Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00187 005918 18486294 na godz. na dobę w sumie
Bramy raju - ebook/pdf
Bramy raju - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 384
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876250 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Wade ma do wykonania ważną misję - odnaleźć w ogarniętym rozruchami Hazaristanie córkę przyjaciela i przywieźć ją bezpiecznie do Stanów. Jednak Chloe słabo pamięta i Amerykę, i ojca, więc nie chce wyjeżdżać z kraju, w którym ma wielu oddanych przyjaciół. Nie przeraża jej nawet to, że pomagając miejscowym kobietom, codziennie ryzykuje życie. Dopiero konflikt z przyrodnim bratem zmusza ją do zmiany decyzji. Podczas szalonej ucieczki ona i Wade stają się sobie niezwykle bliscy. Czy to prawdziwe uczucie, czy tylko namiętność spotęgowana życiem w ciągłym zagrożeniu?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Bramy฀raju Wade฀ma฀do฀wykonania฀ważną฀misję฀–฀odnaleźć฀ w฀ogarniętym฀rozruchami฀Hazaristanie฀córkę฀ przyjaciela฀i฀przywieźć฀ją฀bezpiecznie฀do฀Stanów.฀ Jednak฀Chloe฀słabo฀pamięta฀i฀Amerykę,฀i฀ojca,฀ więc฀nie฀chce฀wyjeżdżać฀z฀kraju,฀w฀którym฀ma฀ wielu฀oddanych฀przyjaciół.฀Nie฀przeraża฀jej฀nawet฀ to,฀że฀pomagając฀miejscowym฀kobietom,฀ codziennie฀ryzykuje฀życie. Dopiero฀konflikt฀z฀przyrodnim฀bratem฀zmusza฀ją฀ do฀zmiany฀decyzji.฀Podczas฀szalonej฀ucieczki฀ona i฀Wade฀stają฀się฀sobie฀niezwykle฀bliscy.฀Czy฀to฀ prawdziwe฀uczucie,฀czy฀tylko฀namiętność฀ spotęgowana฀życiem฀w฀ciągłym฀zagrożeniu?฀฀฀฀฀฀฀฀ 1 3 5 4 2 3 S K E D N I T A V 0 M Y T W Ł Z 9 9 9 A N E C , 7 0 / 6 0 3 R N A R M I dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Bramy raju OD AUTORKI aaa Rankiem 11 września 2001 roku pierwsza połowa tej ksiąz˙ki, której akcja toczyła się w Afganistanie, była gotowa. Rok wcześniej dowiedziałam się o panującym w tym kraju rez˙imie talibów oraz o dramatycznej sytuacji kobiet pod ich rządami. Uznałam, z˙e jako pisarka najlepiej pomogę Afgankom, informując opinię publiczną o ich połoz˙eniu i drastycznych represjach, jakie je dotknęły. W tym celu postanowiłam uczynić bohaterką ostatniej powieści z cyklu poświęconemu rodowi Benedictów kobietę, która trafia do Afganistanu, zostaje zmuszona do noszenia czadoru i podlega surowe- mu prawu szariatu. Od stycznia do marca zdobywałam informacje dotyczące sytuacji politycznej, warunków geograficznych i klimatycz- nych, języków, narodowości, strojów oraz obyczajów, w kwietniu rozpoczęłam pisanie powieści o losach Chloe i Wade’a. Po ataku na World Trade Center wszystkie media obszernie informowały o sytuacji w Afganistanie, cały świat dowiedział się o talibach i wprowadzonych przez nich prawach, totez˙ gotowe juz˙ rozdziały ksiąz˙ki wymagały napisania na nowo, gdyz˙ rozbudowane opisy i wplecione w akcję wyjaśnienia stały się niepotrzebne. Zamierzałam zarzucić cały projekt, poniewaz˙ straciłam serce do kontynuowania pracy nad powieścią, która nazbyt przypominała przeraz˙ającą rzeczywistość. Ponadto obawiałam się, a podobne obawy z˙ywili równiez˙ mój wydawca i agent, czy publikacja podobnej ksiąz˙ki nie zostanie poczytana za z˙erowanie na nowojorskiej tragedii. Z drugiej strony przesłanie tej ksiąz˙ki pozostawało – i wciąz˙ pozostaje aktualne, poniewaz˙ w wielu krajach muzułmanki nadal cierpią z powodu surowych zakazów i nakazów. Zawsze aktualna będzie równiez˙ zawarta na tych stronach wiara w takie wartości jak wolność i pokój, a takz˙e w uzdrawiającą siłę miłości. Po rozwaz˙eniu wszystkich za i przeciw postanowiliśmy więc, z˙e powieść ujrzy światło dziennie, lecz w zmienionej postaci. Usunęłam nazwiska autentycz- nych osób i aluzje do nich oraz przeniosłam akcję do fikcyjnego państwa, które otrzymało nazwę Hazaristan. RAWA, czyli Rewolucyj- ne Stowarzyszenie Kobiet Afganistanu, istnieje naprawdę, a jego walka o prawa muzułmanek zasługuje na najwyz˙szy szacunek. Gdyby nie działalność RAW-y, ta historia prawdopodobnie nigdy nie ujrzała- by światła dziennego. Jennifer Blake Jennifer Blake Jennifer Blake Bramy raju Przełożyła: Wiktoria Mejer Tytuł oryginału: Wade Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2002 Redaktor serii: Graz˙yna Ordęga Korekta: Ewa Popławska ã 2002 by Patricia Maxwell ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy MIRA jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 978-83-238-5018-2 Indeks 324531 MIRA 3 ROZDZIAŁ PIERWSZY Chloe Madison po raz pierwszy zobaczyła tego wysokiego Amerykanina po publicznej egzekucji na stadionie w Kaszi. Tłum, pełen uzbrojonych talibów, właśnie wylewał się na zewnątrz. Program egzekucji był urozmaicony: obcięcie dwóm złodziejom prawych dłoni, chłosta dziew- czyny, która odmówiła poślubienia męz˙czyzny wybranego dla niej przez ojca, a na koniec powieszenie na poprzeczce bramki człowieka, który śmiał uderzyć mułłę, czyli świątobliwego męz˙a. Wśród widzów znajdowała się nieliczna grupka kobiet, najpierw siedziały razem w wy- dzielonym sektorze, zaś po wszystkim czekały nieopodal niego, zbite w gromadkę, az˙ przyjdą po nie członkowie rodzin. Stojąca razem z przy- rodnią siostrą Chloe usłyszała, jak przyrodni brat woła je ostrym głosem. Do głębi wstrząśnięta 6 Bramy raju barbarzyństwem, jakie właśnie oglądała, oraz myślą, z˙e została tu przyprowadzona specjalnie, by ujrzeć właśnie chłostę, obróciła się gniewnie. W tym momencie ktoś na nią wpadł. Potknęła się, zaczepiła sprzączką sandała o dolny szew czadoru spowijającego ją od stóp do głów i upa- dła na kolana. Nieznajomy natychmiast znalazł się przy niej, ujął ją pod ramię, na ile pozwalały na to utrudniające ruchy i kontakt zwoje krepują- cej ją tkaniny. – Ogromnie przepraszam. Nie zrobiła sobie pani krzywdy? Pomogę pani wstać. – Naraz zniz˙ył głos do szeptu, który tylko ona mogła usłyszeć. – Twój ojciec wysłał mnie, z˙ebym cię wyrwał z tego piekła. Spotkaj się jutro ze mną na bazarze w Ajzukabadzie. Chloe przez˙yła szok, słysząc ojczysty język po tylu latach spędzonych w Hazaristanie, po latach mówienia po pasztuńsku. Podniosła oczy, skryte za gęsto tkaną siatką, wypełniającą nie- wielki prostokątny otwór w czadorze i napotkała wzrok męz˙czyzny. Według zasad, które wbijano jej go głowy przez ostatnie lata, odkąd talibowie doszli do władzy, był to z jej strony akt wielce nagannej prowokacji. Nie potrafiła się jednak powstrzymać. Wpatrywał się w nią intensywnie, bardzo amerykański w obcisłych dz˙insach, białej koszu- li i skórzanych kowbojkach. Jego szerokie bary Jennifer Blake 7 robiły wraz˙enie. Miał ogorzałą od słońca twarz o wyrazistych rysach, gładko ogoloną, a nie brodatą, jak twarze otaczających ją męz˙- czyzn, na której teraz malowała się determi- nacja. W jego zielonkawobrązowych oczach widniała autentyczna troska, która zupełnie zbiła Chloe z tropu. Mijały sekundy, kaz˙da zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Ostatni raz, gdy Chloe znaj- dowała się tak blisko męz˙czyzny, nie nalez˙ącego do rodziny, miał miejsce prawie dwanaście lat wcześniej, gdy była nastolatką i mieszkała w Ka- lifornii. Czuła się oszołomiona jego obecnością, dotyk jego dłoni wydał się jej niezwykle intym- ny. Doleciała ją delikatna woń zachodniego mydła, wody kolońskiej, świez˙o wyprasowanej koszuli. Ta mieszanka zapachów dotarła do pokładów głęboko pogrzebanych wspomnień i gwałtownie wydobyła je na powierzchnię. Naraz Chloe przypomniała sobie głośną muzykę o hipnotyzującym rytmie, samochody we wszyst- kich odcieniach tęczy, gorący piasek plaz˙y, lody w stoz˙kowych waflach, pachnący kokosem ole- jek do opalania i rześki zapach oceanicznej bryzy. Bez ostrzez˙enia zalała ją fala wspomnień z czasów, gdy była bardzo młoda i wolna. Po tylu latach niemal przestała wierzyć w istnienie takiej wolności. Nim się spostrzegła, łzy na- płynęły jej do oczu. 8 Bramy raju – Chloe, ty głupia suko, natychmiast się podnieś! Ostry głos przyrodniego brata smagnął ją niczym bicz i przywrócił do rzeczywistości. Spuściła wzrok, szybko schowała nogę pod turkusowy czador, poniewaz˙ wystawała jej cała stopa. Wyrwała ramię z uścisku Amerykanina i próbowała wstać sama, nieco niezdarnie, gdyz˙ metry cięz˙kiego materiału krępowały jej ruchy. Nieznajomy znów wyciągnął rękę, pragnąc jej pomóc, lecz Chloe odsunęła się szybko i po- spieszyła ku swej rodzinie. Treena, przyrodnia siostra, pociągnęła ją szybko ku sobie i Is- maelowi, swemu męz˙owi, w ten sposób trzy- mając ją z dala od Ahmada. Chloe zadrz˙ała. Mogły jej grozić baty za pokazanie kawałka skóry i za zachęcanie męz˙czyzny spojrzeniem. Amerykanin ruszył za nią, jakby chciał uzys- kać odpowiedź na swoją propozycję. – Precz, niewierny psie – warknął Ahmad, zastępując mu drogę. Połoz˙ył dłoń na rękojeści zatkniętego za pas noz˙a. – Chciałem tylko przeprosić tę damę. Przy- kro mi, jeśli przeze mnie coś sobie zrobiła. Ahmad bardzo słabo znał angielski, gdyz˙ nigdy nie chciał się uczyć języka wrogów na- słanych przez szatana. Trochę rozumiał, lecz mówić nim nie zamierzał, odpowiedział więc po pasztuńsku: Jennifer Blake 9 – Ona nie potrzebuje przeprosin i nie stała jej się krzywda, prócz tego, z˙e zbrukałeś ją swym dotykiem. Jesteś tu obcy, więc nie wiesz, z˙e naszych kobiet nie wolno bezcześcić wzrokiem, a co dopiero zbliz˙ać się do nich. To jest surowo zakazane. Jak zrobisz to jeszcze raz, twoja niewiedza juz˙ cię nie uratuje. – Od patrzenia nic nikomu nie ubędzie. Zaskoczona Chloe gwałtownie wciągnęła po- wietrze. Amerykanin rozumiał pasztuński, a w dodatku rzucił Ahmadowi wyzwanie. – Moz˙emy cię oślepić, psie – zaczął roz- juszony Ahmad, lecz w tym momencie Treena, drobna i zgarbiona pod cięz˙arem czadoru, na- chyliła się ku męz˙owi. – Źle się czuję... Ten upał, te straszne rzeczy, które widzieliśmy... Proszę, zabierz mnie do domu. ten kurz, Siostra Ahmada w ogóle nie powinna była uczestniczyć w tym przeraz˙ającym spektaklu, gdyz˙ spodziewała się dziecka, czwartego w cią- gu sześciu lat. Władze wymagały jednak, by wszyscy mieszkańcy Kaszi i okolic stawili się na egzekucję. Rozporządzenie dotyczyło męz˙- czyzn, lecz Ahmad z całą satysfakcją przywiózł z Ajzukabadu równiez˙ siostry, a z jego polece- niem nie wolno było polemizować, gdyz˙ pełnił rolę głowy rodziny, odkąd ojca powołano do wojska i wysłano na północną granicę. 10 Bramy raju Ismael skinął głową, wyprostował się i spo- jrzał na szwagra. – Ahmadzie, drogi bracie mojej małz˙onki... – Słyszałem – uciął. – Zgadzam się. Przez ten tydzień Chloe będzie wykonywać obowiązki Treeny, gdyz˙ musi zostać ukarana za swoją niezdarność. Idziemy. Minął Amerykanina, jakby ten był powiet- rzem i poprowadził rodzinę w stronę wyjścia. Chloe nie odwaz˙yła się obejrzeć na swego rodaka, lecz uczyniła to Treena, a potem zer- knęła na przyrodnią siostrę. – Patrzy za nami. – Jej głos był niewiele głośniejszy od tchnienia. – Nie dbam o to – odparła Chloe w taki sam sposób, poniewaz˙ kobiety w Hazaristanie, gdzie stanowiły mniejszość, do perfekcji opanowały niemal bezgłośne mówienie. – Ale jestem ci wdzięczna za pomoc. – Mój brat zapewne tez˙. Czasy są niespokoj- ne. Co innego wziąć odwet na Amerykaninie w ciemnym zaułku, a co innego zaatakować go publicznie. Ahmad ma więcej dumy niz˙ rozumu. Ceni sobie swoją pozycję, a dyplomacją gardzi. Chloe zacisnęła dłonie na fałdach czadoru, by ukryć ich drz˙enie. – Nic takiego nie powiedziałam. – Totez˙ ja mówię to w twoim imieniu. On chowa się za swoim statusem jak mały chłop- Jennifer Blake 11 czyk za nogami ojca i udaje odwaz˙nego – stwier- dziła ze znuz˙eniem Treena. Jej oczy błysnęły zza wyglądającej jak krata siatki w czadorze. – Czy ten twój Amerykanin był przystojny? – Nie zauwaz˙yłam. – Oczywiście, z˙e zauwaz˙yłaś. Wyglądał jak aktor z hollywoodzkich filmów, które oglądałam w młodości. Wiesz, zanim przyszli talibowie, zanim pozamykano kina, zanim... Zanim to wszystko się stało. – Nie obchodzi mnie ten człowiek. – Allah słyszy, jak kłamiesz. Ale po co to robisz, skoro juz˙ nigdy nie ujrzysz tego męz˙- czyzny? Chyba z˙e w snach. A jeśli przyrodnia siostra usłyszała słowa nieznajomego i zrozumiała je? Nie, to raczej niemoz˙liwe, gdyz˙ nie posiadała z˙adnego wy- kształcenia. Z drugiej strony z˙yła przez lata pod jednym dachem z dwiema Amerykankami, Chloe i jej matką, którą ojciec Treeny poślubił, gdy wyjechał do Stanów po utracie pierwszej z˙ony, zmarłej w połogu. Chloe próbowała uczyć przyrodnią siostrę swego ojczystego języka, lecz wkrótce nawet i takie lekcje zostały zakazane, gdyz˙ kobietom nie wolno było pobierać z˙adnych nauk. – I tak widziałam go o raz za duz˙o – zade- klarowała Chloe. – Przez niego mogła mnie spotkać chłosta lub nawet śmierć. 12 Bramy raju – To prawda. – Treena odwróciła wzrok i zamilkła. Kiedy tak milczały, Chloe poczuła przypływ oczyszczającego, pokrzepiającego gniewu, któ- ry odegnał strach i sprawił, z˙e przestała drz˙eć. Powitała go z ulgą, jak powracającego starego przyjaciela. Od dawna gościła go w swoim sercu, bez niego gubiła się, gdyz˙ wskazywał jej drogę postępowania. Wszystko zaczęło się w chwili, gdy jej matka, wykładająca na Uniwersytecie Kalifornijskim, oznajmiła, z˙e wychodzi za hazarskiego wykła- dowcę, którego niedawno poznała. Imam zna- lazł się w Stanach dzięki specjalnemu programo- wi stypendialnemu, kiedy jego ojczyznę infilt- rowali Rosjanie okupujący sąsiedni Afganistan. Chloe polubiła tego cichego człowieka o łagod- nym uśmiechu, lecz ani przez moment nie podejrzewała, z˙e jej matka bez reszty zaan- gaz˙uje się w ten związek. Trzy lata wcześniej rozwiodła się, co było prawdziwą tragedią dla Chloe, która cały czas pragnęła, by rodzice wrócili do siebie. Próbowała odwieść mamę od jej pomysłu, lecz nadaremnie. Nie minął rok od ślubu, gdy Rosjanie wycofa- li się z Afganistanu, sytuacja w Hazaristanie ustabilizowała się i Imam zaczął coraz częściej mówić o powrocie w ojczyste strony. Czternas- toletnią Chloe ogarnęła zgroza na myśl o wyjeź- Jennifer Blake 13 dzie z Ameryki, o rozstaniu ze wszystkimi przyjaciółmi i z Kalifornią. Nie chciała mieszkać w zacofanym kraju, gdzie biez˙ącą wodę i elek- tryczność uznawano za luksus, gdzie Nowy Rok obchodzono w pierwszy dzień wiosny, zgodnie z kalendarzem księz˙ycowym, w kraju, gdzie wciąz˙ z˙yli koczownicy, przemierzający konno pustynne równiny i mieszkający w namiotach. Czuła niechęć do tego wszystkiego, jeszcze nim postawiła stopę na tamtejszej ziemi, jeszcze nim spotkała swe przyrodnie rodzeństwo. Treena okazała się całkiem miła, czego nie dało się powiedzieć o Ahmadzie. Czekał na lotnisku, lecz wyraźnie jedynie na swego ojca. Gdy Chloe i jej matka zostały mu przedstawione, przez˙ył prawdziwy szok, oczy mu się dziwnie zaszkliły, a potem jego twarz stęz˙ała w maskę nienawiści. Bez choćby jednego słowa powita- nia odwrócił się i odszedł. Ojciec zawołał za nim gniewnie, zaś nie uzyskawszy z˙adnej odpowie- dzi, chciał biec za synem, lecz z˙ona powstrzy- mała go, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Nie napisałeś swoim dzieciom o nas? – spytała z troską i niepokojem. – Chciałem im to powiedzieć osobiście, wy- dawało mi się to najlepszym sposobem. Jak widać, pomyliłem się. – Na to wygląda. Imam potrząsnął głową. 14 Bramy raju – Popełniłem wiele błędów wychowaw- czych, zwłaszcza wobec Ahmada. – Nie mogłeś przewidzieć, jak się sprawy ułoz˙ą – rzekła ze współczuciem matka Chloe. – Nie, ale on i tak wini mnie za wszystko. Przykro mi, z˙e teraz i ciebie będą spotykały przykrości z tego powodu. Czule oparła policzek na jego ramieniu. – To nie ma znaczenia. Jakoś to przez˙yję. Ale to oczywiście miało znaczenie. I nie przez˙yła. Ahmad, starszy od Chloe o siedem czy osiem lat, właśnie ukończył studia na uniwersytecie i miał się za dorosłego męz˙czyznę. Nie zamie- rzał okazywać z˙adnego szacunku dwóm Amery- kankom, które weszły do rodziny i choć po tym pierwszym spotkaniu zachowywał się w stosun- ku do nich w miarę grzecznie w obecności ojca, to we wszystkich innych sytuacjach natychmiast dawał im odczuć, co naprawdę o nich myśli. W ogóle traktował kobiety jak istoty niz˙szego rzędu, niewiele tylko lepsze od zwierząt. Jego szczególną niechęć wzbudzała Chloe, jego zda- niem krnąbrna i zepsuta. Głowę nosiła wysoko, ośmielała się patrzeć męz˙czyznom w oczy, nie odzywała się z nalez˙ytą pokorą i miała zwyczaj iść równo z męz˙czyzną, a czasem nawet go wyprzedzać, zamiast podąz˙ać kilka kroków z ty- łu. Ahmad twardo wpajał jej zasady obowiązują- Jennifer Blake 15 ce w Hazaristanie, z satysfakcją wytykał wszel- kie uchybienia oraz z upodobaniem szydził z błędów językowych, gdy zaczęła się uczyć pasztu. Wydawał jej tez˙ polecenia, których na począt- ku nie chciała słuchać, lecz wtedy matka speł- niała je za nią, by w rodzinie nie dochodziło do awantur. Ahmad wykorzystał to i w krótkim czasie zrobił z nich praktycznie swoje słuz˙ące. Chloe kilka razy próbowała się zbuntować, wtedy jednak wydarzał się jakiś nieszczęśliwy wypadek, w wyniku którego chodziła posinia- czona albo, co znacznie gorsze, podczas którego ulegało zniszczeniu coś szczególnie cennego, na przykład ukochana ksiąz˙ka czy wisiorek otrzy- many od taty. Imam miał świadomość tego, co się dzieje, lecz nie próbował okiełznać syna, poniewaz˙ nie pozwalało mu na to dręczące poczucie winy. Zawiódł swoje dzieci, przebywając tak długo w Stanach i pozwalając, by wychowywali je dziadkowie ze strony matki. Jedyne, co mógł zaproponować Chloe, to małz˙eństwo, które po- zwoliłoby jej przejść spod kurateli przyrodniego brata pod kuratelę męz˙a. Dla piętnastoletniej Amerykanki takie rozwiązanie było absolutnie nie do przyjęcia, odrzuciła je z oburzeniem. Za nic nie mogła wyjść za kogoś zupełnie obcego i z˙yć z nim bez miłości, chociaz˙ w tym dziwnym 16 Bramy raju kraju i tak nie miała większych szans na normal- ny związek. Ojczym westchnął, wzruszył ramio- nami i przestał na nią naciskać. Ostatecznie to Treena poślubiła owego człowieka podobające- go się Imamowi, swego kuzyna, którego przed ślubem widziała parę razy podczas wielkich rodzinnych uroczystości, a i to z daleka. Zdesperowana Chloe napisała w końcu do taty, błagając, by przyjechał i zabrał ją stąd lub przynajmniej przysłał pieniądze, które umoz˙- liwiłyby jej powrót do kraju. Słała list za listem, czekając na odpowiedź, która nigdy nie nade- szła. Tymczasem Ahmad poczynał sobie coraz swobodniej, jakby posiadał jakieś moralne pra- wo do sprawowania władzy nad członkami rodziny. Z˙ycie stałoby się zupełnie nie do znie- sienia, lecz szczęściem w nieszczęściu często przebywał poza domem, wyjez˙dz˙ając za granicę w jakichś tajemniczych misjach. Cały rejon, który po wycofaniu się wojsk sowieckich miał cieszyć się stabilizacją i poko- jem, cierpiał z powodu ciągłych walk partyzanc- kich. W sąsiednim Afganistanie w siłę rośli talibowie, kierowani przez mułłów, przywód- ców religijnych. Fanatyczni i zaciekli, okazali się skuteczniejsi od weteranów zmęczonych wojną z Rosjanami, pokonali ich, przejęli rządy i natychmiast przystąpili do narzucania wszyst- kim dookoła swojej wizji świata, tak samo jak Jennifer Blake 17 ich poprzednicy próbowali narzucić innym ko- munizm. W Hazaristanie bardziej ortodoksyjni sunnici poparli talibów. Stworzyli własne zbrojne od- działy, które napadały na wojska rządowe i prze- prowadzały akty sabotaz˙u. Chloe dałaby głowę, z˙e Ahmad siedzi w tym po uszy, ale stopniowo poświęcała temu coraz mniej uwagi, poniewaz˙ ciągłe walki nie zmieniały sytuacji w kraju. Przypominało to pomruk odległej burzy, w koń- cu przywykła do tego. Któregoś dnia wracała z mamą z bazaru i naraz spostrzegła, z˙e przed ich niskim domem z kamieni płonie wysoki stos. Znalazły się na nim jej dz˙insy, wszystkie szorty, wszystkie bluzeczki z krótkim rękawem. Plakatów z muzy- kami rockowymi uz˙yto jako podpałki, w ogniu topił się sprzęt grający, kasety i płyty CD. Zniszczono jej ksiąz˙ki, kosmetyki i kaz˙dy przed- miot osobistego uz˙ytku, który był w jakikolwiek sposób powiązany z Zachodem. Krzycząc, rzu- ciła się na palącego jej rzeczy Ahmada. Powalił ją na ziemię, stanął nad nią i wyjaśnił, co zaszło. Oddziały talibów, w których był starszym rangą oficerem, zdobyły Kaszi i obaliły prezy- denta. Od tej pory obowiązywał szariat, stare prawo koraniczne. Męz˙czyźni muszą nosić bro- dy. Okna zostaną pomalowane na czarno, by nie moz˙na było przypadkiem ujrzeć przebywającej 18 Bramy raju w domu kobiety. Kobietom nie wolno pokazy- wać się na ulicy bez czadoru i eskorty męskiego krewnego, który będzie pilnował, by zachowy- wały się stosownie. Te, które nie posłuchają zakazu, będą bite przez członków straz˙y porząd- kowej. Poza tym kaz˙dy męz˙czyzna, zgorszony zachowaniem jakiejkolwiek kobiety, ma prawo ją wychłostać. Kobietom groz˙ą kary równiez˙ za zbyt głośne rozmowy, śmiech w miejscach pub- licznych, ukazanie skóry powyz˙ej nadgarstka lub kostki, noszenie makijaz˙u – ta lista ciągnęła się jeszcze długo. Powinnością ojców, męz˙ów i braci jest częste stosowanie kar fizycznych, by utrzymać córki, z˙ony i siostry w ryzach. Seks przedmałz˙eński i cudzołóstwo będą karane śmiercią jednej lub obu stron. Koniec ze szkoła- mi dla dziewcząt. Wszystkie pracujące kobiety zostają odesłane z powrotem do domu, ich miejsce zajmą męz˙czyźni. Chloe sądziła, z˙e juz˙ nic gorszego nie moz˙e jej spotkać, ale myliła się. Ojczyma powołano do wojska i wysłano na północną granicę, zaś Ahmad objął całkowitą władzę nad domem, a szczególnie nad Chloe oraz jej matką, gdyz˙ zgodnie z prawem Treena znajdowała się pod kuratelą męz˙a. Warunki z˙ycia w kraju pogarszały się z tygo- dnia na tydzień. Brakowało z˙ywności, znikły wszystkie towary importowane. Kobiety pozba- Jennifer Blake 19 wione męskich krewnych musiały z˙ebrać na ulicach, gdyz˙ inaczej nie miały się z czego utrzymać. Prostytucja, chociaz˙ surowo zakaza- na, stała się wszechobecna. Zwiększała się licz- ba przestępstw, po ulicach biegały hordy wy- głodzonych bezpańskich psów. Elektryczność dostarczano tylko do budynków rządowych oraz paru hoteli. Nie działała sygnalizacja świetlna ani latarnie. Wyglądało to jak powrót do średnio- wiecza. Minął rok. Któregoś dnia matka Chloe usły- szała krzyk na ulicy, wyjrzała przez uchylone okno w kuchni i zobaczyła, jak sfora psów atakuje małą dziewczynkę. Z krzykiem wy- skoczyła z domu, uzbrojona w kij od szczotki, by odgonić psy. Hałas zwabił jednego ze straz˙- ników, lecz nie dbał on zupełnie o poranione dziecko, poniewaz˙ był świadkiem przestępstwa – kobieta opuściła dom bez czadoru. Kiedy zaczął ją okładać cięz˙ką pałką, pojawiło się dwóch gapiów, podjudzających go okrzykami przeciw zamorskiej czarownicy, która śmiała wzgardzić świętym prawem Koranu. Natych- miast zgromadził się tłum. Chloe chwyciła cza- dor i wypadła na ulicę, by pomóc mamie, lecz pochwycono ją i nie pozwolono jej podejść. Poleciał kamień, potem drugi i następny, coraz więcej. Gdy było juz˙ po wszystkim, syci krwi oprawcy rozeszli się, zostawiając pod murem 20 Bramy raju domu zmasakrowane ciało grzesznej kobiety i jej skamieniałą ze zgrozy córkę. W tym momencie wokół Chloe ostatecznie zatrzasnęły się stalowe zęby pułapki. Rozpo- częły się straszliwe migreny, tak męczące, z˙e chyba tylko obcięcie głowy przyniosłoby jej ulgę. Spędzała całe godziny, dnie i tygodnie, lez˙ąc w swoim pokoju, gdzie z powodu zamalo- wanych okien panował wieczny półmrok. Cza- sem spała, czasem lez˙ała ze wzrokiem wbitym w sufit, lecz najchętniej wyglądała przez maleń- ką dziurkę wyskrobaną w farbie. Widziała jało- wy krajobraz, budynki w kolorze ochry, spaloną słońcem, brunatną ziemię, nieliczne rośliny, szarozielone od upału i skryte za błękitnawą mgiełką odległe góry. Nie wychodziła, gdyz˙ nie miała dokąd pójść. Rzadko dołączała do pozo- stałych członków rodziny we wspólnych pomie- szczeniach, poniewaz˙ nie miała o czym mówić. Schudła, przestała czesać włosy, których nie wolno było obcinać, pozwoliła, by stały się pozbawione z˙ycia i matowe. Czasem podczas bezsennych nocy, gdy dobiegało ją szczekanie psów, a potem pianie kogutów, rozmyślała o sa- mobójstwie, poniewaz˙ tylko ono mogło jej przy- nieść wyzwolenie. Ocaliła ją Treena, łagodna, potulna Treena o wielkich oczach i cichym głosie, wiecznie rodząca, karmiąca i doglądająca dzieci. Treena, Jennifer Blake 21 która pod pozorami pełnej uległości skrywała dzielność lwicy. To ona szeptała przyrodniej siostrze wieści o Rewolucyjnym Stowarzysze- niu Kobiet Afganistanu, nazywanym RAWA od pierwszych liter angielskiej nazwy. Była to tajna organizacja, która początkowo walczyła z so- wieckim najeźdźcą, a obecnie próbowała prze- ciwstawiać się władzy talibów. RAWA działała najpierw w Afganistanie, potem przeniknęła równiez˙ do Hazaristanu. Przede wszystkim po- szukiwała kobiet, które mogłyby potajemnie uczyć dziewczynki, którym przeciez˙ odmówio- no wszelkich praw do otrzymania edukacji. Brak wykształcenia skazywał je na rolę niewolnic. Czy Chloe nie mogłaby pójść w ślady matki i zająć się kształceniem innych? Nie pamiętała, ile lat minęło, odkąd po raz pierwszy spotkała te dzielne kobiety. Pięć? Sześć? Moz˙e więcej? Czas wydawał się stać w miejscu, gdy nie dawało się odróz˙nić jednego dnia od drugiego, a kolejne lata zlewały się w jedną całość. Odnosiła wraz˙enie, jakby od zawsze uczyła małe dziewczynki, w najwięk- szym sekrecie wykradając się na godzinę czy dwie do domów, w których dzielne kobiety próbowały walczyć z talibami za pomocą wszel- kich dostępnych sposobów. Te potajemne lek- cje, uśmiechy jej uczennic oraz przyjaźnie z członkiniami RAW-y utrzymywały ją przy 22 Bramy raju zdrowych zmysłach. Czasem myślała, z˙e nie znalazła się w tej części świata przypadkowo, z˙e to przeznaczenie przywiodło ją do tego kraju, by mogła dzielić się wiedzą zdobytą w amerykańs- kich szkołach i przekazaną przez matkę. Tu jej potrzebowano, tu odnalazła cel i sens swego z˙ycia – niesienie pomocy innym. Cóz˙ wspanial- szego mógł jej zaoferować ten obcy, który namawiał ją do wyjazdu? Samo jego pojawienie się i nawiązanie z nią kontaktu wystawiło ją na powaz˙ne niebezpie- czeństwo, zaś ponowne spotkanie byłoby nie- zwykle ryzykowne nie tylko dla niej. Gdyby wzbudziła podejrzenia i zaczęto ją śledzić, od- kryto by jej powiązania z RAW-ą, a to mogłoby stanowić zagroz˙enie równiez˙ dla jej przyjació- łek, bliskich jej niczym rodzone siostry. Ich działalność zostałaby potraktowana jak najgor- sza zbrodnia, zapewne spłonęłyby na stosie, a uprzednio poddano by je prawdopodobnie tor- turom, gdyz˙ kary były coraz surowsze, coraz bardziej barbarzyńskie. Nie, Chloe nie mogła udać się na wyznaczone spotkanie, to byłoby czyste szaleństwo! Nie wolno jej było samotnie pójść w z˙adne miejsce publiczne, a więc takz˙e i na bazar. Nawet gdy- by namówiła Ismaela na towarzyszenie jej, na- dal byłoby to ogromnie ryzykowne, bo jak mia- łaby porozmawiać z wyróz˙niającym się w tłumie Jennifer Blake 23 Amerykaninem bez zwracania na siebie uwa- gi? Zresztą i bez tej przeszkody kontakt z nim był niewskazany, gdyz˙ Chloe nie mogła być pewna jego dyskrecji. Nie znał warunków jej z˙ycia, nie wiedział o czyhających na nią za- groz˙eniach, więc nie zachowywałby niezbędnej ostroz˙ności. Nie, nie zobaczy się z Amerykaninem. W z˙ad- nym wypadku. Kiedy tego samego dnia wieczorem kąpały dzieci przed połoz˙eniem ich do łóz˙ek, Treena wróciła do spotkania na stadionie. – Ten przystojny zamorski diabeł coś ci po- wiedział. Powtórzysz mi co, czy mam moz˙e zgadywać? – On tylko mnie przeprosił. – I to od tego zamieniłaś się w kamień? Na filmach tacy męz˙czyźni jak on mówili zazwy- czaj bardzo zuchwałe rzeczy. Czy to było coś nieprzyzwoitego? – W z˙adnym wypadku. – To moz˙e powiedział ci komplement? Oni na tych filmach potrafili tez˙... – Nie prawił mi z˙adnych komplementów! – Chloe poczuła, jak się rumieni, więc czym prędzej pochyliła głowę i zajęła się rozczesywa- niem włosów pięcioletniej Umy. – Chciał się z tobą spotkać? Chloe podniosła wzrok na przyrodnią siostrę. 24 Bramy raju – Zrozumiałaś go więc. – Częściowo – przyznała Treena. – Równie dobrze moz˙esz więc wyjawić mi resztę, prawda? – To, co powiedział, było głupie. – A jednak wywarło na tobie wielkie wraz˙e- nie, gdyz˙ milczałaś przez całą drogę powrotną. Zdradź mi to, proszę! To takie ekscytujące, z˙e w ogóle się do ciebie odezwał. Chloe wiedziała, z˙e Treena nie ustąpi, dopóki nie wyciągnie z niej wszystkiego. Właściwie czemu jej nie wtajemniczyć, skoro i tak z tego spotkania nic nie wyjdzie? – Podobno przysyła go mój ojciec – rzekła, starannie zaplatając warkocz Umy. – W jakim celu? – Z˙eby zabrał mnie z powrotem do Stanów. – Och! – Nie wierzę w to – oznajmiła ponuro Chloe. – Czemu ojciec nagle miałby kogoś przysłać, skoro nawet nie odpowiedział na z˙aden z moich listów? – Zdarzenia mogą mieć róz˙ne przyczyny. To była jedna z tych zagadkowych odpowie- dzi, tak typowych dla tej części świata. Kiedyś doprowadzały Chloe do rozpaczy, az˙ wreszcie pojęła, z˙e niekoniecznie muszą oznaczać unik, gdyz˙ rozmówca równie dobrze moz˙e w ten sposób wyraz˙ać zachętę do rozwinięcia tematu. – Na przykład jakie? Jennifer Blake 25 – Moz˙e twój ojciec dopiero teraz otrzymał twoje listy? – Mój kraj znajduje się bardzo daleko stąd, lecz nie na innej planecie. Treena skończyła myć niespełna trzyletnią córeczkę, ucałowała ją czule i ubrała w czystą koszulkę. – Kiedyś myślałaś inaczej. – Doświadczenie jest cenną rzeczą – odparła, gdyz˙ Hazarowie nie mieli wyłączności na enig- matyczne stwierdzenia. – Szkoda, z˙e nie wiem, czy ten Amerykanin rzeczywiście ma jakieś wieści o moim ojcu. Byłoby cudownie dowie- dzieć się, gdzie teraz mieszka, co robi. – Myślałam, z˙e nie byłaś z nim blisko. Nigdy o nim nie wspominasz. Zupełnie jakbyś wy- rzuciła go z pamięci. – Nie – ucięła Chloe i zamilkła. Była jego oczkiem w głowie, jego księz˙nicz- ką i jego kompanem. Wspólnie budowali domki dla ptaków, jeździli na rowerach, chodzili na ryby, a kiedy miała dziesięć lat, pojechali tylko we dwójkę na wakacje i zaszyli się na kempingu nad brzegiem jeziora gdzieś w Luizjanie. Cza- sem, gdy od gór wiał zimny wiatr lub gdy niebo robiło się białe od upału, a deszcz nie chciał padać, wracała w snach do tego cudownego lata spędzonego nad rozmigotaną wodą. Śniła o tam- tym powietrzu, łagodnym jak jedwab, o lasach 26 Bramy raju przypominających dz˙unglę, gdzie padające przez niemal szmaragdowe liście światło tez˙ zabarwiało się na zielono, o tych rozkosznie leniwych dniach, z których kaz˙dy był pełen spokoju. Budziła się i nie rozumiała, gdzie jest, miała wraz˙enie, z˙e znajduje się nie tam, gdzie powinna. I ogarniała ją ogromna tęsknota za ojcem, który ją kochał i tak często jej powtarzał, z˙e jest śliczna, az˙ ośmieliła się w to uwierzyć. Jak mogłaby kiedykolwiek o nim zapomnieć? – Przykro mi – odezwała się cicho Treena. Chloe odwróciła wzrok, by ukryć łzy. – Zastanawiałam się, czy moje listy w ogóle kiedykolwiek dotarły do taty. To by tłumaczyło, czemu nie pisał. Nie znał adresu. Siostra nie odpowiedziała. Wzięła średnią córeczkę na ręce i ułoz˙yła ją na sienniku lez˙ącym w rogu pokoju, który słuz˙ył za posłanie jej i Ismaelowi. Pewna sztywność jej ruchów przy- kuła uwagę Chloe. – Treena? – Wszystko jest moz˙liwe. Chloe ściągnęła brwi. – Chcesz mi powiedzieć, z˙e ktoś przechwy- tywał moje listy? – Czy ty zawsze musisz być taka dosłowna? – Nie zawsze. – Cóz˙, jeśli chciała uzyskać odpowiedź, musiała grać w tę typową dla Wschodu grę aluzji, poniewaz˙ zawoalowane Jennifer Blake 27 sugestie pozwalały rozmówcy przekazać pewne informacje i jednocześnie uniknąć oskarz˙enia o zdradę. – Czy istniał powód, dla którego ktoś pragnąłby nie dopuścić do mojego kontaktu z ojcem? – Z˙aden rozsądny powód nie przychodzi mi do głowy. Chloe z łatwością dopowiedziała sobie resztę. Istniał powód, który z rozsądkiem nie miał nic wspólnego – czysta złośliwość. Znała tylko jedną osobę, zdolną do czegoś podobnego. – Byłoby to łatwe zadanie dla kogoś, do kogo nalez˙ało wysyłanie korespondencji. – To prawda. Cała korespondencja przechodziła przez ręce Ahmada, gdyz˙ był to jeden z obowiązków głowy domu. Chloe dostała furii na myśl, z˙e do tego stopnia wykorzystał swoją uprzywilejowaną po- zycję. – Mogłabym go za to zabić – syknęła. Treena potrząsnęła głową. – A jeśli myślał, z˙e to dla twojego dobra? – Chyba z˙artujesz! – Za duz˙o w tobie gniewu, Chloe. Nie po- zwól, by spalał cię tak samo jak Ahmada. Jedna taka osoba w rodzinie wystarczy az˙ nadto. Chloe parsknęła krótkim śmiechem pozba- wionym wesołości. – Jakie on w ogóle ma powody, z˙eby się 28 Bramy raju wiecznie złościć? Przeciez˙ zawsze stawia na swoim. – Kiedy nasza matka zmarła po urodzeniu mnie, ojciec zostawił nas pod opieką jej rodzi- ców, a sam wyjechał do tego dalekiego kraju jak z bajki, do Ameryki. Dziadkowie wychowali nas najlepiej, jak umieli, lecz nie byli juz˙ młodzi, w dodatku wyznawali tradycyjne i surowe po- glądy. Szczególnie dziadek bardzo powaz˙ał daw- ne obyczaje i prawa, za to nienawidził wszyst- kiego, co nowoczesne, zwłaszcza amerykańskie. To on wysłał mojego brata do Afganistanu, z˙eby pobierał nauki u mułłów. Ahmad wrócił zupeł- nie odmieniony, zniszczono w nim wszelkie ludzkie uczucia, uczyniono z niego miecz Al- laha. – A co z tobą? – Ja byłam młodsza, w dodatku byłam tylko dziewczynką, więc powierzono mnie opiece babki. Uznano, z˙e nie warto mnie kształcić. Czasem, gdy patrzę na mojego brata, wcale tego nie z˙ałuję. – Treena urwała gwałtownie. – Wybacz, siostro mego serca! Nie chciałam mówić o sprawach, które sprawiają ci ból. – Wiem, ale pragnę, byś mnie dobrze zro- zumiała. Gdyby ojciec wrócił do domu wcześ- niej, gdyby nie zastąpił naszej zmarłej matki dumną Amerykanką, piękniejszą, lepiej wy- kształconą i pod kaz˙dym względem silniejszą od Jennifer Blake 29 niej, wszystko mogłoby się jeszcze jakoś ułoz˙yć. I gdyby nie przywiózł do domu nowej córki, tak bardzo podobnej do matki, córki, którą pokochał bardziej niz˙ swoje rodzone dzieci... – To nieprawda. – Ale Ahmad tak myślał, to wystarczyło. To podsyciło gniew, który go zz˙erał jak ogień od czasu powrotu z Afganistanu. No i wtrącanie się obcych w sprawy naszego kraju... – Ach, mówisz o CIA. Wszędzie powtarzano sobie pogłoski o na- pływie agentów oraz o pieniądzach przysyła- nych z zagranicy, by wesprzeć tę czy inną frakcję biorącą udział w niekończącej się wojnie o władzę. – I o Sowietach, Chińczykach, Pakistańczy- kach, chociaz˙ ci ostatni najmniej się w tym wszystkim liczą. Ahmad obrócił ostrze swej nienawiści przeciw Amerykanom, w których widzi demony pragnące zniszczyć jego kraj. Mówię ci to, z˙ebyś lepiej zrozumiała powody jego dawnych i przyszłych działań. Chloe wyczuła w tych ostatnich słowach jakieś ukryte znaczenie. – Przyszłych? – spytała z niepokojem. – Dwa dni temu Ahmad rozmawiał w hadz˙- rze z przyjacielem, młodym człowiekiem imie- niem Zahir. – Słyszałam, jak przyszedł. 30 Bramy raju Oczywiście Chloe nie mogła go zobaczyć, poniewaz˙ kobiety nie miały prawa wstępu do tego pomieszczenia, kiedy podejmowano w nim gości. Tylko męz˙czyzn, rzecz jasna. – Kiedy przechodziłam koło kraty, zorien- towałam się, z˙e rozmawiają przyciszonymi gło- sami i to zwróciło moją uwagę. Zaczęłam słu- chać, mówili o pieniądzach z posagu. Chloe wbiła w nią zdumiony wzrok. – Co próbujesz mi powiedzieć? – Na pewno nie dotyczyło to Ahmada, gdyz˙ przysiągł nigdy się nie oz˙enić, ani o moją Umę, gdyz˙ jest jeszcze za mała. – Czule dotknęła policzka córki siedzącej na kolanach Chloe. – Przeciez˙... przeciez˙ nie moz˙e chodzić o mnie. Jestem za stara! Obawiała się tego przez całe lata, od momen- tu gdy ojczym po raz pierwszy poruszył z nią temat małz˙eństwa. Na szczęście nie wracano juz˙ do tego, totez˙ z czasem uwierzyła, z˙e jest bezpieczna. – Tak, ale chociaz˙ męz˙czyźni wolą młodsze je przyuczyć i ułoz˙yć po z˙ony, bo łatwiej swojemu, to i ty będziesz w cenie ze względu na swoją jasną skórę i błękitne oczy. – Ahmad chce się mnie pozbyć... – Dostanie za ciebie pieniądze. – No tak, oczywiście. – Nie martw się, moja najdroz˙sza Chloe. Jennifer Blake 31 Kaz˙dy mąz˙, jakiego dla ciebie wybierze, poko- cha cię, bo nie moz˙e być inaczej. Jesteś dobra i mądra, urodzisz mu równie mądre dzieci. I piękne, bo ty jesteś piękna. Masz oczy tak niebieskie jak góry widziane z dali i włosy miękkie jak jedwab. – Dotknęła swego brzucha, mało jeszcze wypukłego, gdyz˙ była dopiero w czwartym miesiącu ciąz˙y. – Dzieci będą twoją radością i pociechą, przekonasz się. Dzieci... Chloe mocniej otoczyła ramionami drobne ciałko Umy i pocałowała czubek małej główki, czując ogromną miłość do dziewczynki, której pomogła przyjść na świat, którą codzien- nie się opiekowała i którą zdąz˙yła juz˙ sporo nauczyć. O posiadaniu własnych dzieci nawet nie śmiała myśleć. – Nie mogę – rzekła nieswoim głosem. – Nie mogę tego zrobić. Treena spojrzała na nią z lękiem, po czym wzięła Umę i ułoz˙yła ją do spania. – Nie próbuj odmawiać. Widziałaś dzisiaj, co grozi za podobne nieposłuszeństwo. – Ahmad zadbał, bym to zobaczyła, prawda? – Właśnie. Przykrywszy Umę, Treena pochyliła się nad najmłodszą, zaledwie dziewięciomiesięczną có- reczką. Delikatnie dotknęła dłonią maleńkiego czółka i zamarła. – Co się stało? – zaniepokoiła się Chloe. 32 Bramy raju – Jest cała rozpalona. Och, wiedziałam, z˙e nie powinna zostawać z tą głupią słuz˙ącą, bo ona tylko siedzi z załoz˙onymi rękami, gdy moja mała Anaszita pełza po ziemi i pakuje wszystko do buzi. Chloe az˙ zaklęła cicho, podrywając się z miej- sca. Słuz˙ącą była świez˙o owdowiała kobieta, która zapukała niedawno do tylnych drzwi do- mu, błagając o miskę strawy i kąt do spania w zamian za słuz˙bę. Ahmad zgodził się ze skąpstwa, rad z posiadania słuz˙by tak tanim kosztem, Treena zaś z litości. Pogrąz˙ona w roz- paczy kobieta nie wywiązywała się jednak nale- z˙ycie ze swoich obowiązków. Chloe była równie przeraz˙ona jak Treena, za nic nie chciałaby utracić z˙adnej z trzech dziew- czynek. Niestety, dzieci umierały bardzo często, poniewaz˙ brakowało szczepionek oraz antybio- tyków i nie było praktycznie z˙adnych leków, które pozwalałyby zwalczyć zatrucie pokarmo- we i gorączkę. Kobiety rodziły duz˙o dzieci, poniewaz˙ antykoncepcja została najsurowiej za- kazana, ale równiez˙ po to, by przynajmniej niektóre przez˙yły i osiągnęły dojrzałość. Rodzi- ły, choć porody odbywały się w prymitywnych warunkach zagraz˙ających z˙yciu połoz˙nic i ich potomstwa. Chloe uwaz˙ała, z˙e odwaga tych kobiet znacznie przewyz˙sza odwagę ich des- potycznych męz˙czyzn. Jennifer Blake 33 – Ismael musi natychmiast iść po lekarza. Treena potrząsnęła głową. – Ahmad się nie zgodzi. No tak, nie pomyślała o tym. – Módl się, z˙ebyś teraz urodziła syna – rzekła z goryczą. – On będzie wart, by opłacić lekarza. – Stare kobiety mówią, z˙e tym razem to chłopiec, one się nie mylą. To nam pomoz˙e! Będziemy mogły mówić, z˙e to on jest chory i sprowadzać doktora do dziewczynek. Na razie musimy jednak radzić sobie same. Zbudziły słuz˙ącą i poleciły jej zagotować wodę, a same zaczęły łagodnie zanurzać chore dziecko w chłodnej kąpieli, by obniz˙yć gorącz- kę. Potem dodały do wrzątku soli, cukru i soku z cytryny, ostudziły go i delikatnie wlewały maleńkie porcje między rozchylone usta dziew- czynki. I ani na moment nie przestawały się modlić. Kwestia małz˙eństwa chwilowo poszła w nie- pamięć, a Chloe postanowiła na razie do tego nie wracać. Po co się martwić na zapas, moz˙e Treena coś źle usłyszała lub zrozumiała? A na- wet jeśli nie, to jeszcze nic nie jest przesądzone. Wybrany przez Ahmada męz˙czyzna mógł nie chcieć takiej starej z˙ony. Albo na przykład strony nie osiągną porozumienia co do wysoko- ści posagu lub tez˙ przyrodni brat z czystej złośliwości w ostatniej chwili zmieni zdanie. Na 34 Bramy raju razie nic nie było pewne, nic nie zostało jej oznajmione. Nie ma potrzeby rozpaczać nad okrutnym losem. Zamiast obawiać się przyszło- ści, lepiej skupić się na dniu dzisiejszym. ROZDZIAŁ DRUGI Następnego ranka nie mogła przestać myśleć o męz˙czyźnie, który miał na nią czekać na bazarze. Wyobraz˙ała go sobie, jak chodzi po- między osłoniętymi płótnem straganami peł- nymi kolorowych przypraw, przywiędłych wa- rzyw, ręcznie tkanych dywanów, srebrnych i mosięz˙nych talerzy. Wyz˙szy od otaczającego go tłumu, od razu rzuca się w oczy, więc zauwaz˙ono by go nawet wtedy, gdyby nie chodził z gołą głową, ogolony i w zachodnich ubraniach. Jeśli zatrzyma się gdzieś z boku, oprze o mur i zacznie obserwować przechodzące kobiety, moz˙e mieć powaz˙ne kłopoty, ludzie szybko wezwą straz˙. Ale on pewnie nie będzie się kręcił po bazarze zbyt długo, najwyz˙ej po godzinie wróci do swojego hotelu, a potem do swojego z˙ycia w Stanach. 36 Bramy raju Tak, słusznie postąpiła, nie przyjmując jego lekkomyślnej propozycji, w ogóle nie powinna była się nad nią zastanawiać. A jednak z kaz˙dą upływającą chwilą odczuwała coraz większy z˙al, który niemal pozbawiał ją tchu. Wczesny ranek spędziła na sprzątaniu oraz zabawianiu maleńkiej Anaszity, która na szczęś- cie powoli dochodziła do siebie. Potem włoz˙yła do płóciennego worka potajemnie zdobyte ksiąz˙- ki, starannie zbierane ogryzki ołówków oraz trochę czystych kartek. Zawiązała sobie worek na szyi, włoz˙yła niebieski czador. Ahmad swoim zwyczajem wyszedł z domu o świcie i pojechał do Kaszi, dokąd wzywały go obowiązki związa- ne z dalszym umacnianiem rządów talibów. Ismael, mąz˙ Treeny, utykający, cichy młody człowiek o oczach poety i smukłych dłoniach, wiecznie poplamionych, gdyz˙ był złotnikiem, wkrótce uda się do rodzinnego warsztatu, gdzie wraz z bratem wyrabiał srebrne ozdoby i naczy- nia. Najpierw jednak będzie towarzyszył z˙onie podczas robienia zakupów, gdyz˙ tego dnia Ah- mad spodziewał się gości i polecił przygotować wystawną kolację. Chloe wychodziła z nimi, bo w drodze na bazar odprowadzali ją do domu, w którym miała prowadzić lekcje. Ismael oczywiście wiedział, w jakim celu wychodziła. Był to wyjątkowy człowiek, czuły i łagodny, któremu w dzieciństwie amputowano
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Bramy raju
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: