Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00491 008356 10996921 na godz. na dobę w sumie
Bumerang - ebook/pdf
Bumerang - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 168
Wydawca: Nowy Świat Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7386-246-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Krzysztof Beśka w Bumerangu mierzy się z mitem korporacyjnego raju. Sam zatrudniony w międzynarodowej firmie, z charakterystyczną dla siebie przewrotnością i ironią, przestrzega przed uczestnictwem w „wyścigu szczurów”.

Mocną stroną książki, wyróżniającą ją z modnego nurtu literatury antykorporacyjnej, jest odwaga w punktowaniu bolączek współczesnej cywilizacji oraz język. Beśka nie boi się neologizmów, hiperbol i metafor. Dzięki nim oddaje skomplikowaną mentalność ludzi aspirujących do atrakcyjnej w ich mniemaniu roli Yuppies, młodych rekinów korporacyjnego mikroświata. Szybko jednak okazuje się, że są specyficznymi tworami graniczących ze sobą rzeczywistości, postpegeerowskiej i nowobogackiej, generujących zarazem ambicję, jak i kompleksy, potrzebę sukcesu oraz płytkiej, konsumpcyjnej satysfakcji.

Głos Beśki jest wiarygodny. Młody autor, od 1998 roku mieszkający w stolicy, przygląda się życiu, pracując na co dzień w dużej międzynarodowej korporacji. Jego debiutancka Wrzawa, pełna trafnych obserwacji, była szeroko komentowana, a w 2005 r. przyniosła autorowi nominację do Paszportu „Polityki”. Bumerang jest kontynuacją podjętej wcześniej problematyki. Nakreślona historia staje się metaforą współczesnej odhumanizowanej cywilizacji oraz ludzi pozbawionych tożsamości i korzeni.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 Krzysztof Beśka BUMERANG Wydawnictwo Nowy Świat Warszawa 2007 3 Kuba zatrzymał się na krawędzi schodów i rozejrzał dookoła. Pilnująca swojego kramu handlarka sznurowadłami, pumeksami, korkowymi pod- piętkami i indyjskimi kadzidełkami, zabiedzona kobiecina w brudnym far tuchu, przyglądała się przechodniom z obojętnością, w której jednak można było wyczuć coś wrogiego. Jedno z kadzidełek nawet się paliło: wąska smużka dymu unosiła się pionowo ku pełnemu zacieków i stalagmi- tów sufi towi korytarza. Nie poruszał jej najmniejszy podmuch. Mężczyzna wciągnął w płuca gorące, niemal lepkie powietrze, jakby za chwilę miał zniknąć w wodach nieznanego jeziora, i ruszył w dół, po zala- nych ciemną cieczą, zaśmieconych niedopałkami i kartonikami reklamo- wych ulotek kamiennych stopniach. – Do Katowic, kto z państwa, do Katowic? – czerwony na twarzy, star- szy mężczyzna na pokracznie wykrzywionych odnóżach rozpoczynał kurs wzdłuż kolejnego ogonka do kasy biletowej. – Pan może do Katowic? Kuba pokręcił głową, energicznie, żeby nie było najmniejszych wątpli- wości. Zrobiło mu się jeszcze bardziej gorąco na myśl o Katowicach, cho- ciaż nigdy nie był w tym mieście. Wolał też nie mówić, dokąd się wybiera – a nuż nagabywacz zmieniłby zdanie i wspaniałomyślnie zdeklarował się jechać akurat w tym samym kierunku? Wszystko mu jedno, z tego prze- cież żyje! Nie chodzi przecież po Centralnym, bo akurat tak się szczęśliwie złożyło, że ma wolne miejsce w samochodzie albo zbędny bilet na Śląsk i chętnie, tak z czystej ludzkiej sympatii, kogoś ze sobą zabierze. Zawsze odciąga na stronę swoją ofi arę, która nieopatrznie wykazała choć cień zain- teresowania ofertą, następnie przedstawia mocno sfatygowaną legitymację I grupy inwalidzkiej i proponuje, żeby z nim jechać w charakterze opieku- na. Oczywiście, że nie za darmo. Tyle samo co w kasie, więc co za różnica! Kubie nigdy nie było żal tego człowieka. Podobno udawał tylko ka- lectwo, a twarz smarował sobie ćwikłowym burakiem, żeby wzbudzała współczucie. – Mikołajki, do Olsztyna pospieszny – Kuba wyrecytował do przyklejo- nego do szyby mikrofonu-głośniczka. – Normalny? – pruknęło z sitka. – Ja czy bilet? Kasjerka zrobiła obrażoną minę i nie pytała już o nic więcej. Sypnęła drobniakami reszty na kręcącą się tackę. Obok położyła zadrukowany ar- kusik papieru. – Dzień dobry – ukłonił mu się nieznajomy chłopak. 5 Stał przyczajony przy okienku. Dwudziestoletni może, ubrany był w osmoloną dżinsową kurtkę i postrzępione spodnie. – Dzień dobry panu – odparł Kuba wesoło, choć nawet nie próbował sobie przypominać, skąd może go znać. Chłopak w brudnoniebieskim komplecie próbował się wyprostować, a w jego oczach, być może jeszcze nie do końca otwartych po krótkim, czuj- nym śnie dworcowego zwierzęcia, błysnęła nadzieja. – Ma pan jakieś drobne? Dwadzieścia groszy... – wyjęczał zachrypnię- tym głosem swoją krótką litanię, wyciągając przed siebie brudną, trzęsącą się dłoń. – Mam – odparł ze spokojem podróżny, na co jego nowy znajomy wydał z siebie jęk tyle dramatyczny, ile zupełnie niezrozumiały. Kuba schował starannie portfel, równie starannie śledzony wzrokiem żebraka, a z drugiej kieszeni wyciągnął chustkę, którą wytarł czoło. Przeło- żył bagaż do drugiej ręki, poprawił futerał w kształcie tuby, przewieszony przez ramię, i znów z ciekawością rozejrzał się po hali dworca, jakby oglą- dał ją po raz pierwszy. Wszystkie te czynności wykonywał z rozmysłem, powoli, jakby starał się, by zauważyła go nie jedna, tylko wiele par oczu, a jednocześnie jakby nie przestawał powtarzać sobie w myślach: „dobrze robię, tak, właśnie tak, nie inaczej”. Postąpił kilka kroków w stronę wyjścia na perony, po chwili jednak znów się zatrzymał... – No dobra, masz – Kuba położył monetę na parapecie, przy którym w niemal niezmienionej pozie ślęczał nastoletni żebrak. – Dziękuję. – Ale to ostatni raz. Może będziesz miał więcej szczęścia niż ja. Zawsze zastanawiał się, jak będzie wyglądał jego ostatni dzień w tym mieście. Ostatni nie przed wyjazdem na święta, wakacje, ale ostatni w ogó- le, choć słów „na zawsze” starał się używać rzadko. A zatem jak? Co wtedy zrobi, dokąd pójdzie, czy będzie miał w ogóle czas dokądkolwiek iść. Czy będzie miał wybór, bo może przyjdzie mu ucie- kać jak złodziej lub obcy król pod osłoną ciemności, które jednak do końca nie zapadały tutaj nigdy; może nad ranem, obudzony waleniem w drzwi, mając potem zaledwie kilka chwil na wzucie butów i narzucenie płaszcza na niedopiętą piżamę. Pożegnania są zawsze trudne zarówno dla żegnających, jak i żegnanych. Jeżeli żegnającym jest jednak ulica miasta bądź jeden z jego parków? Ilu 6 już widziały takich dumnych zdobywców, poszukiwaczy świętego Graala, kaszlących nad fi liżanką kawy poetów w lichej marynaruni i zdartych bu- tach?! Nie starczyłoby drzew w parku, gdyby każdy z nich chciał zostawić na ich korze wyryte nożem inicjały, i płytek chodnikowych na trotuarze, na których stał jeden z drugim i rozdawał ulotki, potrącany i lżony pod nosem, bo przechodnie spieszą się tu zawsze, choć nikt nie wie dokąd i po co. Bardzo łatwo można by było narazić się na rozczarowanie: na przykład ulubiony stolik w kawiarni, ten przy oknie wychodzącym na odcinek No- wego Światu między rondem de Gaulle’a a Foksal okazałby się zajęty; ulu- biona ławka w Łazienkach, ta niedaleko Teatru na Wyspie – zapaskudzona błotem bądź też okupowana przez niedzielnych spacerowiczów, opychają- cych się lodami. Most, z którego tak wiele razy spoglądało się w nurt rzeki i na panoramę Starówki, stałby co prawda na swoim miejscu i spinał praco- wicie dwa brzegi Wisły, ale dojazd do niego był wyprawą zbyt ryzykowną i niebezpieczną, także ze względu na czas pozostały do odjazdu pociągu. Kuba zawsze zastanawiał się, jak pożegna to miasto, do którego przyje- chał w poszukiwaniu czegoś, czego już dziś nie potrafi ł nazwać. Czy z bó- lem głowy po zakrapianym pożegnaniu, które zgotowali mu znajomi i które przeciągnęło się jak zwykle do późnych godzin nocnych, a w miarę upływu każdej – i bliscy mu ludzie, i on – główny bohater wieczoru, będą mieć co- raz więcej wątpliwości. Czy to zrobi? Czy weźmie rano spakowaną wieczorem torbę podróżną albo plecak, ureguluje płatności, odda klucz i uściśnie dłoń właścicielowi wynajmowa- nego mieszkania, który okazał się jednak porządnym człowiekiem, i obju- czony jak uciekinier przed frontem pomaszeruje na przystanek. Czy będzie wtedy padał deszcz, czy będzie świeciło słońce. I jedno, i drugie z pewnością tylko utwierdzi go w słuszności podjętej decyzji. Ucieczka przed upałem, jak i przed deszczem przyspieszy historię, a to, co nastąpi potem – burza albo rozpogodzenie z tęczą, znakiem nadziei – po- zwoli szybciej zapomnieć. – Uda się? – zapytał jeszcze raz sam siebie, spoglądając przez brudne szyby dworca na śródmiejskie wieżowce. Czy uda się wyrzucić kartę magnetyczną, na której można zakodować bilet miesięczny; pozbyć się karty bibliotecznej i śmiesznego, plastikowego kluczyka, dzięki któremu można było wypożyczać kasety wideo w sieciowej wypożyczalni? Podrzeć na skrawki kartę wstępu do klubu, dwa bilety na do- 7 wolnie wybrany seans fi lmowy, będące nagrodą za zakup powyżej pięciuset złotych w sklepie z markowymi ciuchami, i kupon, na którym zbierało się pieczątki przy zakupie każdej kawy, by przy ósmej otrzymać gratis fi rmowy kubek? Pozbyć się resztki biletów wizytowych? Wyrzucić do kosza bezpłat- ną gazetę ze złymi wiadomościami z tego miasta, z kraju i ze świata? Tyle przedmiotów wiążących go z tym miejscem, dla którego jednak chyba na zawsze pozostałby bezimiennym przechodniem, elektronicznym impulsem w bramce na stacji metra, niewiele mówiącym imieniem i na- zwiskiem na długiej liście internetowego spamu, anonimowym bohaterem ankiety przeprowadzanej przez studenta socjologii, rozmazanym, rucho- mym elementem tła, na którym dziennikarz telewizyjnego dziennika prze- kazuje wiadomości. Jeszcze gorsze niż te z gazet... – Pociąg ekspresowy z Krakowa Głównego wjedzie na tor drugi przy peronie trzecim... – odezwał się w megafonach ciepły kobiecy głos. Kuba spojrzał na tablicę odjazdów, potem na zegarek i omijając szero- kim łukiem kilku kolejnych, gotujących się do ataku stałych mieszkańców tego przybytku, którzy przypominali swym wyglądem bajkowe trolle, szyb- kim krokiem ruszył ku wyjściu. – Do Katowic, kto z państwa do Katowic? – wytrwały nagabywacz roz- poczynał kurs wzdłuż następnego ogonka do kasy biletowej, w pewnej chwili jednak odwrócił się raptownie i huknął z bliska, aż Kuba poczuł jego nieświeży, przesycony medykamentami i cebulą oddech. – Pan może do Katowic? – Tak – odparł Kuba z zupełnie poważną miną, znamionującą zaintere- – To ja miałbym taki mały interesik do pana. Pan podejdzie, no... – rzekł starzec ściszonym głosem, rozglądając się, czy nikt nie podsłuchuje. Wyciągnął brudną rękę, by złapać Kubę za ramię i odciągnąć na bok, ten jednak w porę zdążył się uchylić... Lato panoszące się w mieście od kilku tygodni także i tego dnia nie zamierzało oddać pola. Przeciwnie – z jeszcze większym impetem spadło na ulice, place, domy i zamieszkujących je ludzi kolejną falą upałów, pyłu i duchoty. Nic nie zapowiadało też jakichkolwiek zmian na mapie meteo- rologicznej Polski. Telewizyjny prezenter wieczornej pogody nie miał nic nowego do dodania. Kto żyw i w komitywie z bogiem-bossem, wyjeżdżał zatem nad jeziora, do lasu lub na nadmorskie plaże. sowanie. 8 Betonowa platforma, na której ustawiono żelazną konstrukcję hali dworca, przypominała pokład przycumowanego przy nabrzeżu portu transatlantyku, a wyjście na ulice miasta – zejście na ląd. Mimo narastającego z każdą chwilą upału, od rana trwał przeładunek towaru: dwunożnych istot wysypujących się z nadjeżdżających ze wszyst- kich stron pociągów, dźwigających niczym rosyjscy handlarze na stadion wyładowane walizy, torby i plecaki, gubiących się w sieci peronów i cuch- nących człowieczą biedą i gorącymi bułkami tuneli. Czasem już zapiętych ofi cjalnie, w przypadku mężczyzn, w zawsze czarne (a co tam upał!) gar- nitury, które jednak już niedługo – w żałobie po ambicjach i planach – dla wielu miały okazać się przyodziewkiem niezbędnym. Kuba Piecki zjechał ruchomymi schodami o jeden poziom niżej, przy- stanął przy jednym z licznych w tym miejscu stoisk z prasą i książkami. – O, Kuba! Drgnął na dźwięk swojego imienia, ale nie od razu się odwrócił. – Ja cię kręcę! A, to powiedzenie to już chyba znał. Odwrócił się powoli. Przed nim stał wysoki młody mężczyzna, przyduszony do ziemi wiel- kim plecakiem ze stelażem, i nie bez wysiłku usiłował się wyprostować. – Cześć, co za spotkanie! – zawołał. – Kopę lat, Mietek – uśmiechnął się Kuba, ściskając spoconą i zimną prawicę przybysza. – W Bieszczady czy w Tatry? – Co ty? – zdziwił się mężczyzna z plecakiem, nazwany Mietkiem. – Przepraszam, chciałem powiedzieć: Kaukaz czy Pireneje? – zaśmiał się wesoło Piecki. – Co ty?! – obruszył się jeszcze bardziej tamten. – Kto ma teraz czas na wakacje? Do pracy przyjechaliśmy! U nas straszny grajdoł, żyć się nie da... Kuba dopiero teraz zauważył niepozorną blondynkę w okularach i w sięgającej kostek letniej sukience w drobne kwiaty, dźwigającą chyba równie wielki plecak co jej towarzysz. – Aga – przedstawiła się cicho i chyba nawet lekko przy tym dygnęła. – Kuba. Oboje byli do siebie podobni: szczupli, o ptasich twarzach, smutni, przygryzający wargi, obojgu jednakowo jakieś zmartwienie, niemożność albo bezradność marszczyły czoła. On, absolwent wyższej uczelni w Słupsku, Koszalinie, a może Ostrołę- ce albo Łomży. Lekko łysiejący, o pociągłej twarzy, ogolony niedokładnie, 9 widać w porannym pośpiechu. Na sobie miał kurtkę przeciwdeszczową, a pod nią białą, wizytową koszulę, spodnie czarne, przykrótkie i ciasno opinające uda. Buty lekko schodzone. Co mógł kryć w wielkim, górskim plecaku? Resztę wyjściowego ubrania, jedwabny, zawiązany na stałe krawat w drobne wzorki, zapasową koszulę z za małym o dwa numery kołnierzy- kiem. Kilka zmian bielizny, luźne ubranie, koszulka z ostatnich studenckich juwenaliów, stare dżinsy, adidasy – słowem, rzeczy niezbędne do przeżycia w obcym mieście dwóch tygodni, może miesiąca. Resztę ładunku stanowiły wiktuały, domowe przetwory, weki z ogórka- mi, śliwkami, grzybkami w occie, kiełbasa swojska, pasztet z królika, trochę jabłek z sadu, do tego kilka kuchennych naczyń i sztućców, nóż do chleba, otwieracz do konserw, scyzoryk – słowem wszystko, bez czego trudno by- łoby się obejść przez dłuższy czas na obcym terenie. Na samym wierzchu plecaka, obok poradnika Jak osiągnąć sukces i ulu- bionej lektury, znajdowała tekturowa teczka, a w niej: dyplom ukończenia studiów z wynikiem bardzo dobrym wraz z odpisami i kserokopiami, kilka wersji wydruku curriculum vitae, kilka niezaadresowanych listów moty- wacyjnych, zapas kopert i znaczków pocztowych, dwie karty telefoniczne – słowem, wszystko... Ona. Wyglądała na siedemnaście, najwyżej dziewiętnaście lat. Świeżo upieczona pani magister kierunku humanistycznego z przygotowaniem pedagogicznym i stwierdzoną ponad wszelką wątpliwość alergią na cudze dzieci. Co mógł w sobie kryć jej bagaż? Zagadkę spędzającą sen z powiek arty- stom na wszystkie sposoby opiewającym kobiece wdzięki? Krem na dzień, krem na noc, krem na wtorek i krem na niedzielę, pod oczy, do rąk, nóg, stóp, ciała. Grzebienie, szczotki, gumki i wsuwki do włosów, szampony, żele do kąpieli, balsamy i mydełka. Cienie do powiek, żeby nie pozostawać w cieniu, krem na zmęczenie, dezodorant na stres, szminka na polepszenie humoru i humory szefa lub szefowej, których... jeszcze nie ma. Tusz do rzęs i orkiestra, tusz! Idę, nadchodzę! Oboje wygnani. Z Łomży do Emaus, z Suwałk do Mekki, uciekinierzy z Egiptu, przechodzący przez pustynię i Morze Czerwone, ciągnący za sobą zapach rodzinnych niedziel i poczekalni powiatowych urzędów pra- cy, zabłąkani na rozstajach dróg, umęczeni w wiecznej drodze, tułaczce po poczekalniach dworców, zimnych przedziałach pociągów, barach szybkiej obsługi. 10 Czego chcieli tutaj, w tym mieście, na przecięciu szlaków, łączących przeciwległe krańce Starego Świata? Noclegu, strawy, dobrego słowa, mięk- kiej wiązki siana w małej stajence? – Myślisz, że próbujemy za wcześnie? – niepewnie odezwała się dziew- czyna. Kuba pokręcił przecząco głową. – To Kuba Piecki, stary wyjadacz, pionier na tej dzikiej ziemi! – cmok- nął z podziwem przybysz. – Stare dzieje – wzruszył skromnie ramionami Kuba. – Za to ty pewnie na urlop? – Kilka dni, nic szczególnego. – Pewnie, kto ma teraz czas na wakacje? Ale robotę ciągniesz ze sobą, takie życie – Mietek wskazał na tubę, przewieszoną przez ramię Kuby, po czym dodał swoje nieśmiertelne: – Ja cię kręcę! – Tak się złożyło – bąknął Piecki. – I całkiem dobrze, że nie pchasz się furą w taki skwar. Kuba bez słowa skinął głową, poprawiając pasek tuby. Tamten rozejrzał się dookoła, jakby obawiając się, że może być podsłuchiwany, czym przy- pominał, Piecki od razu to zauważył, tamtego kalekę sprzed dworcowych kas. – Odezwiesz się, jak wrócisz, co? Może akurat będziesz coś wiedział o jakimś wakacie? – przygryzł wargi, nerwowo zamrugał powiekami, po czym sięgnął do kieszeni, wydobył portfel i wyciągnął z niego biały bilet wizytowy. – Proszę. – Andrzej... Jantar-Rawski? – przeczytał Kuba na głos. – Taki mi wybraliśmy pseudonim – Mietek wypiął pierś do przodu, aż ładunek na plecach niebezpiecznie przechylił go ku tyłowi. – Nie rozumiem. – Dobrze wygląda, jak pseudo zaczyna się na literkę, na którą kończy się imię, a nazwisko... Sam widzisz. W agencjach reklamowych przecież patrzą na takie szczegóły. – Andrzej? – To moje drugie imię. Tak akurat pasowało, w agencjach reklamowych przecież patrzą... – No, tak. W agencjach... 11
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Bumerang
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: