Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00043 008678 14651456 na godz. na dobę w sumie
Bomba w windzie - ebook/pdf
Bomba w windzie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 144
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-12-3 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Akcja powieści dzieje się w Londynie, bohater - Richard Burton - został uwięziony w szybie windy, prawdopodobnie w wyniku wybuchu podłożonej przez terrorystów bomby. Niepewny czy i kiedy nadejdzie pomoc, bez wody i jedzenia, snuje opowieści o swoich wcześniejszych spotkaniach ze śmiercią. To książka o umieraniu, o lękach, o samotności, ale napisana z humorem i pełna przygód.


Samotność bez prawa wyboru to więzienie. W więzieniu od szaleństwa ratują wspomnienia. Angielski bohater nowej książki Łukasza Gołębiewskiego, zamknięty w windzie wiszącej gdzieś między piętrami budynku zniszczonego wybuchem bomby, przypomina sobie niewiarygodne zdarzenia jakich był uczestnikiem w czasie swego brawurowego, prowadzonego na krawędzi śmierci życia. Czy rzeczywiście wszystko to mu się przydarzyło? Czy Richard Burton istniał naprawdę? Jaka jest granica pomiędzy wspomnieniem a mistyfikacją? Autor do końca trzyma czytelnika w niepewności.
Grzegorz Sowula, „Rzeczpospolita”.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jirafa Roja Warszawa 2011 © Copyright by Łukasz Gołębiewski, 2011 © Copyright by Jirafa Roja, 2011 Redakcja i korekta: Hanna Kukwa Projekt okładki: Ilustracje w tekście Łamanie: Agnieszka Herman Agnieszka Herman, Marek Leskier, iStockphoto.com Tatsu tatsu@tatsu.pl ISBN 978-83-62948-12-3 www.xenna.com.pl Wydanie I Warszawa 2011 Życie ludzkie dzieje się tylko raz i dlatego nigdy nie będziemy mogli stwierdzić, która z naszych decyzji była słuszna, a która zła, ponieważ w danej sytuacji mogliśmy decydować tylko jeden raz. Nie dano nam żadnego drugiego, trzeciego, czwartego życia, abyśmy mogli porównać konsekwencje różnych decyzji. Milan Kundera „Nieznośna lekkość bytu” Już nie żyję. Zrobiło mi się z tego powodu bardzo smutno. Smutno i tak dziwnie, bo ta śmierć przyszła cał- kiem niespodziewanie i nic nie bolało. Miałem plany na ten wieczór, a teraz nie żyję. Umó- wiłem się z dziewczyną na koncert w Shepherd’s Bush Empire, gra dziś Vice Squad, zawsze chciałem zobaczyć Becky Bondage na scenie i już nie zobaczę. Czy nie mo- głem umrzeć kilka godzin później, już po koncercie? To cholernie przykra świadomość. Dlaczego, do cholery, jest mi przykro, że nie zobaczę Bec- ky Bondage, skoro nie żyję? Czy po śmierci nie ma tak, że nie ma nic? Naprawdę nic. Także przykrości nie ma. A ja przyglądam się swoim myślom. I jest mi bardzo smutno, że nie będę na koncercie Vice Squad, że znowu zawiodę Emmy Sabetine, która będzie cze- kać pod wejściem do Shepherd’s Bush wściekła, że się spóź- niam, że spóźniam się jak zwykle, że jak zwykle ją lekcewa- żę, chociaż nie lekceważę przecież, nawet po śmierci myślę, że będzie czekać. Kobiety mają skłonność do generalizowa- nia, znamy się z Emmy od niespełna trzech tygodni a już słyszę: „zawsze”, „nigdy”, „jak zwykle”, „jak wszyscy”. 7 Właściwie to po śmierci mógłbym wyluzować i nie myśleć o Emmy. A jednak staram się zebrać resztki myśli, bo dokąd myślę, to tak jakbym żył przecież, dokąd pamiętam, nie jestem całkiem martwy. Myślałem, że umieranie jest przerażające, nie czuję jednak lęku, tylko żal. Marzyłem w jednym ze snów, żeby po śmierci moja dusza zmieniła się w kolorową rybkę na rafach koralo- wych, ale żeby zachowała moją pamięć, moją wrażliwość i mój sposób myślenia. Mogłaby nie mieć żadnych potrzeb, wystarczyłyby baśniowe widoki raf. To były bardzo przy- jemne marzenia senne. Może nie całkiem umarłem, skoro nie ma raf? A może zwyczajnie nie ma raf po śmierci, a to tym bardziej smut- ne; takie brutalne zderzenie marzeń z szarą, jak zwykle, rzeczywistością. To po śmierci ma być tak samo jak w ży- ciu? Szaro, długo i w ogóle do dupy? Moje sny często dotykają śmierci, rzadko są jednak przerażające. Właściwie pamiętam tylko jeden horror, kiedy zbudziłem się zlany potem i przerażony, rozpaczli- wie szukając odrobiny ciepła w wychłodzonej pościeli sa- motnego człowieka. Kołdra była jednak zimna, moje dło- nie też. Tamtej nocy przyśniła mi się martwa, a jednak przemawiająca do mnie twarz Susann Clarke. Chodziłem z nią wtedy, a może właśnie ze sobą zerwaliśmy, tego do- kładnie nie pamiętam, Susann jak duch przemyka przez moje życie, pojawia się na kilka chwil, potem znika. Mo- że nie tyle jak duch, co jak miły duszek, to dobra i wy- rozumiała dziewczyna, znamy się od szkolnych czasów. We śnie nie była jednak dobrym duszkiem, była martwa. 8 Biel policzków i kościstych dłoni kontrastowała z czernią delikatnego jedwabiu jej sukni. W tej przerażającej wizji była zaskakująco uwodzicielska, choć straszna. Mówiła do mnie, ale nie było słychać słów, jakby tylko otwierała usta, lecz głos umarł wraz z nią. Wiedziałem jednak, że mówi do mnie, że w tych bezgłośnych słowach są oskar- żenia, których nie chciałbym usłyszeć. Koszmarny sen. Po przebudzeniu leżałem skulony, rozdygotany, bałem się wstać i pójść do kuchni po szklankę wody, bałem się, że ona gdzieś obok stoi, martwa, jak upiór. Przez kilka ko- lejnych nocy łykałem proszki uspokajające, drżąc, by sen ten nie powrócił. Nie powrócił, pozostał jednak we mnie na zawsze i nawet teraz, kiedy sam chyba nie żyję, myślę o tamtym sennym widziadle i moim lęku. Łatwiej uciec śmierci niż lękom. Tak mi przyszło do głowy. Jest chyba jakaś nadzieja w tej myśli. Usiłuję zmusić się do wysiłku poruszenia palcami, zaplecenia jednego o drugi. Gdyby mi się to udało, to by znaczyło, że trochę jeszcze trzymam się życia. Jednak nic z tego. Palce są martwe. Ale oczy rejestrują jakieś niewyraźne kontury w ciem- ności. Nieprzenikniona atramentowa czerń przekształca się w bezstopniowe półtony szarości, jak na słabo naświe- tlonym monochromatycznym zdjęciu. To, czego oczy nie widzą, dopowiada wyobraźnia. Myślałem, że po śmierci najpierw się idzie ciemnym tunelem ku światłu. Ta droga to męka, ale światło daje nadzieję na wieczną radość wśród raf koralowych. Nie widzę jednak żadnego światła. Jest tylko ciemna szarość, widziane kontury chyba by- ły złudzeniem. 9 Nie zobaczę nigdy Vice Squad, nie zaśpiewam pod sce- ną „Last Rockers”. Trudno. Emmy Sabetine nie doczeka się mnie pod Shepherd’s Bush. Pech. Pewnie postoi kwadrans i wejdzie do pubu O’Neillsa na kufel kremowego Caffrey’s. Potem zamówi jeszcze jeden kufel, wreszcie wścieknie się i ruszy do metra, wysyłając mi pożegnalnego smsa. Głupie wydają się te myśli w obliczu powagi śmierci. Zanurzam się w ciemność, zobaczę co mnie tam czeka. Mam nadzieję, że jednak coś, nicość byłaby nie do znie- sienia. Boga nie ma. A przynajmniej ja go nie spotkałem. Być może grała mi rajska muzyka, pewności nie mam. Czuję suchość w ustach i straszliwy ból z tyłu głowy. Nie otwieram oczu, ale myślę, że byłbym w sta- nie to zrobić gdybym wysilił całą wolę. Fakt, że tej woli nie ma we mnie wiele. Całą zużyłem na to, by tu powró- cić. W ciemności nie było niczego godnego uwagi. Chyba w ogóle nie było tam nic. Albo nic nie pamiętam. Staram się zapleść dwa palce i tym razem osiągam cel. Podejrzewam jednak, że zaplatam je we śnie, palce są jakieś takie gąbczaste, zbyt miękkie żeby mogły być praw- dziwe. Skoro śnię to może jednak żyję? A może śmierć to właśnie sen? Jeśli sen, to czekam na ten o rafie koralowej. Tymczasem zaciskam dłoń w pięść. Niedokładnie w pięść, nie mam na to dość siły, ale zginam wszystkich pięć pal- ców ku wnętrzu dłoni. Dobrze mi idzie. Teraz druga ręka. Jeszcze sprawniej. 10 Nie czuję leku, nie czuję żalu ani smutku, chyba udało mi się wyluzować. Potrafię poruszać palcami. Być może potrafię więcej, ale w tej chwili nie ma to znaczenia, tak jak nie ma już znaczenia koncert Vice Squad, który pewnie zaraz się zacznie, a ja znów nie zobaczę na scenie Becky Bondage. Kakabura też nigdy nie widziałem i nigdy nie byłem w Australii. I raczej już nie będę. Jęknąłem, przypominając sobie o bólu głowy. A jed- nak jest ból, pomyślałem i znów pogrążyłem się w ciem- ności. Cholera, leżę zamknięty w trumnie. Jeśli zamknę- li mnie żywego, to uduszę się z braku tlenu. Czyli tak czy inaczej niebawem będę martwy. Jeśli jed- nak już jestem martwy, a widzę nad sobą wieko trumny, to tym gorzej dla mnie. Znaczy, że po śmierci nie ma Bo- ga, nie ma rybek, nie ma raf koralowych, jest tylko piach i robaki, a co gorsza, całkowita świadomość beznadziej- ności położenia. Uniosłem rękę, wieko trumny jest jakieś trzydzieści centymetrów nade mną. Walenie w wieko nie ma sensu, szkoda marnować energię i resztki powietrza. Czy jeżeli nie żyję, to w ogóle może mi zabraknąć powietrza? Bzdura. Boli mnie głowa, jest mi zimno, chce mi się pić. Czy takie dolegliwości ma trup? A może jednak wróciłem z za- światów, Pan Bóg mnie nie chciał, nie wpuścił do rajskiego akwenu z rybkami, siłą woli zrobiłem odwrót i teraz leżę w trumnie, by drugi raz przeżyć swoją śmierć? Jeśli przeżyłem ją raz, jeżeli to faktycznie była śmierć, to bez wątpienia kolejny raz jest nieunikniony. Bo kie- 12 dyś musi przyjść śmierć ostateczna, w końcu na tym ona polega. W śmierci boję się ostateczności, przypomniałem so- bie dawny lęk, zdziwiony, że teraz się nie bałem, jakbym intuicyjnie czuł, że to jeszcze nie ostateczne było. Mocniej nacisnąłem dłońmi wieko trumny. Ku moje- mu zdumieniu z łoskotem odskoczyło, upadło gdzieś obok. Gdzie mogło upaść i dlaczego ziemia nie sypie mi się na twarz? Wyciągnąłem lewą rękę do góry na całą długość ramienia. Nic. Prawą w bok. Nic. Lewą w bok. Au, ska- leczyłem się chyba o wystający gwóźdź. Postanowiłem otworzyć oczy. Ciemność. Spodziewałem się tego. WC, Wyidealizowana Ciemność, przemknęło mi przez głowę, czasami przelatują takie niedorzeczne skojarzenia. Pod zie- mią musi być ciemno. Egipskie ciemności, kimeryj- skie ciemności, ciemno jak w dupie u Murzyna, ciemnota, ciemnia, ociemniały, wieki ciemne, ciemna masa, ciem- niaki, zaciemnienie. Oczy nie przyzwyczajają się do takiej ciemności. Oczy są tu zbyteczne. Przecież mam zapalniczkę! Nie wiem dlaczego dopiero teraz o niej pomyślałem, zamiast myśleć o dupie Murzyna mogłem ją wyjąć od razu. Mam w kieszeni spodni zapal- niczkę i pogniecioną paczkę z trzema papierosami. Dlacze- go nie mam sobie zapalić w grobie? Skoro i tak umrę, albo skoro i tak umarłem, to papieros mi już nie zaszkodzi. Smoke Kills, rozśmiesza mnie napis na pudełku Che- sterfieldów, widoczny teraz w migotliwym świetle zippo. Emmy Sabetine odpala pewnie papierosa od papierosa, 13 wściekła, że nie przyszedłem na koncert. Nie pierwszy raz zawiodłem, tyle że teraz sytuacja lekko wymknęła mi się spod kontroli. Uniosłem wyżej płomień zapalniczki. To nie trumna. Niemniej, to może być mój grób. Leżę na połamanych deskach podłogi eleganckiej win- dy, z której niewiele poza podłogą pozostało. Leżę w po- mieszczeniu, które ma może trzy metry na trzy metry. Nie wiem, co jest nade mną, nie dobiega tu żadne świa- tło. Zapalam papierosa i gaszę zapalniczkę. Kręci mi się w bolącej głowie. Skąd wiem, że to podłoga eleganckiej windy? Bo w świetle zippo wszystko sobie przypomniałem. Pstryk i w głowie stała się jasność. Jechałem do swojego pokoju na trzecim piętrze St. Christopher’s Inn. Od blisko trzech tygodni, odkąd przyjechałem z Warrington do Londynu, wynajmu- ję tu pokój, 65 funtów za tydzień, łazienka na korytarzu. Już doskonale przypominam sobie wąskie łóżko i wci- śniętą w kąt zardzewiałą umywalkę, zawieszony pod su- fitem telewizor, moje ubranie nierozpakowane w waliz- ce wciśniętej pod metalowe łóżko. Jechałem windą, zdaje się, że dopiero ruszyłem, kiedy usłyszałem grzmot, jak- by wybuch. Windą szarpnęło, potem był kolejny grzmot, potem chyba straciłem przytomność, wydawało mi się, że nie żyję i było mi cholernie smutno, a potem się ock- nąłem i myślałem, że leżę w trumnie, a to przecież tyl- ko szyb windy. Wciągnąłem głęboko dym w płuca, w radosnym prze- świadczeniu, że poskładałem już wszystkie elementy ła- migłówki. 14
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Bomba w windzie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: