Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00106 007754 18414945 na godz. na dobę w sumie
Błyskawiczny przewodnik historyczny po Warszawie - ebook/pdf
Błyskawiczny przewodnik historyczny po Warszawie - ebook/pdf
Autor: , Liczba stron: 297
Wydawca: National Geographic Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7596-570-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> naukowe i akademickie >> słowniki
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

To, że Warszawa to piękne miasto pełne magicznych zakątków, pastelowych zaułków i uroczych kontrastów wie każdy jej mieszkaniec. Przyjezdny może do tego spisu dorzucić dodatkowy atut: dumnych acz ujmujących miejscowych. Ale jest i druga strona naszej stolicy. Nie, nie chodzi o Pragie.
Lustrzane odbicie Warszawy pełne jest mrocznych tajemnic. Niełatwo tam trafić. Skutecznie kryje swoje sekrety, zazdrośnie strzeże kompromitujące szczegóły. Trzeba nie lada wysiłku i sporej odwagi aby wyciągnąć je spod blichtru szklanych wieżowców i dostrzec zza fasady serdecznych uśmiechów...

Błyskawiczny Przewodnik Historyczny po Warszawie - dostarczy odpowiedzi na tak nurtujące pytania jak:
- Kto szalał po Warszawie w zaprzęgu czterech niedzwiedzi?
- Który z warszawskich teatrów był wylęgarnią zbrodni?
- Skąd poszła w eter pierwsza audycja radia Solidarność?
- Czy tramwaj-widmo to tylko stołeczna 'urban legend'?
- Który z domowych zatargów doprowadził do narodowej zguby?
- Studenci, czy chuligani? Kto wygrał wielką drakę w praskiej dzielnicy?
- Dlaczego znany rzeźbiarz zabił podczas obiadu znanego malarza?
- Co robił francuski arystokrata w szafie księżnej Czartoryskiej?
- Dlaczego dwaj milionerzy wyczyścili z gotówki Warszawę?
- Jakich bezeceństw dopuścił się lubieżny kaczor na Ursynowie?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Maciej Łubieński Michał Wójcik Maciej Łubieński Michał Wójcik BŁYSKAWICZNY PRZEWODNIK HISTORYCZNY PO WARSZAWIE Maciej Łubieński Michał Wójcik BŁYSKAWICZNY PRZEWODNIK HISTORYCZNY PO WARSZAWIE 50 MIEJSC I TRAS Maciej Łubieński Michał Wójcik BŁYSKAWICZNY PRZEWODNIK HISTORYCZNY PO WARSZAWIE Maciej Łubieński Michał Wójcik -3- Wydawnictwo G+J RBA Sp. z o.o. Co. Spółka Komandytowa Licencjobiorca National Geographic Society ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa © Copyright for the edition branded National Geographic Society © 2012 National Geographic. All rights reserved © Copyright by Wydawnictwo G+J RBA Sp. z o.o. Co. Spółka Komandytowa © Copyright by Michał Wójcik and Maciej Łubieński Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 38, 360 38 42; fax (48 22) 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77 Projekt grafi czny, okładka, mapy: Tomasz Wójcik, Agnieszka Niska-Wójcik Redakcja merytoryczna: Adam Węgłowski Redakcja: Jadwiga Piller Korekta: Maria Talar, Jadwiga Piller Skład i łamanie: Agnieszka Niska-Wójcik Fotoedycja: Roman Turos Zdjęcie na okładce: Tomasz Wójcik Redaktor prowadzący: Agnieszka Radzikowska ISBN: 978-83-7596-570-4 Druk: Białostockie Zakłady Grafi czne ISBN: 978-83-7596-369-4 National Geographic i żółta ramka są zarejestrowanymi znakami towarowymi National Geographic Society. Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich. -4- SPIS TREŚCI Błyskawiczne słowo wstępu 2. 1) Wielka draka w praskiej dzielnicy, czyli bójka studentów z chuliganami w przeddzień Festiwalu Młodzieży 1955 2) Czary-mary mistrza Twardowskiego, czyli Barbara Radziwiłłówna na bis. 3) Gran sala di teatro, czyli królewskie mrzonki Karola Gustawa. 4) Misie w zaprzęgu, czyli niedźwiedzia fantazja księcia Radziwiłła. 5) Goło i wesoło, czyli życie towarzyskie i uczuciowe księcia Józefa Poniatowskiego. 6) Auto da fé, czyli płomienne skutki poselstwa Puszkina. 7) Adonaj na Żydowskiej, czyli synagoga na Wąskim Dunaju. 8) Posłanie Kota, czyli co może chłop, jak szlachcicem zostanie. 9) Kasztelan częstuje francą, czyli o sojuszu seksu i higieny w czasach Stanisława Augusta. 10) Dramat bikiniarzy, czyli Teatr Ateneum wylęgarnią zbrodni. 11) Zajazd Radziejowskiego, czyli dole i niedole nieruchomości zdrajcy. 12) Pobożna gra, czyli zabawowe zakonnice. 13) X jak morderca, czyli jak rzeźbiarz Xawery Dunikowski zastrzelił malarza Pawliszaka. 14) Chmury w kroku, czyli gdzie biło serce PRL-owskiej Warszawy. 15) Zamach, który wstrząsnął II Rzeczpospolitą, czyli morderstwo ministra Pierackiego. 16) W podwójnym nelsonie, czyli mordercze zmagania zapaśników. 17) Bomba z pieca, czyli kulisy wybuchu w apartamencie barona Bibersteina. 18) Duc de Lauzun ukryty w szafi e, czyli poród na żywo. 19) Azyl kochasia, czyli gdzie się ukrył zwycięski Casanova. 20) Złota odyseja, czyli wojenne losy 80 ton z depozytu Banku Polskiego. 21) Wypasione bryki majstra Dangla, czyli historia wielkiej fabryki powozów. 22) Pociąg do konfl iktu, czyli kulisy wojny Kronenberga i Blocha, najbogatszych warszawiaków XIX wieku. 23) Zabili go i uciekł, czyli tajemnica zamachu na Abu Daouda. 24) Solidarni z Afganistanem, czyli jak Rejacy dokopali komunie. 25) Harpagon celowości, czyli ostatnia droga Doktora Korczaka. 26) Samobójstwo Czerniakowa, czyli ostatnia niesubordynacja prezesa getta. 27) Zamach na Hitlera, którego nie było, czyli jak się marnuje świetne okazje. 28) Bitwa pod Sans Souci, czyli fi liżanki i spodki przeciwko szablom i bagnetom. 29) Zagłada domu Konradowiców, czyli tragedia Nocy Kupały. 30) Refl eks margrabiego, czyli jak warszawscy sztyletnicy spartaczyli zamach. 31) Napad stulecia, czyli bezkarni rewolwerowcy na Jasnej. 32) Strzały pod komisariatem, czyli historia mordercy Paramonowa. 33) Tak się bawi, tak się bawi sto-ly-ca, czyli rauty i zabawy dyplomatów i cinkciarzy. 34) Dobre KOR-u początki, czyli jak Giedroyć nie potrafi ł uruchomić magnetofonu. 35) Rakiety uderzają w Warszawie, czyli kulisy tenisowej wojny Polska–Niemcy ’39. 36) Książę, koniak, kaszanka i pan kierownik, czyli społeczne dzieje kortów na Agrykoli. 37) Poeci, żule i Katyń, czyli historia jednego domu na Czerniakowie. str. 7 str. 8 str. 14 str. 20 str. 26 str. 32 str. 38 str. 46 str. 50 str. 56 str. 60 str. 66 str. 74 str. 78 str. 84 str. 88 str. 94 str. 100 str. 106 str. 112 str. 118 str. 124 str. 130 str. 136 str. 140 str. 144 str. 150 str. 156 str. 162 str. 168 str. 174 str. 180 str. 186 str. 190 str. 196 str. 202 str. 208 str. 214 -5- 38) Kaczor zgwałcił kaczora, czyli zapiski gospodarskie Juliana Ursyna Niemcewicza. 39) Tajemnica składu 1392+1391, czyli tramwaj-widmo taranuje mięsny. 40) Dziwny prezydent, czyli historia generała Sokratesa Starynkiewcza pod rozwagę urzędnikom. 41) Kolumb Czadu i Parys Sahary, czyli surrealistyczna historia tablicy pamiątkowej. 42) Siekiera, motyka, bimber, korek, czyli pierwsza audycja Radia Solidarność. 43) „Krysia” doktora Ringelbluma, czyli czego turyści nie zobaczą. 44) Ponury żart historii, czyli jak powstał Pomnik Bohaterów Getta. 45) Knock-out na cmentarzu, czyli bohaterska śmierć kapitana „Gryfa”. 46) „Spójrzcie tylko na ten biust!”, czyli jak się żyje z arcydziełem Picassa na ścianie. 47) Dawaj czasy, czyli krwawa obrona praskiego Zwierzyńca. 48) Zasługi żydowskiego króla i królowej, czyli Szmulki Zbytkowera. 49) Dziad, Pershing i heavy metal, czyli jak bazar Różyckiego przyczynił się do rozwoju historii przestępczości, przedsiębiorczości i kultury. 50) Zamordowany, zabity czy poległ, czyli tajemnica śmierci gen. Fritscha. Bibliografi a Spis ilustracji str. 220 str. 226 str. 230 str. 236 str. 242 str. 248 str. 254 str. 258 str. 262 str. 266 str. 272 str. 278 str. 284 str. 292 str. 295 -6- WSTĘP Błyskawiczne słowo wstępu 2. To była błyskawiczna decyzja. Po tym, jak ukazała się pierwsza część Błyskawicznego Przewodnika Historycznego, uznaliśmy, że trzeba pisać część drugą. Po błyskawicznej decyzji nastąpił czyn błyskawiczny. Błyskawiczny Przewodnik Historyczny 2 ukazuje się równe dwa lata po części pierwszej. To typowy sequel: jest tu więcej przemocy, więcej seksu, więcej sportu, więcej pieniędzy. Gdyby BPH2 był fi lmem, poprzedzałby go taki trailer: „W świecie, w którym produkt krajowy brutto wznosi się bez ustanku, gdzie autostrady rosną jak na drożdżach, dwaj mężczyźni przeczesują zasoby bibliotek… Producenci Błyskawicznego Przewodnika Historycznego 1 prezentują Błyskawiczny Przewodnik Historyczny 2. Zagłoba, Radziwiłł, Radziejowski, Twardowski, Paramonow, Picasso, i Sokrates Starynkiewicz jako Sokrates Starynkiewicz, toczą walkę na śmierć i życie. BPH2. Warszawa, jaką znacie i jakiej nie znacie, a zaraz poznacie!”. Dziękujemy naszym rozmówcom i bohaterom: Ernestowi Bryllowi, Elżbiecie Budzyńskiej, Zbigniewowi Chmielewskiemu, Marcie Ciesielskiej, Andrzejowi Gassowi, Marianowi Grycie, Jerzemu Iwaszkiewiczowi, Krzysztofowi Jaszczyńskiemu, dr. Hubertowi Kowalskiemu, Rosławowi Szaybo, Kordianowi Tarasiewiczowi, Bohdanowi Tomaszewskiemu, Aleksandrowi Jerzemu Wieczorkowskiemu A teraz czas na lekturę. A po lekturze na refl eksję. Ta najlepiej przychodzi na spacerze. W końcu to przewodnik. Maciej Łubieński i Michał Wójcik -7- Dzielnica była niebezpieczna. Lepiej było zostać w akademiku i pograć sobie w karty. Poprawa bezpieczeństwa nastąpiła w latach 70., kiedy wysiedlono część tzw. elementu. Pomysł zbudowania akademików na dalekim Grochowie krytykowano od samego początku. Daleko stąd do warszawskich uczelni. -8- ROZDZIAŁ �1� Wielka draka w praskiej dzielnicy, czyli bójka studentów z chuliganami w przeddzień Festiwalu Młodzieży 1955 Dom Studenta nr 3, ul. Kickiego 9 i 12 P roszę dotknąć, wciąż mam tu dziurę” – Marian Gryta nadsta- wia ostrzyżoną na jeża głowę. „ Rzeczywiście, z lewej strony czasz- ki wyczuwa się głębokie wgniece- nie. Pan Marian, lubelski artysta malarz, jest jednym z pionierów sportów ekstremalnych w Polsce. Jego położony tuż nad Wisłą dom w Mięćmierzu to od kilkudziesię- ciu lat biuro projektowe i warsztat. Powstawały tu lotnie i katamarany. Jeszcze kilka lat temu pan Marian, rocznik 1934, wdrapywał się z ważącą 30 kilogramów lotnią na wzgórze od- dzielające Mięćmierz od Kazimierza i szybował nad okolicą. Dziś już nie lata, ale wciąż można go podziwiać, jak manewruje swoimi katamarana- mi po Wiśle. Dziura w głowie nie ma jednak związku ze sportowymi pa- sjami pana Mariana. „Lekarz radził mi wstawić metalową płytkę, ale jakoś się przyzwyczaiłem” – mówi. Do dziury w głowie się przyzwy- czaił, lecz wspomnienie poranka 12 czerwca 1955 roku, kiedy powsta- ła, nie opuszcza go do dziś. Godzina 3.30 w nocy. Pod akademi- kiem na Kickiego grupa chuliganów dopada dwóch studentów. Wołania o pomoc budzą mieszkańców budynku, -9- pod bokiem milicji czterech studen- tów zostało zmasakrowanych przez chuliganów”. Andrzej Berkowicz, autor artykułu, cytuje obszerne frag- menty listu kierownika akademika do Wydziału Nauki KC PZPR. Wyni- ka z niego, że w robotniczej zabawie uczestniczyli pijani milicjanci, którzy stanęli po stronie chuliganów i wraz z nimi bili studentów. Dopiero posiłki z akademika, w liczbie kilkuset osób, przeważyły szalę zwycięstwa na stu- dencką stronę. Studenci spędzili łobuzów do świetlicy. Półgodzinne pertraktacje z komisariatem nie dały rezultatu. Praska komenda odmówi- ła pomocy, zasłaniając się brakiem funkcjonariuszy. Nic dziwnego, dwaj z nich znajdowali się na zabawie i lali właśnie studentów. Studenci zawiado- mili komendę stołeczną. Przybył pa- trol MO, który powitano okrzykiem: „Hurra, trzeźwa milicja”. Bezradność milicji wobec problemu chuliganów to tematy ówczesnej sa- tyry. Jan Brzechwa w wierszyku Mi- licja pisał: „Wracał Marek z Nowoli- pek / Najspokojniej szedł / Wtem mu cegłę jakiś typek / Sprzedał za 100 zet / Sprzedał? Zmusił. Wepchnął siłą / Bo milicji znów nie było”. Marek co chwila ma przygody z chuliganami, a milicji nigdy nie ma. Popularny dowcip owych czasów: gdzie dwóch się bije, tam nie ma mi- licji. Ludziom wcale jednak nie było do śmiechu. W Warszawie wystar- czył byle pretekst, by dostać w zęby. Pokazuje to słynny dokument Uwaga chuligani! nakręcony w 1955 roku przez Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego. Dwunastominutowy fabularyzowany film ma odpowied- nią wymowę ideologiczną – tytułowi chuligani tańczą rock and rolla, wytwór społeczeństwa kapitalistycz- nego. Komentarz Karola Małcużyń- Ciężko ranny w zajściach na „Kicu” Marian Gryta. Tu podczas pracy nad katamaranem w Mięćmierzu. którzy stają w obronie bitych kole- gów. W stronę akademika lecą cegły. „Mieszkaliśmy na parterze, więc wyskoczyliśmy do nich pierwsi i za- częliśmy gonić tę grupę – wspomi- na pan Marian. – „Uciekali w stronę Paca, gdzie znajdowała się świetlica budowlańców. Trwała tam jakaś zaba- wa. Rysio Bors szybciej biegał i mnie wyprzedził. Kiedy dobiegłem na miej- sce, zobaczyłem, jak go katują. Było nas ledwie kilku, rzuciłem w ich stro- nę kamieniem i... – pan Marian zawie- sza głos – ...i tu mi się urywa film”. Dwa tygodnie później w tygodniku „Po prostu” ukazała się obszerna relacja o wydarzeniach. Czytelni- cy ówczesnej oficjalnej prasy rzad- ko mieli okazję czytać tak otwartą krytykę władzy: „Na Kickiego miał miejsce skandal jakich mało. W dzie- siątym roku władzy ludowej, która potrafiła dać sobie radę z reakcyj- nym podziemiem, bandami UPA, -10- ROZDZIAŁ �1� skiego czyta śmiertelnie poważnym głosem Andrzej Łapicki. Napisany w formie odezwy do widza – kie- dy kupujesz bilety od nastoletniego „konika”, to tak, jakbyś wysłał go na wódkę – tworzy wrażenie, że wszy- scy jesteśmy winni fali chuligaństwa, bo przymykamy oczy na szerzące się zło. W efektownych scenkach chuli- gani zaczepiają ludzi na ulicach, prze- pijają całe pensje w ciągu wieczoru, prowokują bójki na dancigu, wresz- cie mordują konduktora w pociągu. Obrazy te bledną jednak przy rozró- bie na Kickiego. Dziś relację o bójce, w której uczestniczyło prawie 1000 osób, zamieściłyby wszystkie me- dia. W ostatnim roku bierutowskie- go PRL-u o zajściach napisało tylko „Życie Warszawy” i to w skromnej notce na końcu rubryki stołecznej. Na pierwszej stronie gazeta informo- wała, że premier Indii Nehru przy- był do Tbilisi, że rząd ZSRR wyraził zgodę na konferencję rozbrojeniową w Genewie. Na stronach poświęco- nych życiu miejskiemu można było przeczytać o obchodach Dnia Morza w Warszawie albo o kłopotach rent- genologów. Dlaczego bójkę na „Kicu” praktycznie przemilczano? Trwały przygotowania do Między- narodowego Festiwalu Młodzieży, który miał rozpocząć się za miesiąc. Przede wszystkim jednak zajścia na „Kicu” burzyły sielankowy obraz stosunków społecznych. Dzienni- karz Zbigniew Chmielewski, miesz- kaniec akademika i uczestnik bójki wspomina, że cała Warszawa była Sześć osób w pokoju i ciepła woda! Akademiki na Kickiego były w latach 50. szczytem luksusu. -11- Na festiwal młodzieży zjechało do Warszawy kilkadziesiąt tysięcy ludzi z całego świata. Prasa przemilczała kłopoty z utrzymaniem porządku. oklejona plakatami przedstawiający- mi młodych robotników i studentów w przyjaznych uściskach. Były to, jak się okazuje, pobożne życzenia. Jakże wymowna, choć pewnie zmyślona, jest informacja podana przez „Życie War- szawy”, że chuligani rzucali w okna ce- głami, a studenci odpowiadali z okien kałamarzami. Czy można sobie wy- obrazić lepsze symbole konfliktu? Artykuł w „Po prostu” ukazał się dwa tygodnie po zajściach. Dopiero tu po- jawiła się informacja o ofiarach. „Ryszard Bors, student ASP, doznał uszkodzenia czaszki, po czym nastąpił wylew krwi do mózgu. W szpitalu do- konano natychmiast trepanacji czaszki, ale jak dotąd Ryszard Bors nie odzyskał słuchu i mowy” . Wszystko się zgadza, poza tym, że dziennikarz Po prostu pomylił Mariana Grytę z jego przyja- cielem Ryszardem Borsem, który od- niósł lżejsze obrażenia. Kiedy pan Marian czyta relację „Po prostu”, uśmiecha się. „I tak dobrze. Koledzy mówili, że Wolna Europa mnie uśmierciła. Podobno podano informację, że komuniści pobili ro- botników i jeden komunista zginął”. W relacji Radia Wolna Europa tkwi jednak ziarno prawdy. Uświadamia nam podłoże robotniczo-inteligenc- kiego konfliktu. Zbigniew Chmie- lewski uważa, że dla okolicznej lud- ności studenci byli symbolem władzy. Potwierdza to pisarz Ernest Bryll, który także mieszkał na „Kicu”. Jego zdaniem, owo utożsamienie z władzą to skutek zetempowskiej gorliwości niektórych studentów. Członkowie tej komunistycznej młodzieżówki zwykli wchodzić ludziom do domów, -12- nękać pytaniami i agitować. War- to dodać, że Grochów był dzielnicą proletariacką, chuligańską, konflikt ze studentami, nowymi w dzielnicy, był więc nieunikniony. Łatwo sobie wyobrazić tę wielką drakę w praskiej dzielnicy jako star- cie wymuskanych maminsynków z krzepkimi twardzielami. Trze- ba jednak pamiętać, że czasy były spartańskie i wszyscy byli twardzi. Studenci A.D. 1955 to ludzie pamię- tający wojnę, którzy na własnej skó- rze odczuwali trudy odbudowy. Dla nich akademik na Kickiego, gdzie w pokoju z umywalką gnieździło się sześć osób, stanowił szczyty luksusu. Przyjrzyjmy się zresztą tłumowi stu- dentów, który biegnie ulicą Kickiego w stronę świetlicy przy Paca, by rato- wać bitych kolegów. Nie zatrzymuje ich grad młotków, prętów zbrojeniowych i cegieł, które rzucają z pobliskich dachów chuligani. Okolice akademi- ka są placem budowy i nie brakuje tu narzędzi o śmiercionośnym potencja- le. Widzimy wśród studentów trochę okularników, ale wielu tu chłopskich i robotniczych synów, beneficjentów nowej władzy, którzy nie dadzą się zastraszyć byle chuliganowi. W tłu- mie pędzących wyróżnia się potężna postać Zygmunta Waźbińskiego, któ- ry później zostanie wybitnym znawcą włoskiego renesansu, profesorem na Uniwersytecie Mikołaja Koperni- ka w Toruniu, ale teraz, w 1955 roku, jest wsparciem dla kolegów. Ernest Bryll opowiada, że kiedy Waźbiński brał w dłonie cegłówki, wywijał nimi jak wiatrak. Niejeden chuligan-don- kiszot mógł zakończyć wieczór mu- śnięty ramieniem wiatraka-erudyty. Przez kilka tygodni po zajściach studenci poruszali się w większych grupach. Starali się nie nosić cza- pek „bratniaków”, które wyróżniały ROZDZIAŁ �1� ich wśród mieszkańców Grochowa. Napięcie podsycały opowieści o tym, że grupy chuliganów polują na nie- uważnych już na rondzie Waszyngto- na. Co ciekawe, bójka na „Kicu” nie była ewenementem w owych latach. Większe lub mniejsze grupy lały się w Warszawie cały czas. Podczas Fe- stiwalu Młodzieży, pomimo ogromnej czujności milicji i UB, 600 junaków z paramilitarnej młodzieżówki „Służ- ba Polsce” tłukło się z cywilami na placu Dzierżyńskiego. W ruch poszły żelazne sprzączki od pasów. „Milicja nie była w stanie opanować sytu- acji i dopiero wojsko zaprowadziło porządek. Przez kilka następnych dni miałem sporo roboty przy od- bieraniu zatrzymanych junaków z Komend Dzielnicowych MO. Wśród poszkodowanych znalazł się także dyrygent Jan Cejmer, któremu junacy solidnie poturbowali głowę” – wspominał w niepublikowanych pamiętnikach pracownik Komendy Głównej SP Robert Kozak Koleszo. Marian Gryta z 12 czerwca 1955 roku pamięta, jak odzyskał przytomność w akademiku, dokąd przynieśli go koledzy. Pamięta też szpital i operację czaszki, podczas której był półprzy- tomny. Pamięta ból, kiedy chirurg re- konstruował zmiażdżoną tętnicę. Pa- mięta też, że lekarze winą za wszystko obarczali studentów: „…I to jest kul- tura i to jest młodzież” – narzekali, grzebiąc w jego głowie. Zaprotesto- wał niezrozumiałym bełkotem. Od- zyskiwanie słuchu i mowy zajęło mu kilka miesięcy. Dziś pan Marian opo- wiada o tym z uśmiechem, choć przez wiele lat nie mógł sobie poradzić z traumą po wydarzeniach z 12 czerw- ca 1955 roku. Ale wypadki na „Kicu” uruchomiły w nim nową energię. Wie, że gdyby nie owa trauma, nie poznał- by radości, jaką daje latanie. (MŁ) -13- Dom Wielki, czyli dzisiejsze skrzydło wschodnie zamku wybudował książę Janusz I Starszy. Jego komnaty oświetlały okna wykute tylko od strony Wisły. -14- ROZDZIAŁ �2� Czary-mary mistrza Twardowskiego, czyli Barbara Radziwiłłówna na bis. Zamek Królewski, skrzydło wschodnie – tzw. Dom Wielki, plac Zamkowy 4 Jest zimowy wieczór 7 stycznia 1569 roku. Zamek Królewski nie jest jeszcze pyszną barokową rezydencją, bo tę wzniesie dopiero Zygmunt III Waza. To dość przaśny, nieduży, gotycki budynek na planie prostokąta. Na parterze mieści się sala sejmowa, na piętrze pokoje kró- la Zygmunta Augusta i jego siostry Anny Jagiellonki. Za oknami (a nie są to jeszcze wenec- kie szkiełka, które Zygmunt August dopiero zamówił) hula wiatr i dajmy na to, że zacina deszcz ze śniegiem. W komnacie schorowanego króla pali się jedna świeca. Jedna, bo takie oświetlenie zasugerował Laurentius Dhur, znany nam lepiej jako mistrz Twardowski, a w raporcie śledczym (spisanym po śmierci króla przez Świętosława Orzelskiego) określany mało sympatycznym mianem „jakie- goś Szwaba”. Nad psychiką schorowanego, 49-letnie- go monarchy pracuje już od jakiegoś czasu sprowadzona z Błonia czarow- nica. Coś tam mamrocze, daje królo- wi jakąś miksturę do wypicia, uwija się, szykując Zygmunta na pojawienie się ducha. W końcu monarcha zaczy- na się niecierpliwić. Cóż, od śmierci jego ukochanej żony minęło 18 lat, -15- a dopiero niedawno zaufani dworza- nie donieśli mu, że istnieje czarno- księżnik-nekromanta, który potrafi sprowadzać zmarłych z zaświatów. W pewnym momencie czarownica wymyka się z pokoju. Król zostaje sam. Mijają kolejne minuty. Następ- nie do króla, wprowadzonego już za- pewne w odpowiedni nastrój, dołącza Twardowski. Ostatni raz tłumaczy, że bez względu na to, co się za chwi- lę wydarzy, monarcha ma pozostać na krześle. Absolutnie nie wolno mu nikogo dotknąć. Nawiązywanie bez- pośredniego kontaktu ze zmarłymi jest bowiem bardzo niebezpieczne. Cóż z tego, że spiritus movens całe- go wydarzenia, podkanclerzy Fran- ciszek Krasiński jest księdzem i ma fory w niebie. Nekromancja jest grze- chem śmiertelnym, wszyscy zaanga- żowani w seans balansują na granicy ekskomuniki. Ale akurat królowi jest to zupełnie obojętne. Za chwilę ujrzy ducha Barbary Radziwiłłówny! Tylko to się teraz liczy. My z kolei możemy się zastanowić, jaką to Barbarę za moment zobaczy. Czy tę piękną, w kwiecie wieku, z ta- kim wdziękiem zagraną przed wojną przez gwiazdę polskiego kina Jadwigę Smosarską? Czy może tę, którą zapa- miętał sekretarz królewski Stanisław Bojanowski: innych noszo- na, gnijąca koło części rodnych, nogi opuchnięte, pozostała część ciała wysu- szona jak gąbka”. W dodatku podobną do wielbłąda, bo takie miała mieć ma- niery kulinarne i „wszystko surowe zrzucała górą i dołem”. Tak czy siak, król myślami jest już gdzie indziej. Tymczasem Twardowski wymawia jakieś zaklęcia. Czy wyjmuje zza pa- zuchy swoje magiczne lusterko – nie wiemy (to z zakrystii kościoła w Wę- growie służyło do innych seansów) i... nagle w drzwiach komnaty pojawia „Przez się postać. Zjawa wchodzi do środka. Jest rzeczywiście zdumiewająco po- dobna do ukochanej królewskiej żony. Monarcha jest w szoku. W blasku je- dynej świecy dostrzega już nie tylko jej rysy, ale i podobieństwo sylwet- ki. Nawet szaty ducha są identyczne. Nie może dłużej wytrzymać. Zrywa się z fotela, rzuca na zjawę, ale nagle gaśnie światło (przez dziurę w ścianie ktoś potrącił kijem świeczkę) i mo- narcha łapie w ramiona... próżnię. Za- raz potem traci przytomność. Już nie słyszy pospiesznych kroków na ka- miennych schodkach, ani nerwowych szeptów co najmniej kilku osób. Tak mniej więcej – zdaniem znaw- cy nauk tajemnych Romana Bugaja – miał wyglądać słynny seans spiry- tystyczny, podczas którego w nocy z 7 na 8 stycznia 1569 roku Twardow- ski rzekomo wywołał ducha Barba- ry Radziwiłłówny. Oczywiście, jak uważa badacz, wszystko było sprytną i cyniczną mistyfikacją. Stał za nią wspomniany Krasiński i dwaj zaufani dworzanie królewscy: Jerzy i Mikołaj Mniszchowie. To właśnie ten drugi miał poznać w nieodległym klasz- torze bernardynek niejaką Barbarę Giżankę – trudną nieco, bo tempera- mentną i nieposłuszną córkę burmi- strza Warszawy Jana Gizy, zamkniętą tam przez rodzinę za karę. Od słowa do słowa dało mu się ją namówić do udziału w niebezpiecznej misji. Nieco inaczej widzi ten happening znawca sarmackiej obyczajowości Zbigniew Kuchowicz. W jego narra- cji nie ma ani Twardowskiego, ani magicznych zwierciadeł, duch zmar- łej zaś pojawia się tylko raz, a potem cielesna (i to jak!) Giżanka obcuje z królem, nie korzystając już z czaro- dziejskich didaskaliów. Czyżby zatem z całej legendy praw- dziwa była tylko Zygmuntowska -16- ROZDZIAŁ �2� Malarz Wojciech Gerson chyba wierzył w duchy. Barbara Radziwiłłówna na jego obrazie to zjawa, a nie sprytnie podstawiony sobowtór. -17- I tego mało. Siostra króla, która prze- cież musiała być wszystkiego świado- ma jako sąsiadka zza ściany, nie raz i nie dwa narzekała na obyczaje kró- lewskiego otoczenia. Do siostry Zofii pisała w liście: „Jako się ta Warszawa nie zapadnie dla jej grzechu”. Nie zapadła. Wręcz przeciwnie. Król już jawnie przebywał z Giżanką i doszło nawet do tego, że ta zaszła w ciążę i urodziła mu córkę. Ku zgro- zie księżniczki Anny dziecko „siadając bezwstydnie w oknie” jawnie płacze – manifestując wszem wobec, że ko- chanica i jej szczenię więcej znaczą niż legalna małżonka króla Katarzy- na, przebywająca na zamku w Linzu. Czy było to rzeczywiście dziecko kró- la, trudno dziś orzec. Bardzo możliwe, że nie. Król bowiem prawdopodobnie był bezpłodny. Tak czy siak, starzeją- cy się monarcha-tatuś nie posiadał się ze szczęścia. Rozdawał na lewo i pra- wo dochodowe urzędy i godności. Za wstawiennictwem Giżanki bisku- pem krakowskim został Krasiński, a kalwin Jan Firlej, przyjaciel Mniszchów i mąż ich siostry, otrzymał godność wojewody krakowskiego. Ten war- szawski epizod to chyba jedyny okres w dotychczasowych dziejach miasta tak wielkiego znaczenia jej miesz- kańców. Bo oto córka warszawskie- go patrycjatu znaczy tyle, co królew- ska żona. Jej mama – która wcześniej dostarczała na warszawski zamek sza- fran i cynamon – staje się kadrowym doradcą monarchy. Jakie przywileje otrzymał tatuś kochanicy, nie wiemy. Poza tym, na radości króla zyska- ło samo miasto. Już zapadła decyzja o rozbudowie zamku. Ta ruszyła w 1570 roku. Jej efektem było dosta- wienie do Domu Gotyckiego drugie- go skrzydła. Poza tym Warszawa zyskała słynny drewniany most. Zapewne właśnie Po śmierci Barbary (na zdjęciu obraz z warsztatu Łukasza Cranacha Starszego) – jej klejnoty miała przejąć siostra króla – Anna. Z jej listu do siostry Zofi i wynika jednak, że drogocenne suknie przechowywane w piwnicy zamku w Tykocinie zniszczyły szczury. „melancholia”, jego niespożyty seksu- alny pociąg do niewiast oraz sprytne towarzystwo zwykłych rajfurów, braci Mniszchów? To oni bowiem – twierdzą specjaliści – wykorzystując podobień- stwo Giżanki do Radziwiłłówny, pod- sunęli ją królowi, zamieniając zamek w „babiloński zamtuz”. W dodatku nie zrobili tego raz, a wiele razy. Doszło na- wet do tego, że w przyciasnej siedzibie króla w Warszawie przebywało kilka jego nałożnic jednocześnie. Zdruzgo- tany obyczajami Świętosław Orzelski skrupulatnie notował: „W jednym łożu leżała Zuzanna, w drugim Giżanka, trzecia u Mniszka, czwarta u pokojo- wego królewskiego Kniaźnika, piąta u Jaszowskiego. Podłego stanu ludzie dwór opanowali. Giżanka i jej matka, żona pisarza miasta Warszawy – bisku- pom i senatorom stać u drzwi kazali . -18- nim wyjechała z miasta cała królew- ska fortuna, gdy monarcha udawał się do Knyszyna, gdzie w lipcu 1572 roku zmarł. Dzięki nuncjuszowi pa- pieskiemu Bernardo Bongiovannie- mu wiemy, co król trzymał w swo- ich komnatach. Opis zapiera dech w piersiach: „Stół od ściany do ścia- ny, na którym stoi szesnaście pudełek na dwie piędzi długości, półtora szero- kości, napełnionych klejnotami. Cztery z nich wartości 200 tysięcy szkudów przysłała mu matka z Neapolu. Cztery inne król sam kupił, między którymi znajduje się rubin Karola V, tudzież jego medal diamentowy wielkości Agnus Dei, mający z jednej strony orła, z dru- giej dwie kolumny z napisem »plus ultra«. Oprócz tego mnóstwo rubinów, szmaragdów ostrych i kwadratowych. Widziałem słowem tyle klejnotów, ile w jednym miejscu zgromadzonych romadzonych znaleźć się nie spodziewałem, iewałem, z którymi weneckie i pa- i pa- pieskie – które także wi- wi- działem – nie mogą iść ść w porównanie”. A Giżanka? Do ślu- bu z królem nie doszło. Rok po śmierci monar- chy pojął ją za żonę kniaź Michał Woroniecki, sio- strzeniec prymasa Uchańskiego. Jakie były losy jej dziecka, nie wie- my. Wiemy za to, jak skończył mistrz Twardowski. Gdy po śmierci monar- chy – jego patrona – wybuchł skan- dal związany ze zniknięciem kró- lewskich skarbów ROZDZIAŁ �2� i kancelarii, Twardowski stał się nie- wygodnym świadkiem machinacji Mniszchów. Postanowił zatem zniknąć z Knyszyna i udać się do Węgrowa do zaprzyjaźnionego z nim Jana Kiszki. Jak pisze Roman Bugaj, zdołał doje- chać do wsi Mystki, 3 kilometry od miasta powiatowego Wysokie Mazo- wieckie na Podlasiu. Tu zdarzyło się coś, co przeszło potem do legendy, a co zanotował Stanisław Dworakow- ski, zbieracz miejscowych podań. Otóż właśnie ze stojącej na skraju wsi karczmy „Rzym” miał zostać porwa- ny przez czartów mistrz Twardowski. Jeśli w podaniu tym jest źdźbło praw- dy, to może to oznaczać, że właśnie tam Twardowski został najzwyczaj- niej w świecie zamordowany przez ludzi Mniszchów. Toż to filmowa scena: do odpo- czywającego po męczącej dro- czywającego p dze podróżnego, siedzącego dze podró w kącie karczmy, podchodzi w kącie k kilku otulonych w czar- kilku ne płaszcze osobników. ne p Miejscowym – tęgo Mi już podchmielonym ju – zdają się wysłanni- – kami piekieł. Prze- k rażony Twardow- ski próbuje stawiać s opór, ale kilka par silnych rąk pod- s rywa go zza ławy i wyprowadza krzy- czącego na dwór. Tam słychać jesz- cze przez jakiś czas wrzaski, ale po chwili już tylko tętent oddalających t się koni. Uwaga pi- s jących w knajpie j ponownie skupia się na zawartości s kufli... (MW) -19- W okresie panowania Władysława IV (1632–1648) zamek królewski stał się luksusową siedzibą o standardach europejskich. Po „potopie” blask odzyskał dopiero za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jego replika, powstała po II wojnie światowej, to kompromis między historykami i konserwatorami a komunistycznymi władzami, które chciały mieć w budowli wnętrza o charakterze hotelowym dla zagranicznych gości. -20- ROZDZIAŁ �3� Gran sala di teatro, czyli królewskie mrzonki Karola Gustawa. Zamek Królewski, skrzydło południowe, pomieszczenia nad bramą Grodzką, plac Zamkowy 4 Do dziś pozostaje zagadką, czy Karol X Gustaw Wittelsbach – król Szwecji, który spusto- szył w czasie „potopu” Rzeczpospoli- tą – naprawdę widział się w polskiej koronie na głowie. Wiemy, że nama- wiał go do koronacji zdrajca Hiero- nim Radziejowski. A sami Szwedzi? Pewnie w głębi duszy, napadając na Polskę, myśleli tylko o łupach i może o jakichś drobnych zdoby- czach terytorialnych. A jednak gdy czyta się diariusze z wojny Karola Gu- stawa, rzeczywiście widać metamor- fozę jego polityki. Szczególne daje się to dostrzec we wrześniu 1655 roku. Do tego czasu król Szwedów, Gotów i Wandalów chce tylko zwycięstwa. We wrześniu 1655 roku zaś, zwłaszcza od 8, ten wybitny wojownik (a zara- zem erudyta) uświadamia sobie, że by- cie demokratycznie wybranym przez szlachtę władcą Polski – to jest coś! Po- zostaje pytanie, dlaczego chciał zostać królem? I dlaczego nie został? Odpowiedź na pierwsze pytanie leży nad Wisłą, a w zasadzie na Zamku Królewskim w Warszawie, dokładnie w sali teatralnej (dziś nieistniejącej) w skrzydle południowym. Gdy tylko król Szwecji przekroczył jej progi, wydaje się bardzo prawdopodobne, -21- Pełny tytuł Władysława IV to: król Polski, wielki książę litewski, ruski, pruski, mazowiecki, żmudzki, infl ancki, smoleński, siewierski i czernihowski, a także dziedziczny król Szwedów, Gotów i Wandalów, wybrany Carem Rosji. że oniemiał. Oniemiał, bo nigdy cze- goś tak pięknego nie widział. Onie- miał i dał się uwieść pewnemu projek- towi scenicznemu. Ponieważ sam był wielkim miłośnikiem sztuki drama- tycznej i operowej, uświadomił sobie, że właśnie poprzez nią i dzięki niej ma szansę trafić do serc Polaków. Był bowiem przekonany, że Polacy jako prawdziwi Europejczycy biją jego rodaków na głowę wykształceniem i obyciem. A także skalą stosunków ze wszystkimi dziewięcioma muzami. Ósmego września 1655 roku szwedzkie wojska wkroczyły do Warszawy. Karol Gustaw objechał miasto i za- szedł do Arsenału. Tu zdumiał się po raz pierwszy. Zobaczył go doskonale zaopatrzony w tak pokaźną ilość broni, w szczególności armat, że w geście podziwu aż uniósł ramiona. Potem zdumienie władcy jeszcze rosło. A już zupełnie jego źrenice zamieniły się w spodki na Zamku Królewskim. Śmia- ło możemy powiedzieć, że rezydencja Wazów wyprowadziła Szweda z rów- Król Szwecji Karol X Gustaw panował tylko sześć lat. Mimo to dla Szwedów jest jednym z najwybitniejszych władców. Historyk Peter Englund w książce Nie- zwyciężony opisał go jako strategicznego geniusza, a także wojownika-dżentelmena miłosiernie traktującego podbite terytoria. nowagi. Aby to zrozumieć, spróbujmy prześledzić jego kroki w siedzibie bo- gatszych kuzynów. Zamek Wazów z zewnątrz nie robił wielkiego wrażenia. Wszystkie pięć skrzydeł nie było tej samej wysokości, poza tym od frontu gmach zarośnięty był różnymi drewnianymi przybudów- kami i dziedzińcami. Ale w środku – to było cudeńko! Chyba największe wrażenie robiło skrzydło południowe, w całości zajęte przez gigantyczny teatr. Wchodziło się do niego od wewnątrz i z miasta, przez bramę Grodzką. Na piętro prowadziły Wielkie Schody, bardzo ekskluzywne i monumental- ne. Król, który już je pokonał, wszedł do sieni przed Izbą Senatorską. Stamtąd wiodły drzwi do Przedsionka Senator- skiego. Dopiero z niego krętymi scho- dami można się było dostać na piętro do wielkiego teatru Wazów. I tu usta same otwierały się z zachwytu. Sala zajmowała prawie całą długość skrzy- dła zamkowego, czyli miała 48 me- trów, szerokości zaś 12, a wznosiła się -22- ROZDZIAŁ �3� Brama Grodzka była chyba pierwszym z odtworzonych po II wojnie światowej reliktów Zamku Królewskiego. Mimo że nie miała dokąd prowadzić – stała już w 1947 roku. Początkowo mieścił się w niej... kiosk. -23- Sala Teatru Władysława IV. Rekonstrukcja : 1–Schody Wielkie, 2–sień przed Izbą Senatorską, 3–Przedsionek Senatorski, 4–schody, 5–widownia, 6–scena, 7–podscenie, 8–nadscenie. Jerzy Lileyko: Zamek warszawski. Rezydencja królewska i siedziba władz Rzeczpospolitej 1569–1763. Ossolineum, 1984, rys. W.Olszowicz. na wysokość aż dwóch kondygnacji. Obyty w świecie Albrycht Radziwiłł, autor pamiętników, nie wahał się na- zwać ją największą galerią w Europie. Choć nie była nią w istocie (sala prze- pięknego teatru Farnese w Parmie mia- ła 87 metrów długości, a sama scena głębokości prawie 40), to jednak w tej części Europy była ewenementem. Na tyle, że autor ówczesnego przewodnika po Warszawie Adam Jarzębski pisał: „jeśliś widział, przyznasz mi to: Posta- wiona znamienito”. Sala teatralna podzielona była na dwie części: scenę i widownię. Oddzielał je portyk z kolumnami. W sali dla widow- ni znajdowały się galerie dla orkiestry, co pewnie potęgowało wrażenie, a cały mechanizm sceniczny był arcydziełem sztuki inżynieryjnej i w stu procen- tach spełniał wysokie standardy ba- rokowych wymogów. Nad i pod sceną znajdowały się bowiem wielkie prze- strzenie, które pozwalały w dowolnym momencie przedstawienia na zmianę scenografii i wprowadzanie oraz wy- prowadzanie całych grup aktorów do góry (nad sufit) i na dół (pod podło- gę). Dzięki nadsceniu i podsceniu, jak fachowo nazywamy te miejsca, „jed- ne kunszty na dół schodzą, wagami do góry wchodzą” i „jedni się z nie- ba spuszczają, drugich w ziemię wy- puszczają”. Tak pisał Jarzębski. Do tego – jak wymienia zalety sali teatralnej Jerzy Lileyko – dochodzi- ły periakty, czyli ruchome tła wy- stawianych przedstawień. Aby zmie- ścić takie na scenie, trzeba było wielkiej przestrzeni. I taką też sama scena dysponowała. Wiemy rów- nież z jednego z baletowych librett, że „damy-baletnice zstąpiły ze sce- ny po schodkach umieszczonych po dwóch stronach sali”. A zatem mamy tu dodatkowe ciągi komunikacyjne. Prowadziły na dół, ale również na wi- downię. W części przedniej mieściło się tam siedzisko króla. Władysław IV zwykł przedstawienia oglądać z fote- -24- la przykrytego czerwonym adamasz- kiem ze złotymi frędzlami, ustawionego na skórze białego niedźwiedzia. Wi- downię krył malowany sufit. Całość, wykończona przez włoskich artystów, oszałamiała pięknem. Gdy tylko król Szwecji znalazł się w środku, nie mógł pozwolić, by sala świeciła pustkami. Postanowił użyć jej do misternej operacji politycznej. Jak pisze Marek Makowski w opraco- waniu na temat zamku w okresie „po- topu”, to właśnie ten gmach miał się stać areną detronizacji Jana Kazimierza i uroczystego posiedzenia sejmu, na którym polskie stany ofiarować miały koronę właśnie Karolowi Gustawowi. Wielka uroczystość została zaplanowa- na na 31 października 1655 roku. Ponieważ król Szwecji obawiał się jednak absencji wielu senatorów i co ważniejszej szlachty, postanowił po- mieszać politykę ze sztuką właśnie. Sala teatralna nadawała się do tego znako- micie. Jej splendor onieśmielał, a gest udostępnienia jej szlachcie miał zapro- centować. Otwierając podwoje teatru, Karol Gustaw chciał bowiem otworzyć serca Polaków. Jakże się rozczarował! Polityczna machina ruszyła ostatecznie w listopadzie. Mennica zaczęła bić mo- netę z popiersiem Karola Gustawa i sto- sownym napisem: „Protector Regni Po- loniae”. Zagonieni do roboty reżyserzy opracowali repertuar i na melomanów runęła lawina przedstawień, koncertów i zabaw. Grano przede wszystkim ko- medie. Ale jakie? Nie wiemy. Pewnie nie Shakespeara – jego aluzje wobec władców są nadto czytelne. Piętnastego listopada na Zamku pojawił się sam kandydat do korony. Świadek wydarzeń Wespazjan Kochowski napi- sał, że na początku hołdy złożyły mu poselstwa angielskie, moskiewskie, ni- derlandzkie, a nawet kozackie. Zaraz potem król ruszył z Polakami w tany. ROZDZIAŁ �3� Stoły uginały się od jadła, kielichy na- pełniano przednim winem. „Nie wiem, czy dlatego – pisał Kochow- ski – że odniósł nad Polakami zwycię- stwo, czy też że ich obyczaje przypadły mu do smaku, dość, że właśnie Pola- ków zapraszał do stołu i na uczty, na widowiska i na teatra i w ich otocze- niu oglądał rozmaite przedstawienia, nieustannie zaszczycając ich swym towarzystwem i rozmową. Widać było, że Szwedzi zazdroszczą Polakom zaży- łości z królem, jak gdyby potępiali taką zbytnią konfidencję i nie podobało się im, że Karol przedkłada cudzoziemców nad rodaków . Królewskie umizgi wobec Polaków trwały bite cztery dni. Na próżno. Na nic krotochwile i tańce, na próżno kuse fatałaszki baletnic, po nic w końcu mistrzostwo choreografów i talent sce- narzystów. Szlachta nie dała się zwieść komediantom i swego poparcia królo- wi szwedzkiemu nie udzieliła. Zagłoso- wała nogami, czyli... nigdzie się nie po- fatygowała. Dziewiętnastego listopada rozczarowany monarcha opuścił War- szawę, kierując się do Torunia. Jak pi- sze Stanisław Szenic, władca rozmyślał nawet o zemście. Rozkazał hrabiemu Oxenstiernie konfiskować majątki tej szlachcie, która nie skorzystała z wejś- ciówek do zamkowego teatru. A zatem projekt Karola Gustawa legł w gruzach. Niedługo po nim w gruzy za- mieniła się też sala teatralna. Jak wiado- mo, Szwedzi zamek obrabowali, a potem zniszczyli. W salach umieścili lazaret, a ich konie pasły się nawet na trzeciej kondygnacji. Gdy wrócili tam poddani Jana Kazimierza, przepyszna rezyden- cja i splendor dynastii Wazów przypo- minała – dosłownie – mityczne stajnie Augiasza. Pełno nawozu i trupów. A teatr? Mozolnie restaurowany wrócił do formy za panowania Jana III Sobie- skiego. (MW) -25- Król Stanisław August Poniatowski zlecił opracowanie planów przebudowy zamku Jakubowi Fontanie, Victorowi Louisowi, Dominikowi Merliniemu i Efraimowi Szregierowi. Ostatecznie – ze względu na koszty – zrealizowano tylko niewielką część tych propozycji. Dziedziniec Wielki ma dziś 3293 m2. To imponująca przestrzeń, ale gdyby król zdecydował się na realizację któregoś z projektów – to zdaniem Jerzego Lileyki – Warszawa zyskałaby „jedno z najwspanialszych założeń rezydencjonalnych epoki klasycyzmu w Europie”. -26- ROZDZIAŁ �4� Misie w zaprzęgu, czyli niedźwiedzia fantazja księcia Radziwiłła. Dziedziniec Zamku Królewskiego, plac Zamkowy 4 Karol Stanisław Radziwiłł, zwany – od natrętnego po- wiedzonka, którym tytuło- wał rozmówców – „Panie Kochanku”, o sobie samym mawiał: błazenek. My jednak chyba możemy grać w otwarte karty. „Panie Kochanku” był błaznem jakich mało. Choćby z tego tytułu, że żaden ze znanych nam trefnisiów nie był właścicielem dóbr zamieszkanych przez 300 tysię- cy poddanych. Najbogatszy obywatel stanisławow- skiej Rzeczpospolitej nie tylko z tego tytułu cieszy się zróżnicowaną opinią. XIX-wieczny historyk Michał Bo- brzyński nie owijał w bawełnę. Czło- wiek bezprzykładnie tępej i ograni- czonej głowy – pisał o Radziwille. Jerzy Łojek dodawał: „umysłowy prymityw”. „Rozum naturalny” – tak widział go z kolei biograf Józef Graj- nert, który jakby na usprawiedliwie- nie księcia pisał, że ten miał głowę „niejasno przygotowaną do objęcia koniecznych zmian w ówczesnym rządzie polskim”. Innymi słowy, że książę był ograniczony i pełni spraw politycznych po prostu nie obej- mował. Podobnie, acz z iście wojsko- wą trafnością, postrzegał go francuski generał Charles-François du Périer -27- zwany Dumouriezem. Ten, przebywa- jąc w Polsce w okresie konfederacji barskiej, scharakteryzował księcia krótko: „najbogatszy pan w Polsce, ale głupie bydlę”. Co innego znajomi i przyjaciele księcia. A tych były tysiące. „Panie Kochanku” bowiem był równiachą, jakich trudno szukać wśród polskiej magnaterii. Jego główna sie- dziba, pałac w Nieświeżu, stał otworem dla wszystkich. A że książę słynął z fun- dowania wystawnych uczt, na jego koszt t bawiły się tam praw- dziwe rzesze braci szlacheckiej. To z nimi książę śpie- wał, polował i ba- wił się, a nawet jadł drewnianą łychą fla- ki z jednego garnka. No i pił. Imprezy księcia Radziwiłła przepychem prze- wyższały wszystko, co widziano przed nim i długo, długo po nim. W 1778 roku podczas uczty na Boże Naro- dzenie Radziwiłł kazał odkorkować 1500 butelek szampana, 300 wina reńskiego, 200 burgundzkiego, wę- grzyna podawał z własnych piwnic, a do tego zamówił 100 butelek ara- ku i trzy beczki piwa angielskiego z Londynu. Akurat podczas tej uczty bawiło się na dziedzińcu i w sali balo- wej 1000 szlachty! Ale największą biesiadę książę ufun- dował na powitanie króla Stanisława Poniatowskiego (za którym notabene nie przepadał i którego zwał „babą”) w sierpniu 1785 roku. Splendor tej wizyty może przyprawić o zawrót głowy: króla witało kilka tysięcy lu- dzi ustawionych w wielokilometrowy szpaler. Już w Nieświeżu Poniatowski dostał obstawę w postaci sześciu po- naddwumetrowych rycerzy i został zmuszony do podziwiania skarbów z nieświeskiego skarbca, w tym 12 szczerozłotych apostołów naturalnej wielkości i dwóch egipskich mumii. Sam książę ubrany był w... 1 600 000 złotych, jak oszacowali jego strój współcześni, a koń z rzędem koszto- wał drugie tyle. Ostatnią ucztę w Rzeczpospolitej – jak ją nazwano – wieńczyła morska bitwa w letniej rezy- dencji księcia w Albie, co kosztowało kolej- ny milion. Bitwa po- legała na zdobywa- niu przez Anglików twierdzy w Gibral- tarze. „Forteca była z drewna i płócien malowanych w fi- gurze rzeczywistej – pisał naoczny świadek. – Na brzegu wielkiego stawu, który zamek czę- ścią oblewa, naprzeciwko fortecy było 30 statków, na formę okręto- wą z masztami i żaglami do ata- ku przygotowanych, a między flotą a fortecą było kilka bateryj. Począł się atak o godz 8, a trwał do 10; przy tych manewrach imitowano pusz- czanie bomb z obu stron”. Słowem: huk, grzmot i okrzyki wal- czących, wielka uciecha dla gospo- darza i męka wyrafinowanego w gu- stach króla. A skoro już jesteśmy przy stosun- kach obu panów, należy powiedzieć, że Radziwiłł od początku panowania Poniatowskiego był jego przeciw- nikiem. W 1764 roku opuścił pole elekcyjne, nie chcąc osobiście oglą- dać okrzyknięcia „stolnika” władcą Rzeczpospolitej. Cztery lata później, gdy wybuchła konfederacja bar- ska, wsparł finansowo buntowników, -28- ROZDZIAŁ �4� Józef Ignacy Kraszewski - Ostatnie chwile księcia wojewody „Panie Kochanku” (na obrazie): „Mówili, że spał dość dobrze, tylko przez sen kilka razy krzyknął. Bywało to i dawniej, bo jak sam powiadał, we śnie mu przychodziły przypomnienia różne. Sam nieraz słyszałem, bywało, jak huknął: – Wiara, do mnie! A wal go, a bij, a tłucz!”. czego król długie lata nie chciał mu wybaczyć. W końcu jednak doszło do pojednania. Trzeba przyznać, że w bardzo malowniczy sposób. Aby jednak w pełni docenić fanta- zję herszta „bandy albańskiej” (jak zwano księcia od wspomnianej wy- żej Alby i towarzystwa, jakie mu dopingowało w tamtejszych zaba- wach), należy zatrzymać się chwilę -29-
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Błyskawiczny przewodnik historyczny po Warszawie
Autor:
,

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: