Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00232 006701 18479842 na godz. na dobę w sumie
Blues o krwi i trawie - ebook/pdf
Blues o krwi i trawie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 189
Wydawca: Literate Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-296-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller
Porównaj ceny (książka, ebook (-67%), audiobook).

Nadię Wid i Ryszarda Zwierza połączyła sprawa zaginionej dziewczyny, która na krótko pojawiła się w życiu każdego z nich. On, mężczyzna z przeszłością, były bokser, obecnie mało znaczący śląski handlarz ziołem. Ona, kobieta z przyszłością, kiedyś najlepsza dziennikarka śledcza, obecnie celebrytka.

Czy poradzą sobie na śląskiej „ulicy”, na której seks, przemoc i narkotyki spotyka się częściej niż bezpłatne miejsca parkingowe? Czy są w stanie zaufać sobie na tyle, żeby wmieszać się w najbrudniejsze interesy? Co zmieni się, kiedy sprawa zaginionej dziewczyny nabierze kontekstu politycznego, a bardzo wielu ludzi poczuje się zagrożonych ich dociekliwością? Istnieją miejsca, w których wizyta piętnuje duszę i serce. Istnieją zbrodnie, których nie można wybaczyć i zasady, których nie można złamać!

Ryszard i Nadia mogą ostatecznie liczyć tylko na siebie. Czy tyle wystarczy? Wierność ma w końcu swoją cenę, nieszczególnie wysoką w świecie dilerów i dziennikarzy.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Blues o krwi i trAwie Sandrze Pierwsza zwrotka To nie miejsce dla niego. Morgi pozbyły się śląskiego charakteru, przypominają bardziej przedmieścia Warszawy. Architekci i dizajnerzy prześcigają się tu w pomysłowości, nikt nie liczy kasy wy- danej na metr kwadratowy. Morgi są dzielnicą ludzi z seriali – nawet tonąc w deszczu, sprawiają wrażenie lepszego miej- sca. Mieszkańcy podzielają tę opinię, przyglądając się światu zza panoramicznych szyb. Ich czas to początek lat dziewięć- dziesiątych, złoty okres dla cwaniaków ze znajomościami po obu stronach zdychającego systemu. Dziś dawni ubecy i cinkciarze wysyłają swoje dzieciaki do prywatnych szkół albo za granicę, gdzie starają się one nie mówić po polsku. Ktoś taki jak Rysiek mógł się znaleźć w tym miejscu tylko w jednym celu. Teraz jest mocno rozczarowany. Przez godzinę tłukł się autobusem, bo miał nadzieję na więcej. Więcej życia w tych marmurowych wnę- trzach. Wszyscy pozostali uczestnicy imprezy są o dwa- dzieścia lat młodsi od niego. Chodzą do tego samego liceum i tylko to ich łączy. Wymalowane dziewczyny wyglądają naprawdę dobrze, a chłopcy wyglądają jak dziewczyny. Ktoś robi zdjęcia na Insta i przez parę se- kund wszyscy udają, że się dobrze bawią. Rysiek ma lekarstwo na takie dolegliwości. Jest, niejako z zawodu, naprawdę miłym gościem. Dostarczycielem dobrego nastroju. I ma dla wszystkich lekarstwo. Diluje tylko zioło. Halucynogeny są nieopłacalne, amfetamina to same kłopoty. Handel zielem jest właści- wie pracą społeczną – nie ma innej branży w tym kraju, która od dwudziestu lat nie uległa inflacji. Jest i było trzy dychy za gram. Dosiada się do stołu, zarośnięta twarz odbija się w ekra- nie plazmowego telewizora. Salon jest większy niż całe jego mieszkanie. Uśmiecha się do spiętych dzieciaków, jego uśmiech mówi, że nie ma się czego bać. Na wszelki wypadek, gdyby już coś o nim wcześniej słyszeli. Dziś jest dla nich Świętym Mikołajem, taką ma pracę. Bez słowa roluje blanta, stuka nim o szkło blatu, żeby ubić zmie- szany z tytoniem towar. Bez pytania puszcza go w obieg i bierze się do następnego. Nawet niepalący krztuszą się dymem, żeby nie wyjść na frajerów przy reszcie. Nikt nie liczy wydanych pieniędzy rodziców. Rysiek częstuje na kredyt. Rozliczą się przy wyjściu, tego akurat jest pewien. Diler wyższej klasy prócz zioła zapewnia też rozrywkę. Każe wyłączyć dyskotekowe gówno i podaje dzieciakom płytę Tricky’ego. Kiedy alkaloidy THC przedostają się do krwiobiegu, opowiada parę bytomskich motywów. Wszy- scy śmieją się z jego ulicznych historii, chociaż, Rysiek wie o tym dobrze, sami posraliby się ze strachu w mieście po zmroku. „I don’t feel really real”, szepcze z głośników Tricky. Rysiek to rozumie. Powietrze robi się ciężkie od dymu, dziewczyny ruszają biodrami w ospałym rytmie, ma- kijaż rozmazuje się pod wpływem potu. Indyjski rum prze- lewa się ze szklanek na puchaty dywan. Teraz jest dobrze. – Podobno kiedyś byłeś bokserem? – pyta chłopiec z grzywką na oczach. – Znam się trochę na sporcie, gram w golfa. – Pasjonujące – odpowiada diler. – Nie wiedziałem, że Mała zna takich ludzi jak ty – przyznaje niechętnie młody. W normalnych okoliczno- ściach, gdyby nie było z nimi obcego, pełniłby pewnie rolę samca alfa. – Ona też długo nie zdawała sobie z tego sprawy. Rysiek nie pamięta okoliczności, w których poznał organizatorkę imprezy. Mała to chyba ta czarna, która wygląda na młodszą od reszty i rzadko się odzywa. Kie- dyś wyrośnie z niej piękna kobieta. Na razie przygląda się światu wielkimi orzechowymi oczyma osadzonymi jakby na wyrost w bladej buzi dziecka. – Kto by pomyślał – mówi dalej młody z grzywką. Chyba założył, że to może być początek pięknej przy- jaźni, albo chce mieć w znajomych bytomskiego handla- rza narkotyków. – W szkole to jeszcze jedna mysz, jeśli wiesz, o czym mówię. Nigdy wcześniej nie zapraszała do siebie megaspoko ludzi. My też do niej nie przycho- dziliśmy. Fajnie, że mogliśmy się dzięki niej tu poznać. – Znaczy, my? – pyta zdziwiony Rysiek. – Ano tak, rzeczywiście. Potem tłumaczy, że nie pamięta swojego numeru telefonu i nie ma e-maila, ale z pewnością się jakoś do niego odezwie. Odbiera wizytówkę. Kiedyś coś razem zapalą i pójdą grać w golfa. Już nie może się tego do- czekać. Kończąc rozmowę, przygląda się nastoletnim japiszonkom, bo po to tu przyjechał. Żadna ze skaza- nych na życiowy sukces dziewczynek nie chciałaby mieć z nim na co dzień nic wspólnego. Dziś jednak spotykają się na imprezie. Rzeczywistość na jedną noc zakłada rogatą maskę. Ryś roluje kolejnego blanta i uśmiecha się do wszystkich. – Starzy się nie wkurwią? – pyta Małą. – Ktoś już obrzygał kibel na piętrze, a gość w kuchni przybija wi- delcem kanapki do ściany. – Może nie powinieneś im dawać zioła? – Racja. Niektórzy są za głupi na narkotyki. Jeśli chcesz, to ja tego w kuchni… od urodzenia. cia winy. – Nie trzeba. – Dziewczynka kręci głową. – Tak naprawdę to rodzice namówili mnie, żebym tu wszyst- kich zaprosiła. Specjalnie wyjechali na weekend, nawet zobowiązali się potem wszystko posprzątać. – Bezstresowe wychowanie i w ogóle? – dziwi się Rysiek. Ekshipisów zwykle nie stać na takie rezydencje. – Nie, ale się o mnie martwią. Pani psycholog po- wiedziała, że mam niezdolność nawiązywania relacji społecznych i nie potrafię się skupić na rzeczach, które mnie nie interesują. – O kurwa. – Ryś kręci głową. – Mam tak chyba – Ale twoi starzy nie mieli korporacyjnego poczu- – Mojemu staremu przydałoby się trochę jakiegokol- wiek poczucia winy. Co masz na myśli? – Byli bardzo zajęci w pracy. Dopiero po szesnastu latach zarejestrowali, że mają dziecko. Rysiek wspomina przez chwilę własnych rodziców i dom, w którego okolicach się wychował. Dopija rum, powstrzymuje się od komentarza. – Na pierwszy rzut oka wydajesz się całkiem w po- rządku – mówi. – Inteligentna i w ogóle. Rozmawiamy już chwilę, jest między nami dwadzieścia lat różnicy i wcale tego nie odczuwam. Dziewczynka patrzy na niego krytycznie. – To nie kwestia dojrzałości. I działa w dwie strony. Śmieją się. Diler lubi złośliwe dziewczyny. – Od dawna zajmujesz się sprzedażą narkotyków? – pyta Mała poważnym tonem. – Nigdy w ten sposób o to nie pytaj. Powinnaś powie- dzieć: „Dawno już dilujesz?”. To są właściwe słowa, ale ich też lepiej nie używać. Większość kolegów z branży nie lubi opowiadać o sobie. Każdy dwunastolatek z cen- trum Bytomia to rozumie. Tu, na strzeżonych osiedlach, brakuje wam obycia. – Powiedział czterdziestoletni przestępca spędzający sobotni wieczór na imprezie z nastolatkami. – Trzydziestodziewięcioletni. Bywanie na imprezach to mój zawód. Mogło być gorzej. Trudno dziś utrzymać się tylko z godzin trenerskich. Kiedyś to zrozumiesz… – Nigdy cię nie złapali? – pyta Mała tonem postaci z serialu Breaking Bad. – Kto miałby na mnie donieść? Przecież miły ze mnie koleś. I przydatny. Jak pani w nocnym. Jej nikt sądził nie będzie. – Tak sobie racjonalizujesz? Rysiek czuje, że bawi go ta rozmowa. Mała pasuje do tego środowiska jeszcze mniej niż on. Tymczasem impreza wokół się rozkręca, potrwa pewnie jeszcze ze dwie godziny, zanim chłopcy w obcisłych spodniach się porzygają, a dziewczynki zaczną robić rzeczy, których potem nie będą pamiętać. Ma jeszcze trochę czasu. – I co z tymi twoimi rodzicami? Zaprowadzili cię do psychologa, bo nie pasujesz do wystroju wnętrza? Mała kiwa głową. – Zobacz, jesteś od wszystkich o dwadzieścia lat starszy, a i tak rozmawiali więcej z tobą niż ze mną. Dzieci lekarzy, które będą lekarzami. Życie zaplano- wane aż do emerytury w domu rodziców. Nie wydaje ci się to przerażające? – Widywałem zdecydowanie bardziej przerażające rzeczy, ale brzmi cholernie nudno. Jeden z nich nawet gra w golfa, wiesz? A ty próbujesz być sprytniejsza i szu- kasz w życiu planu B? – Właśnie. – Za parę lat się zakochasz i dojdziesz do wnio- sku, że droga, którą wytyczyli ci rodzice, nie jest wcale taka zła. Że można jej przez chwilę spróbować. Zanim się obejrzysz, będziesz miała własne biuro projektowe i dwójkę dzieci. Dla nich też sama zdefiniujesz szczęście. I będziesz się śmiać z tego, co teraz gadasz. – Może i tak. A może nie. Prawdziwy z ciebie my- śliciel. Encefalopatia bokserska? Na podłodze w kuchni rozwala się coś szklanego, je- den z chłopaczków śmieje się opętańczo, któraś z dziew- czyn krzyczy. Rysiek wzdycha ciężko. – Załatwię to. Ciebie i tak nie posłuchają. To był ten od golfa. Teraz bez mrugnięcia okiem zbiera rozbitą zastawę. Kiedy to robi, Rysiek przygląda się jego koleżance albo dziewczynie. Wydaje się star- sza od Małej, na oko osiemnastoletnia, z rudymi wło- sami i zielonymi szkłami kontaktowymi. Dzięki Bogu za zumbę i dancehall, jej ciało wygląda świetnie. Ma duże piersi, które tylko u nastolatek są jeszcze takie ję- drne. Diler patrzy jej w oczy ponad plecami schylonego golfisty i natychmiast zapomina o rozmowie z Małą. Pyta o imię, zawód rodziców, żartuje na temat zna- nego piosenkarza. Czubkami palców muska jej rękę, na- lewając wódkę z sokiem. Dziewczyna się nie cofa. Przed chwilą się przedstawiła, ale muzyka była zbyt głośna i teraz Rysiek musi się do niej zwracać bezosobowo. – Mam trochę marokańskiego haszu na specjalne okazje – mówi z uśmiechem. – Poszukamy sobie jakie- goś pokoju na piętrze? Udaje, że się zastanawia. Czuje jej zapach, kiedy zni- kają dyskretnie w korytarzu. Ruszają się powoli, odu- rzeni ziołem, nerwy wyczulone na zmysłowe bodźce jak seksualne sejsmografy. W tym stanie trafiają do pokoju rodziców. Bez słowa lądują na sztruksowej narzucie. Ze zdjęć patrzy na nich z białym uśmiechem szczęśliwa rodzina Małej. Całują się, aż nie zaschnie im w ustach. Potem dziew- czyna odwraca się plecami, rude włosy opadają na bu- zię, zaciska palce na ramie łóżka. Jak na licealistkę, zna się na rzeczy. Błyskawicznie zrzucają ubrania. Pozostaje chwilę z ustami przy jej piersiach. Oddychają szybko. Makijaż rozmazał się trochę, orientalne rysy wydają mu się przez to jeszcze bardziej podniecające. Dziew- czyna gryzie go w ramię, kiedy jej dotyka. Potem siada mu na twarzy. Rysiek ma teraz łechtaczkę przy swoich wargach, palce zatapia głęboko. Robi się wilgotna. Za- pach haszyszu miesza się z zapachem perfum. Pierdolą się od tyłu, ignorując skrzypienia łóżka i znaczące chichoty z dołu. Jej ręce wędrują z własnych piersi na biodra męż- czyzny, narzucając tempo. – Mocniej. Zioło dobrze wpływa na seksualną wydajność, ko- chają się prawie godzinę. Kończy na jej piersiach i twa- rzy, dziewczyna śmieje się, pot i sperma spływają wraz z resztkami makijażu. Potem długo leżą razem, po- grążając się w niebycie, smakując ostatnie chwile tego przypadkowego spotkania, które, co do tego oboje nie mają wątpliwości, musi się wkrótce skończyć. I nigdy się nie powtórzy. ***** Nadia Wid czeka na Małą. Właściwie aż do tej pory nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest w stanie czekać na kogokolwiek. Do tej pory Mała pojawiała się sama, czy trzeba, czy nie trzeba, absorbując uwagę i zajmując miejsce, ale od tygodnia jej nie było, a telefon przestał odpowiadać. Ostatnie tłuste lata sprawiły, że Nadia Wid wysoko sobie ceni swój czas, dlatego jest na smar- kulę wściekła. Powie jej i jej starym, co myśli o takim wychowaniu. Dlatego czeka, ale nie ma zamiaru robić tego bezczynnie. ***** Przez parę kolejnych dni Ryszard Zwierz jest zbyt zajęty, żeby wracać myślami do imprezy. Zapomina imiona, ma w tym sporą wprawę. Jest miłym gościem, ale nie przywiązuje się do myśli, twarzy i miejsc. Odu- czył się tego. Z brezentowej torby wyciąga rękawice, owijki, strój i ochraniacz na szczękę. Rytualizuje drobne gesty w szatni, czerpie z nich przyjemność. W jego życiu roz- mieszczenie przyrządów w torbie i godzina osiemnasta piętnaście w sali na placu Sikorskiego to jedyne powta- rzalne elementy. Intymna resztka porządku w świecie kierowanym zasadą entropii. Bez niej byłby tylko jesz- cze jednym dilerem w mieście kurew i bandytów. Na sali widzi kilka nowych twarzy. To dobrze. Si- łownie w centrach handlowych stopniowo odbierają mu klientów. Ludzie dzisiaj mają słabość do chromowanych dodatków i panoramicznych szyb. Lubią dobrze wyglą- dać, ćwicząc, a to akurat z jego sportem ma naprawdę niewiele wspólnego. Jego sport od zawsze śmierdział przepoconymi rękawicami, krwią i śliną. Ludzie mogą grać w golfa albo w tenisa, ale nikt nie gra w boks, prawda? – Kim jest ten duży? – pyta Cygana, z którym w swoim czasie i na lewo zarobił, a potem przejebał więcej kasy, niż jest dziś warta cała ich firma. Cygan wzrusza ramionami. – Duży, bardzo silny, mało skoordynowany, coś tam kiedyś ćwiczył – streszcza. – Pytałem raczej o imię – krzywi się Rysiek. Właśnie przez takie instrumentalne podejście ubywa im klientów. Cygan na wieść o tym, że ktoś na sali zła- mał nos, zwykł mawiać, że to dobrze, bo za drugim razem mniej boli. – Nie znam jego imienia. Dobry jest. Może zagrzeje tu sobie miejsce. – Nie sądzę. Po zakurzonych szybach ścieka wiosenny deszcz. Spocone ciała to nikną, to wychodzą z cienia. Słychać ciężki oddech, uderzenia i zgrzyt łańcuchów, na których podwieszono worki. Nowy próbuje za wszelką cenę się pokazać. Ewidentnie ma doświadczenie w biciu ludzi, co jednak nie musi łączyć się z boksem. – Zmiana w parach – zarządza Cygan. Sparring ma być na trzydzieści procent. Nowy ude- rza z całej siły cepami, rozbijając gardę. Brutalność skutecznie zastępuje technikę. Krew z rozbitych ust partnera drobnymi kroplami pstrzy mu koszulkę. Ryś z uwagą przygląda się twarzy zwycięzcy. Spływającej potem, nalanej, zadowolonej z siebie. Nowy rechocze i bez słowa odwraca się do kolejnego przeciwnika. Ry- siek zna takich ludzi. Znał ich przez całe swoje życie. „Morda, szmato. Tylko na siebie popatrz. Nie pier- dol, że boli. Bądź ciszej, bo dzieciak usłyszy”. Ryszard Zwierz dawno już nie wspomina takich rze- czy. Nie jest zbyt rodzinnym człowiekiem. Nowy nie traktuje go jak trenera, w jego mniemaniu pod wzglę- dem umiejętności są sobie równi. Dycha za każdego ta- kiego frajera i Rysiek przestanie sprzedawać narkotyki. – Poruszamy się? – pyta grzecznie. Nowy nie traci czasu na wyczuwanie dystansu. Wchodzi w niego na chama dwoma sierpami, które mają za zadanie raczej przebić obronę, niż ją ominąć. Nie jest bokserem, ale napierdalacz z niego niezły. Zwierz wi- dzi pracę szczęk, grube żyły pulsują na skroniach jak robaki. Schodzi głową w lewo skos przed prostym. Rę- kawice opiera o czoło, bo przy tej różnicy masy tylko tak utrzyma gardę. Zbija łokciem drugi strzał. Potem unika rotacyjnie, żeby przerwać bitą na ślepo serię prze- ciwnika. Odskakuje, wychodzi z dystansu. Do tej pory nie zadał jeszcze żadnego ciosu. Łatwo można przeszarżować w walce z mańkutem – nowy nadziewa się na kontrę. Stopuje go proste ude- rzenie z prawej. Bokser rusza się bez przerwy, pilnuje wykrocznej nogi na zewnątrz. Pozornie bez wysiłku, balansem ciała unika serii trzech cepów. Markowanym prostym ustawia przeciwnika i wkręca zdradzieckiego haka w wątrobę, narusza go podbródkowym, unika klinczu i sierpem kończy swoją kombinację. Ma go. Pojedynek zawodowca z amatorem potrwał jakieś sześćdziesiąt sekund i Rysiek jest rozczarowany. Skoro już wypuścił bestię, należy jej się dłuższy spa- cer. Dobija kombinacją prostych i sierpów. Popisuje się, kończąc walkę bez gardy. Nowy zostaje na kolanach z ustami czerwonymi jak dojrzałe wiśnie. Zasłużył so- bie. Sam się o to prosił, prawda? Cygan kręci sceptycz- nie głową na widok krwi, Ryś wzrusza ramionami. Kiedy wraca do szatni po długim i ciepłym prysz- nicu, nie ma tam już nikogo. Nowy zwinął się najwcze- śniej z twarzą obłożoną lodem jak ryba w supermarkecie. – Ze wszystkich twoich głupich pomysłów w ostat- nim czasie… – zaczyna Cygan przy wyjściu z klubu. – Daj spokój. – Rysiek uśmiecha się niewinnie. Be- stia śpi głębokim snem. – Facet rozrabiał, popisywał się, robił krzywdę początkującym. Nie potrzebujemy tu takiego elementu, prawda? To był dobry uczynek. Przynajmniej nie zażądał zwrotu składki. – Myślisz, że mówisz mi coś, o czym nie wiem? Powi- nienem do was podejść, zanim zrobiłeś mu z ryja mielone. – Podać kaski? – Kurwa mać, stary, przecież to był gliniarz. Chłopcy go rozpoznali. Nie mam pojęcia, czy przyszedł tu się cze- goś o tobie dowiedzieć, czy tylko poboksować, ale gwa- rantuję, że po dzisiejszym treningu dobrze cię zapamięta. ***** Nadia Wid po raz pierwszy od bardzo długiego czasu martwi się o kogoś, chociaż nie powinna. Mała była dla niej tylko utrapieniem. Ceną, którą płaci się za sławę, jeśli nie chce się zostać kompletnym warszaw- skim dupkiem. Prawie codzienne wizyty stanowiły ha- racz spłacany sumieniu. Tak, mam sporo forsy, jestem popularna, dawno już zapomniałam o rzetelnym dzien- nikarstwie, ale pomagam małym dziewczynkom pisać eseje i w ogóle. Ostatnio trochę brakowało im rozmów, Mała stopniowo zamykała się w sobie, ale to się prze- cież zdarza nastolatkom. Większość opornie godzi się ze świadomością, że ludzie jako gatunek mają więcej powodów do wstydu niż do dumy, a złe rzeczy w życiu wydarzają się nieuchronnie, podczas kiedy dobre tylko przypadkiem. Nadia myśli o tym wszystkim i trochę się martwi, chociaż nie powinna. Rodzice Małej poszli na policję dopiero po paru dniach. Młode i ładne dziewczyny ginęły na Śląsku na- der często. Znajdowały się potem na wysypiskach śmieci albo w niemieckich burdelach. Nadia pisała o tym, kiedy jeszcze była prawdziwą dziennikarką. Przez parę tygodni bezskutecznie próbuje zapomnieć się w pracy. Zdążyła zauważyć, że im wyżej się wspina, tym mniej jest do roboty. Poznała już paru ludzi z sa- mego szczytu. Tam wystarczy po prostu być, fotografując się na ściankach, jedząc darmowe kolacje w restauracji Magdy Gessler, chwaląc się znajomościami w Sejmie i stosując się do jeszcze paru innych zasad gadziego eko- systemu. Teraz jedzenie staje w gardle, napięcie rośnie, adrenalina robi swoje. Trudno stłumić atawistyczny od- ruch uruchomiony zaginięciem Małej. Nadia nie jest pewna, czy rzeczywiście chodzi jej o dziewczynkę. Dlatego teraz ogląda Morgi zza zalanej deszczem szyby samochodu. Lato tego roku było chłodne, przy- niosło za sobą komary, reumatyzm i powodzie. Wycie- raczki ślizgają się po szkle, willa rozpływa się w mroku, na podjeździe marznie długowłosy chłopak. Nadia przybyła tu właśnie do niego, ale instynkt każe jej po- zostać w samochodzie i obserwować rozwój wydarzeń. Nie było go na imprezie. Wtedy jeszcze siedział w Paryżu na jakieś zagranicznej wymianie organizo- wanej przez szkołę. Nie wrócił na wieść o nieszczęściu. Dopiero kiedy czas wyjazdu minął, poznał szczegóły dotyczące zaginięcia swojej dziewczyny. I razem z jej rodzicami „pogrążył się w żałobie”. Nadia nie wie wła- ściwie, co spodziewa się od niego usłyszeć. Nie było go tu przecież. Rozpoczyna swoje prywatne śledztwo tak jak kiedyś, na czuja, bo układanka nie pasuje do obrazka. Osiemnastoletni Adam nie wygląda na zroz- paczonego. Żałoba to ciężka praca wykonywana w sa- motności. Chłopak zdecydował się jednak podzielić się z kimś swoim cierpieniem. Na podjeździe towarzyszy mu dziewczyna, razem wchodzą do samochodu. Jeśli dobrze pamięta ich rozmowy i szkolne zdjęcia Ma- łej, ruda jest jakąś jej przyjaciółką. Żałoba musi rze- czywiście zbliżać do siebie ludzi, bo dzieciaki w aucie nie mogą się od siebie odkleić. Ich przednia szyba też spływa deszczem, mieszając czerń i czerwień we wnę- trzu wozu. Nadia wycofuje się. Włącza światła, dopiero kiedy dom znika za drzewami. Czuje się jak podglądaczka. Tyle już czasu minęło, odkąd wypadła z zawodu. Bra- kowało jej tego uczucia. ***** Spokojny oddech, regularny rytm kroków, w słu- chawkach Pearl Jam. Kiedy akurat nie ćpa albo nie pije, lubi sobie pobiegać. Są jeszcze na świecie ludzie, którzy nazywają go trenerem – czuje się zobowiązany. Może tylko to różni go od starego, beznadziejnego alkoho- lika odkręcającego gaz nie zawsze po to, żeby zagoto- wać wodę na kawę. Szósta rano – nastoletnie prosty- tutki z rozmazanym makijażem wracają o tej porze do domu, pijacy wyją żałośnie, budząc się rano w parkach, bo od ziemi ciągnie zimno jak cholera. Miasto leczy kaca. Mimo to drzewa wyglądają świeżo, powietrze jest rześkie, czasem nawet mija ludzi spacerujących tu z psami. Pod warunkiem, że są duże i groźne. Krok za krokiem, ręce nawykowo dopasowują się do rytmu, markując bloki i uderzenia. Krok za krokiem, Zwierz uświadamia sobie, że pod stopami ma cienką warstwę ziemi ponad opustoszałymi pokładami kopalni. Szkody górnicze. Cały Bytom stanowi zastygłą skorupę po- nad kilometrami pustych korytarzy, które zapadają się czasem, przypominając o sobie głuchymi wstrząsami w środku nocy. Trzy kilometry i trzy utwory dalej, gdzieś między Daughter a Rats, ściera z czoła pierwsze krople potu, po prawej stronie mija wysoki płot strzeżonego osie- dla. Widoczny ponad równo przyciętym żywopłotem biały marmurowy dworek należy do byłego prezy- denta miasta. Zwierz widział człowieka raz w życiu, na otwarciu hali sportowej na Szombierkach. Jedenasta rano, a gościa trzeba było podpierać z dwóch stron przy przecinaniu wstęgi. Teraz mieszka sobie tutaj ze świtą i z rodziną, bardzo dbając o to, żeby żaden wyborca nie zawieruszył się przypadkiem po drugiej stronie płotu. Pomiędzy tym wszystkim ci, którzy próbują żyć, jakby świat był w porządku. Piekarze, sprzedawczynie, pielęgniarki, nauczyciele. Coraz ich mniej w ostatnich czasach. W oczach Zwierza wszyscy są lokajami pole- rującymi srebra na Titanicu. Nawet w Al-Jazeerze mó- wią, że Bytom to patologia. Dla spokoju sumienia stara się nie zastanawiać zbyt długo nad własną rolą w tym cyrku. Bicie ludzi i narkotyki. Jego pozytywny wkład w życie społeczne ogranicza się do niechętnego płacenia podatków za działalność klubu. Krok za krokiem, zimna kropla potu spływa mię- dzy łopatkami, koszulka lepi się do ciała. „How much difference does it make?”, śpiewa Eddie Vedder. Za parę godzin na placu zabaw pojawią się dzieciaki. Wieczo- rem park będzie należał już do jego klientów. Jutro rano znów przyjdzie tutaj pobiegać. Bytom to dziwne mia- sto. Kiedyś pęknie i zapadnie się jak kra wiosną na po- wierzchni stawu. Były bokser wyobraża sobie to przez chwilę. Od razu lżej mu się biegnie. ***** Kolejny logiczny krok to rozmowa z rodzicami. Za- ginięcie jest pod pewnymi względami gorsze niż śmierć. Rodzice Małej pewnie wyobrażają ją sobie teraz we wszystkich burdelach świata, krzywdzoną w taki spo- sób, że śmierć może wydawać się wyzwoleniem. Nadia nie ma dziś na to czasu. Hotel Monopol w Katowicach zrobił, co mógł, by sta- nąć na wysokości zadania. Premiera filmu zasłużonego reżysera połączona z akcją dobroczynną na rzecz zmar- łego w wypadku dziennikarza (Krzyż Zasługi, kondolen- cje prezydenta). Grunt to odejść z hukiem. Pojechała. Nie było innego wyjścia. Przekąski (oczywiście Magda Gessler), tłum dzien- nikarzy, drogie suknie i buty (Louboutin albo podróby) oraz oblepiona celebrytami ścianka. Fragment rzeczy- wistości jakby żywcem wyrwany z LA. Robi wraże- nie, jeśli się go odpowiednio wykadruje. W głównej sali znany piłkarz opowiada jej o problemach ze spon- sorami. Wspomina, że na Śląsku jest po raz pierwszy, sam. Nie wie, gdzie się obrócić, co można tu zobaczyć oprócz kopalni. I jest sam. Bez żony. Nadia przy pierw- szej okazji pozwala się ponieść fali gości. W tym tkwi tajemnica bywania na takich imprezach. Dobrze wy- czuć wewnętrzne napięcie tłumu. Dryfować. Wygląda świetnie w czarnej koktajlowej sukni i szpil- kach z paskami na kostce. Na tle pozostałych – całkiem skromnie. W telewizji uczyniła z tego swój atut. Wszy- scy czekają w napięciu, aż wreszcie się skurwi. Pan Re- żyser zgadza się udzielić wywiadu, co samo w sobie jest towarzyską nobilitacją. Dyskretnym sygnałem uznania dla jej zawodowych wyborów. Mniej depresyjnych re- portaży, więcej optymizmu. – Celem tego filmu jest nawiązanie kontaktu z mło- dym pokoleniem. My, doświadczeni w socjalizmie, uro- dzeni w latach czterdziestych… – „Zaraz będzie Solidar- ność”, myśli sobie Nadia. – My, pokolenie Solidarności, mamy swego rodzaju moralny obowiązek przekazać im wypracowany w trudnych czasach system wartości. Może jesteśmy ostatnią generacją, która jest to w stanie zrobić. Lubi słuchać własnego głosu. Wywiady z nim to robota głupiego. I tak mówi to, na co ma ochotę. – Zadanie nie jest łatwe. Młodzi dzisiaj mają inne za- jęcia. Internet, pornografia, narkotyki… Mam nadzieję, że mój film do nich dotrze. To posłannictwo, które… Wymyka się, zanim piłkarz zrobi się nachalny, a najebany Pan Reżyser zaśnie na stole. Wychodząc, mija pomieszczenia telekonferencyjne. Studenci dzien- nikarstwa oglądają przebieg fety na dużych ekranach i piszą na zaliczenie sprawozdania do uczelnianej gazety. Na salę nie wejdą, bo drzwi są zamknięte. W środku mają herbatę w plastikowych kubkach i ciasteczka. Następnego dnia znowu jedzie na Morgi. Dom ro- dziców jest pusty, straszy pozamykanymi oknami, we framudze pulsuje czerwone światło alarmu antywłama- niowego. Sąsiadka, jedna z tych, które zza zasłon widzą wszystko i o wszystkim wiedzą, czeka na nią przy sa- mochodzie. Gdyby Nadia nie była panią z telewizji, ko- bieta pewnie nigdy nie odważyłaby się do niej podejść. Na strzeżonych osiedlach zwykle nie gada się z nieznajo- mymi. Ciekawość okazuje się jednak silniejsza od strachu. – Państwo Dunikowscy wyjechali – stwierdza. Nadia zastanawia się, czy kobieta cały dzień siedzi w domu w makijażu, czy może zdążyła się teraz błyska- wicznie pomalować, na wypadek gdyby dziennikarka pojawiła się tu z kamerą. – No, najwyraźniej – odpowiada, zapalając papierosa. Częstuje, ale sąsiadka odmawia. – Chciałam z nimi po- rozmawiać o zaginięciu ich córki. To w sumie sprawa prywatna. Trochę się z Małą znałyśmy. – Bardzo miła dziewczyna – podpowiada usłużnie roz- mówczyni. – Nigdy nie było tu z nią żadnych problemów. W lepszych dzielnicach słowo „miły” jest synoni- mem słowa „niewidzialny”. – Zaginięcie dziecka musiało być dla państwa Du- nikowskich wielkim szokiem – stwierdza odkrywczo Nadia. Chyba wyszła z wprawy, jeśli chodzi o przepro- wadzanie wywiadów. – To prawdziwy dramat. Nigdy dotąd nikomu z mo- ich znajomych nie przytrafiło się nic podobnego – mówi kobieta z ledwie skrywaną satysfakcją w głosie. – Przez pierwszy tydzień z panią Dunikowską było naprawdę ciężko. A ten Dunikowski to chodził blady jak upiór i do nikogo się nie odzywał. No, niech pani sobie wy- obrazi, co się teraz może dziać z tą dziewczyną. Wyrzu- cali sobie przy świadkach, że wtedy wyjechali na week- end. Że pozwolili małej zrobić tę prywatkę. Ale kto to mógł wiedzieć, droga pani, kto to mógł wiedzieć? – Zniknęła zaraz po… prywatce? – pyta dzienni- karka, testując słowo z kategorii wymarłych. – Duni- kowscy wyjechali dawno temu? – Miesiąc po zaginięciu córki, to będzie ze dwa tygo- dnie temu. Prosili, żebym zwróciła uwagę na dom. Ale wtedy już wcale tak źle nie wyglądali. Trochę im przeszło. – Przeszło? Coś takiego może w ogóle kiedyś przejść? – Wie pani, w małżeństwie układało się tak sobie już od dłuższego czasu. Oboje dużo pracowali. Często widywałam, jak Dunikowski wraca do domu o północy i rano znowu do firmy. Takie teraz czasy… A nieszczę- ścia zbliżają ludzi do siebie. – Co pani powie. – Nadia przeciąga rozmowę. Sąsiadka nie zdążyła jej się nawet przedstawić, ale w pracy nauczyła się doceniać ludzi jej pokroju. Takich, którzy z braku wła- snego życia noszą w głowach klasery cudzych wspomnień. – Wyjechali na długo, bo wiadomo, nigdy nie bra- kowało im pieniędzy. Ta sprawa z córką. Wydawało się, że przeszli przez to razem, że znowu zaczęli się dogadywać. Nawykowo prosi o numer telefonu, a potem jak naj- szybciej się żegna i wraca do śródmieścia tą samą co wczoraj drogą. Tym razem ulice są suche, ale sine chmury nad miastem nabrzmiewają wilgocią, jakby lato w tym roku zostało odwołane. Państwo Dunikowscy podobno wyjechali do ciepłych krajów. Może postanowili cierpieć w hamakach nad brzegiem morza? Można i tak. Nadia ma sposoby, żeby to sprawdzić. Telefon oddzwania przy czwartym drinku. Plazmowy telewizor z wyłączonym dźwiękiem oświetla jej bladą twarz. Dzięki Bogu za komórki, nie ma teraz nawet siły ruszyć się z fotela. – Siema, skarbie. – Głos w słuchawce zaczyna tak, jak informatycy wyobrażają sobie, że należy zaczynać rozmowę z dziewczynami. – Co u ciebie słychać? Może zamiast pić w samotności, wpadniesz czasem do nas do stolicy na drinka? – Koniecznie – obiecuje Nadia. W zamian dostaje informacje, na których jej zależało. Ślad wydanych pieniędzy ciągnie się za Dunikow- skimi jak śluz za ślimakiem. Tak to już dzisiaj wygląda. Im więcej masz, tym trudniej ci zniknąć. – Karty kredytowej używano wielokrotnie w Paryżu i Londynie. Zapłacono z niej też za podróż z Heathrow do Palermo. Jutrzejszym lotem. Wybierasz się może do ciepłych krajów, piękna? – Nie sądzę – odpowiada Nadia – ale dzięki ci bar- dzo, kochanie. Jak zawsze robisz za mojego anioła stróża w nieprzyjaznej otchłani internetu. – Szkoda, że cię teraz nie widzę. – Głos w słuchawce się śmieje. – Jesteś piękna, kiedy kłamiesz. – Skąd wiesz? – Widziałem w telewizji. Dziennikarka robi sobie piątego drinka, zalewając wódkę wyciskanym sokiem z pomarańczy. Teraz pro- porcje wynoszą już pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Na cie- kłokrystalicznym ekranie hiperrealne twarze bohaterów telenoweli prowadzą w pełnym zbliżeniu jakąś drama- tyczną rozmowę. – Wy-pier-da-lać – sylabizuje głośno. Nawet nie chciała tej cholernej plazmy. Maciek zo- stawił, kiedy się wyprowadzał. – Łaskawca pierdolony – mruczy do siebie Nadia i robi jej się od tego lepiej. Przez chwilę rozważa możliwość, że Dunikowscy zwyczajnie sprzedali swoją córkę i dlatego teraz tak sza- stają forsą. Niedorzeczny pomysł. Nie licząc zwykłych problemów okresu dojrzewania, relacje Małej ze starymi układały się dobrze. Kochali ją całą resztą sił, które po- zostawały im po powrocie z pracy. Była dla nich ważna. Dobrze się uczyła, nie popadła w narkotyki, wciąż była dziewicą, w dodatku znalazła sobie uczciwego chłopaka w swoim wieku. No i proszę. Nawet dwa miesiące nie minęły i okazuje się, że świat równie sprawnie kręci się bez niej. Że porządną, dobrze wychowaną dziewczynkę zawsze da się zastąpić inną dobrze wychowaną dziew- czynką, ziemia jest lżejsza o jedno istnienie, Caritas wzbogaci się o parę markowych ciuchów i nie będzie można nawet nikogo za to obwinić. Rodzice zrobili, co mogli, chłopak też pewnie wypłakał swoje. Wszyscy doskonale poradzili sobie w trudnej sytuacji. To niczyja wina, że Mała była dobrym człowiekiem, a mimo to bez niej wszyscy wydają się… – Wydają się szczęśliwsi – dopowiada swoje myśli dzien- nikarka. Odbija jej się niestrawionym alkoholem. Bezskutecz- nie maca wokół siebie w poszukiwaniu pilota. ***** W innych okolicznościach pomyślałby, że jest ładna, ale tym razem prawie tego nie spostrzegł, bo nie lubił klubów i nie lubił dziennikarzy. Było za głośno, siedzieli przy jedynym wolnym stoliku, tuż przy kiblach. Z każ- dym otwarciem drzwi na skraju pola widzenia pojawiali się szczający do pisuarów goście. Mieszanina dźwięków nazywa się chyba dubstepem i męczy jak ból zęba. Takie miejsca odwiedza tylko w interesach, w dodatku kobieta nalegała na spotkanie tak mocno, że zrobił się podejrzliwy. – Bardzo się cieszę, że znalazłeś czas, żeby się ze mną zobaczyć – zaczyna dziennikarka. Używa tego swo- jego poufałego tonu, którym w telewizji rozmawia się z ludźmi z głębokiej prowincji. Czyżby aż tak źle wyglądał? – Okropne miejsce. – Przeciskający się do kibla po- trącają go co jakiś czas. Mruga i trze oczy. Halo stro- boskopu osadza się na źrenicach. Kraków nocą jest cho- lernie przereklamowany. – Nie zastanawiałam się nad wyborem knajpy. Wy- dawało mi się, że z racji zawodu poczujesz się tu jak u siebie – mówi Nadia. I to już jest o parę słów za dużo. – Z racji zawodu? Co masz na myśli? – Przepraszam – wycofuje się dziewczyna. – Nie chcia- łam niczego insynuować. I absolutnie nie dlatego nalega- łam na spotkanie. Bokser kręci w zadumie głową. Dziennikarstwo te- lewizyjne schodzi na psy. Zastanawia się, ile metrów bieżących loda musiała zrobić ta pani, żeby pojawić się w ramówce. Wygląda egzotycznie, trochę jak Brazy- lijka. Ma ciemną oprawę oczu i ironiczny uśmiech, ale jest dziennikarką, więc w biosferze miasta naturalnym wrogiem ludzi takich jak on. Żadnych paktów z na- jeźdźcą. Nadia też przygląda się mu uważnie. Jest od niej o prawie dziesięć lat starszy. Zgarbiony zawodnik, ko- lejny w korowodzie ludzi, którzy przepasowali swoje pięć minut. Siwieje, ma pionowe zmarszczki na zaro- śniętych policzkach i oczy koloru zastałej wody mor- skiej. „Bandyta”, przypomina sobie Nadia. „Teraz to zwykły bandyta”. Umówili się w knajpie blisko dworca, bo nie stać go nawet na samochód. – Tak jak już wspominałam przez telefon, chodzi mi o młodą Dunikowską. Spotkałam się z jej przyjaciółmi po zniknięciu. Twierdzą, że mogłeś być ostatnim czło- wiekiem, który z nią rozmawiał. Policja nie próbowała się z tobą kontaktować? – Nie w tej sprawie. Znam wielu ludzi, ale chyba nikogo o nazwisku Dunikowski. – Impreza w wielkim domu na Morgach, parę ty- godni temu? – Aha. To była ta ruda z dużym… Nadia bez słowa podaje mu zdjęcie. Znają się zale- dwie kwadrans, ale już zdążyła go znielubić. Muzyka dudni w uszach, sala dla palących nie ma klimatyzacji i jej lśniące od olejku arganowego włosy już przesiąkły dymem. Nie trzeba szukać lepszego lokalu, to nie po- trwa długo. – Pamiętam, to była impreza w domu jej starych. Kumaty dzieciak. Rozmawialiśmy chwilę o nieważnych rzeczach, więcej jej nie widziałem. Bardziej ci nie pomogę. Skarżyła się na rodziców. Pewnie zwiała z domu. Takie rzeczy zdarzają się nawet w bogatych rodzinach, co nie? – Maja nigdy by czegoś podobnego nie zrobiła. – Możesz to stwierdzić z całą pewnością, jako dzien- nikarka i w ogóle? – Ryś uśmiecha się krzywo. – Mogę to stwierdzić, bo znam ją już od paru lat i rozmawiałam z nią pewnie częściej niż własna matka. Dobrze się rozumiemy. – Gdybyście się dobrze rozumiały – odpowiada obo- jętnym głosem bokser – wiedziałabyś, gdzie teraz jest. Halogenowe światło pada na twarz mężczyzny, oczy pozostają w cieniu. Pije gorzką żołądkową na lodzie. Szkło maskuje grymas. – Pewnie masz rację. W końcu to tylko panienka z dobrego domu, prawda? Nie ma się czym przejmować. Nie sprzedajesz czasem GHB, przyjacielu? – Nadia za- ciska usta, nie spuszczając wzroku z mężczyzny. Jest tu sama i nie wie, jak on zareaguje na pytanie. GHB jest składnikiem czynnym tabletek gwałtu. Twarz Ryszarda Zwierza tężeje, ale tylko na chwilę. Potem kręci głową. – Wybacz mi – mówi. – Nie znam ciebie i nie znam tej dziewczynki. W chuj nie powinienem gadać o waszych sprawach. I nie, nie sprzedaję GHB, nie ruszam tego gówna. Każdy, kto tym handluje, ma u mnie przesrane. Tak jest, chociaż nie musisz mi wierzyć. – Zaufać dilerowi? – krzywi się dziennikarka. – Zaufać dziennikarce? – krzywi się diler. – Nie mogę tak tego zostawić. Za długo ją znałam. Nie chciałbyś mi trochę pomóc w poszukiwaniach? – pyta kobieta. – Jeśli Mała zaginęła albo została po- rwana, ktoś z twojego środowiska może coś o tym wie- dzieć. Takie rzeczy zdarzają się przecież często. – Za często. Ale egzystując w tym, jak to nazwałaś, środowisku, o niektóre sprawy pytać nie należy. Tkwię w bagnie wystarczająco głęboko, więcej mi nie trzeba. Nie mam wygodnego apartamentu w stolicy, do któ- rego będę się mógł zwinąć, kiedy zrobi się zbyt gorąco, rozumiesz? Nadia patrzy na niego w milczeniu, dopijając drinka. Tchórz. Wokół nich zaćpani ludzie bawią się do hałaśli- wej muzyki. Obok siedzą weseli kibice Wisły ze swoimi „świniami”. Żadna się nie obraża. Przecież nie ma o co. – Nie, Ryszardzie. – Po raz pierwszy zwraca się do niego po imieniu. – Nie rozumiem. – To dziwne. Akurat ty powinnaś wiedzieć, że w pew- nych środowiskach prawda może być tak samo niebez- pieczna jak pigułki gwałtu. Chyba właśnie powiedzieli sobie wszystko. Nadia zabiera z oparcia kurtkę, nie chce, żeby ją odprowa- dzać. Rysiek zostaje jeszcze chwilę. W milczeniu do- pija drinka. Siedzący obok kibice już się zorientowali, skąd jest. W jego głosie łatwo wysłyszeć śląski akcent. Któryś próbuje zagadać. Prężąc się przed swoją dziewczyną, zaznacza teren. Reszta śmiechem zagrzewa go do akcji. Rysiek wstaje, odsuwa krzesło. Patrzy prosto w oczy prowodyrowi, potem pozostałym. Po kolei spuszczają wzrok. Jest szczuplejszy i starszy od nich wszystkich, ale żaden z „hodowców świń” jakoś nie ma teraz ochoty spróbować z nim szczęścia. Coś w jego sylwetce, nie- uchwytnego jak rys zgarbionych ramion, przekonuje, że nie warto. Awantura z nieznajomym Ślązakiem jest kiepskim sposobem na rozkręcenie wieczoru. Coś w jego spojrzeniu sugeruje, że gdy przyjdzie co do czego, będą go musieli zabić, bo nie odpuści. Akurat ci kibice Wisły nie są jeszcze na to gotowi. Wciąga w płuca nocne powietrze. Ostatni bus do Katowic odjeżdża o 23.00. Załapuje się na niego. Przy- sypia, kiedy wloką się w kolejce do bramek na żałosną namiastkę autostrady A4. Oparty o szybę przygląda się przejeżdżającemu obok chevroletowi. Rozpoznaje kobietę za kierownicą. Odbicia w szkle między nimi tworzą lustrzany tunel, rozmazujący się powidok twa- rzy. Teraz są zgodni – oboje patrzą w drugą stronę. ***** Kiedyś jako nieznanej nikomu dziennikarce śledczej było jej trudniej docierać do informacji. Teraz wielu ludzi chce z nią gadać, każdy ma nadzieję na swoje pięć minut w świetle reflektorów. Miasto takie jak By- tom kiepsko strzeże swoich tajemnic. Ma w nim wielu znajomych, którzy są jej winni przysługi. Uczciwych, ciężko pracujących znajomych. Nadia zwleka dwa dni, potem decyduje się zadzwonić. Starszy sierżant Lewandowski przywykł do tego miejsca, tak jak do myśli, że nie należy do ludzi, którzy mogliby sobie poradzić gdzie indziej. Wieczory spę- dzane przed telewizorem niczym medytacja utwier- dzająca go w przekonaniu, że świata zmienić się nie da. Na swój sposób był porządnym człowiekiem, tak zwykła mawiać jego żona, kiedy jeszcze byli razem. Porządnym gliną. Sam uznałby się pewnie za bojownika przeciwko siłom entropii, gdyby znał to słowo. Blade światło ekranu uwydatnia sińce na grubo cio- sanej twarzy. W ciągu ostatnich paru dni sporo o nich myślał. Bicie ludzi nie jest dla niego pierwszyzną – peł- niąc obowiązki stróża prawa w mieście takim jak By- tom, pewne rzeczy trzeba sobie wpisać w koszta zawodu – ale obrywanie stanowi dla niego wciąż stosunkowo nowe doświadczenie. Radzi sobie z nim kiepsko. Ten cały Ryszard Zwierz to zawodowiec. Gdyby Lewan- dowski wiedział przed sparringiem, sprawy z pewnością potoczyłyby się inaczej. Nie zlekceważyłby go w taki sposób. Myśli o tym, wpatrując się w ekran, ale nie ma się z kim podzielić wnioskami, bo mieszkanie jest ciche i nieme już od dwunastu miesięcy i pięciu dni. Nie żeby to jakoś specjalnie liczył. Po prostu wie. Ryszard Zwierz – trener na pół etatu w gymie Solo. Lewandowski od paru dni próbował się o nim dowie- dzieć czegoś więcej, ale chłopcy z tego środowiska nie gadali z policją. Niejasne znajomości, podejrzane oko- lice, zbyt wiele zbiegów okoliczności – starszy sierżant nie otrzymał swojego stopnia za mistrzostwo w sztuce dedukcji. Zbyt wiele niepowiązanych ze sobą końców tylko powiększało jego frustrację. A potem, zupełnie jak w filmach, w słuchawce rozległ się znajomy głos. ***** Pada już od wielu dni. Deszcz okrywa miasto jak prze- ścieradło. Kamienice przy ulicy Dworcowej to pomniki zaprzepaszczonych szans, sypią się secesyjne zdobienia, płatami łuszczy się farba. Światła neonów odbijają się w kałużach. Protekcjonalne uśmiechy na banerach re- klamowych wyglądają tu jak z innego świata. Chłopaki w bramach czekają na swojego Godota, żeby go zdzie- sionować i wreszcie się napić. Zakapturzeni, cierpliwi mnisi przemocy. Realne bezrobocie wynosi tu czterdzieści procent, zamykają się kopalnie, w cieniach centrów han- dlowych bankrutują sklepy. Tylko trzy rzeczy są w śród- mieściu dostępne całodobowo: seks, używki i wpierdol. Miasto wyspecjalizowało się więc w dilerce, szkołach tańca i klubach walki. Dostosuj się lub giń. Ewolucja i entropia działają bez zarzutu. Na domiar złego nie przestaje padać. OD Autora W tekście wykorzystano fragmenty piosenki Really Real Tricky’ego, Indifference Pearl Jamu, Czas pomyka Voo oraz wiersza Giną ludzie Josifa Brodskiego. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe. Blues o krwi i trawie Copyright © Paweł Ciećwierz Copyright © Wydawnictwo Literate Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak Copyright © for the cover art by Agnieszka Zawadka Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Wydanie pierwsze, Bydgoszcz, 2019 druk ISBN 978-83-7995-295-3 epub ISBN 978-83-7995-296-0 mobi ISBN 978-83-7995-297-7 Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski Redakcja: Bożena Kurzydłowska Korekta: Małgorzata Tarnowska Korekta techniczna: Ewelina Nawara, Katarzyna Wąsowicz Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski Grafika na okładce: Agnieszka Zawadka Skład i typografia: www.proAutor.pl Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana me- chanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub ma- gnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. MORGANA Katarzyna Wolszczak ul. Kormoranów 126/31 85-453 Bydgoszcz sekretariat@literate.pl www.literate.pl Książka najtaniej dostępna w księgarniach www.MadBooks.pl www.eBook.MadBooks.pl Marvin Iza Korsaj Ile utraciłeś ze swojego człowieczeń- stwa? Jak wiele zniesiesz, aby ponow- nie móc nazwać siebie człowiekiem? Te pytania zadaję moim pacjentom podczas napraw ich zdegenerowanych osobowości. Zawsze daję im wybór i czas na odpowiedź. Bez nienawiści, ale i bez litości dla słabych. Jedni udzielają poprawnej odpowie- dzi i przyjmują mój dar. Inni, cóż… znikają. Pierwsi uczynili swoje życie pełniejszym i bardziej wartościowym, drudzy uratowali życie komuś godnemu miana człowieka. Nazywam się Marvin T. Cross i jestem bostońskim chirurgiem. Uważam się za największego humanistę naszych czasów, gdyż nie mam boga przed człowiekiem. W moich oczach, marnując dany ci przez naturę potencjał, bluźnisz. Nie lękaj się jednak, wyciągnę do ciebie pomocną dłoń… Intrygująca, mocna i warta uwagi. Polecam. Marta Daft z martawsrodksiazek.pl „Marvin” to książka, obok której nie możesz przejść obojętnie. Gorąco polecam! Ewelina Nawara z myfairybookworld.pl Złe Michał J. Chmielewski Wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie robili, a zło zatriumfuje – Edmund Burke Baskin Zachodnie, miasteczko na pol- skim wybrzeżu, wydaje się zbyt małe, aby pomieści całe zło, jakie się w nim dzieje. Zło czynione przez człowieka człowiekowi, gdyż w tym akurat przy- padku niepotrzebna jest pomoc dia- błów, demonów czy jakichkolwiek in- nych istot. Jeden dzień z życia rodziny Jasińskich. Dwadzieścia cztery godziny koszmaru, jaki rozgrywa się w setkach miast, miasteczek i wsi. An- drzej – ojciec, alkoholik i oprawca swojej rodziny. Iwona – matka, ofiara przemocy domowej. Justyna, Kryspin i Michał – maltretowane i okale- czone psychicznie dzieci, dla których normalność to marzenie. Tomasz, Marcin i Krzysztof – mimowolni uczestnicy dramatu. Polskie Fargo, bracia Coenowie nie powstydziliby się tej opowieści. Indygo Michał Jan Chmielewski W Baskin Zachodnim dzieci znikają bez śladu niemal od zawsze. Uciekają z domu czy są uprowadzane? Żyją czy umarły? Nikt nie wie, jaki spotykał je los. Nikt prócz Kusaka. Sadystycznego seryjnego mordercy, który je porywa i w bestialski sposób morduje. Równie wiele przyjemności jak torturowanie ofiar sprawia mu gra jaką prowadzi z lokalną społecznością i policją. Psy- chopata na co dzień przybiera różne maski: wzorowego obywatela, sym- patycznego sąsiada, wolontariusza zaangażowanego w pomoc rodzinom ofiar. Karmi swoje ego ich cierpieniem, bezradnością i łatwowiernością. Czuje się bezkarny. Los stawia jednak na jego drodze nietypowych przeciwników. Dwoje nastolatków połączonych tragedią i wspólnymi tajemnicami odkrywa, jaki los spotyka zaginione dzieci. Nieprzygotowani wkraczają w świat dorosłych. Odnajdują prawdę, przyjaźni i miłość. Płacą za to wysoką cenę. Być może zbyt wysoką? Michał Chmielewski zabiera nas ponownie do Baskin Zachodniego. „In- dygo” to zupełnie inna opowieść niż „Złe”, ale równie prawdziwa, mocna i warta przeczytania! Faza REM Agnieszka Sudomir Łódź, niegdyś Ziemia Obiecana, dzi- siaj miasto pogrążone we nostalgii. W bloku na Bałutach zamordowano studentkę. Na Julianowie przed swoim domem ginie bogaty lekarz. Morderca pozostawia na miejscach zbrodni fragmenty recept. Kiedy zo- staje odnaleziona trzecia ofiara, media podejmują temat „Aptekarza” i w mie- ście wybucha panika. Komisarz Igor Blattner musi rozwi- kłać zagadkę pierwszego od wielu lat seryjnego mordercy w Łodzi. Atakowany przez media, naciskany przez przełożonych, borykający się z problemami w życiu osobistym i kryzysem wieku średniego policjant staje przed największym wyzwaniem w swojej dotychcza- sowej karierze. Blattner kieruje się w pracy jedną prostą zasadą. Występek nie zasłu- guje na wybaczenie, a wyłącznie na sprawiedliwą karę. Czy jednak to credo pomoże czy utrudni mu złapanie mordercy? Znakomicie nakreślone miasto jako tło i Igor Blattner – komisarz z krwi i kości, który musi się zmierzyć nie tylko z Aptekarzem, ale i własnymi demonami. Książka wciąga od pierwszej strony i nie po- zwala usnąć aż do ostatniej.- Michał Chmielewski, autor Złe i Indygo PIERWSZY TOM SERII MIASTO OBIECANE Panaceum Agnieszka Sudomir Z nieba leje się żar, Łódź dusi się w kurzu, a komisarz Blattner walczy z własnymi demonami. W takich wa- runkach przychodzi mu prowadzić kolejne trudne śledztwo. W jednym z apartamentowców po- licja odkrywa ciało pięknej młodej kobiety – uzdolnionej lekarki, której życie przypominało bajkę. W trakcie dochodzenia Blattner musi przyjrzeć się środowisku neurochirurgów. Świa- tek wybitnych specjalistów okazuje się jednak bardziej hermetyczny, niż komisarz się spodziewał. Czy to specyfika zawodu, czy też pracownicy szpitala coś ukrywają? Pojawiają się kolejne ofiary, a ślady zdają się prowadzić do znanego neurochirurga, niepodważalnego autorytetu w swojej dziedzinie. Nic tu jednak nie jest proste ani oczywiste. Rozwiązanie sprawy zaska- kuje nie tylko śledczych, ale także środowisko medyków. Wstrząsające lekarskim środowiskiem morderstwa, mylne tropy i nie- pozbawieni ludzkich słabości policjanci to świetne panaceum na wszel- kie kłopoty. Przy tej książce zapomina się o całym świecie. Hanna Greń, autorka serii Śmiertelne wyliczanki DRUGI TOM SERII MIASTO OBIECANE Po drugiej stronie Rafał Cuprjak O czym jest moja książka? O tym, że maluję obrazy. Tworzę coś z niczego, czyli w pewnym sensie jestem bogiem, ale nie tym z Paktofoniki, i nie Jezusem Chrystusem, nawet nie Zeusem, tylko takim małym bogiem, bożkiem. Kiedy zasypiam, obrazy się budzą, życie w nich toczy się normalnie, tak jak u nas, tam też jedzą, płodzą dzieci, łoją wódę, kłócą się, jarają gandzię. Taki świat wykre- owałem. Usadowiłem go w oddalonej od szlaku samotnej góralskiej chatce, gdzieś na końcu świata, w Bieszczadach, po- między Cisną a Wetliną. To na pierwszy rzut oka zwyczajne schronisko tak naprawdę jest azylem pełnym ludzi uciekających przed wojną, be- stialstwem getta, przed krwią na dłoniach, uzależnieniem od cyberseksu, chorą ambicją, wypłukującą z mózgu resztki wolności i zdrowego roz- sądku. To miejsce jak magnes przyciąga moich bohaterów, wyławiając ich z różnych czasów i miejsc. Łączę i mieszam gatunki, romans z kryminałem, horror z erotyką, poezję z fantastyką; przy ciągłym akompaniamencie muzyki, od jazzu i bluesa po brudny i sprzężony punk rock. Zadaję wiele pytań, na które odpowiedź jest zawsze taka sama − Człowiek jest niezniszczalny. Ale czy to dobrze? Miłej lektury! Rafał Cuprjak Mamusiu, przecież byłam grzeczna Rafał Cuprjak Czy Internet to Bóg? Dokąd uciekniesz przed złem? Jak da- leko się posuniesz, by uratować wła- sne dziecko? Wyobraź sobie, że znajdujesz się na granicy, po przekroczeniu której rzeczywistość zmieni się diametral- nie. Świat przestanie być takim jakim go widzimy na co dzień, a stanie się czymś zgoła innym – pięknym, ale też przerażającym. Mamusiu, przecież byłam grzeczna to opowieść o trudach miłości, potędze sztuki i głębokim cierpieniu. Zostałem oczarowany. Lapidarnym stylem, polifoniczną narracją, ale przede wszystkim samą historią, która pozostawiła moją wyobraźnię w ciemnym kącie, łkającą, że nie zrodziła nic równie dobrego, jak naj- nowsza powieść Rafała Cuprjaka. „Mamusiu, przecież byłam grzeczna” to brawurowy pokaz ogromnego talentu, pierwszorzędnego rzemiosła i błyskotliwego wykorzystania gatunkowych konwencji, to niepokojący powiew literackiej wiosny.- Bartosz Orlewski, autor Armadillo Pierwszy glina Andrzej W. Sawicki W grudniu 1807 roku spokojnym war- szawskim Żoliborzem wstrząsa potężny wybuch, który niszczy pałacyk zajmo- wany przez oficera armii napoleońskiej. Policjanci z nowo utworzonego Wy- działu Śledczego wszczynają docho- dzenie, ale szybko zostają odsunięci od sprawy przez Francuzów. Nie dają za wygraną, bo Warszawa to ich miasto i żabojady nie będą się tutaj szarogęsić. Szybko okazuje się, że afera sięga sa- mych szczytów władz Księstwa War- szawskiego… Kilka miesięcy później w swoim kantorze przy ulicy Gęsiej został bru- talnie zamordowany Leopold Atalias, szanowany żydowski finansista, jeden z pięciu wekslarzy wybranych do ustalania kursów i stóp procento- wych w Księstwie Warszawskim. Czas, miejsce i narzędzie zbrodni wprawiają Glinę w konsternację. Wszyscy funkcjonariusze Wydziału Śledczego zostają oddelegowani do rozwiązania sprawy. Podejrzani są jednocześnie członkowie rodziny, wie- rzyciele, konkurencja zmarłego, a nawet agenci wywiadów Rosji i Prus. Nie da się również wykluczyć udziału ortodoksyjnych kabalistów lub re- ligijnego motywu zbrodni.

Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Pobierz darmowy fragment (epub)

Gdzie kupić całą publikację:

Blues o krwi i trawie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: