajmniej wydawa∏o. Dzieƒ by∏ goràcy, Kubaƒczycy nie stali sznurkiem jeden za drugim, tylko rozproszeni w nielicznych plamach cienia, zaj´ci lizaniem lodów lub ponadczasowym spo- glàdaniem w horyzont. Trzeba umieç czekaç jeÊli si´ jest Kubaƒczykiem. Ka˝dy goÊç na Kubie szybko powinien si´ tej sztuki nauczyç. Po godzinie, kiedy zacz´∏am ju˝ usychaç z pragnienia, a moje nogi wi´d∏y pod ci´˝arem plecaka ze sprz´tem fotograficznym i filmowym, z którym nigdy si´ nie rozstaj´, nagle t∏um drgnà∏. Odszuka∏am oczami Kubank´ w czerwonej bluzce i twarzy pomarszczonej jak Êwie˝o zaorana ziemia. Rzuci∏a mi podekscy- towane spojrzenie. Zza zakr´tu wytoczy∏ si´ potwór. Z przodu mia∏ wyszczerzonà mask´ czo∏gopodobnej radzieckiej ci´˝a- rówki, do której doczepiono trzeszczàce, nienaturalnie wygi´te ˝elazne cia∏o. Konstruktor cz´Êci pasa˝erskiej zaprojektowa∏ wn´trze dwupoziomowe, przy 2 Último? (hiszp., czyt. ultimo, z akcentem na „u”) – ostatni, tu w znaczeniu: kto jest ostatni w kolejce? 13 Garbaty potwór zwany wielb∏àdem – camello – to najtaƒszy i najwi´kszy autobus zrobiony z masy ˝elaza doczepionej do kawa∏ka ci´˝arówki. czym wy˝szy poziom wyst´puje w cz´Êci przedniej i tylnej, a poÊrodku pod∏o- ga wraz z dachem drastycznie opada, przez co pojazd wyglàda tak, jakby oprócz ∏adunku pasa˝erów nosi∏ równie˝ na sobie dwa wielb∏àdzie garby. Dzi´ki temu by∏ nieprawdopodobnie d∏ugi. – Miramar? – zapyta∏am mojej znajomej Kubanki. Miramar to nazwa dziel- nicy w Hawanie. – Si, si – odpowiedzia∏a, zaciskajàc w garÊci dwie siatki i r´k´ towarzyszàcej jej dziewczynki. Nagle na chodniku zrobi∏o si´ ciasno. Nikt nie wiedzia∏ w którym do- k∏adnie miejscu zatrzyma si´ autobus, wi´c ludzie na wszelki wypadek t∏oczyli si´ przy kraw´˝niku, gotowi w ka˝dej chwili przemieÊciç si´ bardziej w pra- wo lub w lewo. WczeÊniejsze ustalanie porzàdku kolejki wyda∏o mi si´ teraz czynnoÊcià ÊciÊle hobbystycznà, bo kiedy nadszed∏ czas dzia∏ania, nikt nie przejmowa∏ si´ kolejnoÊcià nadchodzenia, bo silniejsi i m∏odsi zajmowali pierwsze rz´dy. Po twarzach bi∏ nas wiatr zmieszany ze spalinami przeje˝d˝ajàcych samo- chodów, a ró˝owy gigant p´dzi∏ po ostatniej prostej, powodujàc g´stnienie ∏okci, kolan, g∏ów i oddechów oczekujàcych. Nagle t∏um ruszy∏ przed siebie jak wiel- ka ciasno zbita kula, porywajàc ze sobà nawet takie obce jej elementy jak moja 14 skromna osoba. Nie musia∏am wykonaç ˝adnego ruchu stopami – zosta∏am uniesiona wraz z t∏umem we w∏aÊciwym kierunku i postawiona z powrotem na ziemi. Tu˝ przed sobà mia∏am Kubank´ w czerwonej bluzce, której postanowi- ∏am nie odst´powaç na krok – co ostatecznie mi si´ uda∏o, choç ze skutkiem przeciwnym ni˝ ten, na który liczy∏am. Rozp´dzony camello minà∏ przystanek, jakby go w ogóle nie zauwa˝y∏. Ludê- mi szarpnà∏ gwa∏towny podmuch czarnego powietrza, a potem t∏um zwiotcza∏ i rozpad∏ si´ na kawa∏ki. – By∏ pe∏en – powiedzia∏a Kubanka z siatkami. – Nawet si´ nie zatrzyma∏. – I co teraz? – Przyjedzie nast´pny. – Kiedy? – zdà˝y∏am zapytaç, ale nie us∏ysza∏am odpowiedzi, bo ludzie na- gle rzucili si´ do biegu. Na horyzoncie zarycza∏ nast´pny ró˝owy potwór z dwoma garbami i radziec- kà szcz´kà. Kubanka bieg∏a ciàgnàc za sobà dziewczynk´, za nimi ja, przyciskajàc do siebie plecak pe∏en sprz´tu, mimowolnie dostosowujàc si´ do rytmu przebo- ju „Nights on Broadway”, który zalewa∏ ulic´ z g∏oÊników ustawionych na szczycie schodów wiodàcych do Kapitolu. Budynek Kapitolu w sercu Hawany jest prawie identyczny jak Kapitol w Wa- szyngtonie. Kubaƒska rewolucja od prawie pi´çdziesi´ciu lat toczy si´ wÊród starych amerykaƒskich samochodów i budynków wzniesionych przez magnatów amerykaƒskiego przemys∏u, którym rzàd w Hawanie odebra∏ i znacjonalizowa∏ posiad∏oÊci na mocy specjalnych ustaw. Tak zacz´∏a si´ gorzka wojna mi´dzy Ame- rykà a Kubà. A teraz bieg∏am ulicà w centrum Hawany, mijajàc kino, w którym wyÊwietlany jest film o Rayu Charlesie, a do biegu i walki o zaj´cie miejsca w po- twornym kubaƒskim ró˝owym autobusie przygrywa∏a nam instrumentalna wersja amerykaƒskiego przeboju zespo∏u Bee Gees. Wyda∏o mi si´ to tak komiczne, ˝e zacz´∏am si´ Êmiaç. – No se preocupe! Nie martw si´! – rzuci∏a mi w biegu Kubanka z siatkami, myÊlàc pewnie, ˝e wpadam w panik´. – Wszystko b´dzie dobrze! W nast´pnej chwili zosta∏yÊmy wessane przez t∏um Kubaƒczyków t∏oczàcych si´ przy drzwiach. Znów zosta∏am uniesiona nad ziemi´, jednak tym razem z ka˝- dà sekundà oddala∏am si´ od autobusu, tracàc z oczu nawet czerwonà bluzk´ mojej znajomej Kubanki. W∏àczy∏am do akcji ∏okcie i kolana, napotykajàc po drodze dziesiàtki innych ∏okci i kolan, a˝ wreszcie zbli˝y∏am si´ do drzwi na tyle blisko, ˝e uczepi∏am si´ ich r´kami i postanowi∏am nie puszczaç. T∏um musia∏ wyczuç mojà determinacj´, bo przesta∏ si´ opieraç i zosta∏am wrzucona do Êrodka. Chwy- ci∏am si´ za rur´, usi∏ujàc zachowaç równowag´. Autobus by∏ pe∏en, ale wcià˝ wsiadali nast´pni. Miejsca siedzàce ju˝ dawno zosta∏y zaj´te przez najszybszych m∏odych Kubaƒczyków. 15 Wreszcie t∏um przesta∏ si´ poruszaç i wydawa∏o si´, ˝e jest to w∏aÊciwy mo- ment na zamkni´cie drzwi i rozpocz´cie podró˝y, gdy nagle nad naszymi g∏owami ktoÊ zaczà∏ krzyczeç. – Przechodziç, przechodziç dalej! W Êrodku jest jeszcze ca∏kiem luêno! Prze- chodziç, przechodziç dalej! Ka˝demu kierowcy zawsze towarzyszy asystent w bia∏ej koszuli, który przyjmuje aluminiowe monety o wartoÊci 20 centavos, czyli op∏at´ za prze- jazd, dokumentowanà ma∏ymi biletami, którymi zas∏ana jest pod∏oga autobusu. Zadaniem asystenta jest te˝ odpowiednie upchni´cie ludzi w autobusie, bo ch´tnych na przejazd jest zawsze wi´cej ni˝ miejsc. A Kubaƒczycy po wtar- gni´ciu do wn´trza zastygajà w rodzaju cierpliwej rezygnacji. – Przechodziç dalej, mówi´ wam! – rykn´∏a asystentka, która wspi´∏a si´ na stalowà barierk´ i przycisn´∏a policzek do sufitu, ˝eby mieç lepszy widok na wn´- trze autobusu. – Przechodziç dalej, na Êrodku jest puste miejsce! Na schodkach t∏oczyli si´ ostatni pasa˝erowie, na chodniku czekali nast´pni. Ludzie w Êrodku trwali nieruchomo. Ten i ów tylko poruszy∏ oczami. – Przesuwaç si´, przechodziç do ty∏u! – krzycza∏a asystentka kierowcy. Ludzie s∏uchali jej jak znanego na pami´ç refrenu powtarzanego do znudzenia we wszyst- kich autobusach Hawany. – Przechodziç! Bo jak nie, to autobus dalej nie pojedzie! KtoÊ wykona∏ stopà ruch, innemu Kubaƒczykowi drgnà∏ mi´sieƒ w twarzy. Jeszcze kilka osób wcisn´∏o si´ do Êrodka, pozosta∏e odpad∏y od autobusu jak doj- rza∏e gruszki. Drzwi si´ zatrzasn´∏y. Asystentka wróci∏a spod sufitu na swoje miejsce. Kierowca warknà∏. Przepraszam, zdawa∏o mi si´. To autobus warknà∏ ostrzegawczo, a potem ryknà∏ silnikiem z ca∏ych si∏, wypuszczajàc bokiem k∏´by spalin. Zrozumia∏am, dlaczego zosta∏ przyczepiony do ci´˝arówki. Bo sam nigdy w ˝yciu nie da∏by rady uciàgnàç kilkunastometrowej ˝elaznej puszki wype∏nio- nej po brzegi ludêmi w charakterze sardynek. Budynek Kapitolu w sercu Hawany jest prawie identyczny jak Kapitol w Waszyngtonie. 16 R O Z D Z I A ¸ 3 Socjalizm albo Êmierç Zwisa∏am ze stalowej rury przyÊrubowanej do sufitu, ko∏yszàc si´ w rytm podskakujàcego autobusu, a podczas zakr´tów k∏adàc na najbli˝szych pasa˝e- rów jak ∏an zbo˝a. Nawet gdybym chcia∏a, nie mog∏abym bardziej si´ zbli˝yç do narodu kubaƒskiego. ByliÊmy ekonomicznie upakowani mi´dzy wystajàce kraw´dzi siedzeƒ i elementów konstrukcyjnych, wgnieceni w mas´ dotykajà- cych si´ pleców, ∏okci, toreb i bioder. Dzi´ki twardemu i wystajàcemu plecakowi niespodziewanie znalaz∏am przed sobà troch´ wolnej przestrzeni i tlenu, co po- mog∏o mi nie tylko zachowaç ˝ycie, ale i Êledziç mijane ulice i wewn´trznà panoram´ hawaƒskiego „wielb∏àda”. Podobno na Kubie panuje polityczny re˝im, bieda i rozpasana prostytucja. Ciekawe ile tajnych agentów i prostytutek jest wÊród pasa˝erów. Nie wyglàdajà na biednych. Noszà schludne, czyste ubrania, kobiety majà bransoletki i naszyj- niki, nastolatki stroszà sobie w∏osy na mokry ˝el, a dzieci jak wsz´dzie na Êwiecie bawià si´ zabawkami. Nigdzie nie widzia∏am bezdomnych, nawet w najdalszych zakàtkach starej Hawany, gdzie m´˝czyêni patrzyli na mnie spod zmru˝onych po- wiek siedzàc w progu z cygarem w ustach. – Where you from?3 – pytali czasem mi´kkà, ∏amanà odmianà angielszczyzny. – Skàd jesteÊ? – Polonia4 – odpowiada∏am krótko, nie zatrzymujàc si´, ˝eby nie daç im pre- tekstu do rozmowy. – No ingles? No ingles? – dopytywali si´ zdumieni. – Nie mówisz po angielsku? – No, señor – mówi∏am z uÊmiechem i sz∏am dalej. – A lubisz taƒczyç? – zapyta∏ nagle jeden z nich i stanà∏ naprzeciwko, bloku- jàc sobà przejÊcie. 3 Where you from? – poprawnie: Where are you from? (ang.) – Skàd pochodzisz? Skàd jesteÊ? 4 Polonia (hiszp.) – Polska. 19 Wewnàtrz kubaƒskiej megataksówki, zrobionej z przed∏u˝onego fiata. 20 – Lubi´ – odrzek∏am uÊmiechajàc si´ na po˝egnanie. – Dzi´kuj´. Do widzenia. – A jak masz na imi´? Ja jestem Julio – wyciàgnà∏ r´k´. – Jestem bardzo szcz´- Êliwy, ˝e ci´ poznaj´. Nie by∏o wyjÊcia. Musia∏am stanàç, przyjàç wyciàgni´tà r´k´ i odpowiedzieç. – To chodê dzisiaj na taƒce – powiedzia∏ natychmiast. – Nie, dzi´kuj´, jutro rano wyje˝d˝am z Hawany. – Ale dzisiaj wieczorem mo˝esz przyjÊç na taƒce! – nalega∏. – Mój zespó∏ wy- st´puje tu niedaleko. By∏ dziwnie natarczywy. Tak jakbyÊmy spotkali si´ wczeÊniej i zawarli wst´p- nà umow´, z której ja próbuj´ si´ teraz wycofaç. Zatarasowa∏ sobà przejÊcie i przysunà∏ do mnie, jakbyÊmy byli starymi znajomymi. Pozostali Kubaƒczycy na ulicy nie zwracali na nas uwagi. W takich sytuacjach najlepiej jest zachowaç ch∏odny spokój i lekko przyjaznym tonem udawaç z uÊmiechem, ˝e wszystko jest w porzàdku, ale „niestety musz´ ju˝ iÊç, bo czeka na mnie…” ambasador, policjant, narzeczony lub inny równie zaanga˝owany m´˝czyzna. Rzuci∏am mu krótkie spojrzenie. – Grasz w zespole? – zapyta∏am. – Gram na gitarze, w najlepszym klubie Starej Hawany, nazywa si´ Casa de Musica. A ty jesteÊ taka pi´kna! Julio mia∏ si´ chyba za wytrawnego hawaƒskiego podrywacza. – Masz takie niebieskie oczy, takie niebieskie!… Jakich nigdy w ˝yciu nie widzia∏em! „Nie tym razem, Julio” – pomyÊla∏am, patrzàc mu prosto w oczy. M∏odzi Kubaƒczycy szybko proponujà ma∏˝eƒstwa – pod warunkiem, ˝e panna m∏oda posiada zagraniczny paszport. – Byç mo˝e spotkamy si´, kiedy znów przyjad´ do Hawany. Wtedy przyjd´ na koncert twojego zespo∏u – powiedzia∏am. – Do zobaczenia! – A dokàd wyje˝d˝asz? – zastàpi∏ mi drog´. – Do Santiago de Cuba – powiedzia∏am, wybierajàc najdalsze mo˝liwe mia- sto, znajdujàce si´ na dok∏adnie drugim koƒcu wyspy. – Tam te˝ du˝o taƒczà! – Wiem – odpar∏am, robiàc znów dwa kroki do przodu i próbujàc go wymi- nàç. – Ale w Santiago de Cuba rytmy sà bardziej afrykaƒskie ni˝ tutaj. – Och, i w dodatku jesteÊ inteligentna! – zawo∏a∏ Julio. – Si, señor – odpar∏am. – W moim kraju wszyscy sà tacy. Mi∏o by∏o ci´ po- znaç, Julio, do zobaczenia. UÊcisnà∏ mi obie r´ce i zajrza∏ jeszcze raz g∏´boko w oczy. Wyda∏ mi si´ wte- dy zwyk∏ym podrywaczem, gdybym jednak przyjrza∏a mu si´ uwa˝niej i zwróci∏a uwag´ na twarze innych Kubaƒczyków „przypadkiem” znajdujàcych si´ w pobli- ˝u, byç mo˝e da∏oby mi to do myÊlenia. Na razie jednak z ulgà wymin´∏am Julia i posz∏am dalej przed siebie, wprost na has∏o wymalowane na murze czarnà far- bà: Socialismo o muerte. Socjalizm albo Êmierç. Znów rozejrza∏am si´ po twarzach pasa˝erów w hawaƒskim autobusie. Czy bli˝ej im by∏o do socjalizmu, czy do Êmierci? Obok siedzia∏a nastolatka w czer- wonej bluzce z bia∏ym go∏àbkiem pokoju i napisem: „1 maja – w obronie socjalizmu”; na g∏owie mia∏a czapk´ z Myszkà Miki i has∏em „100 lat Êwiata Walta Disneya”. Gdyby te dwa napisy po∏àczyç w jedno, okaza∏oby si´, ˝e „1 maja to stulecie Êwiata Walta Disneya w obronie socjalizmu”. To kubaƒska przewrot- noÊç, beztroska czy Êwiadomy akt polityczny? Obok dziewczyny siedzia∏ dziesi´cioletni ch∏opiec, tak samo jak ona za- patrzony w widok za oknem. Nagle zauwa˝y∏am coÊ przedziwnego: prawie wszystkie miejsca siedzàce w autobusie by∏y zaj´te przez m∏odych ludzi – dziewczyny i ch∏opców, matki z wiercàcymi si´ dzieçmi, urz´dników w bia- ∏ych koszulach wracajàcych z pracy. Starsi ludzie stali w t∏oku, a m∏odzi siedzieli. Odszuka∏am wzrokiem mojà znajomà Kubank´ – w jednej r´ce trzyma∏a wy- pchanà zakupami siatk´ i r´k´ towarzyszàcej jej dziewczynki, a drugà zacisn´∏a na uchwycie, usi∏ujàc utrzymaç równowag´, bo autobus w∏aÊnie zaczà∏ ha- mowaç. Wszyscy zako∏ysaliÊmy si´ jak zbo˝e na wietrze. Kilka osób wsta∏o, ˝eby si´ przecisnàç do wyjÊcia. Na zwolnione siedzenia natychmiast wsko- czyli nast´pni szybcy m∏odzi, którzy sprawnie wykonali kilka akrobatycznych 21 Kubaƒska rewolucja toczy si´ wÊród starych amerykaƒskich samochodów i budynków wzniesionych przez magnatów amerykaƒskiego przemys∏u, którym rzàd w Hawanie odebra∏ posiad∏oÊci. Tak zacz´∏a si´ gorzka wojna mi´dzy Amerykà a Kubà. 23 ruchów mi´dzy splàtanymi nogami, r´kami i baga˝ami pasa˝erów. Nad ich g∏owami cierpliwie stali staruszkowie. Nie mog∏am uwierzyç w∏asnym oczom, ale po chwili zdumia∏am si´ jeszcze bardziej. Po schodkach do wn´trza wszed∏ starszy pan o kulach. Niemo˝liwe, ˝eby zo- sta∏ zignorowany. KtoÊ musi poÊpieszyç z pomocà – choçby ta m∏oda mama, obok której siedzi kilkuletni ch∏opiec. Wystarczy∏oby wziàç go na kolana, ˝eby zwol- niç miejsce. Ale nic takiego si´ nie sta∏o. Starszy pan przez chwil´ odpoczywa∏, ci´˝ko oddychajàc, a potem podniós∏ jednà z kul i dotknà∏ nià siedzàcego nasto- latka, pokazujàc mu gestem, ˝eby wsta∏. Dopiero wtedy pozwolono mu usiàÊç. Ze zdumieniem odkry∏am, ˝e to nie by∏ wyjàtkowy autobus. We wszyst- kich nast´pnych dzia∏o si´ tak samo. Kiedy zwalnia∏o si´ miejsce siedzàce, ludzie starsi lub objuczeni torbami nie doÊç szybko potrafili si´ przemieÊciç w jego kierunku, wi´c fotel by∏ b∏yskawicznie zajmowany przez jednego z m∏odszych pasa˝erów, który sprawnie przeÊlizgiwa∏ si´ przez t∏ok. Starzy ludzie cierpliwie podró˝owali na stojàco. Czasem tylko któryÊ z siedzàcych m∏odych propono- wa∏, ˝e potrzyma na kolanach wi´kszy baga˝, siatk´ z zakupami albo ci´˝kà aktówk´. Ale nie przysz∏o im do g∏owy ustàpiç miejsca. Odnios∏am wra˝enie, ˝e Kubaƒczycy nie potrafili okazaç szacunku i pomocy ludziom starszym i s∏ab- szym od siebie. Ciekawe dlaczego. Autobus stanà∏ na kolejnym przystanku. Od samego poczàtku wydawa∏o mi si´, ˝e jedziemy w odwrotnym kierunku, ale pomyÊla∏am, ˝e trasa prowa- dzi zapewne wielkà p´tlà na wschód, by potem ostatecznie dotrzeç do zachodniej cz´Êci Hawany, gdzie znajduje si´ dzielnica Miramar. Na wszelki wypadek wi´c od czasu do czasu odnawia∏am kontakt wzrokowy z mojà znajomà Kubankà w czerwonej bluzce, która uspokajajàco kiwa∏a g∏owà. Teraz jednak zacz´∏a si´ przeciskaç do wyjÊcia. – Todavía falta5 – powiedzia∏a do mnie na po˝egnanie. – Jeszcze kilka przy- stanków. CierpliwoÊç to szlachetna cecha, którà powinien posiadaç ka˝dy doÊwiadczo- ny podró˝nik. Mia∏am jej pod dostatkiem, a hawaƒski autobus typu „wielb∏àd” by∏ mi bardziej ni˝ bliski, bo od pewnego czasu podró˝owa∏am wgnieciona w ru- r´, która wydawa∏a si´ ju˝ byç cz´Êcià mojego cia∏a. Min´∏o kolejne pó∏ godziny. Zda∏am sobie nagle spraw´ z tego, ˝e miasto za oknami autobusu dawno si´ skoƒczy∏o. Wokó∏ ciàgn´∏o si´ pole, przez które p´- dziliÊmy po wàskiej asfaltowej szosie. Czy to porwanie? Rozejrza∏am si´ po twarzach wspó∏pasa˝erów, których zosta∏o ju˝ tak niewielu, ˝e mog∏am próbo- waç ostro˝nie odkleiç si´ od przecinajàcej mnie rury. – Czy jesteÊmy ju˝ blisko Miramar? – zapyta∏am w koƒcu na g∏os, zwracajàc si´ do najbli˝szego Kubaƒczyka. 5 Todavía falta (hiszp., czyt. todawija falta) – Jeszcze nie, jeszcze troch´ brakuje (u˝ywane w ró˝nych sytuacjach na okreÊlenie niekompletnoÊci jakiejÊ sytuacji lub czynnoÊci, np. przy wydawaniu reszty). 24 – Alamar? – zapyta∏ ktoÊ potwierdzajàco. – Miramar! – poprawi∏am. – To jest Alamar! – Alamar? – powtórzy∏am, wa˝àc to s∏owo w myÊlach. Alamar… Miramar… Pierwsze oznacza „przy morzu”, drugie „widok na morze”, nie przypominam so- bie, ˝eby na mojej mapie miasta istnia∏y dwie tak podobne nazwy. – Chcia∏aÊ jechaç do Miramar? – zapyta∏a nagle asystentka kierowcy. – Si! – odetchn´∏am z ulgà. – Miramar! – Ale to jest autobus do Alamar! – powiedzia∏ ktoÊ i nagle ogarnà∏ mnie ch∏ód. Wyj´∏am plan Hawany, roz∏o˝y∏am przed sobà i poprosi∏am, ˝eby ktoÊ pokaza∏ mi gdzie jestem. – Ho, ho, ho! – rozeÊmia∏ si´ pan ze skórzanà teczkà z czasów przedwojen- nych i wycelowa∏ palcem w szyb´. – To jest o tu, daleko! Tego nie ma na mapie. – Musisz wysiàÊç i zawróciç – poradzi∏ ktoÊ inny. Za oknem po obu stronach ciàgn´∏o si´ pole przykryte czarnymi chmurami, z których raz po raz strzela∏y b∏yskawice. – B´dzie pada∏o – zgad∏a asystentka kierowcy i w tym samym momencie o dach autobusu zacz´∏y gruchotaç wielkie krople rozp´dzajàcej si´ wody. Trza- snà∏ piorun, wszyscy podskoczyliÊmy ze strachu, a potem pan z teczkà powiedzia∏: Che Guevara to idealny wzór do naÊladowania – m∏ody, wykszta∏cony lekarz, który odkrywa, ˝e Êwiat jest niesprawie- dliwy, wi´c sprzeciwia si´ z∏u i próbuje je naprawiç. 25 – Najlepiej wysiàdê teraz i poczekaj na wracajàcy autobus. Poczu∏am si´ jak w kreskówce. Camello stanà∏ na skraju wàskiej asfalto- wej drogi, otworzy∏ cierpliwie drzwi i wszyscy Kubaƒczycy spojrzeli na mnie. Dêwign´∏am plecak, zesz∏am po schodkach i stan´∏am na piaszczystym pobo- czu. Ch∏osta∏ mnie siekàcy deszcz nadlatujàcy gwa∏townymi falami wraz z wiatrem. Strzeli∏ nast´pny piorun, b∏ysn´∏a b∏yskawica, autobus w grobo- wym milczeniu zamknà∏ drzwi i odjecha∏. Pobieg∏am przez deszcz na drugà stron´ drogi, gdzie sta∏ betonowy dach przystanku. Wklei∏am si´ w jego róg i ostro˝nie rozejrza∏am. En defensa de socialismo, „W obronie socjalizmu” – napisano na Êcianie ni- skiego budynku, który wyglàda∏ jak wiejski sklep. Za nim w karnym porzàdku sta∏y ponure betonowe bloki z portretem Che Guevary na froncie. Wyglàda∏y jak kamienne wi´zienie zbudowane dla zapomnianych przest´pców na koƒcu Êwiata. Tu mieszkali robotnicy doje˝d˝ajàcy codziennie do fabryk i urz´dów w Hawanie. O ich obecnoÊci Êwiadczy∏y tylko nasiàkni´te deszczem ubrania wywieszone za oknami do wyschni´cia. Wydawa∏o si´, ˝e z cienia wype∏znie za chwil´ ˝elazny smok po˝erajàcy ludzi, bo tak by∏o pusto, cicho i cmentarnie, jakby za poruszanie si´ ulicà grozi∏a kara Êmierci. Nie mia∏am zamiaru spraw- dzaç czy to prawda. Sta∏am przytulona do betonu jeszcze przez czterdzieÊci minut, wÊród szalejàcej tropikalnej burzy i ulewy. Potem z deszczu nagle wy- ∏oni∏ si´ zdziwiony „wielb∏àd”, ∏yknà∏ mnie do Êrodka i przez nast´pne pó∏torej godziny wióz∏ mnie z powrotem pod Kapitol. Hawana by∏a mokra, pusta i ch∏od- na. Znikli miejscowi artyÊci fotografujàcy turystów aparatami zrobionymi z tekturowych kartonów, znik∏y doro˝ki i dzieci bawiàce si´ na schodach, zni- k∏y okràg∏e taksówki kokosowe6, sprzedawcy orzeszków ziemnych i kwiatów. Znik∏am wi´c i ja. Nigdzie nie widzia∏am bezdomnych, nawet w najdalszych zakàtkach starej Hawany, gdzie m´˝czyêni patrzyli na mnie spod zmru˝onych powiek siedzàc w progu z cygarem w ustach. 26 6 Coco taxi – kubaƒski wynalazek – ˝ó∏ty pojazd podobny do bu∏ki na trzech ko∏ach, s∏u˝àcy jako ma∏a taksówka dla dwóch osób.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Blondynka na Kubie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: